Quidam (1934)
Przypłynął młodzian z górnego EpiruDo miasta Regium, na rzymskim okręcie.Grek był, lecz matki ród się wiódł z Hiru;Krwi też dwoistej wzajem przeniknięcieNa twarzy jego dostrzec można było,W sposób, iż profil z greckich miał medali,A — w oczy patrząc — skroń nabrzmiała siła,I włos mniej ciemny, i usta z korali.
Z Regjum, jak długi brzeg, ku PuteoliW konnej i gwarnej jechał karawanie.Czas to był, kiedy z imperjalnej woliPoczęto wielkie o drogach staranie.I częste mosty z gładkiego kamieniaSkałę ze skałą wiązały ogniwem —I różni ludzie i różne cierpieniaŻelazem granit obrabiały krzywem:Adrjan, cesarz w sztuce wszelkiej biegły,Doglądać lubił kamienie i cegły.
Od Puteoli po appijskim brukuEpirski młodzian zdążał już do Romy,A Romę marzył podobną do łukuTryumfalnego, którego ogromyU samych niebios swój początek biorą,Lub samych niebios stały się podporą.
Wszakże on jeden z całej karawanyMarzył, gdy inni toczyli rozmowę,Jak świat na nowo został popisany,O ile prawo carskie lub ludowe,Gdzie w wstępnym rynku albo w TrastuberneOsły i konie zanocować wierne.
Jest coś wśród wielkich miast i naokoło,Zwłaszcza pod wieczór, zwłaszcza dla pielgrzyma,Co wypogadza lub zachmurza czoło,Ziejąc nań niby westchnienie olbrzyma —Jest coś w tym szmerze, co pierwszy dolata,Skoro się miejskich bram rozemknie krata.To coś Epirczyk nasz poczuwał w chwili,Kiedy się kupcy z celnikiem wadziliO jucznych osłów porządek zmieszany,O kilka assów na lampę u ściany.
Nareszcie w miasto weszła karawana,Wielkiemi juki chmurna i leniwa,Raz jeszcze widzieć dając twarz młodziana,Gdzie się ulica okręcała krzywa,A strażnik, z włócznia stojący bronzową.«Ktoś jest?» latyńską zapytywał mową.«Syn Aleksandra z Epiru» — i daléjOsły a konie szły, i znów pytali.
Minął rok całym dni i godzin tokiem —Za Awentynem słońce czerwieniało,Przez plac dwóch ludzi szło swobodnym krokiem,Zbliżonych k’sobie jak dwugłowne ciało.Wieczór był cichy, cichością jedyną,Samemu tylko właściwą Rzymowi.Ni wieś, ni miasto — tu cię woły miną,A tam wykwintna biga zastanowi;Tłumy z jakiegoś wracają igrzyska,Po wzgórzach warty obchodzą wigilję,Chłopięta śmietnik zmieniają w ogniska,Cyprysy milczą, woń roznoszą lilje.
Syn Aleksandra, wstrzymawszy się nieco,Do gramatyka rzymskiego te słowaMówił: «Te światła, co u wnijścia świecą,Gdzie właśnie nocna przelatuje sowa,Rok temu skoro zapalano, pomnę,Wjeżdżałem obcy w to miasto ogromne».«Któżby zgadł?» na to gramatyk odrzecze,«Że oto w czasie tak krótkim, zaiste,Nieokrzesane straciwszy narzecze,Latyńskie słowo wypowiadasz czyste!Co więcej, mądrość mający na celu.Ktoby zgadł, mówię, że w wjazdu rocznicęZwiedzić już myślisz, młody przyjacielu,
Artemidora mądrości świątnicę?»«W czasie tak krótkim, powiadasz, — pociecha!»Epirczyk odrzekł z westchnieniem głębokiem.
I szli. — Rok minął dni i godzin tokiem.Artemidora ogród oświecony:Fastigjum domu nad skrawym obłokiemCzerni się w trójkąt; niżej biust złocony,Z framugi ciężkie wychyliwszy czoło,Rzekłbyś, iż chyłkiem pogląda wokoło.
Zofję z Knidos mędrzec miał u siebie.Uczniowie w laurów ciennikach siedzieli,Czekając, gwiazdy aż błysną na niebie;Czekając, północ aż ich rozweseliTym ogniem, tylko północy właściwym,Ni to widzialnym, ni światłym, lecz żywymOgniem wewnętrznej gorączki i drganiaPowiek, gdy ciężeć poczną od czuwania,A słów mierzonym śpiewanych akcentemSkoro się przytem wyrzuci niemało,I subtelności niejednej zakrętemWstecznym skoro się dobrze naszukało —I człowiek w całej myślenia machiniePoczyna czuć się zostawionym sobie,Lubując giętkość jak skoczek na linie,Starego ojca niosący w osobie.Tej to gorączki z nałogu czekano,A coraz nową rzecz dyskutowano.
Zofija z Knidos pośród tej drużynyMądrej podobną była do opalu,Co zda się mieścić wszystkie tęczy płyny,Lecz nie rozlewa ich z skąpstwa czy żalu?Żalu — bo opal z łzawym błyska mętem;Skąpstwa — bo blask swój wycedza ze wstrętem.Zrodzona w Knidos, w Rzymie wychowana,Gdyby to było nie za Adrjana,Kiedy już Sybill błękitne jaskinieProroczych w sobie nie kryły trójnogów,Możeby głos jej był jako naczynieBrzmiące dla ludzi śmiertelnych i bogów.Lecz inny wzywał smak, rządziło nie to:Była więc więcej od Sybill — kobietą!Była tem samem — bo czasów własnością,Natchnieniem smaków ich — z bezświadomością!Pod temi laury, których liść szerokiLamp różnofarbnych złamały promienie,Szaty ją wiewne tulą jak obłokiI układają na ciche kamienie,Z rzeźbą ich łącząc tak żywą naturę,Jak rzeźba wpaja się w architekturę.Zaiste, odłam to jakiejś świątyni,Gdzieś barbarzyńskim roztartej obuchem,Nikt zeń całości nowej nie uczyni,Ni ją spokrewni z cudzoziemskim duchem:Zawsze to będzie pamiątka bezłzawa,Czegoś, co nie ma istoty ni prawa.
Ty, coś ją widział, zakryj sobie oczyI powiedz, co z niej pamiętasz szczególnie?Nie gładkość czoła, ni wieniec warkoczy,Pamiętasz jakieś wzięcie się — ogólnie —I głos: ten słodkie miewać zwykł poczęcie,Potem się kropli! jako płyn, a potemJakobyś srebrnym wydzwaniał go młotem,Potem i rylca było w nim zgrzytnięcie!Ruch też głosowi wtórował, a zawszePrędzej w obejście przechodząc łaskawsze.
Taką to panią mędrzec gościł w chwili,Kiedy przez «Salve» mozajką wybiteNa progach sieni, stopami zużyte,Męże dwaj cichym koturnem wchodzili.Starszy był w szarym płaszczu i tunice,A laskę przed się stawiał, jako świécę,Prostą, o wiele dłuższą nad użytek.Każdy zwój płaszcza jego, założonyJak pargaminu pisanego zwitek,Łamał się ostro lub obsuwał w strony,W sposób, iż, ztyłu widząc go o zmroku,Jak sprzęt nieżywy wydałby się oku —Sprzęt, świeżo zdjętą szatą obrzucony.«Mistrzu Jazonie magu!» — rzekł mu drugi —«Czy nie raczycie prosto do ogrodu?»A w głosie jego było coś i sługi,I przyjaciela, i bliskiego z rodu.Starzec krok zwrócił za odpowiedź całąI weszli oba boczną furtką małą.Weszli — ostatni goście spodziewaniPerystyl odtąd pustą już przestrzenią.W alabastrowej lampa stojąc bani,Mdlała — kolumny blado się czerwieniąOd strony światła, ciemniejąc od drugiéj —Czasem słów kilka posłyszysz za sienią,Czasem leniwy krok sennego sługi.Lampa przedzgonnym co tryśnie promieniem,
To się mozajki na ziemi poruszą,To arabeski zatrzęsą sklepieniem,Jakby gmach ciałem, ona była duszą.
Pomiędzy świtem a nocy zniknięciemPłomienne blaski różowe z mrokamiWalczą, jak cnota z świata tego księciem,Mdławe, lecz ufne, choć wciąż je coś mami.Pomiędzy świtem a nocą jest chwila,Gdy hoże łuny z czarnemi krepamiBłądzą, aż bystry promień je przesila.Ostatnia gwiazda wtedy w niebo tonie,A słońce rude swe wynosi skronieI perjodyczna pamiątka stworzeniaWciąż od Pańskiego kreśli się skinienia.Pod taką dobę do swojej gospodySyn Aleksandra z Epiru powraca.Wszedł i dwa palce przyłożył do brody:Drgnął, błędną ręką płaszcz na sobie maca;Co gęstsze zwoje, to otrząsnął lepiéjI wybiegł krokiem niepewnym, jak ślepi.Niewiasta, za nim patrząc z korytarza,Etruskiej lampy knot podjęła igłąI poruszyła oliwę zastygłą,Mrucząc: «Czy mieszek, drachmę — nie uważa!»Tak szepcąc, w ciemność kątów pozierała,I szła, i milkła, i znów coś szeptała.
Pomiędzy świtem a nocy zniknięciemPłomienne blaski różowe z mrokamiWalczą, jak cnota z świata tego księciem —Mdławe, lecz ufne, choć wciąż je mrok mami.Pod taką dobę u ArtemidoraDo głównej sali wracano z ogrodu:Śniadać zbliżyła się konieczna poraDla gości, skrzydłem poruszonych chłodu,Chłodu, co, lubo letni, ostro godziłNa bezsennością gorące powiekiI trzeźwił róże mdłe, a oczom szkodził,Porozparzanym od wewnętrznej spieki.Szli więc do sali, gdy niewolnik zasię,Do laurowego wbiegnąwszy ciennika,Zdjął lirę Zofji, wiszącą na pasie,Pargaminowe zwitki z pod stolika,Pudełko z kości słoniowej z woniamiI oddał służbde, stojącej za drzwiami.——————————
Niedługo uczta u ArtemidoraZwykłemi kończyć się będzie toasty;Wszelkiej tam rzeczy osobna jest pora,I o wigilji najdalej dwunastéjKtokolwiek «Salve», wybite mozajką,Koturnem swoim niebacznie zawadzi,Przyjętą będzie pocieszał się bajką:Że mistrz dyktuje właśnie, albo radzi.Z Koryntu rodem, Artemidor w RzymieSławy urokiem otoczył swe imię;Był nawet wzywan i do AdryjanaNa posłuchania treści niewiadoméj;Bliżsi wszelako — tych przyjmował zrana —Twierdzili, że był wolnym jak atomy,Że w Adryjanie cesarz dlań jest człekiem,Że Amaltei napawa go mlekiem,Że w jednem ledwo folguje mu snadnie,W archeologji — którą zna dokładnie.
Pewna jest wszakże, iż ci bliżsi właśnie,Im więcej bliżsi, widzieli mniej jaśnie.To miał do siebie mędrzec, tak, iż w domuStawał się prawie nieznanym nikomu.Nie był to wszakże fałszerz, ni jakowyPochlebca płaski, ni umysł jałowy,Ni tajemnicą owiany mąż czynu,Arystokracji szpieg, albo szpieg gminu.Wcale. Filozof był to szkoły własnej —Ta, że, posady nie mając zbyt jasnej,Utrzymywała się w całości ścisłéjPrzez solidarnie ukrywaną próżnię;Im bardziej uczeń w duchu był zawisły,Zobowiązywał więcej, lecz ostróżnie.Wylania przytem skąpy czy lękliwy —Kończył, iż, jak się skłamał, tak był żywy!
Chcesz poznać wartość szkoły lub podania,Na ich ostatnie spojrzyj egzemplarze:Tych jeśli błędem są pocałowania,Jakaż być musi miłość pierwowzoru!Tych jeśli cechą jest siła uporu,Jakaż być musi na czele skalistość? —Tych jeśli brudem całym szata z woru,Jakaż być musi na górze przeczystość?
Artemidora uliczni czcicielePodobni byli do zbiegłych klijentów,Gdy ogłuszali, rozprawiali wiele,Skoro kto przeczyć śmiał, szukali mętów,A często, naprzód czując się niepewni,Kończyli śmiechem lub milknęli rzewni.Dla mniej ćwiczonych mieli pobłażanie,Zwłaszcza w publicznych miejscach, oczywiste;Lecz jakby mówiąc: «Cóż mi dajesz za nie?Uderz choć czołem i wpisz się na listę!»Koryncki mędrzec mawiać zwykł: «Gdzie ruszę,Oblegają mię te Epimeusze».
I nieraz w szczerym widziałeś go gniewie,Gdy który z owych wieszał się na drzewie,Lub patrzył w ogród Artemidorowy,Co robi mędrzec, gdy nie miewa mowy.
Zofja, do siebie weszedłszy leniwo,Wśród perskiej sofy skronie utuliłaI płaszcza jeden róg powlekła krzywoKu ramieniowi — i tak zostawiła;Nie jak kto, spocząć chcący, się odziéwa,Lecz jak kto, nie chcąc nic, co pocznie, zrywa.Ten ją owładnął woli bezkierunek —I zostawała tak, patrząc na lirę,Na skrzynkę z kości, gdzie się chowa myrrę,Na zwitki wreszcie, które przez trafunekPomieszał sługa z przenośnym ciężarem,I pomyśliła: «Co też one znaczą?»Lecz zostawała pod bezwoli czarem,Marząc, czy same do niej przyjść nie raczą.
Słońce coraz to jaśniejszym promieniemI coraz cieplej wzierało w mieszkania,Przedmioty jedne usuwając cieniem,Zbliżając drugie przez ich wyświetlania.Na pargaminu zwitek promień żwawySpadł, jako złoty liść na ciemne trawy,I błyszczał, chwiejąc się niejaką chwilę,I znikł — i nastał moment ciemnej przerwy:Płaszcz Zofji frunął zlekka, jak motyle;Wstała — i legła znów, patrząc jak pierwéj.Kto była Zofja, wiemy — lecz czem w Rzymie?Odpowiedź z zwykłych pozorów zawiła.Bezmężna, sama w willi swojej żyła.Nadawano jej Poetessy imię;I, tę językom ludzkim dawszy stronęOsobistości swej, czuła się wolną. —«Nie darmo piorun laurową koronęMija» — mawiała, gdy była swywolną,Gdy osłupienia mijały ją oweCzęste, dla których uchodziła w stronę,Lub, jak niedawno, na pargaminowePatrzyła zwitki — — — — — —— — — — — osłupienia, niby,Do wyczerpnięcia wnętrznego podobne:Oczy jej wtedy szkliły się, jak szyby!Zdały się szukać czegoś palce drobne:Czegoś, jakgdyby strun liry zniknionej —Czegoś, jakgdyby perełki zgubionej.
Nareszcie wstała — za nią płaszcz szkarłatnyPowlókł się, jako ciężkiej fali struga.Podjęła zwitki w sposób tak udatny,Jakby kto patrzył na nią, może sługa,I, rozwinąwszy, że były obfite,Ciekawość wzrosła, coby zawierały,Lecz nie czytała, raczej, jak są zwite,Baczyła, zwój ich roztoczywszy cały;Podobną będąc w tej cichej robocieDo jakiej dawnej Sybilli, gdy w grocie,Poprzekreślanej słońca promieniami,Jak w strunach złotej liry rozrzuconych,Duma, a duch jej trzepoce skrzydłami,O wysokościach marząc niezgłębionych.Wreszcie, początek znalazłszy rapsodu,Czytała — — — — — — —— — «Zofjo!» — greckie były słowa —Tu zatrzymała się, «Szkoda zachodu!»Mówiąc, «za długa rzecz; rozboli głowa».Dalej — «Zofjo! — znaczy tu: mądrości!»I śmiać się bardzo poczęła z zazdrości.«Komu? Mądrości?» Więc, kończąc czytanie,Rzekła: «Nie do mnie!» — z gniewu czy z radości.«Wszelako krewne mi te wszystkie panieZ Olimpu, bądźmyż przeto, jak przystoi,Na pokrewieństwo mądrzy. Cóż tam stoi?»———————————
Mądrości! Tobie poślubiłem zdawnaI oto wzięła mię ta Roma sławnaW wielmożne dłonie swoje, mnie, z EpiruSierotę! Ówdzie mdłą byłem roślinąNa pustce dziadów; tu — drobiną żwiru.Mniej: pyłem, może i pyłu drobiną.Zowąd próg domu zdawał mi się światem,Stąd Epir cały progiem mi domowym.Rozszerzyłem się, prawda; idzież zatem,Że wzrosłem?Zwitkiem tym pargaminowymMożnaby ludzi otoczyć gromadę,Tak-bo szeroki! Wszakże jednem słowem,Krótszem a głębszem, wlewać można radę,Moc, rozrzewnienie, pociechę, lub zdradę!Cóż stąd?Czy człowiek, widząc tak szerokoNa każdą chwilę swojego żywota,Ile zakreśla mu dokoła oko,Doszedłby, gdzie są wszechmądrości wrota?I wielkich świata spotkał luminarzyTam, gdzie powinien, nie tam, gdzie się zdarzy?Czy raczej zwiedzić winien obszar cały,
Nie okiem jego, lecz okiem ludzkościSkreślony jemu, gdy był jeszcze małyI śnił na progów własnych pochyłościI, patrząc, gdzie się widnokrąg zasklepia,Myślił, że człowiek, skoro tam dobieży,Rękoma swemi niebios się uczepia,Wysysa nektar i jak Bachus leży.———————————Trzebaż więc zawsze, by serce góralaPo brukach miasta pierwej się wytarłoI łza człowiecza wędrowała zdalaTu, by samotniej, niż w zaciszy, marła,Twardniejąc zwolna, jak ziarno opala!Złotnik, ażeby brał potem jej jądro,Ważył i w kolce osadzał i może.Dewizą jaką naznaczywszy mądrą.Przypiął do ciżem, lub psu na obrożę!
Nie! Tu jest czasów jakaś tajemnica,Albo tu kłamie się już jak dla rymu,Albo jednego tu niema szlachcica,Coby, jak Scipjo, sam gadał do Rzymu;Albo tu cała szlachta — to konnica!
Nie! Prawdy dziwnej bliskość czuję łonem!Ateny przecież jak Rzym świetne były,A jednak Scyta Zamolksis z SolonemRóżnił się, niby odmienne dwie siły.Mamże Epiru zostać Pigmaljonem,Czy rzymskie jeszcze oglądać mogiłyW ogromnych łunach — i mimo ZeusaPadłe, jak niegdyś Korynt za Mumjusa?Stój!
W rymie zdradnej płynności jest siła:Sybilla stara, co w sieniach mych dziadówSiadała jadać, pomnę, że mówiła:By strzec się echa słów i winogradówUpajających nie tykać nad miarę.Któż retoryki nauczał tę starę?Mistrz gdzie, co onej nie szczędził przykładów?Nicość!
Skończyłem wczora na zwątpieniu —Dziś mój gramatyk wskazał mi cynikaSławnego w Rzymie — nie powiem imienia.Są ludzie, których lepiej znać z ich cienia:Twarz w twarz spojrzawszy, osobistość znika.Tego gdzieś medal widziałem brodatyZ zagłębiającem się w przestrzeń wejrzeniem;Dziś mówił myślą, słowem i skinieniem,Najoczywiściej — w ostatnie bogaty.Co myśli, nie wiem; co mówił, nie pomnę;Co cierpi, z płaszcza wyczytałem w łaty,Smutno mi.Rzym jest to miasto ogromne.
Kto jest mistrz Jazon mag, zapytać muszę.Mąż tajemniczy a powszechnie znany.Kto Artemidor? O tym wiele tuszę.Kto są tak zwane w Rzymie, chrześcijany?
Adryjan cesarz wymyślił rzecz nową:Każdy wiek inną wyrazić budową.Będzie to jakby historji zwierciadło,Będzie to jakby sztuki abecadło,Ogromne dzieło i praca niemała!Narodów różnych niewolnik zajęty —Wiek się zadziwi, przemysłowi chwała!W prowincje nawet rozchodzą okręty:To z robotnikiem, to z ciętym marmurem,Rzym jeden Rzymem, a świat jego murem.
Mistrz Artemidor dzisiaj szedł ulicą,Trzymając w ręku liść lauru: przypadkiemUronił tenże — ucznie wraz rozchwycą.Tak niegdyś z polnym postąpiłem kwiatkiem.Tu mądrość, ówdzie zachwycało lico;Tamto — to było kiedyś i ukradkiem.Są myśli, które choć naznaczyć trzebaCzemś, jakoś — później one się rozświécą!Zda się, iż równie znachodzi je sztuka,Podobną będąc zbłąkanej dziecinie,Co nuci, patrzy, i maca, i szuka.Ten ustęp mamże pozostawić, czy nie?
Że to nie piszę na stylu wystawę,Naznaczyć muszę choć kilkoma słowy:Widziałem dzisiaj twarze dwie bladawe:Dwóch niewolników, dwie schylone głowy,Związane ręce — byli to zbrodniarze,Niewdzięczni panu swemu, zbiegi, trutnie,Leniwcy. Wspomnieć smutno, jakie twarze!Jeden uśmiechał się bardzo okrutnie,Wejrzenie widzów raniąc, drugi w krokuZdążał mu, przeto iż dłuższy był w stanie.Szli tak w kurzawy i pięści obłoku —Jak mam rozumieć tygrysom rzucanie?
Cóż jest niewolnik?«W siódmym paragrafieIglicą znaczę» — to Zofja mówiłaI zwój, jak długi był, napowrót wiła.Potem: «Doczytam i w toż miejsce trafię»Dodała, ręką przecierając czoło.Potem: «Pamiętnik dziwny», potem: «Kto to?Przychodzień jakiś — u Artemidora?Kto był? Radabym poznać go z ochotą.Mistrz Jazon! Przy nim młodzian jakiś wczoraW cienniku bocznym przechadzał się długo;Wszelako owy, wiem, skąd rodem. Sługo!»
Tak gdy kończyła Zofja wykrzyknikiem,Kotara boczna fałdy szerokiemiDrgnęła, rozsuwać wszcząwszy się od ziemi,I Egipcjanka, uprzedzona sykiem,Jak syka człowiek, gdy igłą się zrani,Weszła, nietrudny ukłon dając pani.Zofja milczała, pismo mając w dłoni,Zaś niedoszyte płótno swe niewiastaTrzymała. Wreszcie słowa te uroni:«Która wigilja?» — «Wigilja dwunasta»«Dosyć». Służąca znikła za kotarą —Pani się przeszła swobodnie po sali.Lecz, gdybyś pierwej na ona twarz starąPatrzył, a potem zatrzymał się wdali,By, niewidzialnym będąc, Zofję widzieć,Rzekłbyś: «Zaiste, piękne straszne bywa,Odkąd się człowiek pocznie za me wstydzić».Tak-bo bezładnie na twarzy jej grałoUczucie błędne i znużone ciało.
To rzekłbyś, widzu, i dodałbyś: «Smutno!Patrycjatowi, scyjencji, epoce».A potem łzębyś na egipskie płótnoRzucił i nie w te uwierzyłbyś moceRzymu, pod maską wylęgłe okrutną,I nie w te czucia, które dają noceDialektyczne u mistrzów wymowy.
Tak zaś bolesnem poczuwając drgnieniem.Nie byłbyś zdolnym rzec jasnemi słowy,Lecz byłbyś zdolnym dotykać sumieniem.
Są bowiem drogi dwie wyrozumienia,Przez wiedzę jasną lub skryte cierpienia;Druga, na Zofji twarz rzucając światło,A światło z sługi jej przyjścia wywarte,Zmieniała pierwszą, to jest wiedzę, na tło,Na zapisaną, lecz czytelną kartę.Jakoż w ten sposób czytając osobę,Mylić się można sto razy na dobę;Raz wszakże zgadłszy, wie się więcej o niéj,Niż, żebyś rok z nią przeżył na ustroni.
Po chwili Zofja przepatrzyła jeszczePargaminowy zwój cały, jak długi,Z uwagą, z jaką baczne czynią sługiO szatę pana, gdy padały deszcze,I, skryte w ścianie otwarłszy framugi,W alabastrową złożyła go urnę,To rzekłszy: «Kiedyś wyleję jak strugiWszystkie te razem rapsody pochmurne,Które do siebie mają, że upadamI nie rozumiem się i nie posiadam».Wszakże mówiła tak drażliwa pani,Jak ktoś z owoców ocknięcia wesoły:Nim się rozbudzi, właśnie świt go rani —I gniewałby się na same aniołyHumór, z którego powstają tyrani!
Nie była wszakże Zofja złą kobiétą,Ani aniołem pisarz pamiętnika,Lecz stało się to przez ona ukrytąPotęgę czasów, gdy w żyjących wnikaI aktorami czyni ich dramatu,Co się rozwija, jak cierń lub pąk kwiatu.
Po chwili jeszcze z tej drugiej potęgiSnu czy lenistwa swego ocknęła sięI, jakby znikło jej wspomnienie księgi,Egipcyjankę znów pyta o czasie —Którą wigilję obchodziły warty?Lecz dlań odpowiedź była obojętną,A głos już więcej szczery i otwarty,A sługa cicha bynajmniej natrętną.
Po tym przechodnim dysonansie onaStała się trzecią osobą — tą samą,Którą widziałeś wśród mądrego grona,Z służbą jej stojąc ukradkiem za bramą.
«Więc z nimże samym mówiłeś dziś jeszcze?Gdzie w sali bocznej przy impluvium, czyliW ogrodzie?» —
«Nie wiem — tylko jednej chwili,Słuchając, pomnę, że na fali dreszczePatrzyłem, ruch jej śledząc ondularny;
Więc przy impluvium dziać się to musiało —Człowiek tak z miejscem bywa solidarny,Czy myśl tak często łączy się z przestrzenią,Że jakaś licha rzecz i przedmiot marnyPrzez porównanie świecą jej lub cienią».
«Zaiste — na to odpowie gramatyk —Skąd idziesz zgadłbym, słyszawszy ten attyk.Nie przeto jednak mało jest dziś w RzymieJak Artemidor wymownych, i wnoszę,Że obcy nawet słyszał już to imię,I że nie pierwszy ja chlubnie je głoszę,I że dość wyrzec: «On!»
Gdy szli ulicą,Gramatykowi przerwał poczet konny,Nadbiegający z taką błyskawicąHełmów, i mieczów, i dzid, które świécą,I orłów, zastęp znaczących koronny,Iż, skoro kurzu dwie spadały faleNa dwa przechodniów rozstępy zdziwione.Syn Aleksandra znalazł się przy Skale.Gramatyk nie mógł przejść w tęż samą stronęI niecierpliwe dawał tylko znaki,Co chce — jak młode poza gniazdem ptaki.
Środkiem zaś onych przechodnich rozstępówBiegł naprzód hufiec ów w jasnych zbroicach;Lamparcie skóry tym, jak skrzydła sępówZdały się pierzem wyrastać przy licach,Dotykać ledwo bark i pływać w wietrze.Pierwszy ten szereg orły trzymał czteryI S. P. Q. R., złocone literyNa ciężkich włóczniach. Drugi, zbroje letsze,Sposobem Partów do ciała przywarte.Welgnione w konia zagiętem kolanem,I piersi naprzód swobodnie otwarteZ łuskowem kryciem jasnem, jakby szklanem.
Nad tym zastępem w trzy strome ogniwaTrzy wieńce łączą się i w kształt tablicyWyobrażenie jaśnieje wilczycy.Dalej i dacki smok z ogonem pływa,I kręte trąby miedziane trębaczy,I krzyk: «Odeprzeć!» — kto zboczyć nie raczy.Zatem przestanek — jedna kurzu skiba,Przepadająca w nic, jak na dno ryba,I jedna chwila rytmowej cichości —I dumy pełen, czy opieszałości,Czy wyróżniony przez ruchu swobodę.Pretor na koniu płowym, mąż otyły,Oglądający się, gładzący brodę,Jak człek urzędu pewny, lub swej siły.
Ten, zwolna jadąc, piesze wiódł szeregi,Do środka wkoło nieporządnie zwite,Jak cyrk przenośny z okolnemi brzegiI oś mający stanowczo nie wbitę.Tą osią byli do pół obnażeniMęże trzej, dobrze powrozem ściśnieni,Lecz onych ledwo widziałeś niekiedyCzoła lub piersi nagością świecące,Wśród chmur zwichrzonej dokoła czeredyTo wyjawione, to zapadające.I były one jakoby członkami,Co nieraz leżą na cyrku drgające,I lśniły one za rózeg snopami,Rózeg, co sądy znaczą i liktorów,Jak białe lilje, gęsto ogrodzone,Jak białe lilje, z sadu wychylone,Widne przez wrota szerokich toporów,Co przywierały się lub zawierały,Skoro się męże, niosący je, wiliUlicą krzywą, pod stopami skały.
Przed onym płotem toporów i wiciSzli i kapłani, niosąc kadzielnice:Poważni, czasem po oczy zakryci,Wyzierający tylko na ulicę,Kiedy się zmieszał porządek szeregówTakże i tłumacz, i pisarz, i szpiegówI świadków nieco, dalej poczet drugiCiekawych, swoją hierarchję mającyPrzez onych pierwszych klijentów i sługi,Lecz mniej solenny i rozprawiający.
Do wpół na osła pochylony grzywie,Fig kupiec mówił: «Żydów trzech powlekli!»«Chrześcijan!» — gladjator odparł mu chrapliwie.«Wróćmy» — ktoś inny. «Choćby też osiekli»,Gladjator rzecze: «Niema poco chodzić.Nędzne to — hajże! — odrość się, odrodzić,Zawdziać się w siłę na cyrku zdobytąNie taka łatwa rzecz! Cóż, że i bito,Ale jak bito?» — To mówiąc, dokładałPięściami na wiatr, okraczał, przysiadał,
Wołając: «Hajże! W słup! Dextra! Sinistra!»«Naści, lwie!» kupiec rzekł, rzucając figą —A inny drugą: «Moja więcej bystra»,A inny: «Moją zawarczę, jak fryg໫Wiecie co? Ja wam dopiero wyłożęRzecz, co słyszałem w kuchni senatorskiej!Pozwólcie, ino płaszcz lepiej założę».I spluwał, akcent kłamiąc oratorski.«Pozwólcie, rzecz ta ciekawą być może.Pozwólcie»! — mówił po trzecie mąż mały,Z wielkiemi w uszach srebrnemi kolcami;Mówił, wśród klasku fig, co wciąż padały.«Tandem, to rzecz jest, w której dosyć idzieO ogrodnika pewnego». «O GwidzieBędziesz mi mówił», kupiec fig zawoła,«Wiem, iż powlekli tego apostoła».«Gwidzie?» — z kolcami mąż odeprze mały —«Tu jest pytanie, jak wykłada szkoła.Gwido wulgarne powieści go zwały,Że bez nazwiska był, bez nazwy, zgołaSierota, quidam, zwana dalej quido,I nieuczona gawiedż, która wołaGwido, lub nazwę łączy apostołaI inne, wszakże nie wiedząc, skąd idą!»
Tak mówił drugi ów gladjator słowaCoraz to szybciej, gdy osoba nowaUżyła większej jeszcze ciekawości,Mówiąc: «Sam boski cesarz w swej mądrościDozwala bogów czcić wszelkiemu człeku,Ani wyzuwa z dóbr, praw i wolnościZa to — jak działo się innego wiekuSam boski, boskie cenić umie rzeczy;Ale jest prawo i to służy jemu,I jemu przeczy ten, kto prawu przeczy;A prawo trzeba znać, z czego pochodzi,Że jest ciekawa rzecz, jak się to zgodzi:I czy fałszywie Gwidon oskarżony,I jako obie pokażą się strony?»To rzekłszy, cofnął się do towarzysza,Który na boku wstrzymał się na chwilę,I szli pośpieszniej.
«Różnie się uciszaLud», rzekł gramatyk. «O tyle o ile»,Towarzysz na to — i szli. «Przez przypadekZnalazłem się w tym zgiełku; nie sam byłem;Zginął mi uczeń» — tu uczynił spadekW głosie i nieco obrócił się tyłem.«Uczeń?» «Jakoby — przyjaciel niejakiArtemidora, z prowincji młodzieniec,Którego wdrożam w treść wiedzy wszelakiéj,Gotując może togę, urząd, wieniec.Zresztą nie uczeń, jak to wy zowiecie»«Różne są nazwisk użycia na świecie».Towarzysz na to. «Jakże zdrowie maga?»Gramatyk znowu. Po chwili milczeniaTowarzysz na to: «Pochlebne życzenia! Dzięki!Jak zawsze: taż sama powaga».«Więc zdrów?» «Więc», na to towarzysz odrzecze:«Vale». Gramatyk rzekł: «Oto ma zguba!»I okręcił się łokciami, jak śruba,Gdy wraz Epirczyk dodał: «Nie uciecze»,Z uśmiechem także witając drugiego:«Widziałem, pomnę, u ArtemidoraI mam do mistrza list». — «Przyszły kolego»,Odpowie Barchob uczeń, i zdążali,Milcząc, jakby się wcale lub dość znali.
Teraca była mozajką wysłana,Przedstawującą modre pawi stado.
Wchodnią tej ścianą jest domostwa ściana,Z trzech innych każda przejrzystą arkadą,A każda z arkad tych poopieranaNa faunach, którzy wieńce na się kładą.W sposób, iż, stojąc w lakowej teracy,Podobny jesteś do biustu pod lukiem,Gdy nogi twoje suną, jak po tacy,Z gładkim klejnotów bawiące się brukiem.Dodać tu jeszcze należy: popstrzenieCieniami liści i różne zielenieRozlicznych krzewów, co mają stosownyTon zieloności do kwiatów swych blasku,Często i zapach, jak przekład dosłowny —A poznasz Zofji dom po tym obrazku.
Tam Artemidor gdy wchodził swobodnie,Zofja ruszyła iglicą kościaną:Wraz z siołu, który ma półkosze spodnie,Spadł w nie zwój pisma, ścierając się z ścianą,I spoczął w mroku, jak owi, co leżąW cieniach, czekając, póki nie zostanąOddani rzeczom, do których należą,A wtedy będą rozwici i staną.
«Szczęśliwież wchodzę albo nieszczęśliwie?»Mówił, bynajmniej nie troszcząc się o to,Jak ten, co palec kładzie na ogniwieBronzowem u drzwi z nałogu ochotąI tejże treści odbiera skinienie,Jak nieczekaną odpowiedź lub echo,Pewny, że nie jest troską ni pociechą —Podobnie mówią poza Styksem cienie!
Wszelako, Zofja gdy podniosła oczy,Spadała jeszcze z nich czytania krepa,Co po mozolnej pracy chwilę mroczy,Gdy, duch, że czuwał, natura jest ślepa,Póki się w nowy akord z nim nie stoczy —Więc rzekła niemniej mało trafnem słowem:«Cóż jest szczęśliwość?»
«Dowieść to gotów-em,Acz w sprzeczny sposób, bo wchodząc nie wporę».
«To ledwo dowód, że różne są doby,Organizacje też zdrowe i chore,Lub że nie tykać tych rzeczy byłobyLepiej».«Tych rzeczy?»«Lub w inne sposoby».Zofja, to wszystko do ArtemidoraMówiąc, kończyła jakoby czytanie;Po chwili wszakże rzekła: «Jestem chora!Mów mi, czy Jazon mag nie będzie w stanie,Jak to niejednej uczynił osobie,Przez ziół potęgę lub przez zaklinanieWzmóc mię i o tej czy nas przyjmie dobie?»«Nas? W tem wątpliwość, acz sam doń dziś idę;Nie mawia bowiem naraz z dwojgiem osób,Do elokwencji mając dar i sposób,Jakby kto brał się przenieść piramidę!»
«Idź-że!» — mówiła, podnosząc się zwolna,A potem w dłonie klasnęła swywolna,I Egipcjance, pocichu wchodzącéj,Wskazała znakiem, co ma ponieść za nią,Gdy mędrzec czekał, aż wreszcie niechcącyDała mu rękę i wyszedł z swą panią.
Poszli — za nimi wonie olejkoweI szat szelesty i cienie się wlekły,Jak gdy wiatr wionie w pustki ogrodowe,Gdzie skwary pierwej paliły i siekły,Lecz, miecąc liście, nie odziewa w nowe.
Gdy pretor z konia zsiadł, już przedtem niecoPo obu stronach perystylu stałyGwardje w lamparcich skórach i co świecąŁuskami; od tych wprost na polot strzałySzerokie widzisz schody, gdzie trybunaI złoty posąg cezarski, świecący,Jak w mroku rannym pożarowa łuna.Tam poczet pieszy, po stopniach rosnący,Wkraczał, trzech wiodąc oskarżonych ludziO zbrodnię, która lud do buntu budzi.
Po krzykach: «W prawo! W lewo» — i po owemTo tu, to owdzie ciąganiu się tłumu,Które zdaje się ciałem tem zbiorowemMiotać, jak wielką rzeczą bez rozumu,Stało się wreszcie, iż masa ta całaOd wierzchu schodów do schodów podnóżaUsadowiła się i wyglądała,Jak zawieszona płachta jaka duża,Z rozlicznej barwy okrawek zszywana,Do wietrzonego podobna dywana.
Prócz osób głównych nikt z tych, co tam biegli,Przy towarzyszu drogi się nie wstrzymał,Jedni się zdala zaledwo spostrzegli,Drugi dojść nie mógł, gdzie chciał, lecz się zżymałNa wyrywany mu z rąk rąbek togi,Którym się druha i rozmowy trzymał;Inny szedł z tłumem, zdawszy się na bogi.
Syn Aleksandra poczuł tuż przy sobieKolumny ocios i wsparł ręce obieI, blisko rdzeni będąc, słuchał sprawy.Barchob, Jazona uczeń, stał daleko,Lecz rzucał okiem nie bez pewnej wprawy,A okiem zimnem — tak rzemieślnik wiekoTrumny ogląda i dwie strony mierzy,By trafnie oddać, co której należy.Tak czyni jeszcze i posłannik, któryMa zdać rachunek z liczby i naturyI położenia rzeczy; ale przetoTyle jest wierny, ile oddalony.I wie, co to jest, o ile i gdzie toLecz, w tem nie będąc, jednej tylko stronyNie zna: ta właśnie jest rzeczy zaletą!
Gramatyk nie sam stał, po jednej stronieKupca fig, z drugiej mając gladjatora —I coraz zdawał się pokłaniać skronieW prawo, to w lewo — jak osoba chora,
Lub niemy, kiedy mówić chce o zgonie.Pisarz te słowa jął czytać:«Zaiste,Ze świąt jeżeli które uroczysteW obliczu prawa, to cezarskie święto;Mąż, co tu stoi tak, jak go ujęto,Jak świadczą starzy, znający go zbliska,Nazwiskiem Quidam, że nie miał nazwiska,Potem zaś przezwan Gwido, mąż zuchwały,I czeladnicy jego — gdy wieczoremWieńce i lampy naznaczonym wzoremW każdem się oknie rzymskiem kołysały,Nietylko w tejże nie uszczknął radości,Lecz wyznał głośno, iż gorszyć to możeChrześcijan słabszych, co w niewiadomościSą, jak cezarskie rozdzielić i boże».
«Świadczcie!» odezwał się pretor do grupySzpiegów i świadków, stojących pod słupy,Do półokrytych cieniem, w sposób taki,W jaki się nocne kryć umieją ptaki,Skoro je światło południa zaskoczy:Że, głos ich słysząc, nie widzisz osoby,Osobę widząc, widzisz ją po oczyI mógłbyś deptać, nie wiedząc — jak groby!
Jeden z tych — gdy się wszyscy odezwaliPorządkiem, jakim w cieniu owym stali:«Świadczymy!» — prawił:
«A ja oto właśnieU siebie, biednym będąc, lampy czteryGdy zapaliłem, patrzę — jedna gaśnie!Zgroza! Gdyż cztery miały być litery,Wyobrażone lampami czterema,Tandem, łzy w oczach mając, szukam grosza,By nową kupić lampę — grosza niema!Tandem, cóż mówić chciałem — ten jest GwidoOgrodnik, który coś składał do kosza,Przed drzwiami domu stojąc, gdy ci samiDwaj drudzy, ucznie jego, właśnie idą,Idą i mówią sobie coś czasami.Tu ja, że widzę drzwi nieozdobioneI ciemność, lampy że nie zapalone.Nuż wołać, dalej przestrzegać, zaklinaćI, jak brzmi słowo, czytane wybornie,Stało się — bowiem nie chcę już wspominać,Przed bóstwem raczej padając pokornie».
To rzekł i upadł, a za nim i owi,Co mu świadczyli, świadkowie świadkowi.Upadek taki, kapłan jowiszowyWidząc, garść mirry w kadzielnicę rzucił,Toż czynił pretor i inny, i owy,A każdy ściągał twarz, jakby się smucił.Lub głową wstrząsał, lub ręce zakładał,Jakby się ludziom na migi spowiadał,I szukał ruchem coraz mniej kłamanym,Aż znajdzie w sobie głos dość wiarogodny;Bo głos mniej może, niż gest być udanymI stąd mniej skory jest i mniej wygodnyI musi w kłamstwo pierw zagaić ruchemDrugich, aż tego się nazbiera wiele —Wtedy zaś zwie się już ogółu duchem,Wyrazem myśli w tem zbiorowem ciele,I już się nie zwie kłamstwem, lecz organem,Albo koniecznem ogniwem tradycji.Albo przyjętym trybem nieskłamanym,Regulaminem mody lub policji —W sposób, iż człowiek kłamiący tam będziePrzez porównanie białym, jak łabędzie,Dlatego właśnie, iż możność zachowałZbłądzić i oną wszechprawość zepsował.
Na tak niejasne stąd patrząc budowy,Zrozumiesz łatwo, co w nich człek wywołaZacny, cieniować gdy nie będzie mowy,Przez miłość prawdy wiecznego Kościoła;Albo do tegoż o ile się zbliżyProstak, mów swoich nie ważący zgoła,Dla ludzi patrzeć nie nawykłych wyżéjRówny boleścią bólom apostoła —Acz ów zuchwalec przy wyznawcy stanie,Często toż samo cierpiąc katowanie,Dlatego tylko, by widziane było,Pokąd człek może własną dotrwać siłą,Lub aby świadczył, gdy inni kląć poczną,Aż oba w raju wieczerzać odpoczną.Ta to różnica męczeństwa i wojny,Że pierwsze, dając krew, jeszcze ją dajeZmnożoną przez to, co dawca spokojnyCzyni, okrzętne łącząc obyczajeDo datku swego, i kruszynę chlebaTam, tak i wtedy daje, jako trzeba.
Daje tem samem krew swą — więcej sobą,Do szczętu siebie dotrwając osobą,Więc ponadśmiertną obłócząc już siłę,Co zwija topór jak kartę u księgiZnanej, na skrzypców smyk zamienia piłę.A w nierozwity róży pąk obcęgi.I, jeśli dziwno, że w wrzącej oliwieJan święty krzepciej, niż przed męką, żywie,To w mniejszym stopniu toż samo zjawiskoJest ci zwyczajnem i znajomem blisko,Gdy obok stawisz mściwego człowiekaI tego, który przebacza, a czeka,Aż chwila przyjdzie, że przeciwność, w sobieZniósłszy się sama, do stóp padnie tobie.
«Gwido!» — rzekł pretor — «wstręt ofiarowaniaBóstwu tem więcej winę twą odsłania. Mów!»
«Za człowiekiem, szpiegiem, co przed chwiląPadł na kolana, widzę wasze głowySędziowie moi, jak niemniej się chylą:Mąż ten podchwycił was gestem, mnie — słowy.Nikt z was nie wierzy w bóstwo cezarowe.Bo cezar nie jest też od Apollina,Jowisza, Bacha, roślejszym o głowę —A ci że byli ludźmi, nie nowina!Jakoż, bez Boga będąc, szukacie goW wyższości męża tego, to owego;I stąd zaiste mam ja dla was litość.Wszakże bez granic mieć jej nie mam prawa,Bom nie jest pierwszy i znam przyzwoitość;Mam wzgląd na wszystkich, których jest ma sprawa,Na tych, co byli przede mną sądzeni,I tych, co będą, i tych, co są możeTu gdzie wśród ciżby ludu utuleni,Jeśli zrządzenie ich powoła boże».
To mówiąc, pojrzał z tem skąpstwem anioła,Z jakiem, chleb łamiąc w ubogiej rodzinie.Ogląda ojciec, żali co nie ginie,Im chętniej dając, uważniej dokoła.
«Jakoż czci boskiej nie dam posągowi,Przez który kłamstwo wasze się stanowi.I strząsam szaty, nie, iżbym cesarzaKlął albo zniżał, jak indziej się zdarza,Lecz, że go cenię. Wy, co wart, nie wiecie:Wy uwielbiacie, cenić nie umiecie.A że z przed serca Boga wam zakryto,Zowiecie Bogiem wszelkie incognito».
«Na klęczki!» pretor głosem wrzasł takowym.Jakim się sprawia szyk w polu bojowém,Aż poszła cisza po rzeszy szeroko,Jak po jeziorze nagła wiatru zmiana;Aż w poczcie gwardji jękło coś głęboko,Szablica jakaś spadła odpasana.Czy trąby dwie się przypadkiem gdzie zbodły,Czy głos tak dzielny był, a tłum tak podły.
«Czekaj, bom w ustach nie miał nic trzy dobyJa i te zacne dwie ze mną osoby,A głos masz silny przez sytość i wprawęW komendę — czekaj, niech zakończę sprawę».To mówiąc, Gwido chwiał się i był blady,Jakgdyby mówił: «Czczo mi» — lecz pozierałNa dwóch, co za nim stali, jak na ślady.Gdy ktoś, co dotąd o głaz się opierałPrzy jednej z kolumn, rzucił trzos i skinął,Wołając: «Chleba! Hej, potrzykroć płacę!»
Co rzekłszy, tak się w togi zwój owinął,Że wraz skoczyli ludzie i, na tacęWłożywszy chleby, ponieśli mu wgórę,Bacząc szlachetną postać i naturę.
Syn Aleksandra rzekł: «Ci ludzie, trzy dniNie jadłszy, omdleć mogą w osłabieniu,Widzę to». «Ktoś jest?» szpieg zawołał z cieniu.«Doktór!» krzyknęło trzech, a byli zgodni,Że posądziłbyś o wczesną umowę —I tu dwa kłamstwa stały w przesileniu:Oskarżające i to, co w natchnieniuWspółmiłosierdzia tchnęło trzech, ludowe.Tamto formalne, to nieobmyślone,Jak grom, co nie wiesz, w którą wytnie stronę.
Gwido: «Bóg zapłać!» rzekł, gdy współskarżeniPoczęli chleb jeść, a tak cicho było,Że i najwięcej środka oddaleniSłyszeli dziękę, jakby się im śniło,Że tuż przy Quidam stali w onej dobie;Bo ciszej było tam, niż bywa w grobie.
«Teraz», tak kończył Gwido. «już się stało.Teraz, jakkolwiek broniłbym tej sprawy,Nie uwolnicie nas — znam, bez obawy;Więc posilone, jak jest, weźcie ciało;Bo nie zniżyłem prawd przez ich oprawy,
Ni przez zuchwalstwo na szwank naraziłem;Ni wywołałem nawet urągania,Ni znikłem, marnym uznawszy się pyłem!A to są sprawy nie do wybaczania!»———————————«Dosyć!» zawołał, z krzesła wstając, pretorI, dwakroć spluwszy, rzekł: «Ja tam nie retor».
Gdy w jedną stronę błysnął rząd pancerzy,A w drugą sądom wyższym odroczonychPoprowadzono trzech, by zamknąć w wieży,Tłum się ze schodów stoczył wywyższonych,Od góry zwolna próżniejących z ludu,Co zszedł się czekać krwi, buntu lub cudu.Które z tych zjawisk wysłannik JazonaPrzyszedł tu znaleźć, rzecz nieodgadniona.Barchob, z Judei rodem, nie chrześcijanin,Ani polityk, a tem mniej poganin;Wymowy także oratorskiej zwrotówUnikający, jak wstrętnych kłopotów;Milczący szczelnie lub dwoistej treściSłówkiem słuchane cechujący wieści;Patrzący chwilę na postać człowieka.Gdy odpowiedzi ten od niego czeka;Niekiedy oczy, dokoła czerwone,Uchylający w tę lub ową stronę;Profilem piękny, postawą wątpliwy.Zaklęty, zda się, w mistrza swego ruchy,Na cień z za Styksu może zbyt lękliwy,Na męża nazbyt przejrzysty — jak duchy.Pytania takie szybko przechodziłyPrzez Aleksandra z Epiru ciekawość,Gdy szedł z Barchobem, który dwoił siły,Przez towarzysza pociągany żwawość,I czuł się z zwykłych gestów wyrywany,Powolnych, gestów może mistrza-maga.
«Nie znałeś Gwida?»«Gdyby mi był znany,Byłbym z nim».«Słuszna zdaje się uwaga,I przeto rzekłem ci: «Nie znałeś Gwida»A nie: «Czy znałeś Gwida?» zapytałem».
Syn Aleksandra wstrzymał się, jak dzida,Kiedy osadzisz konia w pędzie całym,Wzdrygnięta naprzód i wtył — «Czy nie będzieZa późno mistrza odwiedzić Jazona?»«Gotów jest, mniemam, i zawsze i wszędziePrzyjąć», co mówiąc, otrząsnął ramionaI wskazał ręką od Tytusa łukuNa bok, acz droga dłuższa i bez bruku,Dodawszy:«Zwyczaj mam unikać huku».
«Służę!» towarzysz odparł mu i w cieniuDrzew szli powolniej. — Czas był ku-zachodni,Jasny, że czytać mógłbyś najwygodniej;Lecz czerwieniały już w słońca promieniuRzeczy, które są ostro rysowane:Amfiteatru szerokie profile,Trzy piętra łuków, z głazu wyciosane,Wnijścia do arkad zwęźlonych zawile.Rzadko kto śpieszył ku Kapitolowi,Tam i sam raczej błądząc, jako w porze,W której cel ruchu odda się ruchowi,A myśl i mowę, że pięknie na dworze.Usposobienie to każdego ima,Kto, w rytm idących tak wszedłszy, takt trzyma.Tak więc wiódł Barchob z Epiru młodziana,Gdy nagle spotkał kobietę podżyłą,Służebną, ile z tego, jak odziana,I z kosza w ręku wnosić można było,A Egipcjankę, co wraz poznać z ceryI z ust, lecz pierwej z ruchów bez manjery,Uspokojonych abnegacją pewną,Dziwną — że, wziąwszy się, by kosz postawićLub wznieść, mniemałbyś, iż ma błogosławić,I że, udając sługę, jest królewną.Tę piękność wszakże, co z przetartej szatyWyzierać zwykła, mijał Rzym bogaty;A retor, fałszerz daru i uczucia,Krył ją w misternie kwiecone zepsuciaI ledwo dostrzegł jaki Grek — atoliGrek, gdy postradał Grecję, więc, co boli,Nie mając ziemi, zna, że, gdy brak kraju,Ojczyzna dwakroć większa sięga raju!
Rzym w estetyce był już, jak za wieleWieków Gallowie w błotach swych być mają,Albo Anglowie, gdy przypuszczę śmiele,Że ci naprzykład świata ster trzymają,I tworzą sobie Rzymy jakie noweI smak i piękność wedle siebie głoszą,Nie dramatyczną, lecz bóstwo jałowe,
W którem nie chodzą żywi, które noszaJak fasces — słowem coś, co jest niezdrowe.
O barbarzyńcach tych młodzian tak marzył,Gdy Barchob mówił z niewiastą znajomą,Aż nagle, patrząc w kosz, jak kwiat się zwarzyłOwiany szronem, i tak nieruchomoPatrzył, jakgdyby dno kosza niejasneCzytał — zaiste, czytał, pisma własne!———————————
Przez bramę miasta, przez winnic kwadraty,Furtki, owiane w roślin aromaty,Którym bluszcz służy jak zwiewna zasłona,Strzegą zaś ręką niesadzone kwiaty,Przechodzić trzeba do mistrza Jazona.Nareszcie skutkiem tej rozmaitościDziwniej niż prędzej stoisz tuż przy murze,W który się schody zanoszą niedużeI wisi młotek bronzowy w kształt kości,Zerdzony spodem, od wierzchu świecący,Że go gość każdy oczyszcza niechcący.Tym raz uderzasz i wchodzisz w ciemnice,Bo dalszy schodów ciąg od furty pnie sięNic już do domu, lecz znów na ulicęWyższa tarasu; ten jest jako w lesie,Sosn włoskich rudą kępą ocienionyI jak sznur prostą ścieżką przekreślony.
Za tej zaś ścieżki końcem, widnym oku,Nie sterczą mury domu na obłoku,Lecz tak się miesza wzrok wśród drzewnych alej,Że iść tam musisz, by wiedzieć, co dalej;Ścieżka ta bowiem od samej połowy,Dwie strony mając, jak leśne parowy,Coraz się głębiej wrzyna w gaj sosnowyI coraz gęściej starym świeci brukiem,Z fragmentów różnych złożonym, jak cmentarz:Ten, że był urną, owy może łukiem.Ten sarkofagiem, biustem — ów, pamiętasz,Że gdzieś w frontonie świątyni ma brata,A wszystko dobrze zrównane i w skazieKażdej otkane mchem, zdala, jak krataZielono-złota leżącym na głazie.To już podworzec; dalej — zwykłym wzorem —Domostwo, tylko że zawsze otworem.———————————
Barchob był może gdzie w drogi połowie,A Egipcjanka w domu swojej pani,Kiedy mistrz Jazon Zofji badał zdrowie,Czy horoskopy składał jej lub dla niej,Artemidora zostawiwszy w saliNiższej, gdzie mnogich rękopismów wstęgiLeżały w wazach, i kompasów kręgiRyte, i zodjak, i bogowie stali.Fontanna w środku niska, z bronzu lana,Z gipsu popiersie nad nią Adryjana.
Drzwi do tej sali, będąc otworzone,Przysionka wnętrze odsłaniały oku;Drzwi od przysionka niemniej inna stronęPodwórza w ramy swe nakształt obłokuObejmowały, a światło, złamanePo dwakroć, biło prosto na fontannę.
Tam Artemidor, siedząc, niewesołoPoglądał, jako osoba znudzona,Na ogół rzeczy, leżących wokoło.I słuchał wody kroplistego grona,Rozperlanego wciąż w bronzową wannęPrzez łkania swoje i łzy nieustanne.
Czy mag na górze z Zofją był podobnie.Jak ten z fontanny szmerem, zatrudniony?Nie wiem. Czy pani mówiąca ozdobnieO drobnych rzeczach z nieznanej mu strony,O drobnych czuciach, niezmiernie żałobnie,O głównych prawdach często, lecz z ich stronyKolorowanej przez tychże opony,Czy pani, przytem dziwnie ujmującaWdziękiem, co blado promienił jej z czoła,Jako Dianie grzebień pólmiesiąca,Czy, mówię, maga obchodzi lub zgoła?Nie wiem. Wszelako mistrz Jazon miał drobneSłabostki, zdala patrząc, niepodobneDo solenności, w którą się obłóczył.Baczył naprzykład, żeby wzgląd na stopnieCeremonjału chować, i, jak uczył,Domawiać lubiąc słowo to «roztropnie».Świat oficjalny nie był mu przeciwnym;Owszem, powoli ocierając czoło,Zwykł był nazywać go «cale naiwnym».Gdy mówił «cesarz», nie patrzył wokoło,Jak augurowie i filozofowie,
Lecz palcem krymki dotykał na głowieI mówił głosem — co wielu baczyło —Takim, jak cesarz mawiał, z takąż siłą:Acz w tem najmniejszej przesady nie było.Filolog wielki! Greckiego zażywałZ Rzymiany, niedość wyznając się wprawnymW latyńską mowę; gdy ucznia przyzywał,Z fenicka mawiał doń lub innym dawnymJęzykiem, pełnym szeptań i przydechów.Chrześcijan znał mało, lub, gdy mawiał z niemi,To o lekarskiej sztuce, płodach ziemi;Też jak z niewiasty — nie stronił i śmiechów!Dziwny mąż! Cesarz, że był wiedzy chciwy,Znał go lub wiedział, kto jest ów sędziwy,Ze swoją łaską włóczący się długą,I charonowym nazywał go sługą.Mistrze stopniami byli z nim w stosunku,I mnóstwo osób znało — tak z trafunku.Wędrowni męże z za wielkiego morza,Biedni mówili, że jest: ręka boża,I nieraz ciche widziałeś osobyPrzed perystylem magowego domu,Na grobów złamkach siedzące, jak groby;Obce w stolicy, nieznane nikomu,Łokciami wrosłe do kolan od brody —Gdzieś spętanego narodu rapsody.Niejeden leżał tak w blasku księżyca,Na nocne mało uważając chłody,Pod murem, inny w kuczkę, jak kotwicaZwił się i słońca przeliczal zachody.Mistrz Artemidor — kto znał go już bliżej —Szersze od maga wykładał pomysły.Natchniony nawet bywał, lecz nieścisły,I niewątpliwie, że wszystko brał niżej;Acz, potrącony Jazona milczeniemLub wątpliwością, dziwnie wyrażoną,Wzbierał i takiem porywał natchnieniemOrłem, że słuchacz z żadną nie stał stronąI, gdzie przechylić się, nie wiedział wcale,Co Jazon zwykł był zwać: «Nie nowe, ale — —»
Mędrców tych bliżej badając dwoistość:Wzniosłość koryntczyk znał, mag — uroczystość,I była jedna między nimi stronaNieprzełomliwa, jak czasów wyroki,Wyczerpniętemi słowy naznaczonaPoczem w dwie strony obracali kroki,Milcząc; a znali tak ową granicęCzuciem, jak mało wiedzieli, czem ona.Gmin w tem dwóch mędrców widział tajemnicę,Która ich łączy w jednego olbrzyma,Głów mającego dwie, cztery ramiona;I, myśląc, że to w jedności ich trzyma,Co rozpychało ich lub rozdzielało,Zbliżoną napaść za jedno brał ciało.
Schodząc mag z Zofją, te jej mówił słowa:«Niewiasto zacna, to tak — w tej już chwili,Mniemam, że lepiej czujesz się, żeś zdrowa;Nie, iżbym odjąć mógł — jak to robiliDla innych inni — niemoc wyższą mocą;Bo nie ten przedmiot spotykam przed sobą».
«Zaiste — przyszłam, jakby czując, poco»,Odrzekła Zofja.
«Inną może dobą» —Mistrz Jazon mówił — «o księżyca nowiuDano mi będzie znać o pełnem zdrowiu.Dasz mi znać». —
«Jako? Przyjdęż? Czy Barchoba,Czy ciebie, mistrzu, w progach mych zobaczę?» —
«Rzecz jest, rzecz będzie, nie ma być osoba?»A potem dodał zimno: «I ja raczęO kiju przywlec się, gdy przyjdzie pora».Tu obrócił się do Artemidora,Dla dwojga razem grzeczność dając jedną,I wspomniał: «Wiele niech nie czyta chora.Szkoda, że stare rękopisma rzedną.Dobrze jest miewać wzgląd na autora.Kiedy się czyta. Cóż za rzecz przedziwnaCzytanie! Jako gałązka oliwnaLub migdałowy kwiat». — Koryntczyk rzecze:
«W tym względzie panią, ile mogę, leczę».A Jazon dalej: «Kiedyś wchodzi do mnieOsoba, oczów prawie pozbawiona:Ból swój i żałość wyrażając skromnie,Za nią tuż lektor, głos mający równy,Czysty, jak woda dobrze przecedzona,Nie wiem, czy taki, czy inny, jak ona.Ten, choć niósł pisma w torbie, nie był główny,Bo dalej jeszcze szedł autor tych rzeczy.Dnia tego, tyle mając do przyjęciaOsób, nie mogłem dosyć mieć na pieczy,Ile dać kropel, jakie owinięcia.Nie wiem, co z tego będzie. Czasem dobaPrzeszkodzi, czasem przeszkodzi osoba.
Czasem...» — Koryncki mistrz poprawił togi,A Zofja w czoło patrzyła magowi —«Czasem — do siebie mają to i progi —Czasem wszystkiego człowiek i nie powié,Co miał powiedzieć, i zgadywać trzeba,Jakiego komu dać i ile chleba — »To mówiąc zwolna, przerywanym głosem.Poglądał w ziemię i, gładząc siwiznę,Coraz to rzucił wyplątanym włosem;A usta, jako gojącą się bliznę,Pogodnie zwijał i od brwi falamiDogóry zmarszczki mnogie podejmował.I zamilkł. Strząsnął potem raz palcami.Jakby zapomniał coś albo żałował —Akcent, co długo nie dał do myślenia,Czy się już wątek mowy nie wysnował.Tak, iż koryncki mistrz, bez omówieniaKu drzwiom pojrzawszy, naprzód wstał z siedzenia.
Skąd Jazon wiedział, że Zofja doń niosłaRękopism owy, dziwnie znaleziony?Skąd, że i autor nie był oddalony?Bo szedł z Barchobem. Ciekawość choć rosłaNieraz w słuchaczu takich maga gadek,Nikt tego jednak wybadać nie umiał,Lub szukał w sobie, czyli je zrozumiał,Czy nie trafiło się to przez przypadek.Wszelako słowa te: «Osoba ciemna,Za nią tej lektor z rękopismem, daléjI autor tegoż» jako nieprzyjemnaWieść brzmiały Zofji, gdy przez gaj wracali.
Syn Aleksandra, słysząc z mów Barchoba,Kto była ona służebna osoba,Także, skąd niosła drobiazgi kobiéceW koszu, skąd przez tę wracała ulicę.Milczał; lecz w sobie pamięcią przezierał,Co ów zwój, trafem zgubiony, zawierał.I, choć z Barchobem rozmawiał potocznie,Wciąż miał zwój pisma własnego zaocznie.Które że raczej było pamiętnikiemRzeczy i wrażeń niedzielonych z nikim,Do swobodniejszych odroczonym czasów,Pełnym doraźnych skróceń i nawiasów,Dośledzić nie mógł lub nie czuł się w stanieZgadnąć, co pism tych wywoła czytanie.
W sposób, iż przedmiot, jednem odniechceniemZrzucony z stołu w drobiazgi doręczne,Jednem usłużnej ręki poruszeniemPodjęty z koszem tam i sam noszonym,Mógł się stać dwakroć większem zagadnieniem,Niż najciekawsze z zapisanych w onym.Tak więc szli k’sobie, tym samym sposobem,Z Artemidorem Zofja od JazonaI Aleksandra syn tamże z Barchobem:Ci raźniej, tamta opieszałej strona.
Zofja, swobodniej czując się na sile.Przez ciemną sosen włoskich kolumnadęIdąc, mówiła: «Wszelką maga radęZebraćby można w «o tyle — o ile»,W preceptę, z liczby i z czasów wysnutą;Lecz słów misterstwo, i określeń dłóto,I ta powagi całość skąd pochodzi?Nie wiem! Z tem człowiek, mniemam, że się rodzi».
To mówiąc, kwiaty zrywała, lecz owe,Które się w parów schylając podłużnyDo rąk jej czoła swe chyliły płowe,Jak smutne dzieci, żebrzące jałmużny —I szła, co czyni, nie bacząc, lecz raźniéj,Gdy Artemidor wreszcie jej odpowié:«Jazon» — tu przestał — «jesteśmy w przyjaźni».Tu znowu przestał. «Wielu wraca zdrowiéjOd mistrza tego do siebie; lecz małoZ krystaliczniejszą myślą powracałoTak, iż dwie z jednej idą stąd choroby:Choroba myśli gościa lub osoby,I dwóch Jazonów w mieścieby się zdałoNa dwóch kończynach wielkiej czasów strugi,Co jest jak Tyber — »«Tyś jest Jazon drugi»,Odrzekła Zofja —«Pani» mistrz jej zada:«Jeśli zgadujesz rzeczy zastyksowe,Któż sama jesteś?»«Wyobrażam sowę,Zwłaszcza, iż słońce właśnie że zapada;I będę mówić ci o każdym z ludzi,Którego spotkam: czem lub kim się zbudzi».
Tu się ku furtce tarasu zbliżali,Lecz ta skrzypnęła prędszym ruchem od nich,I w ramie onej, na łunie z opali,Wśród błąkających się blasków zachodnich,Dwa kształty rosły mężów dwóch przychodnich.
«Któż jest ten pierwszy Quidam?» rzekł do paniTowarzysz, dalej prowadząc rozmowę;Gdy wraz zbliżyli się wzajem poznani.A Aleksandra syn rzekł: «Poniósł głowęPod topór może». — «Co to znaczy?Kto?» I przez chwilę trudno zgadnąć było,Co pozdrowienie takie zagaiło,Co ten a owy w słowie quidam baczy,Co Zofja słyszy, co Barchob rozumie,Co Artemidor — czworo, lecz jak w tłumie.Jeden więc płochy żart myśli niewieściéj,Niedosłyszenie jedno, i nazwiskoMęża, co świeżo oddań jest boleści,Zrobiły zamęt, który stał już bliskoSprzeczki, albowiem pomieszał powagi,O ile prawdy nie znosiły nagiéj.
Mistrz Artemidor czuł się może niecoWypartym z blasków, co jak Febu świecą,Czyniąc go zawsze stojącym wspaniale,Utwierdzonego na słonecznym wozieW nieodpoczliwej swej apoteozie.
Zofja też, którą, jak Safo na skale,Gmin przywykł mniemać wiszącą u liryDłońmi, a rąbkiem ledwo szaty nikłejW nieodgarnięte zaplątaną żwiry,Czuła się w roli swej zachwianą zwykłej.
Barchob pojmować nie mógł, że wypadekMoże mieć miejsce, a jego towarzyszStał jako powód sprawy i jak świadek —Co, jeśli dobrze, jak zaszło tu, zważyszI zwiększysz w postać takiego ogromuJak Rzym, odpomnisz niejasne powieściO chrześcijanach, iż są plagą domu,Który ich ciche osoby pomieści;Tudzież o znaku linij dwóch przeciętych,Co tych przeklętych strzeże czy tych świętych;O cieniach zmarłych i nazwisk ich sileTakiej, że wzmianka sama zrobi tyle,Tyle niesmaku i rozspołecznienia,Dla jednej nazwy — mniej, dla nazwy cienia!———————————Tak się i stało przy onem spotkaniu,Gdzie wyraz: «quidam» ład pomieszał cały,Aż po stopniowem myłki sprostowaniuPostacie w formy dawne powracały,Tylko zbliżone lekkiem przypomnieniem,Że jednym błąd je raz ogarnął cieniem.Więc zapewniwszy, że się od-zobaczą,Do miasta jedni szli, drudzy do maga,Lecz Zofja odtąd zgadywać się wzdraga,Kto są przechodni ludzie i co znacząTam, gdzie wszechduchów zawisnęła waga.
To już dwa wieki od Grecji pogrzebu,Gdy biały duch jej podniósł się ku niebuW szlaki dokonań, dzielone na stacjeGwiazdami dziejów, między konstelacje:I stał tam z lirą w przestronym lazurze,Na resztę dziatwy patrząc rozproszonéj,Co tu i owdzie, przy pękłym marmurzeStojąc, liczyła tryumfy i zgony,I czekał, jako narody zabyte,Aż wszystko będzie do szczętu spożyte,Aż Grek ostatni przymiotem lub winąZginie i myśli same się rozwiną,Wpisując w tejże porządek litery,Ile są wieczne, Greków drugiej sfery,Zrodzonych może u krańców północy,Co, jak rodzeństwo, zbiegną ku pomocy.
Rzym wtedy swym się Adryjanem cieszył,Mniej bacząc, co się między gwiazdy działo;Sto razy na dzień bok duchowi przeszyłGreckiemu rzymski, w swe go strojąc ciało;Lecz najswobodniej mężniał sam w tej sile,Co, wolna marzeń, sypia na mogile,Sile wyższego coś mającej może,Lecz przez zakryte jej widoki boże.
Więc rzymski szlachcic jeszcze rad był GrekaW biblijotece chować, gwoli rzeczyPiśmiennej, która wolnej chwili czekaAlbo z ckliwości w dni deszczowe leczy;I słuchał bajek, spisanych w Homerze,Tak, jak w komedji przeciwsokratejskiéj,Dowcipnej, że aż śmiech nieledwo bierze;Lub, stawiać łaźnię czy ratusz gdzie miejski,Grekowi radził zmieniać kapiteleKolumn — ten środki że znał, a ów cele.
Grek przeto młodzi prawił o Sokracie.Myśląc o rzymskich podatków zapłacie,Lub tryumfalny stawiać łuk, kolumnyPrzepraszał w sercu i dłóta czuł zgrzyty.Gdy duch mu Grecji szeptał: «Nie bądź dumny,Lecz cierp — ulecisz za mną na błękity;Tyś mistrzem ziemi tej, a Tybru glinęNa posąg w ręce wziąłeś. Nie zaginę!»
Inny syrenę tę, z półrybiem ciałem,Bez wrzących pulsów, odepchnął daleko,Idąc za coraz nowym ideałemCoraz nowego mistrza: co ci rzeką?Posłyszeć, chwilę rozgorzeć, «Skonałem —Wstałem» zanucić radośnie, lub w dobieTrudnej z Zenonem pomyśleć o grobie.
Nie był to wszakże czas rzymskiej potęgi.Bo już Rzymianin znał się, że realny,I zapisował porządnie do księgiEdykt ten albo ów perpetualny,Ciesząc się więcej edyktów porządkiem,Niż rządem — najmniej ciesząc się ich wątkiem.
Niewolnik chyba lżej posuwał kroku,Czując, że ręką ktoś go wiedzie w mroku;Lecz zali cesarz to był lub właściciel.Nie znał — i wietrzył, jak spóźniony mściciel.
Żyd milczał w izbach zawartych, jak trumny;Chrześcijanin znikał, lecz jawnie i w czynie,Jako przy świetle kagańca kolumnyTeż same zawsze, czy je olśnisz, czy nie.
A jako bywa wśród ległych ogromówMyśli lub ciała, że w proch się trą nikły,Tak już rozgłośnie systemy atomówBrzmiały: te zawsze jedno znaczyć zwykły!Znaczyć, co znaczy na zimnej miednicyPopiół, gdy mirry braknie w kadzielnicy.
Ci, co wchodzili do mistrza Jazona,Ujrzeli rękę jego wyciągniętąNa znak, by siedli. Lampa zapalonaPrzeciw fontannie płomień niosła kręto,A blaski onej, rosą odkroplane,Drżącemi światły wbiegały na ścianę.
Mistrz siedział, nogi mając wzdłuż podane,Jak się na niskiem spoczywa siedzeniu,Lecz nie odmienił nic w swem zamyśleniu,Tylko niekiedy dłoń podnosił k’czołu,Szerokim łokciem przypartą do stołu,Jak człek na pierścień gdy patrzy lub mniema,Że czas już powstać, ale woli nie ma.Po chwili w stronę gościa wzruszył głowę,Lecz do Barchoba wraz zatoczył lice,Mówiąc: «Co zaszło?»«Zdarzenie mniej noweNiż smutne» odrzekł, patrząc, jak na świécęNa wzrok Jazona, który nań promienił.«Chrześcijanin Gwido mówił — to i tyle»Tu zmilkł i blade lica zarumienił.
«Cóż oni mówią?» Jazon rzekł powoliBez pytajnego akcentu, ni soli.«Cóż?» odrzekł Barchob, jak echo gasnąceI była chwila ciszy, która boli,Jak głośne kłamstwo lub prawdy ginąceW czasie, gdy wszystko mają oprócz woli.
«Mówił» — gość rzecze po niejakiej chwili —«Że bogi, więcej od cesarza czczone,I była chwila ciszy, która boli,Że są prawdziwe rzeczy i zmyślone —»
Kiedy to zdawał gość głosem nierównym,Mistrz Jazon, głowę uchyliwszy w stronę,Słuchał, lecz widno sens mu nie był głównymPrzedmiotem treści, tak wypowiedzianéj,Lecz słuchał, jakby kto mówi sens znany.
I znów fontanny tylko łzy perloneBrzękły — czy Barchob cofnął się do ściany.
«Że są prawdziwe rzeczy i zmyślone,Jest fałsz — i prawda», Jazon zimno doda,Patrząc, jak kropli się w fontannę woda:«Skąd rodem jesteś?»
«Z górnego Epiru».«Szkoły?»
«Różnego zażywałem stéruI oto pismo mam Artemidora».
Wziął je i, patrząc dookoła sali,Wyciągnął rękę ku bazie KastoraZ Polluksem, rzucił i pojrzał, azaliLegło, jak człowiek, lekarstwo ważący.Niby roztropnie i niby niechcący —Potem rzekł:
«Cesarz!» — jędrnym głosem wcale —«Panuje mądrze nad szerokim krajem,W którym są ludy, jednym zjęte losem,Różne i różnym żywe obyczajem.Obyczaj jeden trwa lat sześćset, trzystaInny znów ośmset lat — człowiek nawzajemObyczajowi służy, jako może,By przecie robił coś, acz jest chwilowy» —
To zaś litośnie poparł ruchem głowy —«Więc trzeba cenić, gdy dziecię, po wzorzePisząc, dokłada i swój trud jałowy!» ————————————Tu przetarł włosy i sprysnął palcamiI rzekł: «Innego dnia będziemy sami,Teraz już późno». Wstał, Barchob na stronieKu lampie miał się.
«Zrodzona w SycjonieCzy w Knidos, jest tu poetessa pewna:Grecja do siebie ma, że była śpiewna».Mówiąc to tonem żegnalnego słowa,Mistrz Jazon ginął w mroku wielkiej sali.Syn Aleksandra czekał, aż ta głowaSiwa, od lampy oświecona wdali,Zmierzchnie i jako meteor się schowa.Potem stał jeszcze, jakby słuchał nieco.Co zmówi powieść wody różańcowa,Skoro ją blaski księżyca oświecą,Już niełamane od ognia promieni;A potem westchnął i wyszedł. Noc byłaWidna; podwórzec, usłany z kamieni,Bielał; lecz w każdym pierwsza myśl ożyła,Skąd był, do czego ziarnkiem swym należał.I każdy z głazów tych, zdało się oku,Że przypominał się znajdować w tłokuWstrzymany, ale nie ówdzie, gdzie bieżał.Stąd niemy lament między temi brukiCzułeś i różnych wytężeń splątanie:Co Aleksandra syn baczył, jak wnuki,Gdy legend poczną skwapliwe czytanie,Słysząc chód znany, szelesty, i stuki,I nieuważne mieczów potrącanie,Takie, że, rzekłbyś, dziady szli ku tobieW miarę twojego zaczytania w treści,Lecz wstrzymywali się, chowając w grobie,Ilekroć brałeś rzecz ich za powieści,Lub zmianą ruchu wypocząłeś sobie.Szedł więc ostrożnie, jak wśród rzeczy żywych,Przez on podwórzec ku parowu jamie,Plamami cieniów pstrej od sosen krzywych,Wiodącej ścieżką swą ku znanej bramie;Tu, ówdzie bacząc leżącego w ciszyMęża, co w śnie się przewraca lub dyszy,Albo półsennej modlitwy domawia.Płaszcz strząsa, kamień pod skronią poprawia.Ci wszakże goście senni byli jemuBynajmniej dziwem; każdy ich widywałI mijał — myśleń aby nie przerywałLub snu, lub mowa ich że cale innaOd rzymskiej, albo że postawa gminna!Syn Aleksandra owszem myślił raczéj:«Oto tu Zofję spotkałem, tą drogąSzła. Cóż pomyśli, skoro mię zobaczy?Co mi odpowie i z jak wielką trwogą,O pamiętniku gdy wspomnę zgubionym?»Dalej — «Jak wspomnę?» — myślał jeszcze daléjChwilę: «Co było w pamiętniku onym,Że radby przejrzeć go, że potem spali,Acz wiele mógłby dopełnić miejscami».I tu mu Gwido stanął przed oczamiI mag. Postacie te mało podobne,Pamięci próbą nieco oddalone,Rozjęły mu się w kształty dwa osobne:Wspomnienie Gwida, ściśle określoneCzynem, w jasności dokonanym dziennéj,Żywotny miało blask, bynajmniej senny;Szczegóły wszystkie dośrodkując w czynie,Po lada fraszce przypomnieć się dało,Jak chleb ten samy smak ma i w drobinie,Co w bułce — albo jak toż samo ciałoW ćwierciach na cyrku, gdy męka już minie;Wszakże, nie mając strony tajemniczéj,Nikło jak zwykły fakt, bo niezwodniczy!Wspomnienie maga było, jak tych rzeczyKosztownych, z miasta spalonego wziętych,Które dopełnia wzrok i patrząc leczy:Posągów takich, gromami pociętych,Nie zapominasz, jak roboty własnéj.I jasny ci ich kształt, gdzie był niejasny,A ciemny ówdzie, gdzie w pełnej trwał sile;W sposób, że, ileś włożył w nie, znasz tyle.Mistrz Artemidor w przeglądzie takowymWspomnień mniej więcej został jednakowym;A Zofja coraz w myśli się wtrącała:Jak rzecz zgubiona, ciekawa, choć mała,Którą odnaleźć gdy się człek usadzi.Nie idzie o nią, lecz traf ją sprowadzi.Tak marząc, nagle w pobocznym rozstępieDrzew ku księżycem olśnionej płaszczyźnieUsłyszał łoskot — jak gdy skrzydło sępieBije, jeżeli wąż się w gniazdo wśliźnie —Łoskot, w przestanki porwany gniewliwe,A dalej słowa, zgryzione namiętnie,I znowu łoskot — jak w ciało nieżywe —I echa, tętno liczące po tętnie,Tępe, jak kropel, rzucanych po ścianie,Spadki, lub suchej gałęzi trzaskanie.Tam więc skwapiwszy się, gdy patrzył chwilę,Ujrzał naprzeciw biustu ApollonaPostać jakoby męża w wieku sile,Wzruszającego raz po raz ramiona,Tam i napowrót kroczącego gniewnie,
Jak gdy kto swego fuka niewolnikaLub klnie, tylko że sługą był tu pewnieKamienny bożek bez sił i języka.Tego więc plwając, pokoić się wracałOn mąż i siadał chwilę na uboczyI znów przypadał doń, pięściami macałI milkł i siadał znów, zakrywał oczy —Scena ta, zwłaszcza przy świetle niepewnem,Zatrzymywała wzrok na chwilę długą,Uczuciem widza nie przejmując rzewnem —Czasu, gdy nieraz krwi gorącej strugąCucono rzesze na cyrku znudzone,A rzadki wierzył i trza było możeWierzyć, by kopać wizerunki boże!
Syn Aleksandra patrzył w stronę ową,Długo nie wiedząc równie, co to znaczy,Jak, co ma począć, — aż sam sobie mowąPrzerwie: «Co to jest!» i głośno zahaczyO tuż leżące suche drzewa łomy,Jakby ostrzegał: «Jest ktoś niewidomy».Czego gdy echo zabrzmiało dokoła,Znikał on smagacz, nie rzekłszy: «Kto woła?»A Aleksandra syn, z śmiechem czy bolem,Szepnął: «Jestżem mu Gwidem czy Apollem!»Z śmiechem czy bolem? Ciekawość albowiemW sumienia względzie bolesną jest rzeczą,Której najczerstwszem nie poradzisz zdrowiemCiała ni środkiem, którym ciało leczą;I fraszka nieraz mała, gdy zapytaSfinksowym głosem, na długo myśl chwyta.«Któż jest on gniewny smagacz Apollona?I czemu w nocy — w ogrojcu Jazona?Jeden z tych cichych mężów, co przy domuSiadywać zwykli w wędrownej gościnie?Czy i sam Jazon, nieznany nikomuZ wiary swej, jest w tej ceremonji, czy nie!Czy to hebrajskich mędrców jest robotą,Chrześcjan czy także nie winują o to? —Lecz Artemidor tak bliski z Jazonem,Wtajemniczony w maga wszelkie sprawy.Cesarz go ceni; Gwido zaś, ten zgonemWłasnym na jawie walczyć umie z tronem.Nie, to szalony ktoś, lub dla zabawy,Lub który z chorych doktora JazonaWybiegł, księżyca opętan promieniem;Lub nieszczęśliwy czciciel ApollonaZa liche wiersze mści się nad kamieniem».To myśląc i tej gdy doszedł swobody,Która mniemania daje wyjaśnienie,Syn Aleksandra szedł, jak człowiek młodyW powietrzu, które nagaba sumienie,W powietrzu, zwianem z przedświtem epokiNowej, z mętami starej, z siarką, z solą,Z szeptaniem kształtów nikłych jak obłoki,Z bitw gwarem, które mają być, a bolą;Powietrzu, które czujesz, że się możeZapalić wkoło, jak pomiotło boże,I kometami rozstrzelić — miast wieleZmazać i ludzi porównać w popiele.
«Spocząć, ach, spocząć!» serce wtedy woła,Szukając wkoło, gdzieby się oparło:Na piersiach czyich lub progach kościołaJakiego — wątpiąc, czy jedno umarło,Czy wszystkie zmarły, a jedno nie zdoła!
Noc to, w czas której ten i ów powstawa,Nucąc lub klątwy rzucając niewczesne;A prawda ludziom zda się jak zabawa,Zabawa jako strapienie bolesne;Słowo jest ogień, milczenie jest lawa —Jakoż szczęśliwy, kto, wstawszy, gdy ciemno.Nie dotknął liry swojej nadaremno.Przedświtu blasków doczekał, a potemWytrwał i, dniowy jaw jakkolwiek szarpie.Wytrzymał burzę, co przemija z grzmotem,I skubie tęczę — dla serca — na szarpie.Jakoż szczęśliwszy, kto nie posiał solą,Mimo że słonych łez niemało strawił.Lecz nie tu koniec z uprawą i rolą:———————————Kto siał gorczyczne ziarno, zgorzknił, zbawił:Gorczyczne ziarno liche i pieprzowe,Prochowi równe, który nogą zwiewa,Lecz wyżej serca urasta, nad głowę,I tak się staje podobieństwem drzewa,Że ptak niebieski gniazdo na niem miewa.
Lucius Pomponius Pulcher, pod tę porę,Najzawołańszym młodzieńcem był w Rzymie:U niewiast, które szaty różnowzoreNoszą, czarownie zwykło brzmieć to imię;U niewiast, które zaniechały pallę,A włosy w rąbek ku górze od skroniZgarniając, cztery naraz mówią: «Vale!»
Imię Pomponius brzmiało jak: «Do broni!»W legjach lub jako — o publiczny wstydzie! —W zebraniu tłumnem poszept: «Konsul idzie».
Pomponius ród swój szlachetny wywodziłPrzez senatorskie krzesła. Za TrajanaZ Plinjuszem młodszym jeden z nich gdzieś chodziłW Egipcie, drugi jadł u Domicjana,Inny posłany był w Panońskie szlakiJako generał, skąd koni i sianaSprowadził naraz tyle, że żołdakiZ prowincji i lud, sprawy tej spektator,Już, już wykrzyknąć chcieli: «Imperator!»
Lucius Pomponius Pulcher nie był wieleĆwiczony w rzeczach mądrości i prawa,Lecz miał do siebie to, że mawiał śmiele,I to, że rzymska kochała go sława.Urzędem żadnym jeszcze się nie bawił,Lecz znane było, iż w willi PomponjiOgrodowemu bogowi postawiłŚwiątynię, wszakże nie uczęszczał do niéj,Filozoficzne swe mając mniemania,O których zczasem miał napisać nieco,Co wszakże słuszne zwlekły odkładania,Aż się te rzeczy utrą i rozświecą.Tymczasem Cyntje słały mu spojrzenia,Gdy do teatrum wchadzał w swej chlamidzieZębionej złotem, i coś nakształt drżeniaZausznic, kolij brzmiało: «Pulcher idzie».
Bywało nawet, że senator siwy,Za Pulchrem widząc rzesze i pochodnie,Śmiał się i palec podnosił leniwyW kształt V, co znaczy «Witaj!» i jest modnie.
Mistrz Artemidor, starych idąc śladem.Zwał go niekiedy małym Alcybiadem;Pomponius, zasię, słysząc te wyrazy,Zwykł był pokłaniać pedum kilka razy —Pedum bynajmniej gminne, z jakiej śliwySuchej lub krzywej wycięte oliwy,Lecz wyrzezane z zęba słoniowego,Złotemi ćwieki misternie upstrzone,Z napisem L. P. P., wreszcie do tego,Jak włócznie, laska, tyrs, lub styl noszone.Nigdy sam, zawsze chadzał on ze swymi,Którzy mniej więcej byli mu podobni,Ten z szat, a owy gesty udanymi;Ci swoi wszakże mniej byli ozdobni,I mniej bogaci, i rodem nietyleŚwietni i wziętość mieli mniej motylęPomiędzy Cyntje, Lidje i Kamille.
Pierwszy z nich, Florus, Longinem nazwany,Za Pomponiusem, jak cień uwiązanyChadzał, a głowa jego nad ramieniemPrzywódcy była jakby dopełnieniem,Którego oko nawykłe szukało,Bacząc, czy całe jest dwugłowe ciało.
Lucius Pomponius zamierzył oddawnaUgościć Zofję w Villa Pomponiana;Lecz nie z powodu, że ta była sławna —Raczej, że, sławną będąc, była znana.Nie, iżby liczył w sposób małogodny,Iż stąd dwa razy tyle będzie modny,Dotyla cale nie będąc fałszywym,By się wyręczał środkiem niewłaściwym —Lecz że to wszystko mimo woli jegoW powietrzu miejskiem znajdowało spadkiTakie, iż, najmniej nie dodając ego,Czyniłeś, raz się w te wpisawszy kratki,I byłeś takim nie przez swą osobę,Lecz, że nijakim byłeś w taką dobę,I gdybyś widział, że to drugi czyni,Tylkobyś winił go, że się nie wini.
Już wiele razy na przechadzce tłumnéjPrzez via Appia, gdzie w chłody wieczornePrzejeżdżał senat i patrycjat dumny,Matrony, dziewki i rzesze pokorne.Pomponius Lucius, rydwanem czerwonymTocząc, jak Neron, Zofji szukać lubił.Nie, iżby kochał albo chciał być czczonym,Lub jak chrześcjanin wzrokiem ja poślubił.Lecz, że nic k’temu nie ma ani przeczy,Że to się dzieje tak z natury rzeczy.Ta zaś natura rzeczy jest następstwemRytmu wypadków, nieujętych niczemGwoli celowi i nie jest przestępstwemW bezprawnej sferze, z Janusa obliczem,Bo tam przestępstwa niema, ani zdradyAni przykładów niema — tylko ślady!
Hołdy te Zofji nie były natrętne;Lecz, kto ją widział je odbierającą,
Dostrzegł, że lica jej byłyby smętne,Stalszemi będąc — tak kwiat gdy potrącąPrzechodnie w sposób niezbyt pogardliwy,Odprostowywać się zwykł harmonjamiSłodkiemi trzciny swej, choć niecierpliwéj.
Któż bowiem kochał, jak to później zwie się,Jeśli to stałe ma gdziekolwiek imię!Któż-bo lub raczej któryż kochał w Rzymie,Co pierwsze dziewki gwałtem sobie niesieZ teatrum do dom lub, jak koturn zmieniaBez obrażenia i bez przeproszenia,Pomny, że inne czucia są olbrzymieA inne karle, i dumą tam sięga,Gdzie się krew w ducha rozprzęga czy sprzęga.
Zofja inaczej — ona z Rzymu brałaMoc niemyślenia, że gdzieindziej wzrosła;Resztę zaś kratą liry zamykałaI wtedy była — czy straszna, czy wzniosłaNie wiem; tak klatkę lwa, gdy z nim zadrżała,Wydążasz furty zatrzasnąć podrywem;A choćbyś sam był lwem, wiesz jedno: «Żyw-em!»
«Obyczaj wolny jest od obrażeniaW czasie, gdy wszystkie równe mają prawo», —Mówiła Zofja — «ja dziś do jedzeniaSiadam, a tobie, gdy chcesz, służę ławąI, jeśli zwyczaj masz, wieńcem bluszczowym»,Co Aleksandra syn słysząc: «Gotowym», —Odrzekł — «czemkolwiek darzy, przyjąć od niéj,Mimo, iż bluszcz mi skroni nie ochładza.A róże? Może bez wieńca swobodniéj;Może stosowniej — kwiat albowiem zdradza Upadkiem».
«To jest stary przesąd wschodni»,Odrzekła Zofja, gdy głowy goloneDwóch niewolników, ku niej pochylone,Słuchały ciszej rzeczonych rozkazów.,Jak wyciosane karjatydy z głazów.«Więc przyjmę lauru wieniec lub dębowy.Pierwszy, ażebym z odkrytą był głową,Jako ty jesteś — drugi, iżem głowyNie oddał treści słów twych piorunowéj».«Młodzieńcze!» — Zofja na to mu odpowie,«Jesteś przyjemnym bardzo biesiadnikiem!Rzecz coraz rzadsza, tak, iż wkrótce, kto wie,Może nie będziem jadać, albo z nikiem».
«Zaiste, coraz mniej umieją gościć», —Syn Aleksandra prawi, biorąc jadło, —«Aż to, co zowią chrześcijanie: «pościć»,Znacznie się w biedny lud w imperjum wkradło».«Znasz więc misterja onych?» — «Podróż moja,Że filozofję wszelką ma na celu,Czyni, żem dotknął niejednego zwojaPism i moralnych precept mistrzów wielu».«I —?» rzekła Zofja z półuśmiechem, któryCoś nieżeńskiego miał. — «I stąd powziąłemWiedzę o różnej praktykach natury.O onych» — mówił dalej — «co, popiołemChleb posypując, zstępują aż na dnoCałości człeka zbiorowego w czasie,I tam tykają prawd — tykając, władną.O onych» — mówił jeszcze — «którzy zasięPrzenoszą mądrość czerpać z żądzy sławy,I są współczesnych zwierciadłem promieni.O onych, którzy z natchnienia, jak z lawyWulkanu, cacka robią dla zabawy,Albo są skrzydły orlemi noszeni — —O onych jeszcze, którzy ważą pyłyNa szalach myśli i są, jak mogiłyEtruskie, dzbanów pełni rysowanych,Bronzowych złamków, tudzież łzawic szklanych,Wyschłych, zielonych po kroplach, co zgniły».«I — » Zofja jeszcze dodała z uśmiechem.«I — oto twoje, pani, piję zdrowie,A pijąc, będę przypuszczeń jej echem,Że, jak z ucztami, tak z mądrością, kto wie,Czy ta się w oczach naszych nie pogrzebie,Lub każdy mądrym będzie sam dla siebie».«Tego mniej dzisiaj, niż kiedy, bym chciała»,Odrzekła Zofja tonem bez znaczenia.«Pani, to wszystko same przypuszczenia,Które jak płonne są, to pewna mała
Okolicznostka mogłaby okazać!I tak: elegjak pewny zapominaNaprzykład notat z tabliczek wymazaćI gubi one».«Więc wraz nową wszczynąElegję, zgubę opłakując».
«PrzetoI mądrość niemniej, gdy się zapomina,Może jej służyć to za szczeble nowe,Jak te elegje i tabliczki owe.Lecz...» — Aleksandra syn głosem odmiennymDodał, wpatrując się w Zofji wejrzenie —«Czy o zdarzeniu jakiembądź codziennemMowa?
Gdy mówił to, zasłony drżenieI kroków echa zwiastowały gości;Co bacząc, Zofja obróciła lica,A Lucius z gestem dobrej znajomościWeszedł i Florus, znany z swej długości.Pierwszy zwyczajem rzymskiego szlachcicaZimno, acz grzecznie, wstęp uczynił mały,Ku pani domu zwrócon i gościowi;Drugi przyświadczał, jak człowiek mniej dbały,Do kogo, o czem, mowa, lecz kto mówi.Obydwa siedli — Pulcher był odzianyW przejrzystą szatę, a Florus w płaszcz, tkanySposobem zwykłym. Te szaty przejrzysteW Cos wyrabiane są, a rzecz ta drogaDlatego, że jest lekka, jak mgły dżdżyste —Zazwyczaj zowie się vitrea toga.Jakoż mąż w szacie takiej jest podobnyDo rzeczy, w szklaną pochowanej skrzynięOgółem kształtu; bowiem szczegół drobnyFałdami bywa zamglony i ginie,Zwłaszcza, iż muchy złote albo gwiazdyPorozrzucane są po tej tkaninie.Krótka to była szata, jak do jazdy;Więc i na ręku płaszcz on miał, niechcącyZwojem o pedum zaplątan kościane —Czerwone ciżmy, w księżyc zamykaneZłoty, literą C świecący.
Tak strojny usiadł, folgę dając ciału,Jak duch, co swego dobiegł ideału,A w palcach pedum obracając giętko,Coś do Florusa poszepnął przez ramię;Potem na ciżmy pojrzał, strząsnął piętkąI umilkł. Floras, jak dąb, gdy go złamieBurza i czołem ku ziemi zawróci,Rękoma z krzesła ciężył żylastemi.
«Mieliśmy kwestję z filozofem gościem» —Zapowie Zofja — Pulcher przerwał:
«Zgadnę!»«Mów!»«O czas, przestrzeń, nudę, miłość — »
«ŻadneZ zadań tych, których wyboru zazdrościm».Więc Aleksandra syn rzecze: «PytanieByło, azali wkrótce umiejętnośćDawania uczty całkiem nie ustaniePrzez suchość serca, skąpstwo i namiętność».Tu Pulcher, jako gdy kto własne zdanieUsłyszy, znacznie spoważnił obliczeI rzekł: «Na kwestji takiej rozwiązanieWięcej, niż mniemaćby kto mógł, dziś liczę.Zdawna albowiem miałem w PomponjanieUgościć kilku przyjaciół i panięTak, iż, by zamiar ten objawić, właśniePrzychodzę». Mówiąc to, Zofji wejrzeniaSzukał, jak, kiedy z drgającego cieniaWnosisz, że lampa ci przedwcześnie zgaśnie,A jesteś w ciągu twego zatrudnienia.«Czynem więc ma być kwestja rozwiązana?»
«To jest w naturze mojej». Pulcher rzecze.«Tak się rozstrzyga wszystko w Pomponjana».Floras rzekł: «Węzły gordyjskie a mieczeSpotykać winny się — to jest logika,Przed którą bodaj wszechsyllogizm znika,Co tak dalece w filozofji mojéj,Jako warunek sine qua non stoi,Iż zczasem portyk stworzę k’temu nowy,Widząc, do ila czcze są szkoły wszystkie,Kierunek każdej krzywy i niezdrowy.Tylko mam jeszcze pierw do zbycia z głowy — »Tu zamilkł, potem rzekł: «Nową artystkęWitał Rzym wczoraj na Flory wyścigach.Diva Elektra!» K’czemu Longin doda:
«Gra w cymbał, przytem na dwóch tańczy bigach».«Musi być bardzo młoda?» «Bardzo młoda»,Odpowie Pulcher Zofji, a ta znowu:«Więc, do pańskiego wróciwszy systemu,By przerwy temi nie być wstrętną jemu —»Tu Pulcher przemilkł nieco, gdy gość dawnyPodpowie: «Portyk jeszcze nie jest jawny?»— «Zaiste, dotąd, o tyle, o ileSwobodne na to pozwoliły chwile,Mniemam, iż wszystkie próżno nudzą tory,Jakiemi mądrość jest poszukiwana.Bierzmy z wielkiego Aleksandra wzory:Ten, gdy mu była jedna z prawd nieznaną,Tycząca bogów, tak zburczał kapłana,Że odkrył mu ją na drugi dzień rano».To rzekłszy, Pulcher Pomponjus dwa razyDotknął się palcem najdłuższym wielkiego,Jakby miał chłopca wołać i rozkazyDawać, lecz w geście tym było coś złego.Syn Aleksandra słuchał przez obliczeZofji — ciemne to może wyrażenie,Ale jedyne i najmniej zwodnicze.Zofja słuchała, jak przez uprzedzenie,To jest, przed końcem każdego perjodu,Co ma nastąpić, wiedząc bez zachodu.Florus, nie widząc, by płynność się rwałaW przemowie Pulchra, czekał z zaufaniem,Aż piękność treści wysłoni się całaI nikt już z nowem nie wstanie pytaniem.
Więc tylko szeptał czasem: «Pulcher! chwała!»Mistrz Artemidor w ciągu tej peroryWszedł, cichem ogół skinieniem powitałI siadł, tabliczek dobył i coś czytał.Potem rzekł:
«Inna, mniemam, jest brać wzory,A inna wzór brać» i zamilkł.
Te słowaDwulicej treści ogół zaniemiłyI stron przeciwnych uwagę zwróciły,Jakby tam postać weszła janusowa.Co gdy mistrz spostrzegł, zwracał się ku pani,Niby rozmowę chcąc przetworzyć dla niéj,Gdy ta nie słowem, lecz gestem zapyta,Jako sentencja niejasna się czyta.I było cicho. Mistrz rzekł: «Tenże samy,Za przykład wzięty, Aleksander jadałWieczerzę, leżąc, do obiadu siadał.My, co na różny sposób dziś jadamy,Jakoż powiemy: «Ja siadłem, gość leży?»Ten i ów sposób do wzoru należy.I tak: gdzieindziej żydowscy kapłaniCzynią, iż najmniej mąż ów ich nie gani;Przyjmują nawet hołd od bohateraDla rzeczy, którą prawda ich zawiera Jakkolwiek powieść, powyżej wspomnianaPrzez dorodnego mówcę a młodziana,Prawdą jest — wzór więc siebie sam zaciera?Nie. Aleksander rozliczne miał doby,Acz tenże samy w treści swej osoby.Wzór przeto biorąc, przedmiot się wykłada,Gdy wzory z siebie na przedmiot się składa.Wzór jest to ogół przedmiotu, gdy wzorySą to usterki, przymioty lub pory,Wzięte tak czasem, iż cel się zaciera,
Bo wzór się bierze, gdy wzory dobiera.Jakoż młodzieniec, w wyrażeniu skory,Słusznie wniósł: «Bierzmy z Aleksandra wzory!»———————————
To Artemidor gdy rzekł, cisza trwała,Tylko niekiedy Florus szepnął: «Chwała!»Syn Aleksandra zrozumiał sól rzeczyI ile, chwaląc, mistrz tem bardziej przeczy.Gdy Zofja lekkiem ku słudze skinieniemNapełnić czary kazała. Po chwiliChłopcy dwaj z lirą weszli i z siedzeniemOsobnem, które cicho ustawili,I wyszli krokiem kamillów mierzonym.Zofja powstała napół z odniechceniem,Napoły z gestem dobrze obmyślonym,I amiculę z ramion odrzuciła,Idąc; osobne zajęła siedzenie,A lirę do rąk wziąwszy, coś marzyła,Na nieumyślne strun patrzając drżenie.———————————
Po chwili czoło wzniosła okazale,Struny tem silniej drasnąwszy iglicą,I jęła mówić, z początku niedbale,Jak iskier rzuty, dalej błyskawicąTe, tak ciskane, słów iskry wstawały,Twarz oświecały i nad czołem drżały.
«Czy z Olimpu to, gdzie są abrysy świata,Rzeczą harmonijnej kłótni bogów,Czyjś upuszczony styl na ziemię z brzękiem zlata,Śmiertelnych dziwowisko progów? —
Nie styl, nie, choćby Dedalów dzieło,Nie narzędzie kruche, pism iglica,Lecz twój, o mistrzu, głos i co się zeń przejęłoW myśl — i co krwią błysło na lica.
Bo inna pojąć wzór i, całodźwięków tworuW pozajawie słuchając, nad światySamemu kwiatem wzróść, ku prawdzie pierwowzoru,A inna wieniec wić lub rwać kwiaty.———————————
Jak ja»dodała wieszczka, kładąc lirę,Głosem, co echa nie miał, lub nieszczére,Gdy strun ostatnie dźwięki, coraz letsze,Strofę tę jeszcze powtarzały w wietrze:
«Bo inna pojąć wzór i, całodźwięków tworuW pozajawie słuchając, nad światy,Samemu kwiatem rość ku prawdzie pierwowzoru,A inna wieniec wić lub rwać kwiaty — ————————————
Syn Aleksandra, bardzo zadziwiony,Patrzył na Zofji postać niepodobnąDo siebie samej, gdy za nią te tonyRzuconej liry, na ławę osobną,Odbrzękiwały jeszcze w cztery strony,A postać wieszczki z nich rosnąć się zdała,Jakoby z kręgu fali poruszonéj,I szła ku gościom, blednąc, przytem drżała,Lecz nie przez dziewcząt obawę gołębią,Raczej, jak drzewa, gdy wiatry je ziębią,Jesieni skrzydłem odmiatając w stronęLiście ich, co już żółte i czerwone.
Drżenie zaś takie, że jest z wysilenia,By drugim swego udzielić natchnieniaI podnieść masę słuchaczy ku sobie,Szybko się innym udziela, lecz czyni,Że podnieść mogła ich, o ile w grobieUmiała własnym pierw być, jak mistrzyni.Więc śpiesznie k’wieszczce nawrócili licaGoście na sposób każdemu właściwy:Pomponjus z gestem rzymskiego szlachcica;Florus, jak człowiek, gdy chce pytać: «Czemu?»,Lecz na obecnych pierw pogląda lica;Syn Aleksandra, wieniec zdjąwszy z czoła,Powoli liście obrywał zielone;Gdy Artemidor-mistrz, wpośrodku kołaStanąwszy, pojrzał w tę i ową stronę,Na ramię potem rzucił płaszcza koniecI już miał usta nawpół otworzone,By mówić, skoro zawołano: «Goniec!»
Był to posłannik maga, postać chora,Wchodząca krokiem wstępu i odwrotu,A włos mająca zlepiony od potu;Ten ręką z listem do ArtemidoraSkinął i pismo oddał — i znikł w sieni,
Gdy mistrz to czytał zwitek, to szedł w stronę,A goście byli nieco zadziwieni,Sięgając myślą w list i za zasłonę.
Po chwili wszakże dawny spokój wrócił,Z nim przedmiot dawny czuć się dał w rozmowie,Więc mistrz, ująwszy prawy płaszcza koniec,Na ramię lewe układnie zarzucił,Jak człowiek ufny, że dotrzyma w słowie,Gdy nagle głośniej obwołano: «Goniec!».Gońcem tym liktor był z cesarskiej świty,Dzierżący kartę, pisaną czerwono,Stając, jak dobrze z marmuru wyrytyMars lub gladjator z zwycięską koroną,Tak, iż pomiędzy goście cisza wiała,Gdy Artemidor brał list, chyląc czoło.Florus sam jeden poszepnąć chciał «Chwała»,Lecz usta przyciął, patrząc naokoło;A Aleksandra syn te rzeczy ważyłJawnie, zaś jawniej o odejściu marzył.
Noc była — księżyc w przysionek otwartySzerokie składał promienie, jak kartyKsięgi, z głęboką uwagą czytanéj.Cienie dwa wielkie, ucznia i rabbiego,Z podłogi czołgać zdały się na ściany,Wśród takiej ciszy, w której i niczegoZląkłby się człowiek, taką zdjęty ciszą,Gdy, że już koniec brzmień, myśli się słyszą.Ta zaś, acz próżna, łamać się zdawałaSama, na pewne akordy i spadkiRwąc się, i ducha ruch wywoływałaNa słowo jakiejś sfinksowej zagadki.W przerwach tych uczeń mistrza śledził oko,Poprawiał lampę lub wzdychał głęboko.Mag po fenicku mówił do Barchoba,Który, w podróżne zawity odzienie,U nóg mu siedział i, ramiona obaKu piersiom zgięte mając, tkwił wejrzenieW każdy ruch wargi starca, w oka mgnienie.«Przejezdną kartę i na statek prawoWnijścia z cesarskiej woli się otrzyma.Jedziesz» tu Barchob błysnął okiem łzawo,Co mag zoczywszy, dodał: «Tego niémaZ postacią?» «Niema!» Barchob mu odpowie,Stwierdzając krymkę podróżną na głowie,A potem lampy światełko czerwoneKrzepił strącaniem popiołu na stronę.Więc mag znów rytmem, jaki się używa,By czas przeczekać natrętny długością,Mówił:
«Ten i ów rodzi się, a bywa:Ci duchem, tamci zbliżeni są kością,A tamci głosu dźwiękiem, a ci mieniem,A owi jeszcze głębszą wzajemnościąBytów i onych spowinowaceniem.Zastępy z tego ciągle sprawowaneŻe urastają w to, co Grek nazywaDramą, — prawdziwe rzeczy to i znane.Lecz jest szczęśliwa rzecz, jest nieszczęśliwa!»Tu westchnął, palcem poruszył siwiznę,Tak ciągnąc dalej:
«Drama też a drama —Grek, a Rzymianin, a Żyd — nie taż sama.Zobaczysz jeszcze, będziesz miał ojczyznęW dłoni. Ja może skończyłem nad tobą».Tu Barchob czoło skłonił:
«Mnie zostanie,Jak z wizerunkiem twym, zostać z osobą,Której odbyło się w przyszłość skonanie,Gdy ty siedm skrzydeł uniesiesz ode mnie;Bo może jesteś ów, może — to chybaSprawdzi mąż, który wszystkie odgadł ciemnie,I, żem nie zmylił się, powie Akiba.Wtedy — »
Tu porwał Barchoba za ramię,Ale mu w czoło wzierał tak głęboko,Jakby pisane tam dopatrzył znamię.I spotkał się mistrz z uczniem oko w oko,Milcząc —————————
Gdy nagle po płaskich kamieniachPodwórza szybkie zabrzmiało stąpanie,Rosnąc, a dalej i w przysionku cieniachMąż się pojawił nienadspodziewanie.Był to bynajmniej posłannik ów z miasta,Lecz — o dziw! — był to Barchob, Barchob drugi,Tak samo wiotki, ni mąż ni niewiasta,Młodzian, a z czołem pooranem w smugi.Też same oczy różowo-płomienne,Znużone zwierzchu i niby półsenne,Wewnątrz orlemu podobne wzrokowi.Taż sama młodość, sztucznie starta wiekiemSkłamanym. Obraz takowy widzowiZdawał się dwoić tym samym człowiekiem.
Tak, iż domowy Barchob uczuł drżenie,Gdy postrzegł gościa tego, czy widzenie.Jazon zaś zimno patrzył nań z tą siłą,Z którą ogląda rzeźbiarz dzieło swoje,Tąż samą formą odlewane w dwoje, —Co, gdzie, udało się lub odmieniło.Uczniowi potem wskazawszy przybysza:«Oto» — rzekł — «ten jest, który cię uciszaI jako płaszczem od ludzi zasłania.Za trzy wigilje masz się ku Judei.On tu czasowe podejrzenia zgania».To rzekł, tablicę wyjął z M. B. C. I.,Kościaną, w głoski te bitą złocone,Na piersi ucznia zawieszając onę
Wszystko to szeptał mag fenicką mową,Gest równy mając i twarz jednakową;Tak, iż zdaleka przybysz zatrzymanyBarchoba nawet nie widział profilu,Ile że twarzą zwrócon był do ściany.Przybysz woddali, jako innych tylu,Czekał, znak k’temu odebrawszy niemy,Że, gdy ten wyjdzie, sami pomówiemy.Mag uczył dalej:
«Lista tych, z którymiKiedybądźkolwiek mówiłeś, zostanie.Toć i on Barchob, spotkawszy się z nimi,Przez stopniowane toż samo podanieUtrzyma w ciągu, a zerwie, to zerwie.Tyś może zorzy synem. Koniec z tobą,Nie mojej odtąd, jak mówią, MinerwieSłużysz; z twą drugą zostać mi osobą;Coć powie wielki Akiba na górze,To i ja wyznam, usłucham, powtórzę.Jam cię nauczył tylko abecadłaI wiesz, jak która wzrosła treść lub padła».Tu — już po rzymsku — mówić począł głośniéj:«Rzym śni, jak wielki mąż, śni i dośni Potężny genjusz!
«Romulus na wszczęciuPraw rzuca zaraz ojczyste puklerzeI już wybiera, jak mąż, acz w dziecięciu,Argijskie woli tarcze i te bierze.Które też szersze są ku zasłonięciu.
«Łuczniki rzymskie zazwyczaj są z Krety,Okręty z Rodu; do pchnięcia sztyletyNa miecze Gallów praktycznie się mieni;Z Etrurji teatr, z Grecji bogów lica —Bogów, których się ratuje z płomieni,By nie zginęła sztuka, ta — dziewica!»Tu mag, splunąwszy głośno, dalej rzecze:«No — filozofja także, także niecoKwitnie! Greccy to stoicy jej świecą,Ku piersiom uczniów zawracając miecze.
«Prawo? Przypomnij, proszę, samo prawo:To nie w dziesięciu wierszykach spisaneKrótkich, że mógłbyś ręką je wziąć prawąI w torbę schować lub przybić na ścianę.To ksiąg foljanty, to biblijotekiTakie, że, gdyby barbarzyniec któryTybrowi oddał je licznemi wory,Skąpałby miasto przez sam wylew rzeki!Zaiste szczęsny, komu się udałoWidzieć wszechświata i państwa stolicę.Lecz — gdzież jesteśmy?»
Domówił to z siłąI wielką rzucił okiem błyskawicę,Wstając, a potem z powszednim spokojemRzekł: «Oto jeszcze chwilę razem stojem»I, rękę kładąc uczniowi na czoło.Które do kolan biegło jakby wagą,«Idźże» domówił i, patrząc wokołoZe zwykłą ciszą, ze zwykłą powagą,Wyszedł, przez ramię dorzucając słowo:«Posłańca spotkasz z kartą przejazdową.Twoje zaś, gościu, jutro się rozpocznie,Zowiesz się Barchob, wiem; niech Barchob spocznie!»———————————
Ten raźno wyszedł, owy, toż do siebieWziąwszy, z podróżnym wychodził tłomokiem.A po północy było już na niebie,Przez księżyc obłok sunął za obłokiem.Coraz to wietrzniej i mniej uroczyście,Mdławo i piersiom duszno, jak na burzę.Ze ścieżek suche podfruwały liście,Lub szeleściły, kładąc się przy murze.Wiatr, bez kierunku tu tam nagle rwący,Suchemi w parów pryskał gałęziami,I znowu ciszy moment, acz niknący,Wracał i znowu wiatr miótł obłokami,Wierzchami sosen obracał leniwo,Księżyca promień chmurą łamał krzywą.Widnokrąg cały zaciemniał się nieraz,Błyskawicami migocąc od spoduTak, że wciąż myśleć mógłbyś: «Oto terazUderzy piorun».
Barchob nasz z ogroduWyszedł, do miasta kwapiąc się ulicą.Co czuł, wysłowić tego niepodobna:Ogromna przyszłość, rzeczywistość drobna,Żar — bo nie zapał — żaglem, trud — kotwicą,Powrót po latach trzech nauk Jazona,Judei wdali miasteczka błękitne,I mrok, i znowu otchłań rozwidniona.Myśli, niepewne kształtem, treścią szczytne,Rzym pod nogami, ile razy jeszczeMagowe słowa o nim pomnił wieszcze,Co całą państwa sił architekturęPorozsuwały mu w myśli, jak góręW teatrum z płótna rozsuniesz klejoną,Szczyt jedną wiodąc, a spód drugą stroną.To zwłaszcza śmiech mu do warg przyzywało,Jak zakazany owoc, albo w mocyStawiło takiej, że miotałby skałą,Gdy nagle strażnik, bram strzegący w nocy,Krzyknąwszy właśnie, przeraził go nieco:———————————Takto niewszędzie równie gwiazdy świecą!
Na plac, z rozbiegu ulic wydarzony,Szerokie wrota pracowni rzeźbiarzaOtworzył człowiek, pyłem ubielony —I, jak gdy słońca kto obieg uważa.Wigilje licząc, od wschodu do zmierzchu,Baczył, a potem włosów wstrząsł kędziory.Po sobie pojrzał i z rękawów wierzchuOwiał pył, ziewnął — — Wraz wyjrzał i wtóry,Niemniej w tuniki fałdach ubielony,Jakby, z posągi gdy bywał, wziął na sięObyczaj boski olimpijskiej strony,Tracąc go w miarę, jak schodzi żyć w czasie.Za nimi dwoma z cieniu wyzierałyAntinousa biusty marmurowe,Smutne, jakgdyby płakać wiele miały,Lecz, nieskończony mając wzrok i głowę,Zapominały albo nie umiały.
Gdy żywi taką toczyli rozmowę:«Dioskifilos biustów robi dwieścieAntinousa, dwadzieścia cesarza.Co będzie potem? Rozesłał po mieścieLudzi: z tych każdy chodzi a uważa,Gdzie brak, i zaraz z posągiem tam idąLub, że przyjść mają, zapisują krédą».«Fidias czy robił tak?» ozwał się z cieniuGłos, jakbyś dłótem śliznął po kamieniuGreckim, kryształy w swej mającym mące.Podobne soli, stał odbijające.Co rzekłszy, wyjrzał; był to człowiek blady,Ale bezbarwą czerstwą i przytomną.«Nie nam w Fidiasa dziś wstępować ślady»,Najstarszy odrzekł z wykwintną skromnością.«Choćby dlatego», młodszy wraz: dopowie,«Że Fidias bóg był, gdy my nie bogowie!»«Sens tego słowa «bóg» to jego nuta,Pokąd o bogach mowa, lecz, co pewna,To to, że Fidias-bóg używał dłóta,Tudzież marmuru, złota, kości, drewna;Dalej, że pono za cel nie brał owéjNatury albo z drugiej ją połowyZachodził, która, że jest idealna,Więc nieskończona i niewyczerpalna.I stąd mógł robić wieki — do dziś może!»«Komu?» «Tym, którzy byliby innemi!»Tu dał się słyszeć szmer i gwar na dworze,Lektykę bowiem stawiano na ziemi,Ciężką, z wonnego budowaną drzewa,Pstrą miedzianemi gwiazdy i gwoździami,A jako ptaszę z gniazda, nim zaśpiewa,Wychyli głowę: z takiemi ruchamiElektry diwy wyrastały lica;Zaczem Pomponjus rękę podniósł prawąKu niej, pierścieniem rzymskiego szlachcicaŚwietną, i Florus ze swą, niby z lawąSzeroką, skoczył; lecz Elektra zgadłaObu i, niźli spostrzegli, wysiadła.«Sto biustów warta!» Lucius rzekł, a owi,Którzy lektykę nieśli, zawołaliPot ocierając: «Niechaj żyją zdrowi!Sto biustów warci!» Rzeźbiarze witaliGości, lecz rozruch w pracowni był taki,Iż mało baczył kto, gdzie posąg jaki.Ciskane tylko słychać było słowa:«Zeus! — Antinous! — Oto Zofji głowa! —Pies Alcybiada! — Venus krótko-szatna! —Natchnienie! — Znawstwo! — Amator! — Spektator! —Ten, ów filozof — sztuka niepopłatna —Bezplamny marmur — divus Imperator!» ————————————
Puste mieszkanie z Epiru młodzianaOtworem stało, jak wszystkie gospody;Wytartym freskiem każda z czterech ściana
Przedstawowała, jako Bachus młodyZ nimfami sprawia winobrania gody.Obrazy one w czterech medaljonachOdpowiadały sobie, jak zwierciadło,Też same poznać dając po ramionachOsoby, których indziej twarz odgadło.Arabeskami medaljony oneByły, jak roślin zwojem, oplecione,Mającym w liściach swych i inne twory,Poprzewijane — owadem w gadzinę,Gadziną w zwierzę, a zwierzem w upioryFantazji — w sposób, iż, zaledwo trzcinęPostrzegłeś, ta się wyślizła ci wężem,Wąż w ptaka plwał się, wyrzucając ślinę,Tej skrzydła w szatę nikłą, szata mężemBrzmieje, mąż na hełm wytryska liściami,Których kwiat tarczą, a pręty orężem,A pąki iskier tlejących gwiazdami.Przy łożu, skórą lamparta okrytém,Z rękopismami stała cicha urna,Na której jawił się mąż być wyrytym,Gdy lampa wyżej świeciła poczwórna.
Tę na świeczniku prostym a wysokimStawiała właśnie gospody służebna.A był czas, kiedy słońce, bezobłokiemNagie, dotyka, jak rzecz niepotrzebna,I, między zasłon rozdarcia lub szparyDo domów wpadłszy, ozłaca filary.Lampę oczyścić, poprawić posłanieI kurz gdzie niegdzie otrząść, przynieść wody —To całe służby wewnętrznej staranieW progach stojącej otworem gospody.Jakoż krzątała się tak dziewka owa,Gdy weszedł człowiek, kosz mający w ręku.Blady był, cera ta jednakże zdrowaNie ujmowała powagi i wdziękuProfilom, linją szorstką rysowanym,Twarzy i ramion i nagich goleni.Ten, kosz stawiając, rzekł: «Został przysłanym».«Od kogo?» Zamilkł i uszedł do sieni.
Co widząc, dziewka rzekła: «Mów, bo wydam,Że jesteś niemy zalotów służący». —Na co, odchodząc, człek ów, jak niechcący,Z uśmiechu bladym przebłyskiem rzekł: «Quidam».Dziewka, przed koszem stanąwszy na chwilę,Poczęła kwiatów dziwić się ozdobie,Co jako senne dyszały motyleNa strunach prętów. Tak pieśni są w grobiePoetów w struny lir pozaklinane,Kwitnąc, acz ciche i niezrozumiane.Czy to myśliła ta sabińska prostaGóralka? Nie wiem. — Lud jest zawsze możeNarówni z wiedzą, chociaż jej nie sprostaWypowiedzeniem ni pojąć jej może,Lecz drgnieniem serca jednem wie, co ludzieW umiejętności otrzymują trudzie.Ci jednak innym oddawać to mogą,Jakoby w rękach mając swe zdobycze,Gdy lud iść tylko, wydeptując drogąŚlad — powolniejsze kroki, mniej zwodniczeI mniej zwycięskie, ciche, jako strumień.Płynący równo po zieleni sumień.
Wyszła. Przy łożu leżał zwój, pisanyW następujący sposób:
«Samotność znowu — każdy mi już znany.
Mniejsza, co ona w pamiętniku moimWyczytać mogła; czytam to z niej saméj.Może na drodze równie błędnej stoimOboje, wszakże ja choć szukam bramy,A skoro mylę się, mylę trudami.
Jeśli świat cały, z starców, mężów, dzieciI niewiast złożon, za typy nam dajeMaga, Luciusa, Zofję, zwłaszcza trzeci!Jeśli obyczaje ——————Są pomnożeniem typów w zbiorowiska,To jakiejż ceny wart on i nazwiska?
O magu, że jest milczący, wiem pewno;Artemidora — znam, lecz subtelności;Pomponjus — jest to wytoczone drewnoDo osadzenia włóczni lub gry w kości;Zofja — bez liry w ręku ————
Z lirą w ręku —Nie ona! Z kimże żyję, jeśli żyję?
Eureka! Wiem już, czemu trzeba jękuI krwi — i widzieć, jak z lwem się kto bije,Albo na ostrze piersią paść otwartą,By nie zapomnieć, żeś żyw.
——————— tyle wartoTo wszystko».Dalej wiersze przekreślone.Kwiatów woń izbę napełniła całą,Słońce plamami w tę i ową stronęNa ściany biło, nimfom w modre oczy,Do złotych promień niosło im warkoczy,Lub malowane, nieme usta grzało.Cisza nadobna — cisza, która kłamie,Że można spocząć na świecie bez winy,Która upewnia, że Bóg jest, co trzcinyZłamanej, mimo idąc, nie dołamie,Mistrz, Pan i Sędzia, znający człowieka,Nim był — litosne tak mający ramię,Że równie wiecznie i sądzi i czeka!
Nieme, bezkształtnie widne, tym podobneUczucia nieraz młodzieniec z EpiruCzuł i na miejsca uchodził osobne,Szukając prawdy i ciała jej, miru,Będąc, jak dzisiaj nikt być już nie może.Nie chrześcijanin bowiem, nie poganinPrzez filozofji wpływ, wątpiący możeO samej bajce olimpijskich tkanin,Tem mniej osoby wyznający boże.
W śmierć wierząc jako w szczelnie zwarte wrota,W miłości napój wiosenny i w wiedzęMatematyczną i w dźwięk słowa «cnota»,Blisko znaczący wyrazowi «zdrowie»I wyrazowi «siła» — rzecz podobnaDo zaklęć, których jasno nikt nie powie,A która wszakże jest, i jest osobna.
Błyskami także zórz nieznanej dobyWidywał czasem kraje wyobraźni,Gdzieś ponad groby, czy gdzieś poza grobyI czuł pogodę jakoby przyjaźniW wiosennych wiatrach nieznanego krajuI rytm, muzykę jakąś — obyczaju!To, co i Plato, w ciche kiedyś nieboPrzez liście laurów patrząc, czuł potrzebąI słyszał — pojąć zdołał, dać nie umiał,Wysłowić nieraz mniej, niż sam się zdumiał.
Niejasna w mieście krążyła wiadomośćO niepokojach w prowincji, czy wojnie,Czy, że wyjechać ma cesarz jegomośćW nocy — wyjechać, jak można, spokojnie,By tłum przywyknął czuć go i zdalekaLub czcić w postaci zwykłego człowieka.Inni twierdzili, że wieść ta źle głosi,Na zwykłe bowiem łowy się zanosi,Przeto, iż dawno cesarska prawicaOszczepem w puszczy nie raczyła śledzić,Gdzie lega niedźwiedź lub gdzie zlega lwica! —W czem nierad Adrjan dawał się uprzedzić.Inni nareszcie tę powietrza zmianęW zamku i co zeń wywiało za ścianęPrzypisywali wschodnim pewnym gościomLub z okrętami przyszłym wiadomościom.Wieść każda w Rzymie, niż gdziekolwiek, więcéj,Ma różnokształtnych ust swych sto tysięcy,Które brukową naprzód tętnią wargą,W jaśniejsze potem urastają głosy,Oklaskiem dalej stają się, lub skargą,Myślami cara, i zowią się «losy».Acz bywa, że, nim tę przebiegną gamę,Nie poznawają się i niszczą same.Cesarz, jak zwykle, w bukszpanowym chłodzieZ odkrytą głową spoczywał w ogrodzie —Obyczaj, który w dnie najmniej pogodneChował, nieznosząc nic na nagiem czole —Skąd poruszenie głowy miał swobodne.Nie takie wzroku, iż szukał kryć wolę,Drażliwość w spokój mędrca przyoblekać,Także, iż lubił zgłębiać i nie czekać —Dwie żądze, które zgodzić z sobą trudno.Było to wszakże, gdy wszechwiedzę państwaZdobył; część jego ludną i nieludną,Używającą prawa i poddaństwa,Naocznie zwiedził w wielkich dwóch podróżach,Wolę i ludzi poznał wewnątrz żywych,A, o okopach myśląc i przedmurzach,Świat tworzył, linij nienawidząc krzywych,Przeto iż dłuższe, a ceniąc je bardzo,Jako uczeńsze i słodsze w swych ruchach.Więc był, jak, którzy chwalą to, czem gardzą.Przytem nadeszła i wieść o rozruchach;Te Adrjan ważył mało.
Na marmurzeStołu przed ławą, gdzie cesarz spoczywał,
Leżały zwitki, tabliczki i różeBiałe, a widno, że, idąc, je zrywałI w palcach miesił, co może czas skraca.Stał także kubek sycjońskiej robotyZ tetrafarmaku resztką, złota tacaNiżej, miednica i nalewek złoty.Sam był do kolan obrzucon opończą,Której brzeg strzępy z nici złotych kończą;Gdy Artemidor za znakiem mu danymSiadał na stołku, kością wykładanym,I zdał się słuchać, lecz uważał szczerze.
Cesarz tak mówił: «Jako w AntimakuZ Kolofon więcej czytam, niż w Homerze,Dziejów zaś szukam od pierwszego znakuHistorji, nie zaś od Salustijusza,Tak lubię z gruntu każdy przedmiot badać,Nie lada połysk brać od animusza.Wiedzieć albowiem mato, aby władać,Inna jest, niźli dla wulgarnej sławy,Skąd samej nawet astrologji mętyNie są nam obce — ani jakie wstrętyPłaskie mieliśmy dotknąć się tej sprawy».
Tu przemilkł, rękę wyciągnął ku tacy,Bawiąc się jadłem, jak to czynią ptacyW klatkach, mający smaki pogardliweDla zbytku strawy, lub syci próżniacy.Że jednak skromny był więcej w jedzeniu,Niż w duchu, rękę powrócił leniwoI mówił dalej.«Ten, chodzący w cieniuZ laską, nieledwie długą tak, jak krzywą,Charonowego posługacz okrętuJak się ma?»«Jazon» — wyrzekł nie bez wstrętuKoryntczyk — «wczoraj wiedzieć dał mi nocą.Iż niespodzianą złożon jest niemocą».
Tu przeszła chwila milczenia, aż znowuCesarz pół sobie, pół do gościa rzecze:«Hellada! — Wy ją znacie tak, z narowu,Jam odgadł, ja ją podnoszę i leczę».Mistrz Artemidor pobladł. «Jeśli komu,Literaturę poznać dawszy, skryjąZiarna jej, gości, jak przyjaciel w domu,I je — wie, jaką rzecz, lecz nie wie, czyją;Grecja-bo nie jest kilka świątyń, aniPieśń jej». Koryntczyk, jak góral z otchłani,Znanej mu, ale bardzo niebezpiecznej,Wychylon, wzrok niósł wkoło niestateczny.«Grecji ja uczę ludy: od EufratuAż do brytańskiej wyspy, ja to starąHelladę dzisiaj pokazuję światu!»«Przez nią jest światło» — Koryntczyk rzekł z wiarą.———————————«Egipt?» — tym samym Adryjan akcentemCiągnął — «przykryta rzecz czasowym mętem:Egipt jest wcale nie to! W księgach Judy,Gdzie różne baśnie są, także i cudy,O Abrahamie mówią, iż ten synaMiał ofiarować. Są, co byli daléjW ofiarowaniu —»
Tu mu poszła ślinaDo ust i kaszlnął, mówiąc: «Cóż, azaliAntinousa krwi nie poświęcono?»Tu wstał i znowu legł, lecz inną stroną,I znów obrócił ciałem: «By znać rzeczyLudów, trza każdy mieć, jak swój, na pieczy».Więc Artemidor na to: «Mało komuDano jest mieszkać wśród wielkiego domu,Nie zostawując próżni».
«Są studja ciekawe,W których powołam was, filozofowie,By kilka kwestyj wytoczyć na ławę,Tylko mi jeszcze wstrętnem bywa zdrowieWątpliwe». Przytem dodał od niechcenia:«A lubię rzeczy wywodzić z korzenia,A te mi Żydy bredzą swe marzenia,A nie tą drogą iść ma. Jest u żydaTo, że niesforny umysł ma, i krzywy,I nieporządny, nie zna inżynierji,Ni planów, jakoż do prac jest leniwy.
Zwierz dziki, gdy go zamkniesz w menażerjiI jeść mu dawasz dobrze, zwolna, zwolnaTruchleje, jednak drga w nim chuć swywolna.———————————
«Mniemam, że i ta chrześcijan doktrynaNie jest w swej pierwszej legendzie. MożebyI tego dotknąć przyszła już godzina,Bacząc, gdzie błędu wina, gdzie potrzeby.W Jeruzalemie miejsce zmartwychwstaniaJupiterowi należy właściwie:Ten jest albowiem, który się nie kłania,Mocny bóg. Dalej, i to beztreściwie,O wykonaniu Chrystusa co bają,Tam Wenus miejsce mieć ma, a powoliUobyczają się i przyzwyczająNim tnę, uważać zwykłem, ile boliI pokąd: bystrzy tak lekarze krają.Cóż, czy nie kocham Hellady?»
Te słowaLubo donośniej rzekł, głos mu nie służył,I sam to może poczuł, że nadużyłGłosu, więc sięgnął, gdzie go boli głowa,Przymrużył powiek i powstał leniwo,W czem Artemidor zdążył mu co żywo,I poszli długim ciennikiem z bukszpanu,Coraz to ciche zatrzymując kroki.
O myśli ludzka! Ty, co przeczysz Panu,Świadczyć Mu musisz przez błąd swój głęboki!A ty, coś prawdę poprawiał lub winił,Gdybyś na skryte jej popatrzył cele,Spytałbyś siebie, sfrasowany wiele:«Ja, com pracował tak, cóżem uczynił?»
Czekaj z Wenerą twoją w Betlejemie,Aż wół i Łukasz i te RafaelePrzyjdą położyć się czołem na ziemię,Wdzięki waszego zniósłszy ideałuNie ukazami, lecz twórczo, pomału —Tak, żeby Fidias przed familją świętąRafaelowską stanął; a JupiterŚwiętego Pawła głowę baczył ściętą,Spokojną; Merkur druk składany z liter;Neptun Kolumba, co w krzyżowym znakuKotwicę znalazł na morza nieznane,Na ewangelją burze pokiełznane;Pallas Joannę d’Arc żeby w szyszakuJej zobaczyła z mieczem na rumaku;Herkules żeby pary wynalazcę Ujrzał;Eskulap z wężem swym na lasceMojżeszowego węża zoczył z miedzi.Wszystkieby siły wasze, najporządniejDo mimowolnej doszedłszy spowiedzi,Znikły — pozostał rząd i pył nierządny.
W czas, gdy firmament ciemnoszafirowyWielością jasnych gwiazd oczy zawraca,A cały urok nocy południowéjŁagodzi zmysły, iż pamięć ukraca,W obecność jakąś przenosząc nieznanąMyśl, wrażeniami za dnia pomiataną,Lub daje wiary chwilę przez znużenieNawet zbrodniarzom, w kajdanach wilgotnych,Że, jeśli nie kres, rytm ma ich cierpienie,Samotność że ma swoich współsamotnych —
W czas perjodycznej ciszy, której mowaUtula trzeźwych, niepoczciwych zwodzi,Zastaje w domu albo nie znachodzi,Na drzwiach im rosą pisząc zimne słowa,I dłoń, przed świtem klamki szukającą,Omywa czasem z krwi lub krzepi drżącą —
W czas tajemniczej bladości księżycaSyn Aleksandra wrócił do gospody.
Jak światło, co mu olśniło jagody,Takie wejrzenie tęskne miał i licaPełne takiego bezmiaru pogody,Co, przez głębokość swą że jest wątpliwy,Mniemasz lub śmiało zwątpiłbyś, czy żywy.
Zwątpienia czczość mu serce rozłożyła,I ciężar siebie poczuł, nieprzytomnyPo świecie idąc, co, choć ślepa bryłaI bezzmysłowa i taki ogromny,Nie traci przecież ciężkości swej środka:Równo się toczy, choć kometę spotka.
A on, na onym ogromie malutki,Chromiał, że mdłe go wy drożyły smutki!
Więc niby mówiąc: «Czczo mi», do gospodyWszedł. Woniejące wraz mu na twarz chłody,Jakoby chustę, pot ocierającą,Rzucając, dziwnie bardzo otrzeźwiły —I mimowolnie wspomniał twarz cierpiącąGwida, gdy tak go odchodziły siłyPrzed twardym sądem ludzi bez sumienia.Lecz te uboczne pierzchły wraz wspomnienia;Ciekawszem było, skąd kwiaty, dla kogo,Lub, jaką weszły do mieszkania drogą.
Ciekawość wszakże, skoro już zgadywa,Przestaje sobą być i, chociaż nie wie,Że zgadła, wszakże myśleń ciąg urywa,Lub, dalej idąc, siebie nadużywaI taki czyni zamęt, jaki w śpiewiePrzez rytmu zbytek, przez nadmiar perjoduCzyni się, pisząc śpiesznie lub zamłodu.Chwilę więc myśląc, od kogo są kwiaty,Już miał zapomnieć syn Aleksandrowy,Od kogo ulga przez ich aromatyDo ociernionej ludziom wnika głowy;Tak rzeczywistość niewdzięczna jest treści,Lubo z niej żyje przez to, że ją mieści —
To zaś dopóki człek wywikłać może,Niepodobieństwo, by szczerze narzekał;Chyba już takiej niewoli doczekał,Iż chwili nie ma, by pomyśleć: «Boże!»I zastanowić się, gdzie prawda szczera,Gdzie zaś to, co ją jawi i zawiera,Pozornie sprzeczne, choć wierne — litera.
Balsam to wszakże, wówczas tyle skryty,Ile pomijan dziś lub nadużyty,Ból zaś młodzieńca — oh, mniej zrozumiały,Niźli dzisiejsza bywać może boleść.Siły go z progów rodzimych wyrwały,Te, co dziś o nich prawi ledwo powieść.Sierota wprawdzie, lecz któż swoich nie ma!W świat poszedł szukać prawdy i mądrości.Dziś już nie chadza się tak za obiemaRazem, ni pragnie się ich, ni zazdrości,Jak to bywało w onych czasach dawnychDla myśli jednej, od sławnych do sławnych,Z Grecji pod cienie piramid trójkątneIdąc, do Grecji z Chin, w głuchem milczeniuNa głośne lekcje, na szepty pokątne,Na inicjacje i ciemne, i w cieniu.
Jakoż te trudy a radości oneNieznane już są po dawnem imieniu,Zaniewiedziane albo przemienione.Że jednak władca, będąc doskonały,W zniszczeniu nawet ocala i tworzy,Więc wszystkie rzeczy są, które bywały,Acz w tryb ujęte coraz więcej boży.Jeśli więc one szukaczy boleściTrwają, to kina je sfera dziś mieści.
Energje bowiem wszystkie Pan ocala,Stworzeniem jego będąc znakomitém;Tylko usterka ich sama się zwalaNajściślej słusznym sądem, nieodbitym;Ale toż samo dzielności uczucie,Co Aleksander lub Annibal miewał,Trwa w prostotliwszej, w doskonalszej nucie,Iż je ból zczasem wytworniej dośpiewał.Taż sama prawdy radość sokratowaGdzie indziej dziś jest, ale jest — i nowa!Pan bowiem jest i mistrz, a rzekłbym prawie:«I uczeń» — trud tu równy już zabawieI stąd jest owa niespożyta dzielnośćŁaski i stąd jest w śmierci — nieśmiertelność.
Z Epiru młodzian wśród czasowych mętówZawiei, mroku pełnej i łyskania,Nie znał był jeszcze onych diamentów,Co do kolebek dżdżą dziś przez podania,Nad piersią matki paciorkami wiszą,U nianiek nawet uszów się kołysząI pod dziecięcia ochrzczonego stopyŻe położyły się raz jako snopy,Urasta zczasem człek dotyla dziki,Iż nogą depcze zbłoconą te skarby,
Co mędrce w pocie, we krwi męczennikiPowykreślali i ubrali w farby.———————————
Acz może wzamian, może, mówię, niemaDziś onych zbójców podłych i leniwych,Co nieraz mędrca rękoma obiemaRwali, co skrycie pytajników krzywych,Jakoby haków, wręcz tak używali,By wiedzy dostać bez własnego trudu,Aż się i kości nieraz doszukali,Aż domacali się pod kością — cudu.Wśród sępów takich z dziobami krzywemi,Na urągowisk szczudła podniesiony,Niejeden stawał, nie tykając ziemi,Wszechskrytykowan i wszechopuszczony,Konając w sobie z pragnienia i głodu,Współcześnie plwany i współcześnie czczony,Jak na pal, wbity na dumę narodu.Ci zaś, co prawd mu z serca dobywali,By wiedzy dostać, nie spociwszy czoła,Nie znali biedni — ach! — że kryształ soliKażdy ma prawa swe i archanioła,Co mu pogwałcić tych praw nie pozwoli.
Tych zbójców ducha, tych sępów próżnościByła to właśnie jedna z pór, skąd jedniNie dopuszczali do poufałości,Drudzy się w cieniu kryli, będąc biedni,Innych raz po raz na plac wyciągano,Wieńczono, plwano i zapominano.Lecz nikt całości tej tak cichej sprawy,Krwią coraz więcej pijanej, nie baczył:Księżyc ją tylko oświecał bladawy,Czas tylko zgony na klepsydrze znaczył,Cichoście tylko po zgonów odstępachRaz wraz, jak nieme czaty, przechodziły;Krwi tylko czasem plameczka na sępachLśniła, gdzie niegdzie lampy się paliłyGliniane, biedne, oświecając kartyPism, lica zwiędłe, przy nich płaszcz wytarty.———————————
Takie bezbarwne, bezplastyczne tylePobojowiska, takie Termopile,Któż mógł odgadnąć, czyj wzrok mógł dośledzićI jakie serce przeniknąć te bole,Których nie dotknąć, ani wypowiedziéć,Ani okrzyczeć i wywieść na poleTeatru, w trąby pozłacane trąbiąc,Wskazując gestem, w cymbał laską rąbiąc?!———————————Zwłaszcza, iż żywot, tak zewszechmiar party,Stawał ci nieraz jako księga spsuta,Rozwietrzająca przed oczyma kartyTak, że cień ledwo zostawał i nutaI nuty echo. I bywał jakobyPowietrza upust z płuc, pod nogą groby —Czczość, jakby tchnienie ci wpierw rozebrano,Niż mogłeś westchnąć, podnosząc się rano.A któż podzielić i dostrzec mógł boleNiewidne, jako półmisek na stole?
Chybaby pierwej wszystkiemi żywotyNajboleśniejszej treści i istotyJako ostatni wygnaniec na świecieŻył, a miał pierwsze prawo na planecie!A był zniweczon tyle, ile w sobieWszechpacierz całej tej tragedji skupił;I nad człowiekiem był w człeka osobie,I tak zmordować dał sięI odkupił.
Kobiety może serceby to zgadło,Ta jednak wówczas była jeszcze niczem;Dla wielożeństwa nie istniało stadło,A która żyła sama, była biczem,Przelatującym od ręki do ręki,By ogniem chłostać, pociągając wdzięki.Ubogi nie miał i takiej, bo droga;Najpowabniejsze — zgóry zapłacone.Mędrzec niewiastę, co go, jak raroga,Nie pojmowała, odsuwając w stronę,Pozostawały — jak ulga a rada.Traf wyjątkowy — stoicyzm — i szpada!
Syn Aleksandra przezierał to w sobie,Gdy wonie kwiatów skronie mu oblały,Jak posągowi na samotnym grobie.Więc bardzo czuł się osobny i — cały.I począł Zofji odnawiać wspomnienie,Pieśń za śpiewaczki przyjmując sumienie,Lirę na postać, i z tej dwoistościSilił się jedność utworzyć — napróżno!Rozdwajała się w ręku bez litościNa pieśń i postać, jak z dniem ciemność różną,
I czuł, że kłamać począł, acz niewinnie,I czuł, że działać począł dobroczynnie,I umęczył się bardzo tą robotąBeznarzędziową.
I wstał, kosz wziął w ręceNa łoże sypnął nim z ową pustotąNiezgrabną, którą gęsta niemowlęcePsują rzecz, cale nie troszcząc się o to.———————————Lampa u schyłku promień niosła drżący —On legł na kwiatów stos, jak człowiek śpiący.
Wieści, co pierwej krążyły po RzymieW sposób niedosyć jasny i czytelny,Zaczęły postać przybierać i imię:Z Bretanji pono generał naczelnySeverus Julius wrócić miał niebawem,Także legjony, zdawna niewidziane,Cesarza wolą ściągano, czy prawemNowem. — Te nocą nieraz, jako ścianęRówną, księżyca bielmem wyjaśnioną,Napotykałeś, ustępując z drogi,A czułeś ścianę gmachu poruszoną.Mierzonych kroków masy szmer złowrogi,Orły, co w bramę głową pochylonąSzły na chorągwiach, wojenne machiny,Skrzypiące w marszu, cały system żywyEnergji, tudzież zagład i perzyny,Elastycznością swą, miarą i siłąPrzerażał wszystko, co się doń zbliżyło,Tak, że widz w sobie powtarzał zdumiony:«Bóg to Rzymianom wymyślił legjony!»
Niektóre domy wraz drzwi zamykałySame lub wiatru osobnym podmuchem,Nim żołnierz otarł je ramieniem z skały.Innych na dachy legjon ciągnął duchem,Porywał oczy, kwiaty z rąk padały.Moc jakaś pierwej szła przed szeregamiTych obnażonych kolan i tych ramionI grzyw na hełmach, a wodzowie samiZdali się trzymać ją w literach znamionI magnetycznie giąć temi członkami,Kutemi w miedzi błyszczącej obręcze,Zbierać je w chmury, w grzmot, rozwijać w tęczę.
Dramy aż naszej osoby to czuły:Zofja nieznośną była dla służebnéj —Struny się liry nietykanej psuły —Mag z lekarstwami swemi tak potrzebnyJak niewidzialny, dla ciężkiej słabości —Barchob, zmieniony, jak nie swa osoba,Odprawujący niemo natłok gości —Mistrz Artemidor wzywany co dobaDo cesarskiego gmachu lub ogrodu —Pomponjus nawet odwłoka zachoduOkoło uczty w Villa Pomponiana,Zmieniony nieco.Więc Elektra divaSama — wśród tylu ruin niezachwiana,Tylekroć więcej świetna i szczęśliwa!
Nikt wszakże jasno nie widział przyczynyTak niefortunnej odmiany powietrza,Mag tylko mówił — słychać — «Są godzinyRóżne — ta cięższa godzina, ta letsza;Ta ma rozedrzeć, ta znów złączyć może».To mówił starzec, skarżąc się na łoże.
Syn Aleksandra stał przed Zofji łożem,Grecki mającem kształt, perskie kolory,I te jej słowa mówił:
«Mag jest chory.Któż może zdrów być? Sami często mnożymChoroby, to jest, chcę mówić, cierpienia».
Zofja rzuciła okiem na służebną,A raczej bielmem oka bez wejrzenia,Czy szyje — rzecz jej cale niepotrzebną;Zwyczaj to wszakże od czasu do czasuNa niewolnice okiem tem spozierać,Jakoby pracę śledząc, bez hałasu —Nie, by się na tej czujności miał wspieraćInteres życia, jak gdzie w domu biednym,Lecz, że się zwyczaj taki stał powszednym.To Egipcjanka czując, nim się stało,Sunęła żwawiej swoją ręką małą.Syn Aleksandra błędnem okiem rzucił,Czy tuż stojącej liry nie wywrócił,I wyszedł. Zofja, na to bacząc mało,Zasnęła.Chwilkę ktoś, idąc, zanucił:
———————————«Tam Hektor gdy swojej nie znalazł jedynej,Ku progom znów wrócił, służebnic wołając:Ej, mówcież mi, dziewki, słowami szczeremi,
Andromaka gdzie znikła łabędzioszyja?U mychże sióstr, w szaty świąteczne ubranych,Czy gwoli próśb wyszła z Trojanki drugiemiUkoić gniew bujniewarkoczej Atene?Ej! — Mówcież mi, dziewki, słowami szczeremi!
Zofja, gdy pierwsze usłyszała słowa,Do sługi rzekła: «Stało się wybornie,Iż gość odeszedł, bo jestem niezdrowa».Tu Egipcjanka, kłoniąc się pokornie,Rzecze: «Udatność naśladując bogów,Na palcach sunął od łoża do progów».I szyć poczęła z niezwykłym pośpiechemGdy pani uchem szła za pieśni echem.
Lucius Pompon jus leżał od niechceniaNa łożu, skórą lamparta przysłanem,I piórem pawiem lekkie rzucał cieniaNa twarz Elektry. Ta wygiętym stanemŁączyła swego poduszkę siedzeniaZ krawędzią łoża, jak owca znużona,Kiedy spoczynku szuka na pustyni,Klękając przodem. Wieńców miała kilkaNa ręku, długie bardzo zausznice,Jaskrawe oczy, dziwnie pełne lice
I wargi, jakby je spinała szpilka.Słowem — że, gdyby nie pewne ruszenieRamion i silny śmiech, z diwy takowejByłoby bardzo przystojne stworzenie.Lucius tak mówił: «Nie czuję się zdrowy»I pogardliwy gest dodawał nogą,Jak, ze złym koniem wjechawszy na rowy,Przeskoczyć wątpiąc, uderzasz ostrogą.«Niezdrowy jestem» — i giął pióro pawie,Chwiejąc niem: «Chory nawet jestem prawie».
«Pracujesz nadto w poetyckiej szkoleU onej sławnej Zofji» — rzekła diwa.Pomponjus na to: «Czytasz mi na czole;Trudzę się — śmierć stąd, ale śmierć szczęśliwa!»Tu piórem pawiem pociągnął po stole.Elektra smutek skłamała na licach,Pomponjus rękę podał jej leniwo,I w dwóch — bez ognia — błyśli błyskawicach.«Bądź mi szczęśliwy!» —«Bywaj mi szczęśliwą!»Pomponjus tymże Elektrze rzekł tonem.Ale co dalej mówić, nie wiedzieli,Iż, osmuciwszy się za wczesnym zgonem,Zbyt blisko czuli siebie i widzieli.Więc była chwila milczenia.
Po onej Pomponjus, wina wychyliwszy czarę,Zarzucił głowę wtył, jak wywróconyKonaniem. Rzeźby nam podają stareTwarz Aleksandra, gdy konał, i szyję,Gdzie krew, ścinając się, w żyłach się wije.Owóż okropny mniej, jakkolwiek wieleZbliżony, widok Pomponjus przedstawiał,Niedocieczone k’temu mając cele,Lub dramy miłość, iż w ową się wprawiał.
Elektra z strony swej chciała podobnieUsmętnić lica i niemniej nadobnie,Gdy tak Pomponjus rzecze: «UmiejętnośćI Zofja — albo: scientia i ona,To życia mego drama i namiętność.Miłość jednakże ma jestże dzielona,Jestże pojęta, jestże zrozumiana?»
To mówiąc, piórem oznaczał akcentaMowy, jak retor, gotując się zranaDo wystąpienia w ciągu dnia — «Pojęta?Nie wiem. Dzielona? — Zaiste.Zaś zrozumiana? — Mniej, niż oczywiste.Słowem Elektro luba!»
«W twem mówieniuJest coś, co nie wiem» — Elektra odrzeczeZ iskierką blasków niezwykłych w spojrzeniu.Na co wręcz Lucius Pomponjus: «Nie przeczę».I wstał, lecz widno było mu z tem raźniéj,Iż czuł, że zazdrość tej aktorki drażni.
«Czekaj! Nie wyjdziesz!» — zawoła wraz diwa,Przegiętą ręką dzban kłoniąc ku czarze,W którą się wina lała wstęga krzywa,«Oto i świeży wieniec przy puli arze,Na koniec uczty zgotowan umyślnie.Pij i o Zofji mów! To cię uzdrowi».Tu, jak syrena, z fali gdy wybłyśnie,Ramiona białe mknąc ku żeglarzowi,W ogrzane słońcem aby zeszedł fale,Ku Luciusowi Elektra tak samoAmfiserdcczinie, tak samo niedbaleZ przewyższającą go poczęła dramą;
«Jestże ta Zofja piękna? Że uczona,To wiem. Jakie ma oczy i ramiona?»Co wszakże mówiąc, usta jej znikałyW drżeniu, iż rychłe czyniła pytania,Gdy Lucius więcej zdawał się niedbałyKu odpowiedziom i baczył te drgania,Jak rybołówca śledzi pióro wędki,Tem lepszy w sztuce swej, że niezbyt prędki.
Scenę tę — w ścisłem znaczeniu wyrazów:Scenę — chód przerwał znany, głośny echemW przysionku, z gładkich budowanym głazów,Tylko z niezwykłym gościowi pośpiechem,I w rozrzuconej upięciach zasłonyFlorus się jawił, wołając «Nowina!»«Cóż? Wyrzuć z togi!» — «Janus otworzony!»Tu uśmiechnął się. «Jeśli nie, to wina Twoja!»Pomponjus odpowie mu luźno,«Żeś wojnę przegrał, przychodząc za późno!»
«Owszem, tryumfuj ty i wszystko twoje,Quod felix faustumque sit» — to rzekł do diwy —«Przynoszę wszakże wieść, iż niepokojeW Judei wymiar biorą wielki, niewzgardliwy —Coś rzeczywiście podobnego wojnie,Acz Janus może spoczywać spokojnie».
Pomponjus, który przed gościa przybyciemZdał się pogardzać i śmiercią, i życiem,I zalotami divy, i istnieniem,Jak nadużyty człowiek, w onej porze,Kiedy jest bliski odwionięcia cieniemTam, gdzie, nic nie chcąc chcieć, wszystko się może —Skoro jednakże słuchać począł wieści,Niewłasne w niego wstępowały drgnienia,Acz nie dla jakiej stąd wysnutej treści,Któraby wskrzesić miała ruch sumienia,Tylko, że szlachcic rzymski najmniej dzielnyJest politycznie człowiek nieśmiertelny.
Więc, i ton jakiś nastroiwszy nowy,Pytał o źródła zamorskiej powieści,Ile w niej prawy głos, ile ludowyBrzmieć mógł. «Bez bogów wychowany częściLud, jako Żydzi są, bez bogów, mówię,Uznanych prawem w sposób przyzwoity;Ani bez wiedzy, która w swej osnowiePrzez ogólnego głosu sens wykrytyZa ster i stylu nam iglicę służy;Cóż wyda? Oto wzburzy się i zburzy!»
To, gdy powiedział, sam usłyszał potem:Tak, nieumyślnie wyrzekłszy przysłowie,Spostrzegasz później, czy służyło mowie,Czy cudzym trafnie uderzyłeś grotem.I dodał: «Gdyby mi służyło zdrowie,Ściągnąłbym rękę po stopień ojcowy,Zawdziawszy pancerz, nabijany złotem».Mówiąc to, macał się po wierzchu głowy,Jako gdy hełmu poprawia wojownik,Ramieniem przytem robiąc, jak pułkownik.Diwa mu płaszczem piersi obrzuciła,Coś Andromaki mając w tem ruszeniu;Florus zaś, puhar jej, że nie skończyła,Naraz wychylił — i siedli w milczeniu.«Ty przywiózłbyś mi wschodnie zausznice,Tybyś ornaty przywiózł mi z kamieni»,Mówiła, licem w Pomponjusa liceKłoniąc się, jako róża na jesieni.«Ja Żyda nie znam żadnego — co oni?Czy są tam ludzie porządni w Judei?Bogaci w sługi? Czy każdy ich stroni,Brudnych, gdy taczki wodzą pokolei,Po drugiej Tybru głębokiego stronie,Mularzom służąc i drapiąc się w skronie?Żyd mię nie kochał żaden — czy wy znacieŻyda do rzeczy?» — Te rzucała słowa,Tu tam biegając w krótkiej swojej szacie,Ta nieskończenie wdzięczna białogłowa,Gdy Florus z Pulchrem milczeli.Po chwiliDrugi rzekł: «Mag mi na pamięć przychodzi».A Florus zasię: «Mniemałżebyś, czyliTen, jeśli żydem jest, jeśli nie zwodziGlłos ludu, mógłby wieści zgadnąć wagę?»Elektra na to: «Mag! Mag! Czy się godzi,Że nie znam! Będę sobie mieć za plagę,Jeśli mi tego nie sprowadzisz żyda,Któremu matron senatorskich tyleZwyczaj ma wolne swe poświęcać chwile.Mądryś — mnie więcej uczoność się przyda,Mnie, że nie jestem w filozofję wprawna,Jak która inna stara, chcę rzec — dawna?———————————
«Ale tyś nie rad mnie pokazać jemu?Ale ty może nie jesteś z nim blisko?Aleś ty smutny, chory? — Spytaj, czemu,Maga się poradź! Odmień mi nazwisko!
Przebierz mię, powiedz, że twa jestem krewna;Chcę znać go. Poznam? Poznam, jestem pewna».
Politycznego jeden obrót wiatruW ciele tem ściśle politycznej treściNaszego scenę odmienił teatru —Tak, że powrócić gładko do powieściByłoby ująć z prawego jej toku.Domy, na piasku lekkim budowane,Powodzi pluskiem odjęte są oku;Tylko, gdzie skała podtrzymuje ścianę,Nad mętnej fali trwają szaleństwami.Podobnież z ludźmi i społeczeństwami!
Kto słaby, chorzał, a kto nie był chory,Cierpiał — i zdały się rządzić humory,Które są, jako cugi powietrzane,Dotykające, lubo niedotkliwe,Po bólach tylko otrzymanych znane:Krzywe na proste, a proste na krzyweParaliżując w człowieku zbiorowym,Co, że zapomniał się nim, jest niezdrowym.———————————
Do kogóż wrócić w tej powieści całéj,Gdzie wchodzą ludzie, a nie ideały?Na łożach jedni, drudzy poza sobą,O wszczętej inni dyskutując wojnie,Obecną, rzekłbyś, iż wzgardzili dobąI odpoczęli w ruchu, niespokojnie:Jakoby pierwej chcieli rozstrzygnięciaRzeczy, bynajmniej ich nie obchodzącéj,Nim do powszednich powrócą zaczęcia.
W mowy ogóle, w ogóle pojęciaFałsz jakiś, zapał jakiś niegorącyRządził i ludzie bywali chwilami,Jakoby sobą nie władnęli sami.Ten to powiadał, co zasłyszał mętnie,Zuchwale broniąc, bo nie swojej rzeczy;Ów, że to uczuł, słuchał obojętnie;Ten obojętność, mniemał, iż mu przeczy,Więc wieść podwajał, by zrobić wrażenie,Wywoływając tem większe zwątpienie.
Gniew stąd w powszednie wmieszał się pożycie,Jako element potrzebny koniecznie,I darło się to zewnętrzne okrycieŁadu, co ufać radziło bezpiecznie.Nie, iżby rozruch w prowincji dalekiéj,Mało ważony nawet przez cesarza,Zagrażał państwu, lecz, że dni i wiekiCzęsto niewielki wypadek przetwarzaI, większość sobie obracając na tło,Całej epoki garnie na się światło..
Prawda to cudem czyni, ale bywa,Że i ironja w ten się płaszcz odziéwa,Ta siostra prawdy urzeczywistnionej —Głupia, w zazdrości swojej dla natchnionejPodrzeźniająca gestom jej w mniemaniu,Że uwielbienie podda urąganiu.
Acz jest to siła, lecz dwojakiej treści:Bezwłasnowolna, przez ucisk powstała,Która się rodzi z nadmiaru boleściI współłez niema, co się przecierpiała,Współczucie tylko ma złączone z racją,Zimna i pewna w zasadach, jak skała,Tudzież ta, która, władnąc fascynacją,Gore, a zawiść z nią, sztuczna z nią chwałaSamozwaństw, chcących być arystokracją —Fascynacja zaś składa się, nie rodzi.Czem zaś jest przez się? — Nie wiem, ani zgadnę;To tylko jedno dodam, że pochodziOd fasces; jest to coś — tragicznie żadne.
Przez labirynty te, niebudowaneGłazami, z ludzkich uwiane żywotów,Hieroglifami pozapisywane,Duch, jako powój śród chruścianych płotów,Gdy się przewinie raz, umierać gotów,Tak żal mu właśniej siły, że dotrwała!———————————Duch zaś gdy umrzeć chce, to pragnie ciała.
Od progów Zofji syn AleksandrowyNiósł się, jak drzewo z posady wyrwane,
Gdy Akwilonem jest podejmowaneI idzie, wieniec otrząsając z głowy:Upadku miejsca błędną szuka nogą,Zniszczenie mając i celem i drogą.
«Czemu? — Że jedno zimne go spojrzenie,Jak włóczni poszturch, naskróś nie przebiło.Czemu? — że nie ją, jej ukochał cienie,Albo nie znalazł w niej, co mu się śniło,Lub chciał, ażeby te wiedziała rzeczy,O których mniemał, że wiedzieć powinna.Mąż nierozsądny! I któż go uleczyZ rany, co tyle krwawa i niewinna?Miałaż więc ona zgadywać te słowa,Których się brzmienie powierza kamieniom,Iż serc nie mają, a ludziom się chowa,Iż mają, mogą mieć; które sumieniomSą, jako morski żwir strusia wnętrznościom,A jako zbroja ordzewiała kościom? —
«Nie rozsądniejże było wziąć na stronęNiewiastę ona i syllogistycznieRzec jej: «Uczucie dałaś za mamonęI mniemasz, że ci z tą zamianą ślicznie,I jesteś głucha na okolne bole,Na mozajkowym oparłszy się stole,Któryć odbija łokci alabaster,Jako strumienia dno, pstre kamieniami.A pieśń twa słodka jest, a miodu plasterZ nie tylu kwiatów, nie tylu pszczołami,Nie tylu kręgi lotów ich uwity,Wdziękami ilu rym twój znamienity.
«To gdyby była dosłuchać łaskawaDo końca treści, możnaćby i daléjTłumaczyć: ile, jak i gdzie ta sprawaSerca płomieniem się niszczącym pali,Wątpliwość każdą wyjaśnić przykładem,Ominąć każde wewnętrzne zjątrzenieI tak przepoić się jej własnym jadem.———————————A własne jednak dotrzymać sumienie:I stać się dla niej wydeptanym śladem,Po którym nawet i nieme kamienieBez krzywych zboczeń mogłyby się sunąć;A potem — jad ów, wyssany tak, splunąćI, że się ciężar przestało już nosić,Upaść mu jeszcze do nóg i przeprosić.
«Wtedy — o, wtedy onaby widziałaWszystko prócz ceny prawd i wszystko w tobieCeniła — prócz twej krwi i twego ciała!»———————————Słów tych wewnętrznie młodzieniec domawiał,Jakoby obca, rozsądna osoba,Gdy w grupie ludzi potrąci! Barchoba,Który z rzeźnikiem stał; drugi oprawiałBaranka, białe zeń ściągając runo,Krwią dookoła rumiane ciepławą,Jak gdy okrycie kto rozłącza z ławą,Pierw do siedzenia miękkiego zasłaną,Lub naklejone obicie ze ścianą.
Było to bowiem miejsce, Placem zwanePrzedajnym, gwarne, wilgotne, zaulneW upały nawet — że nie zamiatane —Temperaturę mające szczególnęI coś szarego w powietrzu, jak pyły.Tu, tam wnętrzności leżały na bruku,Indziej się kwiatów wieńce czerwieniły.Ptasząt śpiew, wmieszan do powózek huku,A do cięć głuchych w mięso ludzka mowaDawały temu obrazowi całośćDucha w rozpaczy, gdy wyczerpnął słowaI zaniepoznał, co radość, co żałość.A widząc rzeczy różnicę, nie rzeczy,Gdy twierdzi nawet coś, to wstecznie przeczy.
Barchob, od kupna odwróciwszy lice,Napotkał oczy przechodnia, ku niemuZwrócone, jako letnie błyskawice,Lecz te wraz gestem, pytającym: «Czemu?»,Usunął, sprawę swą kończąc z rzeźnikiem.Dziewczyna jakaś przeszła między niemi,Naczynie niosąc, bełtające mlékiem,Jak łani, ledwo że tykając ziemi.Ta zawołała: «Quidam!» za człowiekiem,Który szedł, koszem do pół osłonięty,A ziół i kwiecia woń powiała wkołoOstra, jakoby woń koszonej mięty.Syn Aleksandra schmurzył blade czoło,Nie mogąc pojąć milczenia Barchoba,I szukał okiem, zali się nie myli,Gdy ruch się zrobił w tłumie tak, że obaZa tłumem w jedną stronę się zwrócili
W głębi zaś placu powstała rąk chmura:Lud na bezsprzężne powskakiwał bigi,«Wół! wół!» wołając «święty!», przytem «Hurra!»,A podbiegając z krzykiem na wyścigi,Kapłańskie sługi w podkasanych szatachZ stryczkami w ręku sunęli po kwiatach,Po koszach, w błoto ległych z owocami.Kapłańskie sługi biegli ze stryczkami,Gdy wśród zwichrzenia tłumu rogi złoteByka, co ona rozganiał hołotę,
Jakoby księżyc, zaledwo wschodzący,Na ziemię zleciał, toki nierównemiSiekły przez obłok ludu pierzchający,Od ziemi wgórę i zgóry do ziemi.
Policja rzymska, w tę wmieszana sprawę,Organizować poczęła wyprawę,Głosząc: «Schwytany ma być! Jest schwytany!»,Włóczniami tłumy cofając do ściany.I wraz porządek gwałtem rósł, gdy szpiegiSkoczyli niemniej szykować szeregi —Czas, w którym człowiek z toporem na rękuUderzył w ramię młodzieńca z Epiru,Szukającego w gwarze tym współjęku.
Tknięcie to, wzgardy pełne, twarz nieznanaMęża z toporem onym tak dobodłyPoniewieraną wrażliwość młodziana,Iż ściągnął k’niemu leniwą prawicę,Leniwą wargą drgnął i wyrzekł: «Podły!»,Ale już wtedy, gdy go, jak kotwicę,Zgiętego rzucił o ziemię.
«Przebogi!!» —Tłum zaczął wołać — «Morderstwo kapłana!» —Zwłaszcza, iż wolu właśnie złote rogiUjęto stryczkiem, a rzesza wezbranaNie miała ujścia chuciom ani drogi.
Policja z swemi skoczyła włóczniami,Gdzie Aleksandra syn trzymał pod nogąMęża, a jakiś ogrodnik słowamiŁagodził rzeszę pachołków złowrogą,Co krwawe stryczki nosi i kadzenia,Ilekroć żertwa jest gdzie do spalenia.«Puszczaj!» zawoła setnik, gdy młodzieniec:«Niech zaraz rzuca topór!», k’czemu zasięOgrodnik dodał: «Z toporem szaleniec!»,A setnik ręką skinął. W tymże czasieKapłański sługa wyrwał się, a potemBronzowy topór, jak ptak, z rąk mu sunął,Powietrze skrzydłem swem przekroił złotem,Padł — Aleksandra syn zadrżał i runął.
Krwi sute pasmo fontanną wraz krzywąZ początku bystrzej, potem szło leniwo,Kolana widzów pieczętując nagie,Wokoło trupa ciepłego zebrane,Utrzymujące ciał tych równowagę,Które traf skupił i ułożył w ścianę.Trup się po bruku przeciągnął płaszczyźnie,Podając rękę ku niebu, jak w chwili,Gdy naciągany łuk ci się wyśliźnie,I rzekł: «Na targu — konać — jak w ojczyźnieKonać — wyśmiewa się z siebie ironja».Coś jeszcze mówił, gdy doń przyskoczyli,Lecz oderwała słowa ust agonja,Których świat niewart, a śmierci są łupem:To zaś, co podjąć jęto, było trupem.
Ogrodnik tylko, obecny tej sprawie,Wyciągnął rękę i rzekł: «BłogosławięDuszy twej, a wy, co znaczy skonanieMłodzieńca tego, kiedyś się dowiecie —Którzy jesteście ślepi kainanie,Rozbijający braterstwo, na świecieObrazy sławiąc własnego zbłąkaniaCzynami, z których każdy was odsłania —I jako scena w teatrum naucza,Do prawd zakrytych by szukano klucza.Bóg, gdy ofiarę nożem czynić mianoNa niewinnego młodzianka wzniesionym.Nasunął owcę, w ciernie uwikłaną,Krwią ludzką nic chcąc, aby był chwalonym;I wolał przenieść ofiarne skonanieNad krwi wylanie.Ale wy, byka minąwszy toporem,W człowieczej krwi się chłodzicie — szaleni!Tym, mówię, czytać gdy poczniecie wzoremPisanie, co się w powietrzu czerwieni,Padniecie na twarz».
«Precz z nim! Co on rzecze?»Wołano — «Ktoś jest, ponury człowiecze?» —«Czytać» — ogrodnik ciągnął, patrząc wgóręJakoby w pisma zwój — «czytać żywotówI skonań księgę, czytać chmuręI światłość czytać, zapisanie grzmotów».«Tak jest» po chwili dodał. Grecy z tłumuWołali: «Półbóg-że zstąpił?», a mężeŻydowscy: «Ktoś ty?», a rzymscy: «Człowiek bez rozumu!»Rota, gwałtownie wstrząsnąwszy oręże,Kazała milczeć lub z placu uchodzić.Ogrodnik rękę wzniósł ponad zwłokamiI, szepcąc, począł w powietrzu nią wodzić,Jako gdy w rolę rzuca kto ziarnami,A szept ów służył jemu za nasienie —Gdy mąż libertyn, podsetnik, co wszczynaMarsz, gdy w szeregach równają golenie,
Zawołał: «Człowiek ten, szepcąc, przeklina!Chrześcijański to pies!» — a kapłańskie sługiStryczkami k’niemu puścili krwawemi,Jako gdy brudne wiatr ogarnie strugiZ dachów i łuną z tak równym hałasem,Że zgóry, nie wiesz, trysnęły, czy z ziemi.I niezadługo w zawierusze tłumuWidziałeś Gwida skroń lub ramię czasem,A czasem sznura tylko silne drgania,Co tu i owdzie chwilowo rozgania —Jak gdy przewoźcy ciężar wleką promuNierównym chodem po nadbrzeżnym piaskuPrzy upominań się wzajemnym wrzasku.I niezadługo na tym placu gwarnymZamknięte tylko kupczących szałasyStały szeregiem milczącym i czarnym.Zachodu słońce purpurowej krasyW błota się szybach mętnych odbijało;Młodzieńca cichy trup leżał, okrytyKwiatami z koszów, gwałtem wywróconych;Pies jakiś wietrzył krew, jakieś kobiéty,Przechodząc, kilka róż mało zbroczonychPodniosły. Cicho było i zielonoNa bruku, który właśnie opuszczono,Podobnym z barwy, miejsca i wspomnienia,Do wag rzeźniczych — te z urządzeń zmianąZ ciężkiego nader że były kamienia,Do nóg męczeńskich gdy przywiązywano,Krwi nieraz świętej bywał na nich napis,Skąd kamień wag tych zwą: martyrum lapis.
Jak przez czasowe gdy kto wieczne słyszyI folgę daje obecności gwarnej,Bacząc, czy odgadł, gdzie jest, bacząc w ciszy,Której treść wielka, lubo pozór marny —I, próżen rzeczy znikomych kwapienia,Próbuje tylko, ile mu jest danoI wolno swego uchylić sumieniaZa cyrk, gdzie jeszcze walk nie dokonano:Tak Jazon, wieścią choroby okryty,Samotnie wschody liczył i zachody,To przed domostwem siadując jak wryty,Niewiele baczny na wieczorne chłody,To od przysionka przechodząc wzdłuż sali,Gdzie drży fontanna i lampa się pali.
Zamorskich mężów mniej już zachodziłoDo drzwi magowych pukać i przed domemCzuwać — i, jakby się coś dokończyłoW teatrum, pierwej co chwila ruchomem —Znikli. A jeśli poranił kto osobyDotyla ciche, to, gdy sam był w stanieUciszyć niemniej własny zmysł i doby,Która się raczej miała na wezbranieI obfitością trafów, mniemań, wieściRadziła owszem wybiegać poza nieI szukać, czego szuka się w boleściKrzykiem, lub czego myśl pożąda w czasie,Lecz co jedynie w duchu spotyka się.Więc, co pierw było, skryte jest zasłonąPewniejszą, niżby z głazów ją robiono,Zdziwienia nawet nie zostawującą,Jak nie zostawia zdziwienia na świecie,Źe starzec umarł, zrodziło się dziecię.
Przechadzkę swoją po izbie, niechcącą,Prowadził starzec krokami równemi,Gdy w drzwiach otwartych stanął mąż nieznany,Rosy — że Jazon podniósł wzrok od ziemi,Spotkawszy nogę obcą mu u ściany:Tak już był przywykł ufać, iż nie innyKto, jeno Barchob u niego gościnny.
Mąż że zdaleka szedł, że w Rzymie świeży,Po samej łyżce z cytymskiego drzewa,U pasa jego wiszącej, z odzieżyTakże poznałbyś. «Akiba się miewaDobrze: odgadłeś gwiazdę i jej syna.Krew już płynęła. Ta jest ma nowina».Jazon ramiona wzniósł, uścisnął potemPrzychodnia, pierwej wysłuchawszy mowy,Jakby odległym jawiła się grzmotem,I zaczerwienił się w sposób niezdrowy,I zbladł, i rękę otarł jednę drugą,I rzekł: «Spoczniemy dziś; potem na długoSpoczniemy może» — i siadał wygodniéj,Niż to zwykł czynić sam, a ręki gestemWskazywał, by toż zrobił mąż przychodni.I siedli. Jazon rzekł: «Słuchaczem jestem,Mów — a spokojnie, bez zdawania rzeczy,Co już obyło się w poselskich słowach.Jak odpasanych brzęk coś mówi mieczy,Kiedy zatyka się je w łoża głowach,Tak mów, bym czasu, powietrza i ziemiUżywał z ciebie oddechami memi».To mówiąc, rękę kładł na męża ramię,Skrzydłami nosa robiąc, jak człek młody,I poprawując nieuważnie brody.«Mów! Posłannika jak zgadnięto znamię?Wielu ma z sobą?» —
«Set było niewieleKonnych, co zwie się machabejska jazda,Piechoty tysiąc, lecz dziś rzekłbym śmiele,Dwa razy tyle wiedzie za się gwiazdaPo drogach, tkanych w gałązki zielone.Bareochebas! Wątła wprawdzie świéca,Kiedy się jawił — ta, rzekłbyś, dziewica,Pacholę, rzekłbyś, mało doświadczone —»«Zmężniał» — podpowie Jazon —
«Rudogrzywy!» —Przychodzień rzecze — «Ku Jaboku stronie,Ku Dekapolis, gdy grano w cięciwy,Zakłuto pod nim numidzkie dwa konie.Trzydziestu zato wraz na placu kładzieZ pancernej jazdy rzymskiej co najlepszéj.I nie ma-ż w sobie dorównywać szpadzie,I nie ma-ż od swej chorągwi być krzepszy?Zwłaszcza, że nie swój, ale prawie owyPierwszy obyczaj machabeuszowyTrzyma, we skrzydła dwa robiąc konnicą,Łuczniki środkiem, a sam nakształt głowy,Z ogromną ręką prawą, też z lewicą.Z obiema zaraz po modlitwie wszczynaPieśń, a z trąb niżli się odleje ślina,To krew się pierwej na toż miejsce rzuca,Iż jest przeklęta krew, krew poganina!»
To rzekłszy, ziemię bosą zatarł nogą,Gdy Jazon pojrzał naokoło, potemWstał, wyszedł — Barchob że nadchodził drogą.K’niemu mistrz płaszcza połą, jak namiotem,Wionął i gestem rzucił polecenieI, jako pierwej, siadł; było milczenie.Po chwili weszło pacholę służebne,Miednicę stawiać z płóciennym ręcznikiem,Toż sprzęty obce, do uczty potrzebne:Drewnianą konew z winem, konew z mlékiem,Stół, jakich w Rzymie niema, arfę złotą,Schowaną w kaptur z sydońskiej purpury,I piasek, którym sypało z ochotąNa różnobarwne posadzki marmury,Gałązki przytem mając oliwnemiTak odmienioną powierzchowność ziemi.
Wyszło — szeroki słońca promień zgóryW fontannę upadł, prysnął o marmuryI tęczę wywiódł sztuczną, co na ścianieSzukała przyleć jako malowanie,Gdy Jazon, włosy zarzuciwszy białe,Do nóg przychodnia miał się. «Być nie może!» —Zawoła pielgrzym — «a brońże mię, Boże!»I począł nogi swe okrzemieniałeCofać i ramię odsuwał magowe,Czego mistrz prawdę nareszcie poznawszy.Usunął ręce, siwą otrząsł głowęI prawie rozśmiał się, jak dziecko żwawszy,A potem z dziwnym na twarzy wyrazemKu arfie poszedł, czerwono okrytéj,Mówiąc: «Gdyby się serce stało głazem,Miałoby taki kształt!» — I pojrzał w szczytyDomostwa, rękę wyciągając prawą,Jak gdy kto burzy nadchodzącej słucha.Usta mu barwą zabiegły bladawą,Cichość się więcej uczyniła głucha —Przychodzień nie śmiał kropli zwiać w miednicęI, zamiast nogi swe, ocierał lice,Tając, że tai łzy, płacz tającemu:Tak wzajem bali się pytania «Czemu?»
Ciszę tę świętą przerwał głos, od dworuZabiegający, wyraźny głos sporuMiędzy Barchobem a gośćmi — głos, któryCichł i podnosił się i milkł w parowie,Dwojakiej, zda się, płci albo naturyGłos, jaki w serjo tragedjach faunowieMogliby jedni wywtórzyć na fletni.Lub w czasie smutnym ludzie nieszlachetni.Jakoż Pomponjus był to z swą przebranąElektrą. Barchob ostatnie rzekł słowo,I słychać było, że się drzwi ze ścianąZwarły, aż młotek uderzył nanowo.———————————
«Oto» — mistrz rzecze — «masz ich! To Rzymianie!Pompejuszowi wnukowie, któremuMacicę winną ze złota na ścianieZawiesił judzki król lat nieco temu».I dodał: «Z chwili samego wyboruCzy nie odgadłbyś fasces i toporu?O ty, co zamiast głupiej krwi bydlęcéjAntiochowych zbiłeś pięć tysięcy,A powracając do Jeruzalemy,Zastałeś kościół chwastami zarosły.Niemy, i ołtarz mchem zarosły, niemy,I drzwi spalone w zuzel, gdzie się osłyTarzały podłe — ty jesteś tu blisko,Czuję cię przez łzę i urągowisko!»
«Uszczknijmyż nieco i w jego radości», —Przychodzień rzecze — «a jako dni osiém
Postanowił był, osiem dni światłości,Tak osiem godzin niech wesele znosim.Znosim — bo rzecz jest niecała i krwawa».K’czemu siadając, mag rzekł: «Owo strawa,Na jaką stać mię» — i chleb począł łamać.Ale solenność odeń odchodziła.Jak gdy natchnieniu kto dozwolił skłamać,Niemocen doprząść tymże samym tonemTreści, co albo zupełnie wątpliwa,Albo wątpliwość stracić ma za zgonemI, chociaż szczera jest, kłamie, bo żywa.Tak bowiem swego mag BarchoebasaZa czekanego uważał mesjasa,I wielbił prawdę, lecz przez opóźnioneZłudzenie, jako przy zachodzie słońcaPodziwiasz nieraz za dnia pominioneOkolic wdzięki, iż bliskie są końca———————————
Skoro baranka napoczynać mieli,Barchob z podrzędnem usiadł pacholęciemI jedli, służąc, słuchając z zajęciemRozmów, jakoby onych treść wiedzieli.Skąd chwile były tego zapomnienia,W których «gdzie» znika, a myśl ze wspomnieniaObecność tworzy — chwile przywołaniaPrzeszłości w jawność lub czasu przyszłego,Który się jeszcze oku nie odsłania —Coś przynoszące upajającegoPrzez oderwanie się od współczesności,Boskości nieco mające i czczości —Chwile, co dają nieśmiertelność tchnieniem,Uobecniając treści niedotkliwe,A niepokoją wewnętrznie sumieniem,Szepcąc, że nikłe są, że nadprawdziwe.
Więc, takie wina popiwszy kielichém,Godzisz się wreszcie z myślą, żeś jest lichym —Nie, iżbyś szukał zniżenia się w zwierzę,Lecz że, nie będąc duchem, twierdzisz: «Wierzę!»,A twierdząc, konasz rozumem doczesnym,Stając się wiecznym, ileś nadspółczesnym.
Tak ludziom, na śmierć idącym, się dajePuhar; i w innych też chwilach solennychStwierdzają prawdę ona obyczajeLudów, bynajmniej sobie nieościennych.Właśnie tak Jazon kielich wzniósł, gdy z dworuStuk młotka zabrzmiał, a potem ten samy,Lecz już jak cięcie obuchem toporu.A dalej poświst zawias, co od bramyWypartej darły się wstęgą bronzową,I tupot skorych nóg, zmieszany z mową.Mistrz wstał, lecz w chwili, gdy miał się ku sieni,Liktorów weszło dwóch i znaczna rota,Co widząc: «Bądźcie albo pozdrowieni» —Rzekł — «albo niecnie zmyliliście wrota.Cesarz-że pisze do mnie?» Liktor na toPierwszy: «Litera, którą trzymam, złota.Mówi, że skazan jesteś na wygnanie,Ty, filozofy, tudzież chrześcijanie».Co rzekłszy, zaciąg czynił straży zbrojnéj,W przysionku stawiać szepczących żołnierzy,Jak człowiek, swoje gdy pełni, spokojnyI zimny — pełni to, co się należy.A łatwość w tem ma utrzymania rzeczy,Iż sam nie wątpi i nic mu nie przeczy.
«Kończmy!» rzekł Jazon i puhar wychylił,Ale ust nieco kielichem omyliłI, do setnika palec niosąc, rzecze:«Kajus — posłuchaj, służebny człowiecze! —Cezar, czterykroć zwan imperatorem,Pierwszy raz konsul, także dyktatoremNazwany wiecznym, księciu HirkanowiW umowie głównej głosi i stanowi:Iż, skoro posły żydowskie przybędą,Z senatorami na igrzyskach siędąPatrzeć, jak rzymski chłop się w cyrku bije.A gdy zaniosą skargę do senatu,Tedy — jeżeli Rzym trwa, cezar żyjeI, jak panować ma, panuje światu.Dnia dziesiątego po listów złożeniuDyktator albo pułkownik konnicy,U Żydów onych stanąwszy w przedsieniu,Zapyta, czyli chcą z nim iść lennicy.Rzym-że trwa jeszcze? Cezar jak się miewa?»To mówiąc, kaszlać począł nieprzytomnieI chwytał łyżkę z cytymskiego drzewa,I obracał ją w ręku.
«Ile do mnieRzecz ta należy?» — zawoła przychodzień«Jam nieznajomy gość tu. wam zaś — zbrodzień!
Jam jest z powstańców mąż, obcy magowi.Czyńcież, co czynić macie, czyńcie zdrowi!»
Mistrz Jazon, słowa te słysząc, wzniósł rękęI, popychany żołnierstwa poskokiem.Wołał: «Coś w wietrze czuję, jakby mękęCzłowieka — krzyże — pod ciężkim obłokiem,Przy Jeruzalem — na trupich głów górze» —I padł, po piaskiem zasłanym marmurzeSkroniami miecąc gałązki oliwne,Co zdały mu się uwieńczać siwiznę.
«Tyś winna» — mówił Pomponjus do diwy —«Że oto dzień ten tyle nieszczęśliwy».I łamał pedum kościane jak trzcinęNa coraz więcej drobne kawałeczki,A kość parskała i złote zeń ćwieczkiWylatywały jak skry. «Wina winęPowiększa» — diwa na to mu odpowie —«Gniew, pedum niszcząc, nadweręża zdrowie.— «Koniecznem było, zamiast starca budzić,Napisać raczej do Zofji słów parę» —Pomponjus mówił.
«Zamiast palce trudzićŁamaniem kości, pisz! Lub czekaj: stareTam są od różnych patrycjuszów karty,Wybioręć sama list». Co rzekłszy, z śmiechemWybiegła, niby stając za zasłoną,Pobrzmiewającą wszakże kroków echemTak, że Pomponjus w głos zawołał: «Żarty!»I chęć mu przyszła niespodziankę onaPrzedłużyć wiary dziecinnej udaniem,Gdy diwa z twarzą wbiegła rozjaśnioną,Mówiąc: «Posłałam krótki list, z wyznaniemList twój i kwiaty. Po drodze ich wieleZakupić można, prawdaż?
W rzeczach tyluŻyczenia twoje i pragnienia dzielę,Czemuż mam obcą być i w tem?»
«Motylu!» —Pomponjus z zimną ufnością odpowie —«Gdybyś zrobiła to!»«Gdybym zrobiła!» —I wieniec rąk nań białych zarzuciła,Wśród pocałunków poszeptując: «Kto wie?»
W podróżnym płaszczu, z ogoloną głową,Jako niewolnik lub człowiek ubogi,Mistrz Artemidor wchodził w Zofji progi.Postawę nieswą mając, raczej ową,W którą się rzeźbiarz stroi, kiedy bogiPrzedstawiać każą mu śmiertelni ludzie,Hojni dość, niedość rozmyślni o cudzie.
Zofja kończyła właśnie swą rozmowęZ posłańcem, który miał doń list, a lekiI kwiaty z willi przyniósł niedalekiej.Od Pomponjusa list, rzeczy nienowePowiadający, tem szczególny w sobie,Że zdał się innej należeć osobieI nic o lekach nie mówił od maga.Rzuciła go więc, rzekłszy «Nieuwaga!»,Skinieniem słudze dając pożegnanie,Gdy Artemidor siadł i, jak w koronieKról, za majestat swój mając wygnanie,Mierzonym głosem te jej mówił słowa:«Bądź zdrowa! Więcej, niż kiedy, bądź zdrowa!Wybrzeża Galji dzikiej niezadługoPrzyjdzie mi oczy oglądać tęsknemi,«Rzymie» — wołając — sławo i zasługo, —Zniknijcie! Ziemio, wracaj się do ziemi!Laury, suchemi rozmiećcie się pyły —Brak środków dwakroć uolbrzymia siły».To rzekł, lecz, jakby mówił to już pierwej,Nie dawał uczuć, aby krócił żale,Lub poruszone uspokajał nerwy —Swobodny owszem i przytomny wcale,Nim Zofja z swem się współczuciem ozwała,Kwiatami począł bawić się niedbale.Każąc, by leków swych nie przerywała,Solennie nagląc, by nie był natrętny,By napój wzięła zbawienny, acz mętny.
Co też doraźne dało porównanie,Iż niemniej gorzkie, a przyjął — wygnanie!
Więc Zofja, leżąc, rękę mu podawszy,Chyliła do ust maleńką amforę,Rumieniec mając coraz to jaskrawszy,Jak gdy weselą się osoby chore.
I obraz to był zaprawdę ciekawy:Wygnańca, gdy się z ręką tej kobiétyLeżącej bawił, wzrok mając bezłzawy,Lecz nieobecny, poza miejsce wryty —I tej, z rumieńcem swoim chorobliwymNadobnej, co mu rękę swą podała,Leżąc pomiędzy człekiem nieszczęśliwymA lirą, która z drugiej strony stała;Pijąc coś, wzrokiem iskrząc, piersi drganiemCoraz to silniej odrzucając szaty.Obraz, nie wiedzieć czyjem pożegnaniemNapiętnowany, zwłaszcza, że tuż kwiatyI list rzucony najniedbalej leżał,Jakby tam przeszedł jeden z onych smutków,Co do nikogo z ludzi nie należałAni należał komu — owoc skutków!
Po chwili, puste rzucając naczynie,Ścisnęła ręką dłoń ArtemidoraI przechyliła k’niemu blade skronie,Mówiąc coś, jakby osoba niechora,Lecz jak się dzieci bawią w swej pościeli;Rękoma włosy zgarniając na oczyZ kwileniem płaczu, to znowu weseléjDo rozpierzchniętych gadając warkoczy,Jak gdy kto z żywem bawi się stworzeniem;«Bądź zdrów!» wołając i znowu: «Bądź zdrowa!»«Liry mi z sobą nie unieś, bo jęknie —Podsłyszą szpiegi, co się w lirze chowa,Rozbiją na krzyż, że każda z strun pęknie,Spadkami pękań tych wyrzekłszy słowaWszystkiego, co jest na świecie coś warte,A ludzie patrzeć będą, jak ta mowaOdleci w lazur, pierś mając rozdartę.I jeszcze o drachm założą się parę,Czy też do Grecji szczątki jej dolecą?»———————————«Oh! tak jest, mówię ci, kolosy stare,Z gajów swych cicho wyzierając, lecą —Orfeusz, Homer! Patrz —»
I wskazywałaPalcem w zasłony cienie purpurowe.«Sokrat — z motylem czy liściem na czole —Pokazuje mi coś — Amforka mała —A taki wielki świat, tak wielkie bole!I śmierć — sen — sen — śmierć —»
I skonała.«Oh, niźli pójdą precz» — wygnaniec rzecze —«Trzebaż mi było ostatnią z HelladyPożegnać pierwej? Eheu, nie miecze,Lecz poniewierka już, a skryte jadyNarodu resztom następują w ślady!»Co że zawołał głosem rozpaczliwym,Służebne wbiegły, Egipcjanka z niemi,I rozpoczęły nad ciałem nieżywémSzlochać — list, flaszkę, kwiaty brały z ziemi.Noc nadchodziła. Sąsiednie osobyWchadzały mimo niegościnnej doby.Pochodni kilka tam i owdzie długoNoszono szepcąc, gdy mistrz w swej opończyWytartej stał się pogrzebowym sługą:Przyjaźnią, prawdą i bólem okryty,Nie myśląc, jak z nim pocznie wieść i skończy,Wygnania nawet zapomniał — łez syty.
Poza murami, poza czerwonemi,Wokoło wzgórza, sypanego z ziemi,Jako gdy ogień wzniecają pastuchy,Ludzie się jacyś krzątali, czy duchy.Gdy wiatr jesienny, idąc po Kampanji,Skrzydłami swemi stos poddymał suchyI słowa imał śpiewanej litanji,Smutki swe do nich mieszając stepowe,Dym zwijał w kłęby albo zażegniętePorywał z stosu wieńce cyprysowe,Okrągłe ciskał, dalej rozwinięte...Bursztynowemi polewan aromy,Palił się stos ów czworobocznie stromy,A grupy ludzi odeń aż ku bramieW zbliżeniach różnych stały.Było rano,Chłodno. Mąż jakiś, obrzucając ramięGęstemi płaszcza fałdami, za ścianąAppijskiej bramy, w którą właśnie bigiWchodziły, szepnął ku towarzyszowi:«Niedługo konne zaczną się wyścigiJezdnych».
Co ledwo skończył, ludzie nowiOd miasta cwałem ku bramie zdążali.Jeden z nich łowczym był cesarskiej świty;Drugi, jakkolwiek wpół twarzy zakrytyOd strony, gdzie się stos na wzgórzu pali,Dawał się po swej poznać wykwintności,Że był Pomponjus. «Fatum nam zazdrościW wyścigach. Owo stos i trup na stosie!» —Łowczy rzekł. — «Fatum, wstrętne filozofji,Hippice zacóż ma uwłaczać w losie?»«Przysiągłbym bowiem, że to resztki Zofji!»K’czemu Pomponjus, chyląc się na grzywę,Przeto, iż cugle legły, a koń, skramiRażony, szyję podejmował krzywę«Nie mieszajże mnie» — odparł — «z wygnańcami!»I, ręką chroniąc wzrok od wschodu słońca,Trzeciego zdał się upatrywać gońca.———————————
Poza murami, poza szerokiemi,Droga się w wąwóz zakrzywiała czarnyZ kamienia, miękkość mającego ziemiZmarzłej, łub, jako zuzel jest pożarny,A kamień taki tuffo się nazywa,Topora cięciu echem nie odzywa.Tam w czeluść groty mimo bliskiej drogiWnosili męże trzej rzecz, płaszczem krytą;Gdy jeźdźcy nasi w kształt konnej załogiWąwozu czarne mijali koryto,Niesionej rzeczy błysły w cieniu nogi(Że je, z pośpiechem uchodząc, odkryto),Białość i zmarszczki mające sędziwe,A jako zmarły kwiatu pąk, nieżywe.Mąż, co je spuszczał w grotę ręką lewą,Podrzucił prawą ku jeźdźcom, jak drzewo,Kiedy je skręci wiatr, i za rumakiemPulchra coś wołać wszczął tej ręki znakiem,Jakoby mówić chciała ta osoba:«Pomóż grześć starca, odpoznaj Barchoba!»,Gdy grzywy poświst i szelest klamidyZdawał się odrzec: «Nie znałem was, Żydy!»
Comments
Loading comments…