Rozmowa umarłych (1934)

Ja cię znam — bo, gdy jeszcze żyłem na planecie,Niejedno twe na płótnie spotykałem dziecię,A myślałem o mojej złotowłosej Adzie,Że, jak w skrzydła, w pieluszki się bieluchne kładzie,I w snu obłok lekkiego wyobraźnię skrywa,I lata w niebie, Nasza wyobraźnia męskaW sporze jest z jawem, ich zaś, lubo przedprawdziwaI przedtryumfująca, zgoła przedzwycięska,Lecz jedność ma: albowiem jaw dla niemowlątka,Myślę, że tyle tylko od snu jest odmienny,Ile prątek, na którym w klatce słowik sennySpoczął, różnić się może od tej klatki prątka.To mówiąc, ostrzec muszę ciebie, Rafaelu,Że mam dumania nałóg, nałóg monologu,I bywało, coś zacznę, i znowu bez celuPuszczam myśl.

Po takowym poznaję nałogu,Czem byłeś, a kto byłeś, pytać rzecz nie moja.

Tassa znasz?

Danta niemniej.

Lecz nie znałeś splinu! —

Włoch jestem.

Co Helena, wiesz — i wiesz, co TrojaI co miłość — z Homera ty plastykę czynuMusiałeś czuć, jam widział na freskach twych ludzi:Znoszą się sami — widza żaden nie utrudzi —Ruszają się.

Grek jest-żeś?

O, jestem — i jestemPoeta grecki, jakich więcej już nie będzie:Bo nic nie napisałem, tylko wszystko gestem,Życiem, duchem...

Kochałeś! —

A jako łabędzieŚpiewają raz na życiu, tak i mnie się stałoW Missolunghi. Ojczyźnie mej za chwałę chwałąOddałem — inna z Grecją ma była umowa:Kochałem dwie — dla jednej zabrakło mi słowa.

Miłość!

A cóż powiedzą o nas? Spytam lepiéj,Co o mnie? — Ty bo jesteś przeszłości serafiéj,Ciebie pominą — kto się do ciebie uczepi?

Strzelec mylny, czy można zgadnąć, w co utrafi?

Świat jest gorzkość.

Bóg — miłość, a miłość to czyni,Że się niewinny często za winnego wini —I oto wzajem noszą brzemiona niewłasne,Zwłaszcza, że są szerokie drogi, są i ciasne.

Któż za mną westchnąć może! Kto ze mną podzieliTo, co na twarzy mojej — patrz! — ot, tak widzieliOko w oko, a potem bluźnili na boku,I wracali, i mego znieść nie mogli wzroku —Iż widziałem, że przyszła umarłych godzinaI że, kto prawdę mówi, ten niepokój wszczyna,Kto zrozumiałym chce być, graniczy z oszczerstwem.Boć trzeba zwiększać rzeczy, by rzeczy postrzegli;Tak bo zarozumiali, a tak mało biegli! —Kłamstwo zaś grzecznem w skutkach stało się morderstwem.Morderstwo? — Tu przerazisz się mego sumienia,I ja także — — upadkiem na kamień kamienia!——————————A ty mówisz mi — miłość? —

Czemże ci dowiodę? —Znasz mnie z mych dzieł; czy myślisz, że jestem poznany?Spójrz ku ziemi, gdzie lata spożywałem młode,Świat otwierając świętej czystych form hozanny!Patrzeć ucząc ponad wzrok, który, jak kałuża,Słońce gotówby odbić i oka nie zmruża,Ale jest w sobie brudny i wiernie bezczelny,Szczerze plaski, jak pamflet, tak zły, jak czytelny.Patrz, mówię, ku tej ziemi, której me źreniceOddałem, ja, Rafael, — której w Pańskie imięPodbiłem Olimp stary — muzy zalotnice,Nimfy, gracje zebrałem w przedchrześćjańskim Rzymie —I przeszedłem, a zbożnej piękności zenitemPrzeszedłem, i nie żadną klątwą inkwizycji,Zwycięstwem tylko, tylko swobodnym przekwitem,Jak Kolumb, świat odkryłem, ufając tradycji.Herkula moc w ramieniu, Apolla moc w wdziękuZwyciężywszy, jak dziecię pogańskie na rękuZaniosłem k’źródlu, które prawdy jest zwierciadłem,I pochrzciłem — i Sfinksa z uśmiechem odgadłem.Patrzże, mówię, ku ziemi! Oh, czy mnie poznali?Patrz — oto, naprzód głowę przyznawszy mi cudzą,Szukaja potem, głów gdzie dobierałem... Mali!I dziewcząt rzymskich popiół po grobowcach budzą.Mali!! Zaprawdę mali! Oniby gotowiZa całą wartość piętę dać Achillesowi —Ale, jak piersi jego stawiły się grotom,Zwierzyć to objaśnieniom, przypiskom i notom.Lecz błąd mój, ani wiedzą, co w nich uwydatni:Wielcy w prywatnych rzeczach, w publicznych prywatni!

Zapomniałeś na chwilę, żeś jest Rafaelem:Mówisz, jak Byron.

Powiedz, że mówim i dzielemPrzez miłość, a to cel mój był i jest ostatni.

Czemuż więc miłość ludziom tak błoga i sprzeczna,Że, niż do ciebie doszli, ty wychodzisz z siebieDla mnie? — A oni — oni...

Nie bywają w niebie.

Miłość zaś byważ u nich?

Bywa — lecz jest wieczna!

Comments

Loading comments…