Rzecz o wolności słowa
Są, którzy uczą, iż dla poezji trzeba przedmiotów, które nie byłyby suche i niewdzięczne... Poezja ta, co, ażeby była poezją, potrzebuje przedmiotów nie suchych i czeka na wdzięczne — nie należy do mojej kompetencji.
Co znaczyłaby ludzkość, gdyby ją kto zmierzył,Jak ona jest i w taką, jak jest ona, wierzył?Co onaby znaczyła, widziana tak szczerze,Jak ją znam i oglądam, nie zaś, jak w nią wierzę?Coby ona znaczyła?Dziewięćset milionówSkazanych na śmierć istot — parę zaludnionychPółwyspów... Oto wszystko — i trup w każdej chwiliZowąd — a zowąd słabe niemowlę zakwili —Oto i wszystko...Ludzkość z takowem obliczem,Lubo to jej oblicze, nie byłaby niczem,Jakby, do samej siebie twarzą poniżona,Przestawała być sobą — wszelako to onaI to własny jej obraz — i ten ją zagładza;Tak ludzkość bez boskości sama siebie zdradza,Aż dopiero, gdy w eter opłynie niebieski,Powraca jej majestat i szkarłat królewski,Aż dopiero widziana, jaką była, bywaI będzie, to, zaiste, jest ludzkość prawdziwa.
Nie inaczej z człowiekiem. Gdy nań kto poziera,Jak on jest i purpurę mu królewską zdziera,Oglądając go lichym od stopy do powiek,Jak pyłu garść rwanego wiatrem... — Cóż tam człowiek!Ale pył ów, odniesion harmonji stworzenia,Kiedy atomem swoim w gwiazdę się zamienia,I wielka rzecz stąd rośnie co godzina, co wiek,Co era — to mówimy wtedy: oto człowiek!
A jak z ludzkością całą, a jak z oderwanieUważanym człowiekiem, zarówno się stanieI ze słowem; to, wzięte odrębnie, cóż znaczy?Niewierny dźwięk, i przywieść mocen do rozpaczy,Tak niewierny, tak kłamny wnętrznemu znaczeniu,Jak zmarłego by poznać chciał kto po dzwonieniu.Lecz tenże dźwięk niewierny dostrojon otwarcieW Grecji do roześpiewu, do milczenia w Sparcie,Do mlecznej drogi proroctw gwiazdami w Judei,Do litery u Rzymian, Słowian — do nadziei...Nareszcie do słów wielkich, co na zawsze nowe,Niczyje, wszędy własne, nigdzie nie miejscowe,Skądsiś natchnione duchem... Dopiero takowąZmierzone próbą, wybrzmi ta rzecz wielka — słowo!
Najmniej-bo znaną rzeczą, lub znaną najbłędniej,Bywa słowo. Nałóg je codzienny podrzędniI rozlewa, jak wodę, tak, że niema chwiliNa globie, w której nieby ludzie nie mówili,A jako w gospodarskich zaprzętach bez końca,Nieustanniej się wody używa, niż słońca.Tak i słowo brzmi ciągle i ciągle jest w ruchu,Bardziej, niż światłość jego, promieniąca w duchu,I, gdy wciąż wszyscy mówią, mało kto się spyta,Jaki też jest cel słowa? Jak słowo się czytaW sobie samem?... I dziejów jego promień całyRozejrzeć mało kto jest ciekawy, zuchwały.
A jednak — niechno wolność mowy kto znieważy,Ten sam, co nią pomiatał, głośno się uskarży,I będzie mówił: «Jako? Wszak słowo jest wolne,To, co pierwej, jak kwiaty sam deptałem polne,I nad którem śród licznych zatrudnień hałasuNieco się zastanowić zbywało mi czasu!...»Tu cóż powiem?... I czyliż, od tych mniemań oto
Spółczesnych rozpocząwszy, snować mam nić złotąAż do świtu, gdzie pierwsze są mowy zaczęcia,Lub odwrotnie? Sam nie wiem. Szkodzą mi pojęciaO człowieku od strony, gdzie blask rajskich progów,Zaś od spółczesnej strony huragan nałogów.Z obu krańców dwie chmury; kierunkiem więc trzecim,Orfejskirm, pójdę, którym, choć wątpimy, lecim,A który nieraz w tęczę mieni chmurny temat,By ludzie o nim rzekli: «To nic, to poemat!»
Przypomnę, jak bywało za czasów prawdziwieWieszczych; co zmarłe uczczę, co kona ożywię.Lat sto tam, ówdzie rzucę, drugie zaś sto minę,Idąc za gwiazdą, która nie świeci godzinę...Rzeczy nudne wytoczę... Albowiem szanowniPoprzednicy, poeci, pisarze wymowni,Ośpiewali już wszelki dźwięk ojczystej ziemi,Źródło każde i brzozę z włosy zielonemi,Wszelaka stokroć polną, każdy liść stokroci,Tęczę — rosę — i promień zorzy, co je złoci; —Tak, że mnie nie zostało, jedno mieć na pieczyProsty, spólny interes pospolitej rzeczy
Mędrcy dzisiejsi głoszą, kto powolny słucha,Że człowiek jest następnem ogniwem łańcuchaStworzeń ciągu, że łańcuch ten wyjrzał człowiekiemPonad kryształ i koral i pierś zdętą mlekiem,I że tak się stał czlowiek, istnienie, spotkaneW logicznym ciągu rzeczy — d’une manière spontanée.Żart wywinąć z doktryny tak wielce misternejI tyle kosztującej prac, byłby żart mierny.Sprawdzić ją? Nie dopełnia się tego w godzinę,Pominąć? — Niepodobna — przeto nie pominę,I wypowiem, że stoję na polu przeciwnem.Będąc wiernym podaniom ludzkości naiwnym;Zaś, czemu wiernym jestem, nad tem się rozszerzyćZechcę, by nie myślano, że śmiem lekcewierzyć.(Lekcewierność zewszechmiar wiary jest daleka,Obrażająca godność prawdy i człowieka).
Nie!... Człowiek był wytwornym i ludzkości prologW raju jest — tam pomniki... kędyż archeolog,Któryby te dalekie, te wysokie kartyPodjął i jako napis przeczytał zatarty?Gdzie słuchacz, czytelnik gdzie?... Dotyla jest względny,By się nie dał uwikłać w tak wiedzy podrzędnej,I pomnił, że na puszczy wiatr dziś równie szuka,Jak badacz, a z ruiny czerpie całość sztuka.
Toć pasterki z Bretanji z drujdycznych napisówPrzejęły haft ubrania i szyły z abrysówNieczytelnych barwienia na gorset jedwabne,Z niezgrabnych grobów biorąc uwdzięczenia zgrabne.Ruchów wiele i wszystkie tańce narodoweSą to zmienione rytmem gesta obrzędowe;I jest pomników w życiu więcej, niźli któryArcheolog je marzył, chciwy na marmury.Bynajmniej śmieszną rzeczą znaleźć kształt mamuta,Kopiowany z natury przez spółczesne dłóta...A cóż dopiero, gdyby kto nie szukał w ziemi,Lecz w kronice, głoskami pisanej żywemi.Tu zaiste poezja czynny udział bierze,Gdy natchnienie «wiem» mówi, wiedza mówi «wierzę»I, kiedy archeolog, nie idąc za trafem,Poczyna być sztukmistrzem, a nie fotografem.
Ludom zwłaszcza północnym wielka stąd nauka:Cóż Grek w Tartarji znajdzie, jeśli, jak Grek, szuka.Swoja własna metoda jest aktem własnościBez niej nie mieć nie można, nawet dziadów kości,Nic!... Tu przerwę uczynię...Lecz własna metodaBez ogólnej, człowieczej, chciałbym wiedzieć, co da,Gdy do wrażeń tych samych nałożone okoZeślizga się po swojskiem, w nowe tkwi głęboko;I, kiedy tak jest, człowiek uwłaszczon sam w sobie,Że mówi: «Nie znam ręki, pokąd ręką robię,Ani oka, gdy silnie w przedmiot się zapatrzę».Zaiste, być aktorem, trza być i w teatrze,Oderwać się od siebie i wejść w siebie, słowém,Aby być narodowym, być nadnarodowym!I aby być człowieczym, właśnie że ku temuByć nadludzkim, dwoistym być, a jednym — czemu?
Czemu na wstępie w życie nie jest przyrodzonaDwoistość ta, tak trudna, tak nieunikniona?Lecz otrzymana sztuką życia i rozwagi,Potrzebna wpierw, nim człowiek dostrzegł, że jest nagi,Lecz napotkana później i później o wiele,Jakby, niżeli środki, wprzód istniały cele!
Czemu tak mało ziemi co krok dookołaWidzim, a niebo całe jednym ruchem czoła,I czemu człowiek, na świat wchodząc z sobą niesiePokarm matki, coś włosa, którym okryje się.Rąk dwie, jako narzędzia, dwie nóg do biegania,Zadatek wszystkich potrzeb, wszystkich — prócz mieszkania?Powiadają, że on się kształtuje stopniowo,Że stopą jest dzisiejszych, co wczorajszych głową,I że raczej upadku logiki jest echem,Niż upadku człowieka, to, co zwiemy grzechem.Jeżeli tak jest, czemu kamienne siekiery,Naczynia i co tylko z pierwszej mamy eryZebrawszy — nie przedstawia postępu kształcenia,Ani się potęguje, ni w łańcuch spierścienia?Od pierwszej bryły myśli, która (uczą) byłaW człowieku, tak, jak matka człowieczeństwa, bryła!Topór w zrobieniu swojem jest raczej odmienny,Niż mniej kształtny; artysta dzisiejszy go zdołaWziąć na wzór rzeczy wielkiej, nie beztwórczej — zgoła.Tam jest skąpstwo rzemiosła, nie jego dzieciństwo.Tam jest prędzej styl wielki, niźli barbarzyństwo.
Przy takowym toporze i tak urobionym,Jak wielka myśl bez ozdób byłem zadziwianym,Widząc kolję niewiasty z paciorków pierwotną!Więc są kolje pierwotne?... Więc człowiek naturySzukał jakiegoś piękna ponad piękno skóryZmysłowe i nie zaczął od potrzeb bez wdzięku?A mówią, że i słowo poczęło się z jęku.
Jeśli tak, radbym wiedział, skąd ludzkość wie o téjJakiejś wolności słowa, którą krwie i potyPrzez wszystkie lat tysiące okupują próżno,A która jest niewolą, wedle epok różną,I której nikt nie widział królującej święcie,Lecz kto śmiał kiedy wyrwać z duszy jej pojęcie?
Nie! — Człowiek nie dopełzał zwolna człowieczościOd nijakości jakiejś, nicości i czczczości,Od najniższej tu rzeczy — bo, gdyby tak było,Toć są globy daleko, mniej wytworne bryłą,I od naszego niższe... gdzież nareszcie atom?Najdoskonalej marny, wyrwałbym tym światom.Nie! Człowiek — całym powstał, zupełnie wytwornym,I nie było mu łatwo być równie pokornym,Bo cały był i piękny... i upadł... Dziś praca
Coś w nim trawi, kształtuje i coś mu powraca,Dziś znamy wstyd, co każe stosować się ciałuDo czegoś nieznanego... (to do ideału)OziśDziś czujemy lenistwo... (to z raju roślina,Co, bez prac radząc tryumf, tryumf przypomina).Nic z pierwotnych tych epok wcale nie zginęło.Żyją stare religje, pierwsze ducha dzieło.Do dziś są Sabeiści i do dziś Szamany,I fetyszyzm; gdzie pomnik lepiej dochowany?
Cóż sabeizm, szamanizm, fetyszyzm nam głoszą?Że religje nie z pyłu się wgórę podnoszą,Lecz z gwiazd dżdża u Sabeów — z wnętrza monologuU Szamanów — z konpunkcjji w amulecie-boguU fetyszystów — słowem, że człek tu przychodniem,Nie znał gdzie jest, poglądał co nad nim, co pod nim,A potem rdzenia własnej samotności szukał.A potem w wyobraźnię, potem w granit stukał,Aż mu wyjrzał bóg-fetysz z głuchego granitu.Ten sam, co był w sumieniu i gwiazdach u szczytu,Ten sam, co jest.Nieco poglądając dalej,Czas rozwionie, prawda się w źrenicach zapali,Otworzy się sklepienia i wzroku budowa.I oto nagle widzi-m pierwszą kartę słowa,Pierwszą widzim literę z harmonji stworzenia,Ogromne A podziwu świata i sumienia!
Litera wcale nie jest, jak tuszy niektóry,Czemś dowolnem, co nie ma swej architektury,Ani uzasadnionem na pierwiastku wiecznym;Stara, jak słowo, ona czyni je stateczném.
Tu należy znać, co jest wygłos i milczenie,Spomnieć, że: istnie niema strun, raczej strun drżenieNieustanne istnieje pewniej, niźli struny,Które się akordami wciąż niosą w bieguny.Tak, słowo jest w człowieku akordem atomu.Nieustannie człek mówi — jak milczy, to komu?Nie duchowi, ni sobie, ni wewnętrznej pieśni.Słowo, niźli narzędziem, celem było wcześniéj.I tak jest dziś. Tu słowa uzasadniam wolność:Nie przez pisarską jaką replikę i zdolność.
Dlatego to jest wolne słowo, jak stworzenie.Dlatego to wymownem być może milczenie,Dlatego nad wykrzyknik jedno mgnienie okaDonioślejsze. Jest cisza płytka, jest głęboka...Dlatego z wielu figur wymowy, na scenieNajsilniejszą przestanek — głosu zawieszenie.I cisza stąd daleko jest szerszą w swej gamieOd gromu, który cały horyzont połamie.Dlatego to nareszcie wiemy doskonale,Że, choć mówi się: «Proza» — prozy niema wcale.I jakżeby być mogła, skoro są perjody,Dwukropki, komy, pauzy? To jest bruljon Ody,Nienapisanej wierszem. Proza jest nazwiskiem,Które, jak zechcę, głosu odmienię przyciskiem.
Dziwnie wielki Mojżesza stilus w jednem słowieKreśli początek, ludzkiej założony mowie.Oto — mówi — Przedwieczny przywiódł przed człowiekaBydło, zwierzę i ptastwo powietrzne — i czeka,
Aby je wszystkie przezwał ich imieniem własném...Nie można być, doprawdy, kolosalniej jasnym!Dwie albowiem przyczyny tu w działanie wchodząSłowa się po sprawdzenie odnoszą, gdy rodzą,Swoją zaś ścisłość mierzą natury obrazem —Są prawdy, z ducha i są z litery zarazem.Wszechmądrość i sumienie, jak słońce z zwierciadłem,Rozejrzawszy się, ciska promień abecadłem...Garbate G w pisaniu starych SamarytanJest «Ghimel» wielbłąd, «nun», jest jako ryba czytan.Wszystkich języków jeden początek źródłowyDo dziś widny — bo wszędzie jedne części mowy!Długo stąd inwokacje na pierwszej stronicyKsiążek: do muz na górze i do prawd rodzicy.(Co zmieniło się potem przez praktyczność czasów,Nie muzy inwokując, ale mecenasów...Dalej nareszcie pieczęć tam siadła cenzora,A dziś miejsce to zajął portret autora).
Ślad wszystkich słowa epok i wielu tajnikówPozostawa i snowa się... I tych pomnikówNieczytelnych... lub, jaśniej powiem, nieczytanych,Lub jeszcze jaśniej rzeknę: tych niedomniemanych,Sporo jest dotąd, lubo i te coraz bledną...
Naprzód mędrzec-pustelnik wszędzie znaczy jedno!...Ten dziś w Indiach za główną tradycję uważa,Że sam sylabę świętą ustawnie powtarza,Świadcząc, iż słowo rytmi nieustannie w duchuMową — raz bliżej oku dostępną, znów uchu.Z takim to Macedoński Aleksander mówi:Ale on pojrzał w czoło Jowisza synowi,W złoty oprawne kirys i nic nie powiedział,A potem wstał, na miejsce pojrzał, gdzie był siedział.I bosą nogą w prochu poziomym zaorałI zamilkł; Grecy powieść pojęli i morał.Ten jest pomnik pierwszego słowa monologu.Gdy mniej znało się z ludźmi być więcej jak Bogu,I będąc sfinksem, światu naczas wynalazłoCiemną zagadki formę, jak hamulce na zło,Przed którym zastanowić się musiał koniecznie,Próżny człowiek nie nawykł rozmyślać statecznie.Nie było społeczeństwa — nie było rodziny. —Wgórę szło wnętrzne słowo, na poziom szły czyny:Człowiek się nic bliźniego duchem nie zajmował,Kain odparł był: «Nie wiem, gdziem brata pochował».A pierwsza śmierć wydała się, jak bóstwo nowe,Nieodwołalnie silne, i zziębiła mowę.Aż do czasów Enosa, gdy duch z monologuWyszedł i rozpoczęto zbornie śpiewać Bogu,I zabrzmiał chorał pierwszy.Tu wewnętrzne słowo,Wdziawszy na się obrządek, zakwilnęło mową,I w tym je stopniu widzim wychodzące z arki,I nie brzmiało inaczej między patryjarki,Aż do czasu, gdy coraz to szerzej zewnętrzneStawić sobie chce miasto Babelu napiętrzne,I o ile wpierw było w monologu schnące.Jako zbujale drzewo, wątpliwie kwitnące,O tyle teraz całe się nazewnątrz niesie,Już ma dość, gdy wie, jako podrzędną rzecz zwie się,Aż właśnie (podług dziwnie pięknego podania)Z wewnętrznych poszły przyczyn mowy pomięszania.
Odtąd dwie są doktryny: jedna z ojca w synaTestamentem tradycji wewnętrzna doktryna,
Druga zaś dla dalekich krewnych i czeladziLub podróżnych, skoro je w namiot traf sprowadzi.Ta zewnętrznie odbrzmiewa pierwszej, jak w orzechuRdzeń ma się do łupiny, jak słowo brzmi w echu.Podobieństwo zależne formą od ilości:Im pokolenie większe, tem większe różnościDoktryn dwóch; aż nareszcie zgodzić się nie mogąI dwie tradycje, każda swoją idzie drogą...Stąd Mojżesz, stąd Prometej, o dobie tej samejNiebieski biorąc ogień dwojakiemi bramy,Skoro jeden szemraniem ludu jest trapiony,Drugiemu sęp wnętrznoście maca codzień szpony.Stąd tam, ówdzie są mitów ciągłe podobieństwa,Walki też same, cudy, znaki i męczeństwa,Które, nie wie geograf i chronolog nie wie,Czemu jedne a różne, jak liście na drzewie.
Mąż, czoło pokolenia, nietylko już samemSłowem, przez spadkobierców obcuje z Adamem,Lecz ważne miejsce nieraz naznacza kamieniem,Gwóźdź zabija, by świecił stałem przypomnieniem,A szeregi tych gwoździ, nieraz rdzą wytarte,Inicjowany czyta jak pisaną kartę —Z tego to najwytworniej kształci się w EgipcieTa kabała, co do dziś widna w hieroglipcie.«Hiero-gliptos» tłumaczy się «dawne narycia»,Ćwiekowate zaś pismo jest od gwoździ biciaI Eklezjastes ciemne dla nas porównanieGłosi o prawdach, że są «jako gwoździe w ścianie».
Tu doszedłszy, od ziarnka słowa i literyAż do mowy i pisma i Mojżesza ery,Kiedy się z góry takiej obejrzę dokołaWidzę, że świętość słowa pierwszą jest, co woła,Celem będąc zarazem i środkiem — zaś dla niejLitera jako przestrzeń i czas wśród otchłaniI że, jak harfy niema, ani w harfie struny,Coby nie grała ciągle swojemi bieguny,Choć brzmień tych ucho ludzkie nie zna, lecz ocknieniePtaszyny, popłoch muszki, pyłu przerażenie —Tak w duszy człeka słowo i tak w dziejów tokuW biegunach globu tego, w świetle na obłokuWe wszechładzie, wszechtonie słowo nieustanneMiarkuje się i rytmi i śpiewa hosannę.Dlatego, jeśli kiedy ciężarność zmysłowaWątpi, lub nie powiada:: «Wierzę w wolność słowa»,To apostolskie «credo» podobnież nie ruszy,Że nie mówi się: «Wierzę w nieśmiertelność duszy»,Lecz, że mniej utwierdzony akt wzmacnia wyznanie,I że się mówi: «Wierzę w ciała zmartwychwstanie».
Doszedłszy tu, ten samy palec, co w BabeluUzewnętrzniałe słowo nawrócił do celu,Widzę nie już w ruinie, lecz w budowy planach;Mojżesz wywiera czynem wpływ na Egipcjanach,I dlatego Aaron ma słowa potęgę:Na zewnątrz miecz, na wewnątrz podejma duch księgę.Słowo jest odtąd pełne tem krąglej, że miałoNiezadługo już zpsalmić go w epos doskonałą,I na zewnątrz, gdzie drama lub codzienne czyny,Parabolę w kształt zwierzchniej postawić doktryny,Wewnątrz pod lekkim cieniem przeźroczystej palmyZłotą harfę Dawida, rozgorzałą w psalmy.
Myślałby kto, że wszystko bliskie dopełnienia,A to zaledwo pierwsze wyzwolały brzmienia;
Lud, nawykły się karmić zewnętrzną kabałą,Chce egipskiego cielca — rzeszy grube ciałoTłoczy wewnętrzne słowo i znów zamięszanie.Cóż dopiero... gdy szerzej obejrzysz się na nie!
Tam, na krańcach obszaru błogosławionegoPrometej ogień poniósł — dla kogo? Dla czego?Co dnia bok mu rozdarli, a skoro mistrz słowaTaki, jak Orfej... serce takie... taka głowaI taka pieśń powstanie, to w jednej wieczerzyRozwarkoczonych kobiet, którym naród wierzy,Zginie.
Solon, późniejszy, chóru nie zrozumie,Teatru się ulęknie, mniej mądry, gdy w tłumie,A objawiciel Sparty uzna za stosowne:Czcić to, co energiczne, hańbić, co wymowne.Fryg Ezop z obosieczną formą apologuZdałoby się, że wytrwa, bo chytry i w progu,Ale i tego widzę, że na skały kraniecPcha rzesza parazytów, pcha delficki taniec,Aż wygiął się nad otchłań i stopę usunął:Wzleciał spłoszony orzeł... bajkopisarz runął!
Gdziekolwiekbądź wewnętrzne słowo ucierpiało,Szedł potwór, który wietrzył, aż utyje ciało,Szła hiena niewoli... Niedługo czas złotyKwitnął Dawida harfy, promiennej, jak cnoty,Gdy on w pieśń uszykował poetyckim jawemTo, co zaciosał Mojżesz rutyną i prawem.Dwadzieścia cztery chórów szło z nim, jak do bitwy,Cztery tysiące głosów śpiewało modlitwy.
Żaden lud nigdy, nigdzie i nie miał nie maTakiej pieśni, jak «Psalmy». Każda przy niej niema.Niezadługo myśliłbyś, że słowo na tronieZajaśnieje: już widny przebłysk w Salomonie,Już są księgi, jak Hiob, są już przysłów zbiory,Wzamian sobie zagadki dają autory.Zdałoby się, że druku potrzeba im nieco,Alić fenickie nawy rozwioślone lecąI na cały świat niosą wiedzy błyskawice,Zarzucając alfabet i srebrne kotwice.
Homer zdala, przez wieki cenion za dni onychŻył, ale czy dotykał wawrzynów zielonych,Jeśli nie wiemy dotąd gdzie i w stanie jakim,Ani czy rzeczywiście był ślepym żebrakiem?Wszelako, że rycerskie ośpiewał herbarze.Słynniejszy od Hezjoda, co sławi ołtarze.
Tu trzeba już wziąć ściślej znaczenie wyrazu.Parabola jest obraz, pieśń jest duch obrazu;Słowo, brzmiąc nieustannie, z przestrzenią i czasemZnosi się — obraz każdej myśli jest nawiasem;Dlatego samorodnie nieraz paraboleLudowe zakwitają jak ugoru pole,Całe bowiem stworzenie sklepi się obrazem.Człowiek, myśląc, maluje i śpiewa zarazem.Wyraz «jako» jest pendzlem lub dłótem tak samoJak głoska «O» jest nutą, a spółgłoski gamą.Słowo więc całość swoją od początku niosło,Rozwinęło je tylko uczone rzemiosło.I od początku była część zewnętrzna słowaI wewnętrzna — jak wszelka świątyni budowa.Duch miał czem się nazewnątrz wyrażać, lub wgóręMonologiem podnosić — miał architekturę;Lecz budowa, gdy części w ciążeniu się miną,Czołem zapada w ziemię i sterczy ruiną.
Gdziekolwiekbądź wewnętrzne słowo ucierpiałoSzedł potwór, który wietrzył, czy utyło ciało,Szła niewoli hiena... Już po Salomonie,A ledwo jutrznia prawdy błysnęła na tronie,Zewnętrzne bałwochwalstwo znów uciska ducha,W powietrzu dźwięk daleki, jak kajdan łańcucha,I świst bicza powózek assyrskiej szarańczy.Kto słyszy — drży, kto nie śmie słyszeć — gra i tańczy.Cóż stało się z świętemi wnętrznościami słowa?Gdzie ład nastroju pierzchnął? — Gdzie słowa budowa?Gdzie mąż, niewiasta, kapłan? — Gdzie chóry i czeladź?Źródło — zdroje i puhar — i wiedza, jak przelać?Sen i jaw, myśl i forma, wygłos i milczenie,Świętym targnione gwałtem, nurtują sumienie.Dwunastoletnie dziecię powstawa prorokiemI senatorów sądzi z zaiskrzonem okiemUchodzących... To Daniel!... Jeremias, pacholeCzternastoletnie, z wielką smętnością na czoleOgląda się — dno czasów widzi, mija pozór,Grożąc, że niedaleki Nabuchodonozor!...Brody jeszcze Ezechiel nie ma między jeńceSpółświęte, umęczony przez spółpotępieńce,Którzy go popychają w babilońskim tłumie,«Bądź przystępnym — wołając — kto ciebie zrozumie?»Najjaśniejszy Izajas przez roku półczwartaNagi, postacią ciała, jak pisana karta,Głosi, by wyczytano z niemej jego twarzy,Jak ziemię i lud zniszczy tyran i obnaży.Gest — na literę, ciało swe — na parabolę,Jęk oddają na wygłos, gdy duchowi — wolę;A lud twardo im milczy, lub niewczas się kruszy,Rzekłbyś, że duszy Stwórca chce zwątpić o duszy!
Stan taki Słowa jako swe ogłosi cudy?Co dokona u siebie, pocznie między ludy?Tyran rozegna jeńce pod zakresy świata,Pomiędzy barbarzyńce pójdzie wieść skrzydlataI księgi się na grecką upowszechnią mowę,Zatwardziałości ulżą międzynarodowe.Postęp czekać nie będzie na ochotę człeka,Przejdzie mimo, niech serce krwawi się i czeka!Tymczasem wewnątrz chaos ducha tenże samy —Łamią się wodze, partje, świątynie i bramy.Patrz, gdzie zawisło Słowo! Dwa stronnictwa zbrojne,Dwoma obozy stając, znają jeden — wojnę!Ci i tamci wołają Oniasa proroka,By, śród których stanąwszy, wziął klątwę z obłokaI cisnął na przeciwnych... Zatrzymał się starzec,Pojrzał, przykląkł — i naraz odgadnął, co ma rzec:«O! Wszechprzytomny! (mówiąc) Ponieważ z tej stronySą męże Twoi, z tamtej Twój lud uzbrojony.By krwawił rzecz w rozdarciach jałowych i długich,Błagam Cię, nie wysłuchaj ni jednych, ni drugich!...»Tu przemilkł. A pocisków grad z dwóch stron uderzyłI oblicze mu strzaskał, iż go nie uśmierzył.Koniec słowom!...Na całym świecie pozostałoJedno pragnienie wielkie, by Słowo się stałoI aby wiek zakwitnął pojęcia się wzajem.Czem sprawi się to?... Berłem? Prawem?Obyczajem? Słowo już swoje wszystkie zyskało potęgiOd psalmodji wewnętrznej — do mowy i księgi.Ma pieśń i parabolę, zagadkę, przysłowie,Dialog, dramę, epos, prawidła w wymowie.Ma harangę i powieść, wreszcie romans grecki,Pamflet i panegiryk senatu, szlachecki...Raz nawet już stanęło u kresu dojrzenia:Poczuło, że jest także i wolność milczenia,Nietylko wolność Słowa... Tę zaś nową racjęLud uwiadomił rzymski przez manifestacjęNa Monte-Sacro, idąc w porządku i grozieTakiej, że epopeja zdziwiła się prozie...
A senat wysłał męża w todze, by ludowiBajkę rzekł i w tej bajce: co senat stanowi.
Gdy więc od wniebogłosów, gdy więc od natchnieniaSłowo objęło wszystkie tony do milczenia,Cóż nie powie, nie skreśli? — Czegoż nie wyczyta?Dwojga mu brakło tylko: Spiritus et vita.
Augusta wiek, tak zwany złotym, promienieje...Wszelki pracownik słowa iści swe nadzieje.Jakkolwiek do dziś jeszcze nie znamy przyczynyDla której Owid smętne nawiedził równinyBez zielonego lauru, lecz w burce tułackiej.Ani gdzie zmarł ów pierwszy poeta sarmacki.Wiek Augusta... to tryumf... to pokój... a przecieSam Horacy ze świątyń każe wynieść śmiecieI głos jest, że najeźdźca zetrze Romy głowęW popiół, na którym konia wyciśnie podkowę...Tymczasem słowo w pełni swej jaśnieje światu,Nawet ma i naczynie złote mecenatu.Czegoż mu zbywa jeszcze, skoro wynalazłoSamą prozy potoczność i użyło na zło...I wszystko ma od niebios szczytu do niziny,Gdzie oliwa zielona, gdzie gęste wawrzyny.
Przyszła nareszcie chwila ciszy uroczystej,Stało się — między ludzi wszedł Mistrz WiekuistyI do historji, która wielkich zdarzeń czeka,Dołączył biografję każdego człowieka,Do epoki — dzień każdy, każdą dnia godzinę,A do słów umiejętnych — wnętrzną słów przyczynę,To jest intencję serca... Więc zstąpił sam na dno,Zawładnął, nie jak króle i uczeni władną.
A teraz co?... Czy tylko cierń jego korony,Czy tylko wstydem słońca horyzont przyćmiony,Czy tylko szrama wielka na skale rozdartej,Grób pusty — kamień ziemi trzęsieniem wyparty,I rozetkniętych krzyżów tysiące tysięcy,I wieków dziewiętnaście... I cóż? Czy nie więcej?
Nie! Odtąd jest rzecz, światu nieznana staremu:Punkt wyjścia, szlak, i siła, i wiadomość, czemu.Wiemy odtąd, że stary świat nie postępowałAni szedł... lecz pochłaniał się i grawitował.Zmienione są niebiosa, ziemia odmieniona,Nie sama boskość, ludzkość ludziom objawiona.Ogół stał się... a słowo co ma począć dalej?Z wewnątrz nazewnątrz czy się język zapaliTak, że usłyszą wszystkich ludów pierwocinyOjców mową zbliżenie tej spólnej godziny?Słowo każdego już jest poczęści zbiorowe.Osoba jakaś wielka jest gdzieś w społeczeństwie:Czoło ma w gwiazdach, stopę czerwoną w męczeństwie.Grek mówi: «To i Grecja...» powiada Rzymianin:«To i Roma...» «I Polska» wykrzyka Słowianin.«Miecza tylko!...» Mahomet zawołałby we śnie,«Druku tylko!...» kto inny, zarówno niewcześnie,«Miecza tylko i druku!» tam i sam przez wiekiWołaliby młodzieńcy (wracali kaleki!)A twarda dziejów bryła szłaby równem tętnem,Wiecznością grożąc silnym, mądrością namiętnym.
Słowo już mnie człeka w jeden ogół zlewaćNauczyło go jeszcze razem się spodziewać,
Poczuć osobę trzecią, co z nim zamieszkała —Lecz istnieje punkt wyjścia: nie sam człowiek działa.A jako ów, co wolno po równinie chodzi,Ruchy swoje odmienia, gdy jest z wiosłem w łodzi,I chociaż niemniej woli, lecz inaczej woli,To się oprze na sobie, to się usymboliI fale gestów swoich podda żywiołowi,Spłynie z nim, potem nad nim znów się zastanowi:Tak słowo, historyczną przyjąwszy potęgę,Oprawiło się w ducha moc i w dziejów księgę.
Już w Grecji, umiejętnem pismem znamienitej,Ścielono nogom Pawła pargamin rozwity,I ołtarze mu w Listrze słuchacze namiętniStawić chcieli — już słowa grom w powietrzu tętni,Gdy mąż ów, cały prawie świat obiegłszy stary,Spór znalazł w Antiochji o literę wiaryI, takowy rozstrzygnąć że sam nie był w stanie,Szedł, gdzie Piotr, Jan i Jakób czynili zebranie,I gdzie się wolność stalej niż kiedy wysłowi,Mówiąc: «Zda się godziwem Świętemu DuchowiI nam...»Oto jest złota wolności korona!Większej nad tę nie było i niema — to ona!Słowo wróciło w ducha i stało się całeW człowieku i w zebraniu równie doskonałe.Odtąd przez wieki żadna nie błysła nam nowość,Tylko różne języki przez różną miejscowośćSpadkobierstwo przyjmują, lub szerzą dobytek.Wolność w użycie wchodzi, w prawo jej użytek.Tam, owdzie, jeśli rzuty zbrojnego ramieniaMogą przyćmić tę światłość, słońce się nie zmienia,Wszystkie potęgi słowa są wciąż działalnemi.Jak wielu strun, od niebios napiętych do ziemi;Jeśli gdzie gwałt się chmurzy, to w przejściu takowemŚwiętość słowa rycerskiem odzywa się słowem,Wnętrzny monolog cisze uprawią klasztorów,Drama chwilowo zmilknie przez doniosłość chorów,Lecz gminny żywioł łyska pozornym zamętem,Parlament nazywał się pierw «parabolmentem»Od wyrazu gminnego: i wyszedł powoliZ postaciowej sprawy — ludźmi... z paraboli!...Króle, zatargi sądząc pod dębem, śród gminu,Zeszli do przypowieści... te — do praw i czynu,I oto dziś...Cóż słowo to parlamentarneSpełnić ma?... Wielkie słowo, społecznie ofiarne,Trawiące, jak świątynia niewidzialna w tłumie,Co brak jemu, gdy ludzkość się już łączyć mnieI mogłaby nieledwie chórem zabrzmieć tkliwie?Prawda, ależ czy mnie różnić się godziwie?
Człowiek, aby się różnił, że ma zbroję całą,Nie dosyć jest — rozdarcie w sercu pozostało.Zbroją czystszą, gdy tenże razem jest znamieniem,Symbolem, z sercem całem i z całem sumieniemPonad siebie sam będąc, jak orzeł legionuSrebrny, biały i zimny, choć ma krew u szponu,Chociaż, gdzie skrzydłem skinie, tam wieńce lub włócznie,A on nad sobą zawsze w obowiązku spocznie.
Jakiż jest bowiem słowa cel i arcydzieło,Jeśli nie to, by ludzkość wszelaką przyjęło,A dotrzymało boskość i świeciło astrem,Złagodzonym wytwornej lampy alabastrem.
Ten tylko ma swe serce, który go używaIle ono jest sercem i tak się odzywa —Ten podobnie z energją całą może działać,Kto razem zdolny mieć ją i razem nią pałać.Nieszczerość stąd pozorna, prawda, lecz szczerota,Choć jest powietrzem cnoty, nie jest żadna cnota,Ona jedyną chwilą cnoty tryumfalną,Gdy wykrzykuje: «Patrzcie, jam dzielną i walną!»
Ten się nareszcie różnić potrafi ofiarnie,Kto i symbolem zdoła być parlamentarnie,Tem szczerszy, że w całości zdanie wypowiada,Nawet gdy nic nie mówi, powstawa lub siada,Będąc nietylko ojcem swych słów, lecz i synemI duchem — i dopiero uroczystym czynem!
Jeśli więc tak być mogło, kiedy mówców ustaZnały już wszystkie formy, za czasów Augusta,Że stał się głos, co słowo zewnętrzne zasmuciłDo wnętrznego zwróciwszy, i kartę przewrócił,Mówiąc: «Jak chcecie głosić budujące treście,Gdy w głębi serca sami niedobrzy jesteście?»Tedy i dziś, i teraz, i wszelakiej doby,Mimo druk i dzienniki (dwa nasze sposoby).Skoro ten druk — to pieniądz, a ten pieniądz — siła,Jak chcecie, by się wolność słowa rozszerzyła?...Jeśli i te wyrocznie, które prawdy głoszą,Niewysłowione w sercach niewole ponoszą,Heroizm sam jeśli jest rolą bohaterów,Nie powietrzem i szkołą ludzkich charakterów,Czytelnik jeśli czyta własne w autorze,Księgarz własne kartuje, każdy żnie, nikt orze,Pokąd, co jest na czasie, zwie się dobrem wtedy,A książki się ścigają, jak welocypedy...
Tamten powiada «wolność», ale ruchem nogiŁańcuch kryje, co wlecze mu się u podłogi.
Ów mówi «szczerość» głosem wcale nie skłamanym,Lecz ani spytał, czy on w sobie oszukanymCiosy ciężkie, na które niech nikt nie na rzeka,Bo pozorne i znane, gdy widne zdaleka;Ale, który to pisarz, księgarz i czytelnikTą się zabawi rzeczą, kiedy to nie zielnik,Złożony ze stokroci i tych roślin wonnych,Które kwitną u wieszczów w ich rytmach bezzgonnych;Kiedy to nie jest żaden z tych złotych pejzaży,Gdzie babilońska wierzba nad wodą się skarży,Dłoń załamując białą na skronie — ni owyPoetyczny dąb, ani jesion romansowy.Ani zieloność miękka, ni bluszcz grobów syty —Tylko spólny interes rzeczypospolitej!
Jako przez czasy wszystkie w sposób wielorakiCierpiało ucisk słowo, cierpi dziś: lecz w jaki?Tu pytanie, na które pełno gdy odpowiesz,Tyle więcej się wzmożesz, ile więcej dowiesz.Przeto zdala od żółci i wszelkiej przysadyPowiem treść i świadczące codzienne przykłady.A naprzód, by obłędną myśl wprowadzić na tor,Zeznam, iż dzisiaj autor i wulgaryzatorSiły dwie, dwa kierunki i dwa jak wiek wiekiZamieniwszy na jeden, jest jeden kaleki!Jeden głównie kierunek, żeby jak najskorzejOświecić masy — tanio, jak można, choć gorzej,Choćby zrubasznić prawdę, lecz uczynić wziętą,Zniżyć o sto, to będzie sto więcej pojętą!...Zniżona tak, zaczerpnie namiętności kału.Potem się wyprze ojca swego, ideału,Lecz szeroką się zrobi, jak pożar, a iluPojrzy na łunę, rzeknie: «Co za jasność stylu!»
Aż śmiech bierze (podobny Annibala śmiechom)Przyznawać autorstwo — komu? Pieśn echom.
I dowiedzieć się, ile wiadomość jest nowa,Że nie są jednem słowem dwa odmienne słowa,Że przepisarz, opisarz, spisywacz, stenograf,To nie autor, rzeźbiarzem, że nie jest fotograf,Ani mówcą lakońskim każdy abrewjator...Dwie to ręce — autor i wulgaryzator!
Autor, słowo greckie, ciemne i magiczne;Wulgaryzator, rzymskie, jasne i uliczne.Nie idzie o to, które z kolebki lub trumny,Lecz że to są dwie struny. I że muzyk umnyNie naciąga dwóch w jedną, tylko człowiek dzikiBrzdąkający, jak Marsjas lub pijane z Frygji.
Powiadają, że boski Mistrz równie był jasnyDla mądrych i maluczkich (dopisek to własnyDo ewangelij czterech, nie wiem, z której wzięty).Któż mniej od Zbawiciela bywa tu pojęty?I czy On wszystkich uczył równo parabolą?...Dziś w ewangeljach nawet czytają, co wolą,A czego wcale niema — lecz co tak się czuje,Tak czyta, jak się puści i zwulgaryzuje.
Autor idzie w ciemność, by wydarł jej światło,Wulgaryzator w jasność, by rozlał ją na tło.Dwa kierunki, pozornie różne i czasowoSprzeczne, jako litera praw i duch jej: słowo,(Dlatego jest dowcipną czyjaś tam nauka,Że, gdy jedni jasności, ów ciemności szuka).Szczęśliwi, którzy z rąk dwóch jedno skrzydło robią;Prac widać dokończywszy, zasnąć się sposobią;
Lecz, kto tworzy, ten wielkim i samotnym losemNiesiony jest, gdzie twórczość, więc blisko z chaosemDwoma ramiony w cienie nieustannie godziA ile rozdarł, łyska coś, grzmi, coś się rodzi!...To autor... i tak byli wszyscy bez wyjątku,Do dzisiejszego twórstwa od twórstwa początku!(Dlatego jest dowcipną czyjaś tam nauka,Że, gdy jedni płytkości, ów ciemności szuka).
Wulgaryzacji celem jest tak wielce jasność.Że ono ginie w cieniu, całą tracąc własność,I znika tam, gdzie światła gotowego braknie,Łaknąc wciąż; jej też słuszna dawać, gdy kto łaknie,Ale ona nie sama przez się nie stworzyła:Ona — to przemysł prawdy, nie skarb jej i siła!...Ona, by dziś dogonić zapóźnione krokiPostępu mas, przysyła im ukłon głęboki,Lecz, kłaniając się, patrzy na obuwie rzeszy,Czy w nagleniu dotrzyma sandał i pośpieszy.Cel jej, gesta i grzeczność, i jej popularność,I konieczna jej prawda, i cała jej marność —Są skądinąd, gdzie indziej, i nie z tego świata,Ku któremu niewdzięczne autorstwo wzlata.
Cóż powiem? Że te pierwsze, te elementarnePrawdy są dziś nowością... Jakże zdania marne,I niechaj to da obraz uciśnienia słowa,Gdy rzeczy tak widoczne, tak jawnie się chowa.Dalej, by skreślić całość, pójrzmy na metodyNauczania, tworzone jako parochodyIle możności szybkie, ponętne — dla ludziPraktycznie zatrudnionych, których książka nudzi,
Lub zabawne metody dla szczęśliwych, którzyBawić się chcą, więc których praca głębsza nuży.Oto obraz — i wierny!...Jakoż teraz słowoPojęte jest technicznie, zamiennie, wekslowo,I tylko jako środek. I o żadnej dobieJako cel... i już niema gdzie zmodleć się w sobie.A jako cel nie będąc dosyć poważone,Bliskie jest stradać cechę jedną, cechę onę,O której w umiejętnym świecie ani mowa,Powiedzieć chcę, że bliskie stradać świętość słowa!
«Świętość słowa?» — zapyta akademij członek,Dziennikarz, opowieściarz lub nadzorca czcionek,Słowom cała Minerwa — o tym przymiotnikuSłowa nie wyczytawszy w spółczesnym dzienniku.Autorstwa pojęcie i wulgaryzacji,Bez różnicy zmieszane, to wagon na stacji,Karmny wodą i ogniem, co wzajemnie pryszczą;Zżyma się, aż źrenice mu czerwono błyszczą.«Gdzież nie pójdzie!» tłum woła.Ani na cal dalej,Tylko pokąd mu drogę ręką wyrównali.
Poniekąd złudna szybkość w tem upowszechnieniu,Które ogółu nie zna, gdy mniejszość jest w cieniu,I choć się większość boskim uświęca tytułem:«Vox Dei» ona większą częścią, nie ogółem.Gdyby zaś była onym, to w swojej całości,Pytam się, co zastrzegła dla głosu mniejszości,Który nie ustał nigdy, ni kiedy ustanie,Z niego to bowiem, z niego jest początkowanie,I dnia, którego mniejszość straciłaby mowę,Dosnułby się kłąb dziejów, lub skłamał osnowę;Nie z większości-bo promień inicjatyw świta,Ani z wielmożnej dłoni, lecz z tej, co przebita!Z trzech przeto stron dziś cierpi słowo — i trojako:Jako świętość, jak mniejszość, i nareszcie jakoOgół, który ogółem nie jest, lecz odłamem.Tak dzisiaj słowo cierpi ujarzmione kłamem!Dopiero ze swej strony rządowe rękojmieKarcą wpierw te zdrożności, nim ogół je pojmie,Stanowiąc prawa tłoczni, co wchodzą w działanieWzględem płodu, którego tak wątpliwem drganie.Oto jest bezprzysadnie skreślon obraz rzeczy;Niech go pełniej wypowie kto, słusznie zaprzeczy!
Najmniej wszelako rządy, lub w ostatku, ganię;Wierząc świętości słowa, nie liczyłem na nie,Lecz chcę, by obywatel czuł u swojej wargiCoś nad rządów rękojmie lub niewczesne skargi.Chcę, by pióra dotknięcie, żeby ust otwarcieNie na wiotkiej się prawa osadzały karcie,Lecz same niosły z sobą umocnienie swojeOd pierwszego w świat kroku, jak Minerwa zbroję.Widzę, że skoro wolność słowa jest w ucisku,To, co jej wzięto, cynizm daje pośmiewiskuI ironia to bierze w opiekę macoszą,Mówiąc: «Nie znieśli prawdy, niech poświst jej znoszą!»Zaś cynizm ma poważną przeszłość i ma szkołęStarą: jak to, że dziecię w świat przychodzi gołe,Ani zapomnieć słuszna, iż wykwintne oweMyślenia, co korony nosiły laurowe,I stopę miały złotym promienną koturnem —Musiały się gdzieś spotkać z czemś prostszem, mniej górnem,I że cynizm w ateńskiej wiedzy PanteonieBył Herkulem!...Ci błądzą, co mają ironję
Za zło ludzkiego serca... Ta lewica marzeńNiekoniecznie stąd idzie... Jest ironja zdarzeń,I jest ironja czasów. Obie się nie rodząZ woli serca jednego, ani w jedne godzą.Prawda, że rząd nie może być palcem wytykan,Że nie znosi działanie ustawicznych szykan,I że stworzeniu wstrętną jest języka żywość;Lecz cóż lepsze? Czy głucha, niema podejrzliwość,Zimna, jak pian powierzchnia, nim bałwany wstaną?Podejrzliwość czemże jest? Milczącą szykaną.
Nie! Znam ja coś gorszego nad uśmiechy krzywe,Nad cynizm, nad ironję: znam serjo fałszywe!I gdy byłem w Neptuno, gdzie łaźnie Nerona:Wypłukuje z wiszarów fala zapieniona,Bijąc w takt nieustannie i z wielkim spokojemObłamuje mozajki i ciska, jak swojem,Różnobarwnemi głazy i ciągle je śliniPianą, i zaokrągla, i równemi czyni,I, jak kulami, rzuca ten tyle potężnyŻywioł, jak malec jaki lub kto niedołężny.A pomyśliłem wtedy, że fałszywe serjoRuchem tych fal, że kolor morza jest liberją.I że to społeczeństwo jakieś niewolniczeBawi się tu, więc czyni, co się jego tycze...I odszedłem od brzegu morskiego...Nie chciałemIronji, ale ona szła, jak cień za ciałem,I tarzała się w piasku, gdzie stąpiłem nogą,Jak padalec, stała się obuwia ostrogą,Choć ani mogłem myśleć o niej, ni myślałemTam, gdzie się stokroć łatwiej spotkać z ideałem.
Inny przekląłby morze, jam wielbił te słowaPsalmu: «Naśmieje się z nich kiedyś sam Jehowa!»I poznałem, co to jest ironja zrządzenia,Które nie wyszło z serca ludzkiego ni chcenia.I spomniałem to serjo fałszywe, okrutne!Gdy ludzie, prawdę widząc, czczą kłamstwo wierutne,Niewolniki tych, którzy dzierżą, i zgnębionych,Nie śmiejący nic stworzyć, pyły form stworzonych,Służebni zawsze, zawsze żadni.. Czy ich słowoPrzeczy lub twierdzi? Równie krągłe jednakowo,Bo myśl ich jest tym piaskiem brzegu, który psujeFormę swoją, tym kształtem, jakim morze pluje,Pieniąc się i popycha stopą fali białąTen proch, jak księgę jaką pustą i zbutwiałą.Pogardziłbym — i zmilkłbym!Czy serjo takowe,Gdy, jak wąż najedzony, oślini ci mowę,A społeczeństwo jemu więcej, niż przyklaśnie,Bo przemilczy, lub, w słońce poglądając, zaśnie,Jak Dulcinea silna, leniwa i czerstwa —Lub ogół w asocjację zmieni przeniewierstwa,I między wszystkich rozda po cząstce nałogu,Żeby się wydać pełnem społeczeństwem BoguI okrągłem i całem...Czy takowe serjo,Któreby niebo swoją okryło liberjąI zapięło na guzik cynowy księżyca,Lepsze jest od ironji i pewniej oświeca?Czy takie serjo, które od wieka do wiekaZjedna sobie na zimno genjalnego człeka,A potem go utuczy mową pogrzebową,I postawi mu grubą figurę bronzową,Na której ptak wypocznie i bluszcz pójdzie do niej,— Czy serjo takie wiele czulsze od ironji?...
Wszelako taki ogół, co tak się osklepi,Nie ironja, nie cynizm wybudują lepiej.Jedna i drugi, istną nie będąc przyczyną,Trwają tyle, ile są społeczności winą,Lecz któż niemi cokolwiek zacnego postawi?Nikt, choć niemało złego i gorzkiego strawi.
Gdzie przeto całe trzeba sklepienie rozpękać,Gdzie przeto wolność słowa musi w poród stękać,Tam, to jest u samego roboty poczęcia,
Pytam się: który przymiot swe zachował wzięcia?...Czyli wiedza? Czy talent? Czy wielka wymowa?Nie! Tam charakter człeka, a więc świętość słowa!
Jak przeto czyni owy budownik katedry,Że nie pierwej związuje na poddaszu cedry,Ni obleka ich blachy tarczą, lecz odwrotnieDziała, w głębię się mając z taczkami samotnieI, aby wzniosłe stawił, grzebie pierwej w menuA potem mur utwierdza cegły czerwonemi,Powtarzając zasadę budowli — pomału —Nareszcie czaszkę sklepi z okiem bez kryształu,Acz w zaciosach ciąg trzyma jeden i ten samy,Od posad do kolumny, trzęsącej liściami,W sklep idącej gałązek nerwy, aż co dalejStawiąc, gdy się już wszystko skostni i ustali,Na jeden raz w ostatnią ująwszy wieżycę,Całego gmachu obraz w niej trzyma, jak świecę,I zapala u słońca blach rozmaitościąStrzałę wieży, jakoby duch błysnął nad kością —Tak od świętości słowa rzecz snować poczęta,Zestrzelona w charakter, staje, jest dopięta.
Człowiek, który na wstępie nieustannie mówił,Milczy i pisze naraz, gdy się zastanowił,Naraz milczy i pisze, bo zastanowienieOgółu jest objęciem, więc jest określenie,Więc to jest forma. Przeto: litera i słowoZ wewnątrz nazewnątrz całą zakwitnęły mową.
Alić, gdy słowo w ślepe zmieniono narzędzie,Zginął plan, opuszczono rusztowań krawędzie,Pomięszanie wewnętrzne, znaczeń słów przemianaI ruina, nim Babel była zbudowana!Dwie się tradycje odtąd głównie rozpierają:Poufna i zewnętrzna; kasty tu powstają,Ale zarazem pismo i ruch dramatyczny,Pełny, gdy równie święty, o ile praktyczny,Przełamany, gdy praca wnętrzna zaniedbaną,Lub w kajdany okuty, gdy ta zapomnianą.
Odtąd znów świętość słowa przez prorocze ustaOdklina, co zaklęła nicość lub rozpusta,I szeregami ludzi ukamienowanychPozywa świat do źródeł przed stopy rozlanych,Aż gdy ostatnią kroplę rozetrą pod piętą,Woda się w krew zamieni, nie będąc pojętą!
Nareszcie słowa świętość w majestacie całymGore, lecz nie zewnętrznie głośnym ideałemI, niźli spostrzegł, pierwej świat jest zwyciężonyOd wewnętrznej zarówno, jak zewnętrznej strony.Równowiednie się słowo stanowi i czyta,Tworzy charakter, coś jak «spiritus et vita»,I siłą jest — jak pierwej w świecie starożytnymSiła się tylko słowem mieniła zaszczytném;A wielkie charaktery, słynne przez klasyków,Winne wielkości pomiar ciszy niewolników.Odtąd, mówię, charakter nie jest już wypadkiemCudzego upodlenia, jeno prawdy świadkiem.
Parabola wraz stręczy rękojmie zbioroweHarmonijnej dyskusji i z błędu wymowęCzyni, zaś z kłótni daje dialog bogaty,Z uniesień deklamacje... Tu rozejma światy,Przez dany cel niskiemu światu niskie bierzeI podnosi, jak słusznie uprzężone zwierzę.Zawiść na bodziec mieni, zazdrość czyni biczemSamej siebie, chełpliwość z krzykiem jej zwodniczymZamienia na te gzymsów wyskoki, co sameSą nic, lecz arcydzieło ubierają w ramę.I, nie widząc go, służą mu, a sobie rade,Dmą w pełność własnych kształtów i w złota paradę.
Zło, zaiste że w dramie słowa rozwiniętejStrawione jest i gniewu oścień jest połknięty.
Mąż, co na prawdzie stoi, jako heros nagi,Ma już wszystko, gdy dość ma czasu i odwagi.
Takowa to oś skoro wzięła utwierdzenie,Stało się w dziejach miejsce, nie miejsca widzenie,Wołające w etery proroczego ducha —Miejsce pewne, garść ziemi dotkliwa i sucha.Stąd graniczność, stąd ludów przestanki i mowy.Konieczny bezinteres międzynarodowy.Ciała nowe, nie z bioder samych gór powstałe,Lecz i ze słów, o ile jaśnieją dojrzałe.A ktoby mi zaprzeczył doniosłości słowaI że nie wstaje przezeń istność narodowa,Ni stworzyć to parlament, co historja, zdolny —Ten wszystko może umieć i znać prócz, że wolny!Nie rodzimość to bowiem języka zrobiłaW Ameryce parlament, ale słowo-siła,Tworząc świat cały nowy, jak niebieskie ciałaZa dni pierwszych, gdy twórczość byty wymawiała.Nie język przenajczystszy genezą korzeniWaszyngtonowi orła dał i garść promieni,Lecz Ten, co ze wszech figur i ze wszech przymiotów,Ze wszystkich tkań, ze wszystkich uciszeń i grzmotówCzyni ogromną aurę wolności sumienia:Wysokość sfery słowa, nie wartość korzenia!
Zarody i roślinne języków wartościePróżna jest, gdy wzajemnie ściągają zazdroście.Żaden sam z siebie nie był i nie jest dostatni;Dziś wziętszym ten, co szczegół kreśli akuratniej,Skoro o pracę idzie i o krajów miedze;Głębszy stanie się wziętszym, gdy pójdzie o wiedzę.
Proszę hebrajska mową pisać fejletony,Po parysku dotykać dawidowej struny,Skandynawskie marzenia wyłożyć na mowęRzymskich legistów, kształtne fraszki lucjanoweNa braminów dialekt. — Zewsząd będą straty,Każdy język okaże się w czemś niebogaty.Lecz, jeżeli mąż, członek narodu, już stoiTam, gdzie o swe słabości człowiek się nie boiI gdzie ze stron ujemnych urabia się nowaBezstronności potęga, dodatność zbiorowa,Niechże narodu język strony swe mniej chwalneZna i prawdzie zeń łuki wiąże tryumfalne.
Polskiemu językowi na czem z rodu zbywa?...Na literze! To jego strona jest wątpliwa.Nie na słowie, ni słowa duchowem bogactwie,Ni jego włóknach srebrnych, raczej na ich tkactwie.
Litera u nas słusznie nie była pojęta,(Może Achilles winien, lecz to jego pięta)Litera za rzecz była uważana szkolną,Kiełznającą umyślnie, nie bezwłasnowolną,I ani jeden głos się nie podniósł z otwartąMyślą, że ona częścią słowa równie wartą.
Do dziś, zaiste, wyznać trzeba, choć boleśnie:Późno wychodzi książka, czyn wzamian przedwcześnie,Gdy na wyścigi takie prac, co nieład wadzi,Patrzą smętnie i mówią: «Kto kogo przesadzi?...»Do dziś ze wszech historyj tą, która utrafiaW serce sprawy, byłaby książki biografia.Wszelako bez słusznego litery uznaniaCiągu niema i toku, lecz fazy i drgania.Fazy, przez same następstw wywołane starcieChemiczne, nie zaś z ducha czerpane otwarcie;Próżne myśli i woli odbrzmiewania czasów,Które ledwo być winny kreskami nawiasów.Namiętne dziś, dopokąd odpór jest ich siłą.Jutro puste, pojutrze ani wiesz, co było.
Tchnąć możesz bez litery i bez jej uznania,Ale dać nic nie zdołasz: ona rękę skłania.Ludy, chociaż mniej zdolne, choć płytkie natchnieniem,Skoro literze wierne, zgłuszą cię swym cieniemI przejdą mimo twoich uroszczeń, bo oneDawać mogą, nietylko wskazywać koronę.
One dzierżą ujętą własność i podzielną,I mogącą się drobić, jak bułkę kościelną,Gdy ty z głębiami słowa w niedosiężnej studnie,Bez wiader ku czerpaniu, strawisz się odludnieI jeszcze szemrać będziesz, zniechęcony nader:«Ja mam źródła, on pije z suchego dna wiader!»
Moc miejmy obejrzenia się na braki które,Ujemne będąc, kreślą całości naturę,I są jakoby twórczą narodów pokorą:Pozornie krzywdząc, one dlań skarbią i biorą.Z rodu, rzekłem, polskiemu językowi zbywaUznania, iż litera jest ciągiem ogniwa,I że, jakkolwiek jasno każda perła świeci,Przestawa być litanią różaniec bez nici.Dość jest spojrzeć na szereg typów, co, gdy staną,Więcej rzekną nad słowa lub księgę pisaną.
Benedyktyn milczący w jaworowym lesie,Za nim posąg Jadwigi, który w ręku niesieModel Jagiellońskiego Uniwersytetu...Jezuita, ksiądz pijar, filozof francuski...A potem: w stronę jednę sybirskie powózki,W drugą pielgrzymi kostur... Oto są posągiTych epok, jak się one nastawiały ongi.Dziejów sąd ma u siebie tę straszną potęgę,Że może słowa nie rzec i utworzyć księgę,Skoro, nie gwałcąc zdania ani rzeczy biegu,Postawi tylko trumnę przy trumnie w szeregu,A wiatr kątami onych zawiśnie w te słowa:«Nie rzekłem nic!... Czytajcie, co zmówił Jehowa!...»
Powiadają, że «Księgi Pielgrzymstwa» śród krzyżePorzucone z kartami, które wicher liże,Jak pianę fal, są arcypotężnem zjawiskiem,Że duch bywa materji marnotrawstwa bliskim,Że, zaiste, jest wielkiem natchnienie wulkanu,Ptak je wietrzy, drży jemu grzywą kark kurhanu,Firmament się zanosi łkaniami Sodomy.Coś dzieje się, wracają niedopękłe gromyWe chmur wnętrza, jak poród, co uląkł się siebie;Coś się na ziemi dzieje, stało się na niebie.Miasta, jako ich mury pobladły wapienne,Bruki placów jak piersi podnoszą się senne,Gmin szemrze... potem naraz czerwonysłup łuny,Przekreśliwszy firmament, rozdeszcza pioruny.Rolnik pług załamuje w skibę rozżarzoną,Jak krzyż w zachodu blaskach. Król chwiejną koronąMaca po drżącej ziemi, gdzie państwa granice,Zgładzone burzą w karty piasku bladolice,A poświst wichru równa ludzkość cichym pyłem...Mówią, że to jest wielkie! — Ufam!... Ja tam byłem!...
Wszelako, acz jest piękne wulkanu natchnienieI, trzęsąc harfą nerwów, ma coś, jak sumienieDoniosłego — być może, że i Nilu łonoSzerokiego, co z swoją palm rzadkich koronąNa równem czole, w płaszczu safirowym wodyWraca rocznie, pamiętny, by ukrócić głodyI rozwiniętą szanty lazurowej połąOtula pierś narodu, jak matka pierś gołąNiemowlęcia, by wstał jej syn zdrowy i sytyPojrzeć na dobroć Boga, na zbóż aksamity:Myślę, że i ten cichy co rok widok łanuMajestatycznym bywa niemniej od wulkanu.
Bawi mię, gdy dziennikarz albo publicystaKlnie średniowieczną ciemność, z której wciąż korzysta;Ta ciemnota musiała nieźle być użyta,Gdy się, jak świeca, topi, a przy niej się czyta.Ciemnota, która mimo niezgrabne praktykiStworzyła arcydzieła, stworzyła języki!
Tych się nie tworzy sennym natchnienia polotem,Zboże po burzy wstawa, lecz nie siane grzmotem,I raczej praca długa a wierna literzeCałokształty takowe urabia i strzeże.
Trzeba było łacińską, czeską lub niemieckąPiszące ortografją ustatkować dziecko,Mowę zrównać, uczynić bogatą w nazwiskaPłodów ziemi i uczuć, dać jej grom, co błyska,I dać jej ścisłość słowa statutów i głębieBiblijne, i niewieście gruchania gołębie;Słodycz, i moc, i prawdy ciesielski sznur, potemTłumaczeniami stwierdzić — i jeszcze błyskotemBieżących wdzięków zwonić, jak ślubny strój żeński,By się po polsku uczył dwór andegaweński!
Trzeba było mieć tłocznię i drukarską czeladźWytrwale pracującą, by ducha w rzecz przelaćNie na dzień, nie na jeden pamflet zaułkowy,Lecz na wieki przed ludźmi i źródłem wymowy.Praca, której nie pełni się między gawędkąA gawędką, ni ciska konwulsyjnie, prędko.
Trzeba było, jak Ojciec Niebieski, na długoUkochać, trzeba było być duchem i sługą!...Zwycięstw takich, dlatego, że takich, i właśnie,Żaden nie zniszczy mocar, on pierwej sam zgaśnie,I żaden żandarm, ani cenzor, ni pachołekOrderowy, bo to jest tron, nie lada stołek.Trzeba było być duchem, pokorą, i pracą,I siłą, i nicością — trudem, nie lada co,Żeby ów polski język nie opłonął naraz,Lecz, jak twierdza zupełna, jak obronny tarasRuś, Litwę, Prusy objął. Zarówno w Siewierzu,Jak w Królewcu wybrzmiewał, albo Sandomierzu,Gminny, sielski, uczony, kmiecy i królewski,Ten kasztelański Jana język czarnoleski.Język, który na sądzie popiołów zawoła:«Uwity jestem z nerwów skrwawionych aniołaI sadzę was od stopy do włosa, bo jestemWszystkich was razem duchem i moralnym chrzestem!»Lecz dlaczego, lecz przez co to słowiańskie ciało,Duchem możne, w litery pracach opieszałoTak dalece, że sama nazwa Słowianina,Nie znane mu, co głosi ni skąd się poczyna?Jakby owy, co nigdy nie był ścisłym w mowie,Nie wiedział zato, czemu, ani jak się zowie.Treści te, aby słusznie odczytać, godzi sięWrócić w czas, gdy kowano litery w napisie,I dopiero, epoki powietrzem owiane,Wygłosić, jako były w pamięć zaciosane.
Wyraz Slavus mógł znaczyć i sclavus. (WyrazyPrzeistaczają brzmienia, powielekroć razy.Jak Bułgar jest od brzegów rzeki Wołgi — aleI od vulgus; tamtemu to nie przeczy wcale).Sclavus, sława i słowo — tak są zgodne mało,Jak hańba i jak tryumf, jak wiszące ciałoNa szubienicy podłej i wieniec laurowy.Tu jest klucz tajemnicy, tu dwuznaczność mowy!Krzyż, tak samo, jak piętno niewoli, promieniłSińcem ciała, a potem w błękit się przemieniłI rósł, i oto jego ostateczna stacjaDziś nad tropikiem świeci: krzyża konstalacja.W ósmym wieku znak owy weszedł, jak narzędzieAdoracji mistycznej, i jął zbawiać wszędzie.Z czego przezwisko właśnie że dotąd haniebne,Sclavus, rzadsze się stało, mniej jawnie potrzebne,Aż swej niesławy całkiem nareszcie pozbyło,Kiedy się w dziejach świata słowo stało siłą.I dlatego w przezwisku tem jest sens ciekawy,Że sława ta oznacza zbycie się niesławyPrzez rozbrzmienie śród ludów tej dobrej nowiny,Że stawa się już słowo, nie ukaz i czyny —I że Mówca, że jakiś Rzecznik świat wybawi,
Nie już mocar; to czuli Spartaki i sclavi,Czuli to nie już mocni, lecz słabi — bo słowo«Słabi» jest slavi, tylko zmienione wymową.Słabi — Sklawy — i Sławni — i Słowo: to całaJest treść dziejów, jak dziejów oś się obracała!
Gdy do ludów tych cichych, rzewnych, do tych głuchoPragnących doszło słowo, podjęło je uchoDo zagonów schylone, co słyszy grzmot wdali —Słabi — chrobrymi, silni — słabymi się stali —«Pauperes spiritu», «Mites» «qui lugent» ci SklawiUsłyszeli, że dziwny Pan im błogosławi,Że co haniebnem było, stało się bezgannem,I że samo pojęcie sławy zwarjowanem!Do dziś znać, że Słowianin wyglądał, czy wdaliZorza się jakaś nagle światu nie zapali;Mag narodów wyzierał gwiazdy nie na niebie,Lecz w sercu i w goszczeniu i w łamanym chlebie;Od rdzenia więc stanowczą poruszony erą,Czuł on słowo, niewiele bawił się literą.Słowianin też i pisma nie miał, ile wiemy;Druk już mając, jeszcze go znał kształty gockiemi.Tak litera mu zawsze była obojętną,Jakby coś dowolnego, jakby zwierzchnie piętno.Nigdy podobno onej poważyć nie umiał,W literaturze mało, mniej w dziejach rozumiał,Zaś w dogmacie była mu niby nałóg staryDziecku, co obudziło się w objęciach wiary.
Błądzą, którzy spółczesne odnoszą warunkiDo niepowrotnej z epok, do epok piastunki,I nie pomną, że prawdy grom się rozniósł prędzej,Niżeli dziś u Słowian kurs cudzych pieniędzy.Przyczyny dwie tę lotną promienność zrządziły,A każdej dziś niejasne są drogi i siły.Pierwszą nazwę przyczyną, że wieść roznoszonaNajdoskonalej była w sobie dopełniona;Drugą zaś, że nietylko Izrael, świat całyPragnął, i serca były wyschłe, jako skały,Chciwe dżdżu. Dzisiaj ledwo ucichła kobiéta,Która sakrament usty bezplamnemi wita,Pojąć może pragnienia owe w całym świecie:Poganin je uczuwał i drujd — mąż i dziecię,Jak kto mógł... Przyrodzenie, nastrojone w jedno,Symboliczniło nieraz lada myśl powszednią;Sen pomagał godzinom jawu, jaw się zlewałZe snem przez wieszczą siłę; kamień się spodziewałI nerw, cisza, i echo... Pod taką to dobęSklawus, gdy słowo uczuł, uznał swą osobę,I że od rdzenia swego opromieniał erą,Czuł słowo, niekoniecznie się troszcząc literą.W Chinach jest do dziś zakon, który ma uznaneZa cnotę, żeby świstki szanować pisane,Podejmując je z pyłu, który wicher miecie,By się litera marnie nie nurzyła w śmiecie.Myśl niejedna, u Słowian w niedojrzałym czynieSpełzła, byłaby książką dojrzałą w Pekinie!...Dlategoż zawdy Chińczyk ten sam, jako wieczność,Dla owego — u Słowian luźna niestateczność.U Chińczyków stąd idzie w rzeczy najdrobniejszejStaranne dopełnienie, lubo zapał mniejszy;Prace ich do flamandzkich podobne wyrobów,Mimo różnicę pojęć i zapas sposobów.
Nieraz się księgozbiory w Polsce podnosiły,Lecz jak twierdze obronne, nie jak wczesne siły;Praca litery nigdy nie była jak funkcja,Ortografja wątpliwa, mętna interpunkcja...Do dziś terminologia obca lub uboga(Owoc niedbalstwa głośno składamy na wroga!),W polemice tak mało formy urobione,Że trudno jest się różnić, łatwiej zejść na stronę,I nie mogąc do głębi każdą kwestję zbadać,
Rwać się nie w czas, lub nie w czas do snu się układać.W społecznych formach wyleźć nie można z praktykiRobronów: «Jaśnie», «imość», «pani dobrodziki»Że Liviusa manuskrypt o dobie tej samejWszedł do Polski, gdy ledwo co w ojczyste bramy,Albo Makiedońskiego Aleksandra listy,Lub nieznany dziś klasyk — mało rzeczywistyStąd tryumf. O tem wszystkiem i z dumą i chwałąWiemy, że to, gdzieś będąc, gdzieś się zapodziało.Tak, wszystko jest... gdzieś... jakoś... — i się zapodziewa,I że ginie, przeto się wszystkiego spodziewa,A ktoby winił chwiejny ludu temperament,Nie zgadłby nic... Któż może wykonać testamentChoćby najczulszej z matek i sam bardzo szczery,Skoro nie ma pojęcia ważności litery?
Jest więc punkt, gdzie nic serce nie pełni, gdzie zapałNic nie dawa, lub w ognie się omylne złapał,Błędu nie wie, z najdroższych skarbów czyni zamętI nie może mieć ciągu, bo ciąg — to testament!
Oto moja messeńska, moja tyrtejowaPieśń i boleść: skończyłem «O wolności słowa».A teraz kędyś palma ze stepu mię wzywaI Oazis, bogdajby choć ta niekłamliwa!Spocząć pragnę, iż błędną rzeczą nie uwiodłem,Pragnę spocząć — i pójdę spocząć — i poszedłem...Gwiazdy przede mną, za mną gwiazdy dżdżą złotemiKresy, gdy lecę, niebu odrębny i ziemi,Jakbym sam trzecią rzeczą był między obiema...Piasek mówi: «Przeleciał!», wiatr: «Już go tu niema!»Lecę — i ani zgadnąć mogę, setnie jakieLat — i mil — i atomów tykało kulbakę,Pianą dzierzganę białą — ni drogi jak wieleUbiec musiałem, prawe upatrując cele,Porzuciwszy świat, na dwie partje rozłamany:Między tytany szału i flegmy tytanySam przez pustynie lecąc, wybladły, że prawieLitowały się mego pragnienia żórawieI pluły mi dziobami wilgoć, a ja dalejPędziłem, by mnie bliźni sucho nie żegnali.Bym nie zbył reszty serca pierwej, aż się cegłyNad trumną zaczerwienią, iż miłość dostrzegły!...
Zdala, zdala, nim stopa ma dotknęła piasku,Zawołałem sam: «Tadmur!» przy księżyca blaskuKolumn tysiąca więcej widząc, których chórySzły tam i owdzie kiedyś w myśl architektury.Co gdzieś albo istnieje, lub stała się siłąMyśli ludzkiej i widzi, w niczem jak coś było.I było cicho pośród ruiny ogromnej,Wkładającej na niebo profil wiekopomny,Cały szczerby swojemi, jakby się o ramięBoga oparło czołem miasto, gdy się złamie.Patrzyłem i wydziwić się nie mogłem onejCałości rzeczy, w całość ruiny zmienionej,Pięknej ogółem, który powstał ze zniszczenia,Z potrącenia, zdeptania i z lekceważenia,Gdy rzędy kolumn, jakby skamieniała liraNiewzruszenie a ciągle śpiewały «Palmyra!»Księżyc stał za strun owych skamieniałą kratą,Bluszcz dopełniał, gdzie linję czułeś zbyt szczerbatą,I, jako dłótem ryty, szedł przez blade łomy,Lekszy od ornamentów, równie nieruchomy,Nakreślony harmonją tak, że niepodobna,By zeń bez szwanku gałąź odprysnęła drobna;Kto zaś nie barbarzyniec, ten w ruiny tumie
Bluszczu nie tknie, lub całość mniej odeń rozumie!«Całość» rzekłem we wnętrzu ducha — i struchlałyDodałem: «Taka, że jej nie wypowiem całej...»I nie wiem czemu ręką chciałem kamień drobnyPodjąć, lecz nie jak fragment wydał się osobnyPalcom moim... Zadrżałem i ramię cofnąłem,Czując, że za część jedną rzeczy pełnej wziąłem...I natychmiast szepnęła do mnie myśl ostrożna:«Patrz! Oto i ruinę nawet popsuć można».A jam jej odpowiedział: «Zaprawdę — ruinaJest całością!... I nową twórczość odpoczyna!»A, patrząc dłużej, rzekłem: «Jest kres taki, któryNie ruiny już tycze, lecz architektury!»I począłem się w duchu tą myślą dziwować:«Szczególniejsza, że można ruinę zepsować!...Że więc dzieło zniszczenia i dzieło tworzeniaHarmonijnie się kędyś łączy i spierścienia...»W tym momencie dotknąłem palcem zmartwychwstanieI wymówiłem słowo: «Jestem!» niespodzianie,I chciałem ręką wtóry kamień podjąć z ziemi,Lecz zdał mi się ogółem łączny ze wszystkiemi...Zadrżałem znów, gdy orzeł rzekł, jak trąba grzmiąca:«Kto tu trąca ruinę, ten principium trąca...»
Odtąd już, w jakąkolwiek się przeniosłem sferę,Zrozumiewałem całość słowa i literę.
Mówią — że to jest wielkie; ja wiem:ja tam byłem.«Rzecz o wolności słowa».
Comments
Loading comments…