Sława (Norwid)

«Księgi, w złoconych na grzbiecie ornatach,Pozamykane na srebrne paznokcie,Biusta z marmuru w wawrzynach i kwiatach,Gwiazdy, i wstążek orderowych łokcie,Strusich piór obłok, haftu błyskawica,Biczów pioruny, kół złoconych grzmoty,Powozów druga w ulicy ulica,Zwroty, zawroty, powroty, wywroty...

«Laury! — Z róż wieńce, gałązki oliwne,Dębowe liście... Czy to nad otchłanią,W której się chóry wasze roją sztywne,Otchłani drugiej niema?... Planet za nią?...Praw wśród nich?...

«....Onej ćmy zielonej atom,Co wleciał oknem, ledwo dostrzeżony,I, diamentom i we włosach kwiatomSzepcąc coś, znika... myślicież: «stracony!?»— I gwar, myślicie, że jest gromem dziejów?A sławy puzon, że to róg na knieje,I że już cichych niema kaznodziejówW obliczu niebios, co przez szyby dnieje...— Pyły, z posadzki podniesione noga,Że mogą nie mieć w sobie zwłok człowieka?...I że te zlepki, co marzą, to mogą,Że doszły... (a ich tylko nikt nie czeka!)

«Że nieśmiertelność jest komą niedzielną,Co siedm dni prozę by przerwać bezczelną —I że poezja jest to nerwów drżenieW takt namiętnościom — i że piór sumienieW eunuka wachlarz składa się, by zwiewaćZ nadobnych liców skwar, lub łatwiej ziewać?...

«O nie! — Skarg wiele minie i przeleci,Lub obojętnie wam się zjawią one,Jak polityczny dziennik w ręku dzieci,Obwijający łakotki cukrzone:Ten — nieraz przyszłość rączek tych opiewa,Które zeń jedzą, jak owoce z drzewa...»

Słowa te myśląc słuszne i niegrzeczne,Szedłem przez salon pośredni i długi;Światła przede mną, jako drogi mleczne,Stoma zwierciadły w setne biegły strugi...Głębokie cienie tu i owdzie z łomówFałd aksamitnych czyniły wezgłowiaDla nimf z marmuru, z alabastru gnomów,Dryjad, co konchy noszą i sitowia. —

Niejeden profil, zdało mi się nieraz,Że coś przez ramię szepnął, gdym nadchodził,I znikł — i kiedy patrzę nań, to terazKłamie, jakby się marmurem urodził...— Aż, tam i ówdzie krocząc, była chwila,Że odetchnąłem powietrzem odmiennem,Jak gdy gorąco letnie się przesila:Gwar zdało mi się uchem łowić sennem,W świetle coś jawu dostrzegały oczy.Jako gdy z sceny ktoś w korytarz zboczy.— Posągi nawet i biusty z marmuru,Rzednąc, obliczą miały rzeczywistsze,Głowy ich białe u nagiego muruBledsze zdawały się i przezroczystsze.— Przeciwieństw blasku zmniejszony nie pokójDawał im postać nie larw, ale larów,Co dumać lubią u znanych filarów —I zrozumiałem rzecz... Był to przedpokój!...

I oto patrzę, a kołnierz z galonemObima szyję śpiącego człowieka;Był to służący; siedział pod Neronem —Trajan opodal niemniej cicho czeka.

Biust inny z czarnych skrzydeł kapeluszaPatrzy. Poglądam, co za rex czy vates,Zelżenie cierpiąc, najmniej się nie rusza —Krok zbliżam i wraz poznaję... Sokrates!

Więc, myślą k’niemu podążywszy, rzeknę:«Imię twe, mężu, czy przeto dotrwało,Żeś senatorem był? (co głoszą mało!)Posągi z głazu że wykułeś piękne?...(Co głoszą mało!) Czy, że wśród porażkiSam pozostałeś z krótkim mieczem w dłoni?Czy, że rannego doniosłeś do koni?Czy, żeś to wszystko miał — i miał za fraszki,Do coraz wyższych dążąc ideałów?Czy, że lud lobie właśnie był łaskawszy?Czy, żeś dziewięciu sądził generałów?Czy, żeś literat, nic nie napisawszy?»

— I, rzecz tak ciemną myśląc i tak długą,Patrzyłem na biust za drzemiącym sługą.

Comments

Loading comments…