W pamiętniku (Norwid, 1934)

Nietylko, pierw się najadłszy mandragor,Błądziły w limbach szalone kobiety,Nietylko Dante i trzeźwy Pythagor,Byłem i ja tam... pamiętam, niestety!

Że byłem, tomów dwunastu na dowódPisać... sił nie mam, bo myśl mię udławia.Jestem zmęczony! Wolę jechać «do wód» —Nie na wyjezdnem się o piekle mawia!

Wolę gdzieś jechać, w pilnym interesie,Patrząc przed siebie z obłędu wyrazem,Wieki potrącać, jako grzyby w lesie,Ludzi, epoki, mieszać wszystko razem —

Być tam i owdzie, wonczas, dziś i potem,Jako się wyżej albo niżej rzekło,A nie równiejszym wracać kołowrotem,A nie odpomnić, że zwiedziłem piekło!...

Lecz pytasz: «Owdzie, co tak wielce trudzi,I które z bliskich spotkałem postaci?»Tam braci niema, ni bliźnich, ni ludzi,Tam tylko studja nad sercami braci!

Tam uczuć niema, tylko ich sprężyny,Zdające z siebie wzajemny rachunek,Do nieużytej podobne machiny,Puszczonej w obieg przez pęd lub trafunek.

Tam celów niema, lecz same rutynyPozardzewiałe — i niema tam wieków,Dni, nocy, epok — tam tylko godzinyBiją, jak tępych utwierdzanie ćwieków.

Nieokreślone pierwej cyfrą stałą,Lecz fatalności pchnięte raz ostrogą.Nie znaczą wcale, co, kiedy się działo —W godzinę wybić liczby jej nie mogą!

Rzekłbyś, w tytańskim z wiecznością zapasie,Mniejsza czy biją minuty czy lala.Iż każda wątpi o sobie i czasie,Każda dogania się, lecz nie ulata...

Jakby wcielonej ciągle puls ironjiSłysząc, wiesz naprzód i wiesz ostatecznie,Że z godzin żadna siebie nie dogoni,Że nie wydzwoni siebie,dzwoniąc wiecznie.

A ten systemat sprężyn bez ich celu,Jakby tragedja bez słów i aktorów,Jak wielu nudów i rozpaczy wieluMuzyka, gwałtem szukająca chórów

Raz wraz porywa spazmem za wnętrzności,Jak niezwykłego do morza człowieka;Tylko nie spazmem nudy, lecz wściekłości,Który, sam nie wiesz, skąd i poco wścieka.

Wtedy to próba jest, wtedy jest waga,Ile nad sobą wziąłeś panowania;Wartość się twoja ci odsłania naga —I oto widzisz, ktoś ty, bez pytania.

I ileś zwał się tym lub owym w czasie,Lub byłeś zwany imieniem twych dziadów,Widzisz — i ile nabrałeś sam na sięZ tradycji, tonu, stylu, lub przykładów.

Coraz to z ciebie, jako z drzazgi smolnéj,Wokoło lecą szmaty zapalone;Gorejąc, nie wiesz, czy stawasz się wolny,Czy to, co twoje, ma być zatracone.

Czy popiół tylko zostanie i zamęt,Co idzie w przepaść z burzą? Czy zostanieNa dnie popiołu gwiaździsty dyjament,Wiekuistego zwycięstwa zaranie?...

Lecz prawić o tem i prawić na dowód,Że byłem owdzie — myśl sama udławia!Jestem zmęczony... wolę jechać «do wód»,Nie na wyjezdnem o piekle się mawia.

Wolę wsiąść na koń z jakim drabem, który,Prócz ze swoimi, nierad bywać z nikiem,Historji nie zna, ni architektury,Milczy, jak pomnik, będąc sam pomnikiem.

Na dwukrańcowe wolę ruszyć szlakiKrajów i wieków, gdzie przestrzeń granicą,Granica czasem... i gdzie, z nad kulbakiPatrząc, firmament cały... okolicą!

Comments

Loading comments…