Wieczór w pustkach
«Mówią, że jestem głucha i niema, że wiszęW tumanach nikłej rosy, jak mżysta kotaraNad kolebką marzenia. Ludzie znają ciszęPo szumie drzew, po drumli włóczęgi komara,Ale nie znają wcale po jej niemym śpiewie;Bo oni tylko w dźwięku zapoznali mowę,Wcale głośną a małą — i prawie nikt nie wie,Że nieraz stokroć lepiej prowadzić rozmowęZ ciszą, niżeli z człekiem. Ja nie jestem owaCisza boru, co w głuchej sosen kolumnadzieBłądzi niby martwica albo jak królowaZaklęta, i na usta szczelny palec kładzie,I na samotne serce rosą dumań spada,I w pierś wędrowca wonnych dolewa oddechówZ liljowego kielicha — i gaje spowiada,Wiele jest czworoliści, wiele dwuorzechów,Wróżących szczęsną dolę? Ni też cisza inna,Która wtedy się zjawia, kiedy męczennikaNa śmierć wloką — ta cisza, zbrodniczo niewinna,Po skroniach widzów łaskoce, lub wnikaNa dno serc, razem ze krwią wybiega do góry,Gra kroplami po żyłach i w tak silne chórySplata muzykę życia, że na dźwięk ostatni,Pełny, krzepki, przeciągły serca się nawłóczą,Jak paciorki różańca, a ludzie się ucząKonać po chrześcijańsku ....................O nie! Jam ani pierwsza cisza, ani druga,Ja jestem tylko niemym mieszkania wyrazem,Ja tylko płynę zwolna, jak przejrzysta strugaDomowych prac jednego człowieka i razemŚwiadczę o jego życiu, a więc mówię wieleChórem sprzętów, bo, jako w bezludnym kościeleCisza, po lesie kolumn, po gromnic gęstwinieRozlegając się głucho, śpiewa: «Święty! Święty!»Tak i mieszkanie człeka, w samotnej godzinieMa swój wyraz, gdyż nawet osłupiałe sprzętyNa głos się zdobywają».
Ciepły wieczór miłoGra rozmarzonej ziemi. Czasem w mylnym pędzieĆma otworzone okno trąci całą siłąI z drżącej szyby szklane dźwięki wydobędzie —Czasem lipy zaszumią albo śpiew daleki,Rozléjąc się, popłynie i w tysiączne ściekiSrebrzystym deszczem lunie — a tu zadumaneStoją sprzęty. Stół wielki, niby słoń wędrownyW głębokiem unużeniu oparł się o ścianęI wyprężył grzbiet twardy, księgami ładowny.Nad stołem wisi obraz, ale jakiś takiDziwny, niby sczerniałą opowiada twarzą,Że czuje, jak się w ramach zalęgły robaki,Że czuje, jak pająki po licach mu łażą,I myśli, Bóg wie, o czem. W oknach rdzawe kratyOplatają powoje, a ich jasne kwiatyTak skromnie do żelaza tulą miękkie lica,Jak do zbrojnego męża spłoniona dziewicaTuli wstydliwe czoło.
Lekko i wesołoIgram wciąż, twardą kratę z całej siły trzymam,A coraz wyżej biegnę — wkrótce naokoło
Księżyc osypię kwiatem. Już oburącz imamJego blade promienie, co się snopem trzęsą,Jako zbielałe kłosy, kiedy długą rzęsąMrugają na żniwiarza. Ach, i gdyby jeszczeTen nudny, mdławy wietrzyk uprzykrzonem wianiemNie targał splotów moich...
Gdyby przed świtaniem,Przed złotym dnia początkiem jakieś sny złowieszczeNie łaziły gromadnie. — Gdyby robak ciebieNie dojrzał, nie domacał, toby tam, po niebie,Przyjemnie było biegać: ale, gdy u kratyCzarna, wyschła łodyga, jak szkielet wężowy,Pozostanie, a wkoło zgniłych liści szmatyObwisną, to i księżyc osiwiałej głowyNie nachyli po wieniec, jeno się rozśmieje,A pójdzie w swoją drogę — bo też te nadziejeDziwne są...
Więc nie czujesz, nie znasz ty natchnienia,Które zapala moje rozmarzone oczyLazurowym płomykiem?...
Słuchaj doświadczenia!
Czy wiesz, jak piszczy robak, kiedy ramytoczy?
Czy zdołasz wyrachować, wiele czasu trzeba,By poziomą gałęzią dostać aż do nieba?...
Szaleńczo, sen cię łudzi.
A na twojem czoleMech rośnie i wyziębia wrzących uczuć dzielność.
Więc i u mnie podobnież?
W ciasnem godzin koleBraknie miejsca dla jednej, zwanej Nieśmiertelność.
Tu oknem zatrząsł wicher, a jak w miękką wodęZapada brzeg podmyty i listeczki młodeNa dnie żyjących roślin brudnym mętem plami,Tak się stało i w izbie, tak i ze sprzętamiPoczęła sobie ciemność. Czarno, mętno, głuchoZrobiło się w komnacie, a śmiertelne uchoNic dosłyszeć nie mogło, a śmiertelne okoNic wypatrzeć — aż za chwilę w oknieRozwidniało, i powój, co się piął wysoko,Obwisły, potargany, w strugach deszczu moknie.Zresztą wszystko, jak dawniej: lekkie chmury idąPrzez księżyc, a on, niby w dzień Trzech Królów klecha,Białym, miękkim promieniem, jak święconą krédą,Po drzwiach i belkach pisze, aby stąd pociechaNa cały rok urosła. Klecha, gdy napiszeTrzy głoski na uszaku, staje w zadumieniuI osiwiałą głową powoli kołysze,Niby kolebką wspomnień — a księżyc w milczeniuSzarą, wełnistą chmurę nasuwa niebawem,Jakby także chciał dumać, jakgdyby rękawemŁzy ocierał... W izdebce jeszcze pusto było,I dziwnie, i półciemno, niby ją wyśniłoCzarodziejskie marzenie, niby jej nie byłoNa jawie.
Kto po nocy błędne oko gubiW rojach gwiazd, kto powiewem woniejącym lubiPierś naścieżaj otworzyć, ten niech w dzień ochoczoPracuje. Bo gdy światło zetrze mary senne,
Gdy powszednie wrażenia myśli zakłopoczą,To i życie na jawie, pewne, jasne, dzienne,Zmartwieje jako odłam wypłowiałej kości,Na którym niegdyś kwitło ciało i rumieniecRoztlałe listki toczył. — Tej marzeń słabościStrzec się trzeba, bo ona, jako potępieniec.Otumani, i skusi, i nauczy lataćSokolemi skrzydłami, aby potem wplataćW rzeczywistości koło, kędy bywa ciasno.I nudno, i boleśnie. — — Blade gwiazdy gasną,A czerwonawy płomień, drżąc, do izby wbiegaI rzuca na podłogę szare cienie liściOżywionych powojów. Światło się rozlegaStrumieniami po niebie, jakby promieniściAniołowie tysiączne miecze wznieśli wgóręI stanęli na straży — i wędrowną chmuręPołyskami przecięli.
W izbie pusto było.Lecz mniej dziwno, mniej straszno, jak się przedtem śniło.
Comments
Loading comments…