Boska komedja — całość

Translated by Edward Porębowicz

Miłość, co słońce porusza i gwiazdy.

1  W życia wędrówce, na połowie czasuObrawszy błędne manowców koleje,Pośród ciemnego znalazłem się lasu.

4  O, jakże ciężko wysłowić tę knieję,Te puszcz pustynnych zaciernione dzicze!Kiedy przypomnę, dusza mi truchleje.

7  Gorzko, śmierć chyba większe zna gorycze;Lecz dla korzyści dobytych z przeprawy,Opowiem boru rzeczy tajemnicze.

10  Nie wiem, jak w one zaszedłem dzierżawy,Bo mną owładła senność jakaś dużaW chwili, gdy drogi zaniechałem prawej.

13  Gdym jednak przybył do góry podnóża,Którą zaparty owy wądół kona,Skąd się, jak rzekłem, taki strach wynurza,

16  Podniósłszy głowę, widzę, że ramionaGóry już swemi promieniami stroiGwiazda wodząca tuziemskie plemiona.

19  Więc się z widoku tego uspokoiPrzestrach w jeziorze serca rozkiełzanyPrzez noc bolesnej bezotuchy mojej.

22  A jak człek z morza na ląd ratowanyZ piersią dyszącą staje i zdalekaOczyma jeszcze bada groźne piany.

25  Tak było, duch mój, podczas gdy ucieka,Pogląda za się na przebytą drogę,Co nie przepuści żywego człowieka.

28  Więc gdy mdłe ciało odpoczynkiem wzmogę,Znów po bezludnych progach stopy nużę,Wciąż niżej mając wyprężoną nogę.

31  Wtem tam, gdzie ścieżka strzelała ku górze,Znienagła mi się zjawiła u stokuZwinna Pantera o plamistej skórze.

34  Ta z mej osoby nie spuszczała wzrokuI tak męczyła w mojem wstępowaniu,Że kilka razy chciałem wracać kroku.

37  Była to właśnie chwila na zaraniu:Wschodziło słońce z onym gwiazd orszakiem,Co z niem świeciły, gdy w pierwozadrganiu

40  Świata Pra-miłość wiecznym pchnęła szlakiemPrzepiękne twory; więc ta pora świeżaI wiosny blizkość były dla mnie znakiem,

43  Że przecież ujdę pstrokatego zwierza;Ale tuż trwogę poczułem niemałą,Gdy Lew przedemną wyrósł u pobrzeża.

46  Głowę podnosił i, jak mi się zdało,Szedł prosto na mnie, taki wściekły z głodu,Że przerażone powietrze truchlało.

49  Potem Wilczyca brzemienna od płoduŻądz wszelkich, mimo, że chuda i sucha,Sprawczyni nieszczęść mnogiego narodu,

52  Swoim widokiem zgnębiła mi duchaI w takie wreszcie strąciła rozpacze,że dojścia szczytów zczezła mi otucha.

55  A jak z wygranej ucieszeni gracze,Kiedy przeciwny zasię wiatr powieje,Bledną i wszystka myśl się w nich rozpłacze,

58  Tak ja od zwierza porywczości mdlejęI odpychany cofam się ze skałyW stronę przepaści, gdzie słońce niemieje.

61  Już moje stopy w dół się obsuwały,Gdy przed oczyma kształt się zjawił mglisty,Jakby milczeniem długiem spowietrzały.

64  Gdym go obaczył w puszczy opoczystej:»Pożal się, proszę«, wołam do zjawienia,»Cień-li, czy człowiek jesteś rzeczywisty!«

67  »Nie człowiek, jednak z ludzkiego plemienia;Ojców Lombardów miałem«, rzekła mara,»Z mantowańskiego oboje nasienia.

70  Urodziłem się za Jula Cezara,A za Augusta cnego żyłem w Rzymie,Gdy panowała bogów kłamnych wiara.

73  Poetą byłem i w epicznym rymieUszłego z dumnej Ilionu ruinyAnchizowego-m syna głosił imię.

76  A ty, przecz wracasz w nieszczęsne doliny?Czemu nie spieszysz na górę, rodzicęWesela, gniazdo radosnej nowiny?«

79  Więc»Więc Wirgilego oglądam? Krynicę,Skąd płynie Słowa strumień tak obficie?«Odezwałem się, zasromawszy lice.

82  O»O, ty, poetów światło i zaszczycie!Niech mię zalecą miłość i uwaga,Com z nią na myśli twojej szedł wykrycie.

85  Ty jesteś Mistrz mój, ty moja Powaga:Przez cię jedynie styl mój nabył piętnaSztuki, skąd dzisiaj moja cześć się wzmaga.

88  Płoszy mię bestja, przejściu memu wstrętna:Dopomóż, mędrcze sławny! oto ginęZ trwogi i żywiej dygocą mi tętna«.

91  »Ścieżki potrzeba obrać tobie inne«,Rzekł, widząc oczu moich zapłakanie,»Jeżeli przebrnąć życzysz tę gęstwinę.

94  Bo owa bestja, co mię wołasz na nię,Nikomu drogą swoją przejść nie daje:Póty przeszkadza, aż w nim dech ustanie.

97  A tak złośliwe chowa obyczaje,Że zachłannością jej chciwość się mnożyI tem głodniejsza, im się bardziej naje.

100  Rozliczny jest zwierz, z którym cudzołożyI dotąd będzie, aż nadejdzie żwawyChart, co ją na śmierć w boleściach umorzy.

103  W glebie ni kruszcu nie poszuka strawy,Jedno w rozumie, cnocie i miłości;Ojczyzna jego: pośród Feltr dzierżawy.

106  Nędznej Italii on wybawi włości,Dla których Turnus, Kamila dziewica,Euryjal, Ninus położyli kości.

109  Odeń ścigana z grodu w gród wilczycaNapowrót w piekieł dostanie się władze,Skąd ją przysłała Zawiść zazdrośnica.

112  A ja tak dbale o twem dobru radzę,Ze-ć przewodnikiem będę; skróś tej góryPrzez wiekuiste miejsca przeprowadzę,

115  Kędy usłyszysz rozpaczliwe chóryBolesnej duchów starodawnych rzeszy,Co z wszystkiej piersi woła o skon wtóry.

118  Potem tych ujrzysz, których płomień cieszy,Rozradowując nadzieją niepłoną,Że się ich wniebowstąpienie przyspieszy.

121  A gdy zajść zechcesz aż tą jasną stroną,Godniejszej zdam cię, niźli moja, pieczyNa dalszą drogę, gdzie iść mi wzbroniono.

124  Bo owy Władca i Król wszystkich rzeczyZa me prawdziwej wiary nieuznanieWstępu do miasta swojego mi przeczy.

127  Wszędy rząd jego, lecz tam królowanie:Tam ma stolicę, tam wysokie trony;Szczęsny, w wyborze kto mu się ostanie«.

130  »Poeto«, rzekę, takiem zachęconySłowem, »przez Boga nieznanego tobie,Bym z tej i gorszej doli był zbawiony,

133  Tam, gdzie powiadasz, wiedź-że mię w tej dobie;Niechaj obaczę te piotrowe progiI tych, co mówisz, że jęczą w żałobie«.

136  Ruszył, — ja za nim w trop dźwignąłem nogi.

1  Już dzień uchodził, mrok szarej godzinyJuż odwoływał padolne zwierzętaOd pospolitych trudów; ja jedyny

4  Gotowałem się na bój, nie na święta,Z trudem podróży, z litości katuszą;Skreśli je pamięć, co jej błąd nie pęta.

7  Wesprzyjcie Muzy, krzep mię twórcza duszo!Pamięci moja, widzeń mych zwierciadło,Dzisiaj się mocy twe objawić muszą.

10  »Ty, co mię wiedziesz w krainę przepadłą,Znasz-li me serce dość silnem i dzielnem,Aby na wielkiem przejściu sobą władło?

13  Mówisz, że w ciele jeszcze skazitelnemRodzic Sylwiusza odwiedzał te szlakiI nieśmiertelność czuł ciałem śmiertelnem.

16  To, że wróg złego był mu łaskaw taki,Wiedząc, jak ważny skutek dzieło czekaI ważąc kto zacz miał zeń wyjść i jaki,

19  Chyba nie zdziwi rozumnego człeka:Gdyż on rzymskiemu państwu i RzymowiNa patryjarchę był naznaczon z wieka,

22  Który i które, — że się tu wysłowiPrawdę, — dla świętych miejsc są stanowione,Gdzie dzisiaj siedzą dziedzice Piotrowi.

25  Przez owo zejście w twej pieśni sławione,Zrozumiał rzeczy, po których przyczynieOn wziął zwycięstwo, a papież koronę.

28  Po nim Apostoł, wybrane Naczynie,Skróś przewędrował te zaziemskie smugiBy wzmocnił wiarę, zbawienia dawczynię.

31  Lecz ja co? Skąd mi łaska? Jam nie drugiEneasz, ani Pawła hart posiadam,Nikt, ni sam do się nie znam tej zasługi.

34  Więc gdy me pójście na twą wolę składam,Drżę, czy zamiaru nie roję szalenie;Ty mędrzec, pojmiesz lepiej, niż powiadam«.

37  Jak człek, co chciawszy, znów odmienia chcenie,Aż w postanowień kolejnych szereguZgoła odwróci pierwotne życzenie,

40  Taki ja byłem na ponurym brzegu,Kiedy namysłem starłem chęci skoreI w pierwszej chwili ochocze do biegu.

43  »Jeśli twą tajną myśl ze słów rozbiorę«,Rzekł wielkoduszny cień, »widzę na oczyWnętrzne twej duszy nędznym strachem chore;

46  Który tak czasem człowieka omroczy,Gdy się zapalił do zacnego dzieła,Że jak płochliwy zwierz przed nim uskoczy.

49  By się odwaga z tej trwogi ocknęła,Opowiem rozkaz dany mi w otchłaniW on czas, gdy litość nad tobą mię zdjęła.

52  Siedziałem w duchów wątpliwych przystani,Gdy przyszła cudna, święta białogłowa,Tak żem ją wołać: Rozkazuj mi pani!

55  Wzrok jej lśnił jaśniej niż gwiazda wschodowa;Słodka i cicha była i w mówieniuAnielska: ta w te ozwała się słowa:

58  »O ty uprzejmy mantowański cieniu,Którego imię trwa i pełne chlubyTrwać będzie, póki żywota stworzeniu;

61  Oto miły mój, a losom nielubyTakie przekory napotkał w swej drodzeNa pustych progach, że nie wytrwał próby,

64  Wracał i zbłądził; a lękam się srodzeSłysząc, co o nim powiadano w górze,Czy mu nie późno z posiłkiem przychodzę.

67  Więc z ozdobnemi słowy pospiesz, nuże!Niechaj go zbawi twa pomoc i radaI niech ja o nim więcej źle nie wróżę.

70  Jam Beatrycze, która do cię gada:Z miejsc idę, które wnet odzyskać życzę;Miłość mię wiodła i teraz mną włada.

73  Kiedy powrócę przed pańskie oblicze,Chwalić cię będę i często i szczerze«.Zamilkła, a ja do niej: »Beatrycze!

76  O zacna pani, z której jedno bierzeTę moc ród ludzki, że przeszedł stworzeniaŻyjące w nieba najwęższego sferze;

79  Tak mię ochota służby rozpłomienia,ZeŻe nie usłużę nigdy nadto wcześnieI tutaj dość mi jednego skinienia.

82  Lecz powiedz przecie: Nie lękasz się w cieśnieNaszej śródziemnej zstępować otchłaniZ szerokich dziedzin, gdzie ci radość wskrześnie?«

85  A na to rzekła mi ta jasna pani:»Pokrótce zadość twej chęci uczynię.Bym zejść się bała, nikt mi nie przygani;

88  Bać się należy tych rzeczy jedynieZ których się szkoda niepowrotna lęże,Ale nie innych, których groza minie.

91  Ja z łaski bożej mam takie pawęże,Że ni się nędzą waszą nie poplamię,Ni mię płomieni waszych żar dosięże.

94  Jest łaski-pełna Pani w bożym chramie:Przeciw zawadom chce pomagać tobieI oto górne twarde prawo łamie.

97  Więc Łucję do się przyzwała w tej dobieI rzekła: »Sługę twego nęka trwoga;Pospieszaj, twojej zlecam go osobie«.

100  A Łucja, wszelkiej surowości wroga,Zeszła, gdzie pobyt mam z Rachelą starą:»O Beatrycze, prawa chlubo Boga!«

103  Tak przemówiła do mnie, »jakąż miarąNie spieszysz wesprzeć swego miłośnika,Co się dla ciebie wzniósł nad ciżbę szarą?

106  Czyli cię łkanie jego nie przenika?Czyli nie widzisz, jak śród fali wzdętej,Chełpliwszej morza, z śmiercią się potyka?«

109  Nikt nie miał większej na pośpiech zachęty,Kto szuka zysku, lub się szkody boi,Niż ja, gdym głos ten usłyszała święty.

112  Z błogosławionych zstąpiłam podwoi,Ufna w wymowie twej zacnej i czesnej,Co równie ciebie jak słuchaczów stroi«.

115  A dokonawszy słów tych, wzrok bolesnySłonecznych oczu ku mej twarzy skłania;Jam też czemprędzej biegł, by przybyć wczesny.

118  I oto jestem wedle rozkazania;Wydarłem ciebie bestji, co na cudnąGórę najprostszej ścieżyny zabrania.

121  Więc cóż? Przecz stopę zatrzymujesz żmudną,Dlaczego strachem serce twoje chorze,Czemu odwaga i zapały chłódną,

124  Skoro już jesteś na niebieskim dworzeTak bardzo luby trzem błogosławionymI gdy ja tobie tyle szczęścia wróżę?«

127  Jak kwiatki nocnym powarzone szronemStulone gną się, aż gdy je odbieliSłońce, wraz czołem się wznoszą i łonem,

130  Podobnie we mnie otucha wystrzeliA serce taka umocni odwaga,Że wołam jako człek, co się ośmieli:

133  »O przelitośna ta, co mię wspomaga!I ty litośny, że długiej namowyNie używała do cię jej powaga.

136  Ty swojem przyjściem i swojemi słowyTakie w mem sercu wzbudziłeś pragnienie,Żem znowu silny, żem znowu gotowy.

139  Pójdźmyż, niech dwojga jedno będzie chcenie;Ty Mistrzem moim, ty Wodzem, ty Panem«.Zmilkłem, on ruszył; na jego skinienie

142  Poszedłem krajem stromym i nieznanym.

1  Przeze mnie droga w miasto utrapienia,Przeze mnie droga w wiekuiste męki,Przeze mnie droga w naród zatracenia,

4  Jam dzieło wielkiej, sprawiedliwszej ręki.Wzniosła mię z gruntu Potęga wszechwłodnaMądrość najwyższa, Miłość pierworodna;

7  Starsze ode mnie twory nie istnieją,Chyba wieczyste, — a jam niespożyta!Ty który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją...

10  Na odrzwiach bramy ten się napis czytaO treści memu duchowi kryjomej:»Mistrzu«, szepnąłem, »z tych słów groza świta!«

13  A on mi na to, jak człowiek świadomy:»Tu oczyść serce podłością zatrute,Tu zabij w sobie wszelki strach znikomy.

16  Do miejsc my przyszli, gdzie czynią pokutęOwi, com mówił, boleści dziedzice,Duchy ze skarbu poznania wyzute«.

19  Dłoń mi na dłoni położył i liceUkazał jasne, duchem natchnął śmiałym,Poczem wprowadził w głębin tajemnice.

22  Stamtąd westchnienia, płacz, lament, chorałemBiły o próżni bezgwiezdnej tajniki:Więc już na progu stając, zapłakałem.

25  Okropne gwary, przeliczne języki,Jęk bólu, wycia to ostre, to bledsze,I rąk klaskania i gniewu okrzyki

28  Czyniły wrzawę, na czarne powietrzeLecącą wiru wieczystymi skrętyJak piasek, gdy się z huraganem zetrze.

31  Nieświadomości skrępowany pęty:»Mistrzu«, spytałem, skąd ten chór boleści,Kto ów lud, taką snać rozpaczą zdjęty?«

34  On rzekł: »Męczarnię takiej podłej treściZnoszą w tem miejscu te dusze mizerne,Które bez hańby żyły i bez cześci.

37  Są zaś wmieszane między owe bierneRzesze aniołów, które samolubeŻyły, ni wrogie Bogu, ni też wierne.

40  Niebo ich nie chce, gdyż niosłyby zgubęJego piękności; piekło je wyklucza,Gdyżby z nich gorsi mogli zyskać chlubę«.

43  Ja znowu: »Mistrzu, co im to dokucza,Że tak biadają głosami rozpaczy?«A on wysłuchał mię i tak poucza:

46  »Wiedzą, że skonu dzień im się nie znaczy,A ciemnym bytem tak są tutaj mali,Że wszystko inne przenieśliby raczej.

49  SwiatŚwiat nie dopuścił, aby w sławie trwali:Litość ni Sąd się nimi nie opieka;Nie mówmy o nich; spójrz raz i pójdź dalej«.

52  A wtem proporczyk ujrzałem, z dalekaMknący tak szybko, jakby go nosiłaDłoń niegodnego spoczynku człowieka.

55  Za nim niezmierna czerń smugą się wiła;Nigdybym nie był uwierzył na słowo,Że tyle ludu śmierć już wytraciła.

58  Poznałem kilku między bezcechowąCiżbą; pośród nich szła mara człowieka,Co z trwogi wielką skaził się odmową.

61  Więc zrozumiałem, że tu śmierć zawlekaI tłoczy razem owe podłe sotnie,Których Bóg i czart równo się wyrzeka.

64  Nędznym, co w świecie żyli nieżywotnie,Rój ós i przykra kąsa ciało mszyca;Jęczą, gdy ból im do żywego dotnie.

67  Od tych ukąszeń krew tryska na lica,Którą u stóp ich łzami napojonąKłąb glist natrętnych kałduny nasyca.

70  Potem, gdy inną wzrok posłałem stroną,Nad wielką rzeką ujrzę ludu ławy.»Mistrzu«, powiadam, »niech mi dozwolono

73  Będzie zapytać: Kto są? Jakie sprawyKażą im spieszyć? Ile zmierzch dozwoliRozeznać, widzę, że krok niosą żwawy«.

76  A on: »Na powieść o nich przyjdzie kolej,Gdy staniem kroki zahamowanymiNad Acherontem, strumieniem niedoli«.

79  Więc wzrok ze wstydu spuściwszy do ziemiZamilkłem, nie chcąc dłużej być natrętem.I tak do rzeki brzegów szliśmy niemi.

82  Wtem spojrzę, w łodzi mknie owym odmętemStarzec kędziorów sędziwych i brody,Wołając: »Gorze wam, duchom przeklętym!

85  Nie pójdziecie wy na niebieskie gody:Przybywam przewieść was po czarnej strudzeW ciemności wieczne, na żar i na chłody.

88  A ty, co jeszcze ciało masz w posłudze:Precz stąd! Co robisz w umarłym narodzie?..«Kiedy zaś widział, że z odejściem żmudzę:

91  »Z innej przystani i po innej wodzieJest przeznaczona droga twej podróży;Wypada tobie lżejszej szukać łodzie«.

94  »Niech się Charonie w tobie gniew nie jurzy!«Rzekł Mistrz, »tak życzą tam, gdzie śladem chceniaZaraz czyn kroczy; wara pytać dłużej!«

97  Więc lic kosmatych surowość odmieniaPrzewoźnik, włodarz czarnowodnej rzeki,W krąg ócz mający obrączki z płomienia.

100  Ale tym nagim i znużonym szczekiDzwoniły, w lica strach zachodził siny,Gdy usłyszeli swój los niedaleki.

103  Boga, rodziców, ludzkość, narodzinyI dzień i miejsce swych narodzin klęliI syny swoje i swych synów syny.

106  Potem się sparli łkając nad topieliBrzegiem, skąd wszyscy pójdą na męczarnie,Co żyć w bojaźni bożej nie umieli.

109  Bies Charon ócz swych zaświeca latarnieDrogę wskazując i kupą ich goni,A gdzie nie idą w ład, tam wiosłem garnie.

112  Jako pod jesień drzewo liście roniJedno po drugiem, aż się konar wdowiNagim, ze stroju wyzutym, odsłoni,

115  Tak ci dziedzice grzechu adamowiJedno po drugiem zlatują mu w sudno,Niby na wabia sokół w dłoń łowcowi.

118  I jadą przez toń ciemnościami brudną,A nim na brzeg je przeciwny wysadzi,Po drugiej stronie znów od gości ludno.

121  »Synu mój«, tak Mistrz swoję rzecz prowadzi:»Lud, co umiera w nieprzyjaźni bożej,Z ziemi wszech krańców tutaj się gromadzi.

124  Co rychlej wszyscy rzekę przebyć skorzy,Bo tak ich boska sprawiedliwość bodzie,Że zmniejsza lęku, a pragnienie mnoży.

127  Nie chodzą duchy dobre ku tej wodzie;Wiesz teraz, czemu, widząc cię w ich kole,Chciał tobie Charon stawać na przeszkodzie«.

130  Gdy kończył mówić, całe czarne poleDrgnęło tak mocno, że kiedy przypomnę,Dziś jeszcze dusza kąpie się w mozole.

133  Z ziemi łez wianie buchnęło ogromne,Przeleciał po niej gromu błysk czerwienny:I omdlały mi zmysły nieprzytomne —

136  I padłem, jako pada człowiek senny.

1  Silny huk gromu wyrwał mi z pod powiekSenność kamienną, tak, że się wzdrygnąłemNiby gwałtownie przebudzony człowiek.

4  I wypoczęte oczy tocząc kołem,Wyprostowany patrzałem po stronie,Aby rozpoznać miejsce, gdzie stanąłem.

7  Otom się, widzę, znajdował na skłonieOwej bolesnej, piekielnej doliny,Co nieskończonych echa jęków chłonie.

10  Loch był bezdenny, mgławy, czarno-siny;ZreniceŹrenice moje wysłane na zwiadyNiczego dobyć nie mogły z głębiny.

13  »Zejdziemy teraz«, rzekł wieszcz cały blady,W»W otchłannych światów ślepe zakomory:Ja pójdę pierwszy, a ty w moje ślady«.

16  Widząc, że pobladł: »Jakże iść mam skory«,Rzekłem, »gdy w tobie odwaga ustaje,Co mi w zwątpieniach użyczasz podpory?«

19  »Kaźń ludu, co te zamieszkiwa kraje«,Rzekł, »twarz mi czyni równą białej chuścieZ barw litowania, co-ć się lękiem zdaje.

22  Idźmyż: daleki cel ma nasze pójście«.Ruszył; tu pierwsze przekroczyłem za nimKoło, z tych, które biegną nad czeluście.

25  Głos, co mi słuchu doszedł, był nie łkaniem,Lecz szeptem westchnień, który skróś stuleciPowietrze wzruszał bezustannem drganiem,

28  Szedł zaś z cierpienia, które mąk nie nieci,A które znoszą wielkie ludu ławy,Gromada mężów i niewiast i dzieci.

31  Rzecze Wódz do mnie: »Ażaś nie ciekawyTłumu, co smętne te wydaje gwary?Nim stąd odejdziem, masz poznać ich sprawy.

34  Bezgrzeszni oni są, ale z tej miaryJeszcze się zasług zbawienia nie bierze:Stanowi o niem chrzest, brama twej wiary.

37  Chociaż w pogańskiej przyszli na świat wierze,Czci potem Bogu nie złożyli winnej;Do ich gromady oto sam należę.

40  Dla tej usterki, nie dla winy innejPobyt znosimy tutaj bezkatuszny,W tęsknocie żyjąc próżnej i bezczynnej«.

43  Tedy mi serce żal ogarnął słuszny,Bo w tym przedsionku, na wątpliwe trwanieSkazan, poznałem poczet wielkoduszny:

46  »Powiedz, o Mistrzu mój, powiedz, o Panie«,Spytałem, chcąc mieć tę pewność niezbitą,W której jest wszego błędu zaniechanie,

49  »Wyszedł-li który stąd, czy z własnej, czy toZ cudzej zasługi — i był w niebo-brany?«A on odgadłszy mowę mą zakrytą:

52  »Krótko przed mojem rozstaniem z ziemiany,Mocarz tu zstąpił niebiańskiego lica,Znakiem zwycięstwa ukoronowany.

55  On z państw tych wywiódł pierwszego rodzica,Abla, Noego; pośród innych wielaAbram posłuszny, Mojżesz, praw krynica,

58  Dawid stąd wyszedł i ród IzraelaStary: to jest on i ojciec i synyI wysłużona pasterstwem Rachela.

61  Ich wyprowadził w niebieskie krainy;A wiedz, że przed tym dostojnym wyboremŻaden nie zaznał zbawienia człek iny«.

64  Podczas gdy mówił, szliśmy dalszym torem,Prując się czernią lasu bez ustanku,Chcę rzec: przechodząc gęstym duchów borem.

67  Małośmy uszli po okólnym ganku,Kiedym obaczył blask, niby ogniskoW grubych ciemności gorejące wianku.

70  Było daleko jeszcze, lecz dość blizko,Ażebym poznał w pomroków prześwicie,Że zacne duchy miały tam siedlisko.

73  »Mistrzu mój, wiedzy i sztuki zaszczycie,Któż oni i czem dostąpili prawa,Że wiodą tutaj wywyższone życie?«

76  Tak pytam. »Czesna«, rzekł, i »głośna sława,Co ich wyniosła pomiędzy ziemiany,Czyni, że niebo tu im wyższość dawa«.

79  Wtem głos się rozszedł echem powtarzanyI brzmiał: »Przed wieszczem najwyższym chyl czoła!Wraca cień jego, co był nam zabrany!«

82  A gdy się echo uciszyło zgoła,Ujrzę idące cztery wielkie cienie:Twarz ich ni smutna była, ni wesoła.

85  Rzecze Wódz dobry: »Obróć swe spojrzenieNa tego, który mieczem w dłoni toczy,A co go inni w takiej mają cenie.

88  To król poetów, Homer; ten, co oczyMa uśmiechnięte, mistrz satyr, Horacy;Owidjusz trzeci; Lukan czwarty kroczy.

91  Że dostojeństwem wszyscyśmy jednacy,Hołd mnie złożony, wszystkich w sobie brata:Więc słuszna, że mi są łaskawi tacy«.

94  Widziałem zatem słynną pośród świataSzkołę książęcia najszczytniejszej pieśni,Co nad innymi jak orzeł polata.

97  Gdy pogwarzyli z sobą ci rówieśni,Uprzejmej ku mnie obracali twarzy.Wódz się uśmiechał... A eszczejeszcze mię cześniej

100  Przyjmie ta rzesza i większym obdarzyZaszczytem, bo mię w swem gronie pozdrowiJako szóstego śród słowa mocarzy.

103  Roztrząsaliśmy, idąc ku ogniowi,Rzeczy, o których z równego powoduTam się mówiło, jak tu się nie powie.

106  Do stóp my doszli wspaniałego grodu,Otoczonego murem siedmiorakimI piękną rzeczką; choć nie było brodu,

109  Przeszliśmy tędy niby suchym szlakiem;Potem bram siedmią na świeże murawy,Gdzieśmy się z nowym spotkali orszakiem.

112  Lud był szanownej, dostojnej postawy,Powściągliwego, poważnego wzroku,A mowy cichej, skąpej i nieżwawej.

115  Zeszliśmy stamtąd od jednego bokuNa połoninę widną i przestroną,Gdzieśmy ich wszystkich mieli na widoku.

118  Tam, na zielonej darni mi zjawionoDuchy, co dawniej były chwałą ziemi;Na ich wspomnienie dumniej drga mi łono.

121  Druhów Elektry widzę: między niemiPoznaję wielu: Hektora, Eneja,Cezara w zbroi z oczyma orlemi.

124  Z Kamilą widna mi Pentezyleja,A obok ojca swojego LatynaLawinia, w której Włoch była nadzieja.

127  Brutusa widzę, co wygnał Tarkwina:Lukrecję, Julję, Marcję i KornelęI samotnego z boku Saladyna.

130  A gdy oczyma nieopodal strzelę,Mistrza spostrzegam mężów pełnych wiedząNa filozofów siedzącego czele.

133  Cześć mu oddają, skinień jego śledząSokrat z Platonem, cała mędrców świta:Ci dwaj najbliżej u boku mu siedzą.

136  Przypadkowości głoścę Demokryta,Anaksagora, Djogena, Talesa,Empedoklesa, Zena, Heraklita

139  Poznaję; znawcę ziół DjoskorydesaI Euklidesa i Ptolomeusza,I Avicennę i Hipokratesa,

142  Galiena, cnego Senekę, Liwiusza,Tuliusza; przy nich skał i drzew pieśniarza,Który zwierzęta lirą swoją wzrusza

145  I Averroę, twórcę komentarza.Przedmiot rozległy, pióro me nie rące,Nie wszystko com tam oglądał, powtarza.

148  Z sześciorga dwu nas zostało w rozłące;Nowym Wódz dobry szlakiem ruszył ze mnąZ cichego świata w światy wiecznie drżące,

151  W nową dziedzinę, nieśmiertelnie ciemną.

1  W obręb drugiego wstąpiłem koliska,Które zamyka szczuplejsze obszary,Lecz boleśniejszy z duchów jęk wyciska.

4  Tu żywie Minos, ów sędzia prastary:Zgrzytając, grzechy roztrząsa u proga,Sądzi i chwostem znaczy stopnie kary.

7  To jest, gdy przed nim zjawi się niebogaDusza, spowiada swoje grzeszne czyny;Więc obliczywszy którędy jej droga,

10  Ów rozeznawca biegły ludzkiej winyTylekroć biodra ogonem obwinie,Na ile stopni ma zapaść w głębiny.

13  Czerń niezliczona duchów przedeń płynie:Każdy z kolei przybywa przed sędzię,Wyzna, wysłucha i już na dół chynie.

16  »Hej, ty, coś kaźni przekroczył krawędzie«,Zawołał Minos, spostrzegłszy człowieka,I zatrzymał się w ponurym urzędzie;

19  »Bacz jako wchodzisz i co cię tu czeka:Swoboda wstępu niechaj cię nie zdurzy!«A Wódz mój: »Czemu gęba twoja szczeka?

22  Nie czyń ty wstrętu koniecznej podróży:ZycząŻyczą jej w miejscu, kędy, czego życzą,Wraz się i staje; wara pytać dłużej!«

25  A wtem mi w uszach jęki zaskowyczą;A w tem doszedłem do miejsca, gdzie duchyPłaczem ogromnym nieustannie krzyczą.

28  Stanąłem w jamie ciemnościami głuchej,Która jak morze w huraganie ryczy,Gdy niem przeciwne wstrząsną zawieruchy.

31  Piekielny orkan puszczony ze smyczyDusze w gwałtownym ponosi upuście,Szarpie i kole i ościeniem ćwiczy.

34  A kiedy lecą razem nad czeluście,Jęk z jękiem gada, wrzask z wrzaskiem się kłóci,Bluźnierstwom wolne otwierając uście

37  Przeciwko mocy bożej; tak rozsuciNa wolę wiatrów boleją zmysłowi,Co nad rozsądek wywyższyli chuci.

40  Jak szpaki, gdy je wiatr jesienią łowi,Snują w powietrzu długie, zbite chmary,Tak się miotały, poddane wichrowi,

43  W górę, w dół, tam i sam nieszczęsne mary;A nigdy nędznych losu nie poprawiBodaj nadzieja łagodniejszej kary.

46  I jak zawodząc pieśń swą klucz żórawiDługim się sznurem po niebiosach wlecze,Tak się mym oczom smutna rzesza jawi,

49  Płynące smugą burz duchy człowiecze.Więc pytam: »Kto są i jaką się winąSplamiły, że je czarny wiatr tak siecze?...«

52  »Pierwsza z mar«, odrzekł, »co przed nami płyną,Skoro chcesz wiedzieć o niej, panowałaNad wielogwarych narodów dziedziną.

55  W grzech rozwiozłości popadła i zwałaSwawolę wolą, aby swe bezprawiePozorem prawa z hańby ratowała.

58  To Semiramis; wiesz o jej niesławie:Była Ninusa dziedziczką, wprzód żoną:Jej państwo dzisiaj w sułtana dzierżawie.

61  Tamta żgnęła się w rozkochane łono,Prochom Sycheja nie dotrwawszy w statku«.Więc Kleopatrę widzę; uwiezioną

64  Helenę, powód Trojanów upadku;Widzę Achilla, chrobrego hetmana,Co dla miłości walczył do ostatku.

67  Widzę Parysa i widzę Trystana;Tysiąc miłosnym zatraconych szałemDusz tu poznaję z ust mojego Pana.

70  A gdy do końca Mistrza wysłuchałem,Co mi wskazywał damy i rycerze,Litość mię zmogła i zmieszany stałem.

73  »Poeto«, rzekłem, »oto chęć mię bierzePrzemówić do tych dwojga, co się miecąNa wietrze tam i sam, jak lotne pierze«.

76  A on mi na to powie: »Czekaj nieco;Skoro się zbliżą, proś w imię kochania,Które je niesie, a one przylecą«.

79  Więc gdy je wichru przywiały smagania,W głos zawołałem: »Dusze umęczone,Przemówcie do nas, jeśli nic nie wzbrania!«

82  Jako gołębie miłością wabione,Na wyprężonem skrzydle, jedną parteChęcią, w lubego gniazda lecą stronę,

85  Tak z Dydonowej gromady wydarte,Snać rzewną prośbę słysząc mimo wrzaski,Leciały, na wiatr stęchły rozpostarte.

88  »O ty istoto czuła, pełna łaski,Że raczysz witać w tej ciemności sinejNędznych, których krew ziemskie broczy piaski;

91  Gdyby nam sprzyjał Król świata dziedziny,Prosilibyśmy o spokój twej duszy,Żeś się użalił nieszczęśliwej winy.

94  Chcesz-li przyczynę znać naszej katuszy,Pytaj i słuchaj co-ć powiemy o niej,Póki nas burza znów nie zawieruszy.

97  Kraj mój położon jest nad brzegiem toni,Którą nurt Padu z utęsknieniem wita,Bo tam ma spokój od rzek swych pogoni,

100  Miłość, co łatwo serc zacnych się chwyta,Skuła go czarem mej ziemskiej postaci;Wzdrygam się, pomnąc, jak była zabita.

103  Miłość, co zawsze miłością się płaci,Tak mi kazała w nim podobać sobie,Że go nie zgubię już, ni on mię straci.

106  Miłość nas wspólnie położyła w grobie...Morderca niechaj Kainy się lęka!«W takim duch do nas przemówił sposobie.

109  Więc ja poznawszy, jak wielka ich męka,Zwiesiłem głowę i trwałem w tym stanie,Aż wieszcz zapytał: »Co za myśl cię nęka?«

112  Ja się ocknąłem i rzekłem: »O Panie!Jakie tęsknoty i jakie zachceniaNa to nieszczęsne wiodły ich kochanie?«

115  Zaczem zwróciłem się znowu do cienia:»Franciszko«, rzekłem, »pokutnico biedna,Do łez mię twoje wzruszyły cierpienia.

118  Lecz gdy wam z westchnień chęć się rwała jedna,Skąd wam tej chęci pierwsze przyszły wieściI jak wykryła się, dotąd bezwiedna?«

121  A ona: »Niema straszniejszej boleści,Niż myślą szczęścia zaprawiać rozpacze,A mistrz twój o tem długie zna powieści.

124  Lecz skoro taką chęć po tobie baczęPoznać, skąd wyszły nasze niepokoje,Wyznam jak człowiek co mówi, a płacze:

127  Raz dla zabawy czytaliśmy boje,Gdzie wpadł Lancelot w miłosne więzienie;Byliśmy sami, bezpieczni oboje.

130  Czasem nad księgą zbiegło się spojrzenie,I zdejmowało z lic barwy rumiane, —Ale nas zmogło jedno okamgnienie.

133  Kiedyśmy doszli, gdzie usta kochaneRycerz całował w nieowładnej chęci,On, z którym nigdy już się nie rozstanę,

136  Drżący do ust mych przylgnął bez pamięci;Księga i pisarz Galeottem byli,W ten dzień jużeśmy nie czytali więcej.

139  Gdy jeden mówił, drugi cień w tej chwiliSzlochał; a jam czuł, że coś się rozkładaWe mnie i duch się mój ze śmiercią sili...

142  I padłem, jako ciało martwe pada.

1  Gdy się zbudziła myśl stulona w sobieOd mąk widoku, w jakich krewne duszeMdlały i gdym się w mej ocknął żałobie,

4  Nowych skazańców i nowe katuszeNaokół siebie widzę w mrocznym dole,Gdziebądź popatrzę i gdziebądź się ruszę.

7  W trzeciem, wieczystych dżdżów stanąłem kole:Deszcz chłodny, ciężki, ciągły i przeklętyWciąż jedną modłą siecze, żga i kole.

10  Śnieg, brudna woda i grad w bryły ściętyWalą się strugą na ów kraj ucisku;Cuchnie skróś ziemia brzydkie ssąca męty.

13  Cerber, zwierz dziki o potrójnym pyskuWarczy i szczeka i jak pies się dąsaNa lud w okropnem pławiony bagnisku.

16  Wzrok toczy krwawy, czarne kudły wstrząsa,Kłąb ma wydęty i szponiaste ręce;Drze pazurami i targa i kąsa.

19  Od deszczu jak psi w ciągłej wyją męce;Jeden bok drugim ciągle zasłaniają:Prędko się zwijać muszą potępieńce!

22  Gdy nas gad duży ujrzał między zgrają,Paszczękę rozwarł i zęby wyszczerzył;Wszystkie w nim mięśnie jednym dreszczem drgają.

25  A wódz mój piędzi ku ziemi przymierzyłI w obie garści nagarnąwszy błota,W sam środek gęby żarłocznej uderzył.

28  Jak kundys chciwie do jadła się miotaI wraz ucichnie, gdy mu rzucą strawy,Bo już chuć głodu w nim się nie szamota,

31  Podobnie naraz umilkł pysk plugawyCzarta Cerbera, co na dusze łajeRade ogłuchnąć, by nie słyszeć wrzawy.

34  Stąpamy, depcąc widem gęste zgraje,Dżdżem katowane i stawiamy piętyNa ich marności, co się kształtem zdaje.

37  Leżały wszystkie pogrążone w męty,Lecz jedno w chwili kiedy je mijamySiadło i prężąc kadłub wydźwignięty,

40  Rzekło: »Ty, któryś wszedł za piekieł bramy,Wiedz: przed mą trumną była twa kołyska;Spójrz i rozpoznaj com zacz, boć się znamy«.

43  Więc ja: »Kaźń twoja taką cię odciskaZmianą na licach, że mi w niej zakrywaPamięć twojego ziemskiego nazwiska.

46  Powiedz, kto jesteś, duszo nieszczęśliwa,Na której piekło taką złość wywarło,Że choć są większe, żadna tak dotkliwa!«

49  A on: »Twe miasto, które napęczniałoZawiścią jak wór przepełniony ziarnem,Na jasnym świecie swym mię synem zwało.

52  Przezwisko Ciacco nosiłem nad Arnem:Za grzech obżarstwa, brzydki i zwierzęcy,Jako tu widzisz, w deszczu moknę czarnym.

55  Nie sam tu cierpię, ale wśród tysięcy,Wszystko męczarnią karanych jednakąZa równe winy«. Zmilkł i nie rzekł więcej.

58  Na to ja: »Tak mię twój stan boli, Ciacco,Że oto z ócz mych słona płynie woda.Lecz powiedz jeszcze: czyli wiesz na jaką

61  Niedolę kłótnia głupich mieszczan poda?Jest-że kto prawy w mieście? i jak na toPrzyszło, że tak je rozdarła niezgoda?«

64  A on: »Gdy w zwadzie długie minie lato,Zbroczą oręże i nareszcie dzicyWypędzą drugich z krwi wielką utratą:

67  W trzy słońca padną, a ich przeciwnicyWzniosą się, męża wziąwszy za narzędzie,Co się dziś łasi podły i dwulicy.

70  Długo stronnictwo to panować będzieI trzymać tamtych pod grozą obucha,Płaczu i gniewu nie mając na względzie.

73  Dwaj sprawiedliwi są, nikt ich nie słucha:Z trzech iskier: chciwstwa, zawiści i pychy,Na wszystkie serca niegodziwość bucha».

76  Tu uciął smutną wieść i stał się cichy.»Niechże twe usta reszty mi nie tają«,Rzekłem, »słów kilka dołóż prośbie lichej:

79  Gdzie Farinata siedzi? gdzie Tegghiaio?Gdzie Rusticucci, Arrigo i MoscaZ innymi, którzy tak o dobro dbają?

82  Powiedz, bo serce me o nich się troskaI wiedzieć pragnę, czy ich piekło smali,Czyli ich w niebie chowa łaska boska?«

85  »Między ciemniejsze duchy się dostali«,Odparł, »winy ich przeważyły bowiem;W sam czas obaczysz, postąpiwszy dalej.

88  Gdy na świat luby z całem wrócisz zdrowiem,Proszę, głoś o mnie i o mej torturze;Więcej nie rzekę i więcej nie powiem«.

91  Oczy wywrócił w zez i w tej posturzePopatrzał na mnie, łeb wsunął w ramionaI za innymi ślepcy padł w kałużę.

94  »Już on nie wstanie, aż się czas dokona«,Rzekł wódz; »gdy zabrzmią trąby archaniołów,Wróg złego swoje objawi znamiona,

97  Wróci z innymi do grobowych dołówWziąć ciało i kształt, by w pełnej istocieWysłuchać wiecznych wyroku mozołów«.

100  Tak my szli, stawiąc po mieszanym błocieZ duchów i deszczu kroki powściągliweI rozmawiając o przyszłym żywocie.

103  »Mistrzu«, pytałem, »te kary straszliweOd wielkiej chwili, gdy wyrok zahuczy,Mniejsze-li będą czy równie dotkliwe?«

106  A on: »W tem wiedza twoja cię pouczy:Im doskonalszy jest byt, tem mu więcejDobro dogodzi, a boleść dokuczy.

109  A choć karani tutaj potępieńcyNigdy nie dojdą udoskonalenia,Bliżsi go będą niż dziś, czasu jeńcy«.

112  Takeśmy przeszli na okół pierścienia,Gwarząc ze sobą więcej niż powtórzę,Aż kędy w głębsze schodzi się podsienia:

115  Tam Plutus, wielki rozbójca ma stróżę.

1  »Pape Satan, Pape Satan, aleppe!«Zaryczał Plutus ze swej chrypłej krtani;A On, wszystkiego świadom: »Niech cię ślepe

4  Strachy nie zwodzą«, mówił, »bo szataniChoć wielką mają władzę, nie przekażą,Byś nie miał zstąpić z tych skał do otchłani.

7  Potem do wzdętych gęb zwrócił się twarząI krzyknął: »Zamilcz mi wilku przeklęty,Sam w sobie żrej się zaciekłością wrażą.

10  Wara koniecznej drodze czynić wstręty;Życzą jej w górze, gdzie nad nieowładnąZgrają wziął pomstę niegdyś Michał święty!«

13  Jak jednym razem zwiną się i padnąŻagle, skoro maszt przełamie się w połu,Tak padł złośliwy potwór; a my na dno

16  Czwartego zatem zstąpiliśmy dołu,Głębiej się drążąc w bolesne dziedziny,Co wszystko świata złe mieszczą pospołu.

19  O Sądzie boży! mógłżeby kto inySkupić tak razem przeliczne męczarnie?Przecz nas tak sieką nasze własne winy?...

22  Jak nad Charybdą fal spienione psiarnieŁawą wypadną i na siebie skoczą,Tak się w tym lochu tłum na tłumy garnie.

25  Liczniejsze, niźli indziej, tu się tłocząZgraje i wyjąc, wszystkiej piersi mocąOgromne głazy przeciw sobie toczą.

28  Prąc, wpadną na się, potem się obrócąI cofną, w groźnym wciąż łając pomruku:»Po co wstrzymujesz?« — »A ty, puszczasz po co?«

31  Tak po pierściennej drogi ciemnym łukuZ obu stron dążą na kres przeciwległy,Śród ciągłych obelg i głazów postuku.

34  Zaledwie swoje półkole obiegły,Znów się wracają zgięte kształty cieni:Więc łzy współczucia rzęsę mi obległy.

37  »Mistrzu mój«, rzekłem, »jak się lud ten mieni?Z kościoła przyszli czy z klasztornej celiOwi na lewo, wszyscy podgoleni?«

40  A Mistrz mój na to: »Wszyscy oni mieliUmysł tak kosy za ziemskiego trwania,Że w dóbr rządzeniu miary zapomnieli.

43  Co łacno z psiego wysłyszysz łajania,Gdy się na krańcach przeciwnych odwiną,Dokąd ich zbrodnia przeciwna pogania.

46  Owi, co nagą łyskają łysiną,To kardynali, papieże, kapłani,Grzesznego chciwstwa obarczeni winą«.

49  Więc ja: »Mistrzu mój, tuszę, że w otchłaniRozpoznam kogoś z gromady nikczemnejTych, co są taką wina pokalani?«

52  A on mi rzecze: »Szukać trud daremny;Pozacierany w bycie ladajakimKształt ich twym oczom i tu będzie ciemny.

55  Na wieki tłuc się będą onym szlakiem,Aż dzień ostatni wszystkich odmogili:Tych łysków i tych z zamkniętym kułakiem.

58  Że źle dawali i że źle dzierżyli,Raju nie dojdą, na wieczne poswarkiSkazani, jako w tej oglądasz chwili.

61  Patrz synu, jaki bierze termin szparkiMienie, fortuny dziecię, co dlań ludzieUstawną pracą wysilają barki.

64  Ot, wszystko złoto jeszcze skryte w rudzie,Lub już dobyte, nie ulży strudzonejDuszy, ażeby odpoczęła w trudzie«.

67  Mistrzu, w tem jeszcze chcę być pouczony:Fortuna i jej dziwne kołowrotyCzem są, że piękny świat tak wzięły w szpony?«

70  A on mi na to: »O głupie istoty,Nieświadomości i nieuctwa dzieci!Posłuchaj, że cię wywiodę z ciemnoty:

73  Ten, czyja wiedza blask najwyższy nieci,Stworzył niebiosa i tych, co je wodząTak, że część każda każdej cząstce świeci,

76  A światła wszędy równo się rozchodzą.Podobnie ziemskim blaskom, ziemskiej doliNadał mistrzynię, która za swą wodzą

79  Znikome dobra wciąż obsyła w kolejZ ludów na ludy, z rodzin na rodziny,A której ludzki rozum nie zniewoli.

82  Jeden szczep rośnie, gdy drugi z perzynyPada, jak losem władczyni przyniesie,Której sąd skryty, by wąż pośród trzciny.

85  Próżno wasz rozum jej przeciwić chce się;Ona przeziera, roztrząsa, rozstrzyga,Jak każdy inny Wied w swoim zakresie.

88  Ciągle jest w ruchu, nigdy nie ostyga,Z koniecznych przyczyn nieodmiennie chyża,I stąd tak często dola dolę ściga.

91  Oto fortuna, której »winna krzyża!«Woła niejeden, zamiast sławić raczej,I krzywdzącemi słowy ją poniża.

94  Lecz ona szczęsna ucha dać nie raczyI między innych pierwotworów gronoBłogosławione swoje biegi znaczy.

97  Na większą litość gotuj teraz łono:Gwiazdy, co wzeszły gdym wyruszał, nizkoJuż stoją, a nam żmudzić zabroniono«.

100  Tuśmy przecięli doliny koliskoI po nad źródłem wyszli, co się pieni,Padając w ryte swym pędem łożysko.

103  Woda w niem czarna, lecz krwawo się mieni;Zaczem tą nową drogą w głąb pieczarySzliśmy, mętnymi nurty prowadzeni.

106  Ta smutna struga brzeg podmywa szary,Jadem ziejący i w bagno rozwlekły,Styksem nazwane; gdym w te zakamary

109  Rzucił spojrzenie, ujrzałem ociekłyBłotem ogromny lud z nagiemi ciałyI z twarzą srogą, jakby z gniewu wściekły.

112  Już nie rękoma na się uderzałyDuchy: nogami i piersią i głową;Zębami siebie darły na kawały.

115  Tu dobry Mistrz mój rzecze do mnie: »OwoCi, których w świecie złość przemogła licha;I to wiedz pewnie, że tam pod osnową

118  Mokradła równie mnóstwo ludu wzdycha:Gdziekolwiek okiem rzucisz po przestrzeni,Poznasz po bańkach, które nurt wypycha.

121  Brnąc, jęczą: »Smutkiem byliśmy karmieniNa lubym świecie, który się weseliW słońcu; gnuśnymi dymy napełnieni,

124  Więc smutek żre nas w tej błotnej topieli!«Tak odzywają się w bagnie bełkotem,Co zająkliwie pluska im z gardzieli.

127  Okrążyliśmy moczar w okół potem,Z prawej dół mając, a z lewej wybrzeże,I poglądali na ciekących błotem,

130  Ażeśmy przyszli pod jakowąś wieżę.

1  Mówię: dalekie jeszcze śród wądołuMajaczyły nam wieży czarne węgły,A już mi oczy zbiegły ku jej czołu

4  Do dwu płomyków, co się tam wylęgłyPrzeciw trzeciemu w takiej odległości,Że ich zaledwie źrenice dosięgły.

7  Więc ja wpatrzony w Morze wszechmądrości,Pytam, co znaczą te ogniste gwary,Kto nimi gada na tej wysokości.

10  »Już się przybliża«, odrzekł, »przez moczary,Na co czekamy i wnet się odsłoni,Jeśli-ć widoku nie skryją opary«

13  Nie takim szybkim lotem pewnie goniBełt, gdy napięta puści go cięciwa,Jako w tej chwili ujrzę, a po toni

16  Maleńkie czółno ku brzegom dopływa:Jakiś duch ciemny był sternikiem nawyI wołał: »Tuś mi duszo niegodziwa!«

19  »Flegjasz, ej, Flegjasz, tym razem ty sprawyNie wygrasz!« tak Pan do niego zakrzyczy;»Tyle my twoi, ile tej przeprawy«.

22  Jak człowiek, co go, kiedy na coś liczy,Rozczarowanie do głębi ubodzie,Taki był Flegjasz, pozbawion zdobyczy.

25  Zaczem Wódz podszedł, wstąpił i do łodzieMnie wezwał; teraz dopiero ciężaryMymi zważony, ponurzył się w wodzie

28  I przez odmęty pomknął czółn prastary,Głębiej się dzióbem wrzynając, niż skoroPrzewoził w sobie bezcielesne mary.

31  Wtem, gdy przez mętne płyniemy bajoro,Jeden topielec do oczu mi skacze:»A ty kto?« wrzaśnie, »coś tu wszedł przed porą?«

34  Ja na to: »Wszedłem, lecz zostać nie raczę.Kto zaś ty jesteś, oszpecony kałem?«A on: »Wszak widzisz; jestem, który płaczę«.

37  »Duchu przeklęty!« na to zawołałem,»Zstań-że tutaj w płaczu i żałobie;Choć zbłoconego, przecież cię poznałem!«

40  Więc mara na bort kładła ręce obie,Lecz Mistrz podbiegłszy, strącił piekielnicę:»Psi rodzie!« krzyknął, »idź precz, wara tobie!«

43  Wziął mię za szyję i całując w licePowiadał: »Duszo, pełna oburzenia,Błogosławione łono twej rodzice!

46  Ten był w swej pysze pełen zaślepienia;Żaden czyn jemu nie zdobi pamięci,Przeto nie znalazł pokoju dla cienia.

49  Ilu-ż to królów, co państwem nadęci,Tutaj ugrzęzną jak wieprze w kałuży,Wprzód w sercach ludzkich na wieki przeklęci«.

52  »Mistrzu« powiadam, »pragnę, nim podróżyNaszej dokona sternik przez bagniska,Widzieć, jak nędznik w błocie się zanurzy«.

55  »Nim łódź drugiego brzegu będzie blizka,To, czego życzysz, obaczysz na jawie:Zacne pragnienie nagrodę pozyska«.

58  Niebawem oczy taką rzezią bawięSprawioną widmnwidmu od tłuszczy przeklętej,Że jeszcze dzisiaj za nią Boga sławię.

61  »Daj go!« — wrzeszczała, »Filipa Argenti!«Bezsilny przeciw napastników chmarze,Gryzł sobie ręce Florentczyk zawzięty.

64  Już go nie wspomnę, zostawię w moczarze.Wtem mię uderzył jakiś jęk złowrogi:Więc oczy baczniej w czarną pustkę wrażę.

67  Mistrz rzekł: »Tu synu koniec wodnej drogi;Oto gród Disa przed nami odkryty:Liczne i groźne w nim siedzą załogi«.

70  A ja: »Widne mi jego moszej szczytyUmalowane kolorem czerwieni,Jak w hutnym piecu rozpalone płyty«.

73  Więc on mi na to: »Od wiecznych płomieniZ wnętrza wykwita pas barwy ognistej,Którym się niższe to piekło rumieni«.

76  Wtem barka nasza wbiegła w rów kolisty,Który krainę beznadziejną grodzi;Mur nad nim zdał się barwy żelazistej.

79  Sternik nasz krążył, zanim dał swej łodziWbiec do przystani; nareszcie przybija:»Wysiądźcie«, krzyknął nam, »tędy się wchodzi«.

82  Spojrzę, nad tysiąc czartów się uwijaU wrót i woła głosy zjadliwymi:»Kto jest ten śmiałek«, pytają, »i czyja

85  Stopa za życia w martwych staje ziemi?«Więc Wódz roztropny ku nim jeno skinie,Że pragnie coś rzec słowy tajemnemi.

88  Na to ich pycha zaraz się ochynie:»Pójdź sam«, wołają, »lecz ten niechaj wraca,Krom prawa w naszej stający krainie.

91  Niechaj z powrotem błędnej drogi maca;Ty zostań, coś go wiódł w tę norę ciemną,Tobie stąd wyniść nadaremna praca!«

94  Pomyśl, słuchaczu, co się działo ze mną,Gdy usłyszałem przeklęte wyrazy:Samemu drogi stąd szukać daremno!...

97  »Wodzu mój luby, coś nad siedem razyWracał otuchę i zwalczał zawadyStojące w drodze mojej dla obrazy,

100  Niech nie zostanę słaby i bez rady;Skoro moc wyższa przeszkodą nam staje,Co prędzej wróćmy za własnymi ślady«.

103  Lecz Pan mój, co mię w owe przywiódł kraje,Rzekł: »Zbądź obawy; nikt nie jest dość silny,Aby nam bruździł, gdy Bóg wolność daje.

106  Tu na mnie czekaj i pokarm posilnyNadziei spożyj i niech myśl się cuci,Wiedząc, żem twego bezpieczeństwa pilny«.

109  Zaczem odejdzie i samego rzuciMój słodki Piastun; zawahany stałem,Bowiem »tak« i »nie« w mej głowie się kłóci.

112  Nie wiem, jakim się świadczył trybunałem,Ale za chwilę piekielne załogiWszystkie do grodu nazad biegły cwałem.

115  I zatrzasnęły bramę nasze wrogiW pierś Pana mego; więc do wrót powoliWracał, stawiając opieszałe nogi.

118  I onieśmielił mu się wzrok sokoliW ziemię spuszczony; idzie i powiada:»Kto mię niepuszcza do domu niedoli?«

121  A do mnie rzecze: »Że mną gniew owłada,Nie dbaj i nie bój się; zwalczę przekory,Jakabykolwiek stawiała je zdrada.

124  Nie pierwszy raz to brużdzą krnąbrne zmory;Wszak próbowały buntu u mniej skrytejBramy, co nosi pęknięte zawory.

127  Widziałeś napis śmierci na niej ryty:A już tamtędy z kamiennych porożySkróś kół piekielnych przybywa bez świty

130  Ten, co nam wrota forteczne otworzy«.

1  Gdy ujrzał Wódz mój, że z jego kłopotemNa twarz mi wpełzła blada bezotucha,SmiałośćŚmiałość na lica przywołał z powrotem,

4  Stanął i czekał jak człowiek co słucha,Bo najbystrzejszy wzrok tam nie przebrodziZ dymu i mgławic czarnego wańtucha.

7  »Ten nowy szkopuł zwalczyć nam się godzi«,Szepnął, »a gdy nie... czekać zmiłowania;Jakże mi dłuży się, że nie nadchodzi!«

10  Snadniem ja dostrzegł, że początek zdaniaMyśl doufniejszą niźli reszta mieści,Tak, że z nich razem sprzeczność się wyłania.

13  To też strach na mnie padł od nowej wieści:Ze strzępów mowy, niepewny co znaczą,Możem dobywał nazbyt groźnej treści.

16  »Zstąpił-li w smutną tę jamę ślimacząKto z duchów, które pierwszy stopień winyPragnieniem nieba beznadziejnem płaczą?«

19  Tak pytam, a Wódz: »Sród naszej drużynyNiewielu tylko wolność otrzymałoDeptać te oto podziemne ścieżyny.

22  Raz ja tę podróż odprawiłem całą,Gdy prośbą dzikiej Erykto zaklęty,Co była zdolna wskrzeszać trupie ciało,

25  Wnet potem, kiedym zzuł doczesne szczęty,Wstąpiwszy tutaj, zabrałem tajemnieDucha, co w kręgu Judy był zamknięty.

28  To są najgłębsze, najczarniejsze ciemnie,Najdalsze nieba, gdzie trwa źródło ruchu;Dobrze znam drogę, miejże ufność we mnie.

31  Ten staw okropny, siedziba zaduchu,Twierdzę boleści dzierży pośród fali;Teraz tam wkroczym z wielkim gniewem w duchu«.

34  Już nie pamiętam, co powiadał dalej;Wszystką uwagę ściągnąłem do góryKu szczytom wieży, co się krwawo pali

37  I gdzie odrazu nad ponsowe muryTrzy krwawe Furje wyrosły pospołu:Kobiece kształty miały i postury,

40  Zielenią gadów opasane w połu;Z źmij i padalców ukręcone biczeZa włos pokładły surowemu czołu.

43  A on, co znał już obrzydłe obliczeSłużebnic pani wieczystego jęku,»Patrz«, wołał, »oto Erynnie zbrodnicze.

46  Oto Megera, ta po lewym ręku;W prawo Alekto wyje; TyzyfonyKształt w środku widzisz«. Zmilkł i stał bez dźwięku.

49  Spojrzę, pierś sobie drą własnymi szponyI w dłonie klaszczą i jęczą; ja całyDrżę, do Poety boku przytulony.

52  »Bywaj Meduza! Zmień go w kawał skały!«Przegięte ku mnie wołają djablice;»My Tezeusza niegdyś ugłaskały!«

55  »Obróć się prędko, zakryj dłońmi lice:Niechbyś się dostał na oczy Gorgonie,Żegnałyby się z dniem twoje źrenice«.

58  Twarzą mię zwrócił ku przeciwnej stronieI na mych oczach, pełen nieufania,Jeszcze położył swoje własne dłonie.

61  O, wy, jasnego zdolni rozeznania!Patrzcie nauki, która z osłoniętejNiezwykle mowy tajną myśl wyłania...

64  A już się zbliżał przez brudne odmętySzum, od którego dwa brzegi dygocą:Przerażające jakoweś tententy.

67  Tak wyzwolone sprzecznych prądów mocąTłuką się wiatry po lasu rubieży,Szarpią konary, z pniami się szamocą,

70  Rwą i unoszą kwiat; a po grabieżyDumnie odchodzą w kurzawy obłoku,Pędząc przed sobą trzody i pasterzy.

73  Z oczu mi dłonie zdjął. »Teraz moc wzroku«,Rzekł, »wytęż, gdzie mgła po fali się wijeGryząca, zgęsła w oparów natoku«.

76  Jak przed zjawieniem jadowitej źmijeStado żab w wodzie nagle się rozprószyI do dna tonie i tam w grunt się ryje,

79  Tak więc tysiączne, skazane katuszy,Zbiegły przed Jednym przerażone duchy,Który po Styksie stąpał, jak po suszy.

82  Z twarzy odganiał przygęsłe zaduchyWionąc lewicą, ale zdał się zgołaNieutrudzony, jeno tymi ruchy.

85  Więc niebieskiego w nim zgadłem anioła;Spojrzę na Mistrza, a on znak mi dawał,Abym stał cicho, i pochylił czoła.

88  O jakżem pełnym wzgardy Go poznawał...Podszedł do bramy i dotknięciem wiciOtworzył; nikt mu przeszkodą nie stawał.

91  »Niebios wyrzutki, sromotą okryci!«Rzekł, przestępując próg okropnej parni,»Czem się ta krnąbrność w sercach waszych syci?

94  Przecz owej Woli stawacie niekarni,Której zamiarów żaden nie umorzy,A tylko własnej powiększa męczarni?

97  Przecz się buntować konieczności bożej?Próbował Cerber: ku wiecznej przestrodzeKark ma i gardziel zdarte od obroży«,

100  Rzekł i powracał po błotnistej drodze,Na nas nie patrząc zgoła, z miną człeka,Którego wcale inna troska głodze

103  Niźli o tego, co jej chciwie czeka;A myśmy weszli skróś czarnego wzwodu,Czując, że można nad nami opieka.

106  Już nam gwałt niczyj nie wzbraniał przechodu,A ja, com ciekaw był przekroczyć progiI poznać wreszcie treść krwawego grodu,

109  Wzrokiem zatoczę i widzę rozłogiPo stronie lewej i po stronie prawej,Pełne rozjęków i katuszy srogiej.

112  Jak w Arles, gdzie Rodan rozlewa żuławy,Lub w Pola, gdzie wzdłuż Quarnera wybrzeżyMorze podmywa italskie dzierżawy,

115  Pole się groby kamiennymi jeży,Tak tu grobowców sterczą nagie skały,Lecz gorycz tamtych z tą niech się nie mierzy!

118  Pośrodku mogił płomienie pełzały;Na skróś je parna przejmowała spieka,Większa, niż wszelkie hutnicze upały.

121  Grobowców były uniesione wieka;Przerażające szły z głębi lamentyNiby z nędznego na mękach człowieka.

124  Więc ja do Mistrza: »Kto ten lud zamkniętyI pochowany w granitowe leże,Na taką rozpacz bolesną przeklęty?«

127  Na to on do mnie: »Tu cierpią kacerzeWszelakiej sekty; z nimi naślednicyMnodzy; żadną ich liczbą nie przemierzę.

130  Równi z równymi legli; dla różnicyWin w różnym stopniu żłoby trumien płoną«.Tutaj skręciwszy w prawo, wzdłuż ulicy

133  Męczeńskiej szliśmy, pod murów osłoną.

1  Wązką ścieżyną między miasta murySzliśmy, a owe upalne katownie:Mistrz mój na przedzie, a ja za nim wtóry.

4  »O szczytna Siło, co mię tak cudownieWodzisz po niecnej krainie nędzarzy«,Rzekę, »jednego-m ciekaw niewymownie:

7  Owy lud, co się wewnątrz grobów praży,Można-ż oglądać? bowiem uchyloneSą wieka trumien, a nie widzę straży«.

10  Na to Mistrz do mnie: »Zatrzasną się one,Gdy z Józefata dolin liczną zgrająPrzybędą duchy w ciała obleczone.

13  W tej okolicy swe cmentarze mająEpikur i tych jego uczniów świta,Co duszę wspólnie z ciałem zabijają.

16  Ale myśl w twojem pytaniu spowita,Wnet w jednej trumnie znajdzie rozwiązanie,A za nią inna chęć przedemną skryta«.

19  »Serca mojego nie zakrywam, Panie,Gdy chcesz w nie wejrzeć; lecz milczeć się zdało,Bo takie było twoje rozkazanie...«

22  »O, Toskańczyku, który żywe ciałoPrzez gród ogniowy niesiesz i tak cześniePrzemawiasz, zostań tutaj chwilę małą.

25  Już mi twa gwara zdradziła, że nie śnię:Snać ciebie rodzi ta ziemia sławiona,Której jam może ciężył zbyt boleśnie«.

28  Te słowa wyszły z kamiennego łonaTrumny; toż większa trwoga na mnie padnie,Do mego wodza przytulam ramiona.

31  »Obróć się: co ci?« tak Mistrz mię zagadnie;»Patrz, Farinata wstał w niszy kamiennej:Od głów po biodra obaczysz go snadnie«.

34  »Wzrokiem chwyciłem jego wzrok trumienny;On wznosił piersi i czoło surowe,Jakby miał piekło w pogardzie bezdennej.

37  Wtem ręce Wodza mego piorunowePchnęły mię, kędy ten cień sterczał blady:»Zwięzłą do niego«, rzekł, »obracaj mowę«.

40  Gdy u grobowca stanąłem posadyPopatrzał na mnie, a potem mi rzuciłDumne pytanie: »Kto są twoje dziady?«

43  Ja, bym się z Mistrza przestrogą nie skłócił,Co chciał, krótkimi wyznałem wyrazy;Więc on brwi nieco ku górze obrócił

46  I mówił: »Chciwi byli mojej skazy,Na ród mój wojnę od wieków zażegli,Toż w polu pomstę z nich brałem dwa razy«.

49  »Choć zwyciężeni, przecież się postrzegli«,Odparłem; »wzięli zasię gród zabrany;Twoi w tej sztuce byli mało biegli«.

52  Wtem oczom moim wstał wyprostowany,Widny po brodę, duch z bliskiej mogiły:Myślę, że klęczał w swej trumnie kolany.

55  Jął się rozglądać, jakby jakiś miłyGość miał mu z moją zjawić się osobąI nagle oczy mu się zasępiły.

58  Płacząc, rzekł: »Skoro skróś smutnych żałobąWięzień szczytne cię wiedzie przyrodzenie,Kędyż jest syn mój i czemu nie z tobą?«

61  »Nie własne tutaj wiedzie mnie zachcenie«Rzekłem, »tam stoi mąż, co mną się para:Twój Gwido, rzkomo miał go w małej cenie«.

64  Zarówno słowa widma, jak i karaDosyć mi o nim powiedziały wieści,Stąd przemawiałem świadom. A wtem mara

67  Powstała nagle i pełna boleści:»Jakto, miał, mówisz? Czyż-by już nie bawiłNa jasnym świecie, gdzie blask oczy pieści?«

70  A gdym go nie dość pospiesznie odprawił,Duch rozumiejąc, że odpowiedź kryję,Na wznak padł w trumnę i już się nie zjawił.

73  Tymczasem cień ów dostojny, na czyjeProśby zostałem, postawy nie zmienia,Bioder nie skręci, nie obróci szyje,

76  Lecz jakby kończył swego przemówienia:»Że tego kunsztu nie znali w niedoli,Bardziej dolega, niż łoże z kamienia.

79  Zanim pięćdziesiąt razy twarz wykoliPani, co dzierży tu czasu rachubę,Sam ty doświadczysz, jak ta sztuka boli.

82  A że powrócić masz na światło lube,Powiedz: przecz lud twój nas prawami smaga?Czemu nastaje wciąż na naszą zgubę?«

85  Więc ja mu na to: »Rzeź i ta zniewaga,Co Arbji dała fale rubinowe,W zakonie naszym odwetu wymaga«.

88  A on westchnąwszy i zwiesiwszy głowę:»Wszak nie sam byłem, kiedy was wyparto;Nie wszedłbym z nimi bez przyczyny w zmowę.

91  Za to sam jeden, kiedy się zażartoZmienić Florencję w kupę rumowiska,Broniłem miasta z przyłbicą otwartą«.

94  »Niechaj-że plemię twoje mir odzyska!«Rzekłem, »a teraz rozwikłaj pętlicę,Która mi władzę poznania zaciska.

97  Jak widzę, wzrok wasz sięga za granicęZdarzeń dziejących się w obecnej porze,Lecz obecności zakryte wam lice?...«

100  »Jak w dalowidztwie wzrok nasz dostrzec możeJedynie tylko odsuniętych rzeczy;Tyle nam łaski daje Światło boże,

103  Lecz blizkich lub już obecnych nam przeczy;Toż póki z inąd wieści nie zaznamy,Skryty przed nami jest wasz stan człowieczy.

106  Stąd łacno możesz wnieść, że postradamyTo świadomości dobro niewątpliwie,Skoro przyszłości zatrzasną się bramy«.

109  Więc ja mą winą cały się roztkliwię;»Powiedzcie temu, co wpadł w trumnę z głazu:Syn jego pośród żywych jeszcze żywie.

112  Żem odpowiedzi nie dał mu odrazu,To przeto, żem był w błędzie uwikłanyWidnym mi teraz z twojego dokazu«.

115  A wtem już Mistrza głosem przyzywany,Spiesząc się, ducha poproszę goręcej,By mię pouczył, kto z nim pogrzebany.

118  »Leżę tu«, odparł, »pośrodku tysięcy:Ze mną Fryderyk drugi i kardynałI jeszcze..., ale nie chcę mówić więcej«.

121  Tu zapadł w trumnę, a jam iść poczynałKu prastaremu mojemu WieszczowiI ową przykrą wróżbę przypominał.

124  Ruszył; po małej chwili tak mi powie:»Co to za troska, widzę, tobie cięży?«Więc ja wyznałem, tusząc, że uzdrowi.

127  »Coś przeciw sobie słyszał, niech się stężyW twojej pamięci!« tak Mędrzec mi każe;»A teraz bacz tu!« i palec wypręży.

130  »Kiedy obaczysz blasków jasne zarzeTej, której wdzięczny wzrok przegląda wszędy,Ona ci drogę żywota ukaże«.

133  W lewo zawrócił Mistrz mój i już tędyMur porzuciwszy, ścieżką coraz głębiejSzliśmy w dolinę, skąd wstrętnymi swędy

136  Aż ku nam ogień wewnętrzny się kłębi.

1  Idąc okólną ścieżką po wiszarze,Co go tworzyły ściany w gruz rozbite,Nad okropniejsze przyszliśmy cmentarze.

4  Powietrze było tak zaduchem syteCo w przepaścistej otchłani się wszczyna,Żeśmy się skryli za grobową płytę,

7  Na której napis ryty wypomina:»Tutaj spoczywa papież Anastazy,Zwrócony z drogi prawej od Fotyna«.

10  »Zwolna«, Mistrz rzecze, »schodźmy między głazy;Niech nawyknieniem zmysł się ubezpieczy,Poczem już dalej pójdziesz bez odrazy«.

13  Na to ja proszę: »A tymczasem k’rzeczyŻmudę mil innym wynagrodzić zyskiem...«»Właśnie«, odpowie, »to miałem na pieczy.

16  Synu mój, w dole pod głazów urwiskiemTrzy koła jak te, co nam z ócz znikają,Wciąż zwężającem się biegną łożyskiem,

19  Wszystkie przeklętą wypełnione zgrają;Lecz by ci potem spojrzeć wystarczało,Dowiedz się tutaj, przecz i jak się kają:

22  Wszelka złość, którą niebo obrzydziło,Celem ma krzywdę; zrządzić ją się staraGodząc w drugiego podstępem lub siłą.

25  Lecz podstęp, człecza jedynie przywara,Jest niezbożniejszy, to też w niższem koleŚlęczą podstępni, których sroższa kara.

28  W pierwszem się mieszczą gwałtownicy kole;Lecz że gwałt trzema sposobami chodzi,Więc rozdzielony na troiste pole.

31  W Boga, bliźniego lub siebie gwałt godzi,A to w osoby, mówię, albo rzeczy,Jako się z dalszej mej treści wywodzi.

34  Gwałtem zabija się, albo kaleczyBliźnich osobę, a dobra i mieniePożarem gubi, rabuje, niweczy.

37  Stąd skrytobójców i morderców cienie,Zbrodniów, złodziei oddzielną komorąDostały pierwszy krąg na osiedlenie.

40  Może obrócić człowiek rękę skorąNa siebie, lub swój majątek; więc społemW drugim okręgu beznadziejną biorą

43  Kaźń, co się sami rozstają z padołem,Marnują dobra, trwoniąc je bez miaryI płaczą tam, gdzie trzeba być wesołym.

46  Gwałt Bogu zadać można brakiem wiary,Albo bluźnierstwy, lub gdy się wyróżniOd praw przyrody, lub gardzi jej dary.

49  Więc w mniejszym kręgu cechą z piekieł kuźniSodomski znaczon ród i KaorzanyI ten, co Bogu w sercu swojem bluźni.

52  Podstęp w sumieniu sprawiający rany,Krzywdzi tak tego, co na wierność liczy,Jak co ufnością nie był warowany.

55  Ostatni owych jeno więzów tyczy,Które natura na ludzi nakłada,Przeto się kołem drugiem ograniczy

58  Obłud, złodziejstwa i symonji zdrada;Tu więc pochlebcy, fałszerze, znachorzy,Rufjani, szachry i inna szkarada.

61  Poprzedni miłość przyrodzoną morzyI to, co z taką miłością się splata,A co związkami swymi ufność mnoży.

64  Więc w mniejszem kole, gdzie jest środek świataI kędy się Dis okropny rozsiada,Zdrajcom wieczysta znaczy się odpłata«.

67  »Wykład twój«, rzekłem, »jasno opowiadaI jasno dzieli piekielne koliskaI lud, co w piekła głębokościach biada.

70  Lecz powiedz: Owi z błotnego bagniskaI których tnie deszcz i których wiatr garnie,I czerń, co na się ciągłe klątwy ciska,

73  Czemu w szkarłatną nie popadli parnię,Skoro ich nie ma Bóg w litości swojej;Jeżeli zaś ma, skąd te ich męczarnie?«

76  »Przecz«, odparł, »myśl twa w obłędzie się znoi,Taką niezwykłą złudą opętana?Czyli, że może kędy indziej roi?

79  Zbiegła-ż z pamięci twojej prawda znana,Którą ci jasno wykłada Etyka,O trzech nałogach, obrzydzeniu Pana?

82  To niewściągliwość, złość, zwierzęcość dzika:Jako ta pierwsza mniej Boga obrażaI przeto z mniejszą karą się spotyka?

85  Jeżeli dobrze rozum twój to zważa,Przypominając razem, kto są owiCierpiący zewnątrz parnego cmentarza,

88  Pojmiesz, że im się odmienne stanowiMiejsce niż zdrajcom; że kary mniej wstrętneZnoszą, bożemu wydani gniewowi«.

91  »O Słońce, które wzroki leczysz mętne:Tak mi się umysł z twych rozjaśnień złoci,Że w nich wątpienia stają się ponętne.

94  Lecz niech twa dobroć«, rzekłem, »myślą wróciI tę zawiłość jeszcze mi wyłoży:Jak lichwa z ujmą jest bożej dobroci?«

97  »Ten filozofja błąd w tobie umorzy«,Odparł, »wszak nieraz powtarza w swym wątku,Jako natura bierze źródło w bożej

100  Sztuce i płynie z bożego rozsądku;A gdy kto pilnie w Fizyce poszuka,Znajdzie w jej księgach zaraz na początku,

103  Że za naturą dąży wasza sztukaJako w mistrzowe uczeń dąży ślady;Że więc jest ona jakby boża wnuka.

106  Jeśli na pamięć znów przywiedziesz radyZ księgi Rodzaju, wiesz, że brać wypadaZ obu porządek życia i zasady.

109  Zaś lichwiarz właśnie karność wypowiadaNaturze i tej, co w trop za nią bieży,Skoro gdzieindziej nadzieje zakłada.

112  Teraz pójdź za mną; pospieszać należy;Na horyzoncie już zamigotałyRyby, nad Kaurem Wóz już pewnie leży,

115  A nam nie tędy przyjdzie zejść ze skały«.

1  Grań, którą schodzić mieliśmy po stoku,Tak była dzika, przytem pełna wstrętu,Że pierzchał ludzki zmysł od jej widoku.

4  Jak w usypisku, co z tej strony TrentuSplezło w Adygę, czy własnym ogromem,Czyli od wstrząśnień podziemnych tententu,

7  Od stóp do szczytu rozdartym wyłomemTak się bok góry zrobił niedostępny,Że cud był, ścieżka po urwisku stromem, —

10  Podobnie sterczał gościniec posępny;A na wierzchołku strzaskanej głowicyKreteński leżał brzydki gad, w występny

13  Sposób z kłamanej spłodzon jałowicy;Ledwo nas ujrzał, cielsko kłem rozporze,Jak ten, w którym gniew tajony zaryczy.

16  W tem Mędrzec krzyknie doń: »Rozumiesz może,Iż tu ateńskie książę na cię godzi,Co cię zadławił na kreteńskim dworze?

19  Odstąp precz bestja, bo ten nie przychodziJak ów, od siostry twojej nauczony,Lecz mu kaźń waszę obaczyć się godzi«.

22  Jak buhaj ciosem śmiertelnym raniony,Na bok, w który go ugodzono, padaI wstać nie mogąc, dryga w obie strony,

25  Tak się miotała kreteńska szkarada;Więc wódz mój krzyknął: »Zbiegnij po krawędzi,Wymiń go, póki sam sobą nie włada!«

28  Zaczem po piargach szliśmy, w każdej piędziCzując z pod stopy zmykające głazy,Co je w dół ciężar niezaznany pędzi.

31  Szedłem w zadumie. »Dziw ci, jakie razyWycięły zrąb ten, strzeżon strachem złości,Którą moimi zgromiłem wyrazy?

34  Wiedz, gdym raz pierwszy schodził tutaj w gości,Dążąc do piekła najniższego dziczy,Jeszcze ta góra sterczała w całości.

37  Lecz jeśli dobrze pamięć moja liczy,Nie wiele wprzódy nim tu zszedł Obrońca,Co zbawił Disa dostojnej zdobyczy,

40  Drgnęła w posadach dolina cuchnąca,Tak iż sądziłem, że to wszechstworzeniaDreszcz i że Miłość świat odradzająca

43  Jak niegdyś, naprzód w chaos go zamienia;Owej to chwili runęły w zwaliskaTu i gdzieindziej pagóry z kamienia.

46  W dół spojrzyj: oto krwi rzeka już blizka,Gdzie w kotłujące zanurzon jest piany,Kto gwałtem bliźnich na ziemi uciska«.

49  Chciwości ślepa, gniewie wyuzdany!Przecz na doczesnym żgacie nas padole,Aby na wieczność w takie wtrącać stany!...

52  Był rów szeroki, żłobiony w okole,A jak Wódz twierdził, świadomy budowyPiekła, ogarniał sobą całe pole.

55  Nad fosą w podłuż ściany granitowejŁuczne Centaury biegały w orszaku,Jako tam w górze, gdy chodzą na łowy.

58  Gdy nas ujrzały, stanęły na szlaku,Zaś trzy potwory skoczyły przed tłuszczę,Gotując groty dobyte z sajdaku.

61  A jeden wołał: »Na jakie w tę puszczęSchodzicie męki, hej z gór przychodniowie?Odpowiadajcie, albo bełt wypuszczę!«

64  Na to Mistrz odparł: »Sam Chyron się dowieCo my za jedni, jakie nasze sprawy;Prędka chęć nigdy nie szła ci na zdrowie«.

67  Tknął mię i szepnął: »To jest Nessus żwawy,Co go zgubiła piękna DejaniraI co sam pomścił swojej śmierci krwawej.

70  Ten średni, który na swą pierś spoziera,Chyron, Peleusowego piastun syna;Ów Folus; za gniew piekło go potyra.

73  Tysiąc ich łuki nad fosą napinaI godzi w duszę, co się z krwi wychynieWięcej, niżeli pozwala jej wina«.

76  Ku szybkonogiej poszliśmy drużynie;Chyron bełt wyjmie i końcem pociskuBrodę kosmatą pod szczęki podwinie,

79  A odsłoniwszy kły w okropnym pysku:»Uważcie«, mówi, »wtóry z tych co schodzą,Stąpając wzrusza głazy w usypisku.

82  Chyba on żyje, lub mię zmysły zwodzą...«Mistrz podszedł; łona sięgał mu ciemieniem,Gdzie się dwa stany w ludozwierzu godzą.

85  »Żyw on«, tak mówił, »a tych jaskiń cieniemZe mną samowtór idzie, prowadzonyNie ciekawością, ale przeznaczeniem.

88  By mi go zlecić, swoje antyfonyPrzerwała Pani o niebiańskiej twarzy;Ni on jest zbrodzień, ni ja duch splamiony.

91  W imię Potęgi, przez którą się ważyMa stopa w dzikie ścieżki tego grodu,Jednego z twoich dodaj nam dla straży.

94  Niech nam pokaże, którędy do brodu,A jego niechaj weźmie na swe bary,Bo nie jest z duchów uskrzydlonych rodu«.

97  W prawo stał Nessus; Chyron do poczwaryZwrócon, rzekł: »Ruszaj i bądź przewodnikiemI odpędź, gdy im drugie zajdą chmary«.

100  Iść my poczęli za wiernym strażnikiemNad tonią wrzątku, co się pąsem krwawiłI gdzie pękały bańki z głośnym sykiem.

103  W strudze lud mnogi aż po brwi się pławił.»To jest tyranów ród«, Centaur powiada,»Co się łupiestwem i mordem splugawił.

106  Tu się za srogie krzywdy odpowiada;Aleksy tu jest z Dyjonizym społu,Co nań tak długo Sycylija biada.

109  Przypatrz się temu z kruczym włosem czołu:To jest Azzolin; ów, co włos ma płowy,Obizzo d’Este; z ziemskiego padołu

112  Zły syn go strącił w ten nurt rubinowy«.Chciałem coś pytać, lecz Mistrz: »Już ja z bokuPójdę«, rzekł, »niech cię wódz prowadzi nowy«.

115  Cokolwiek dalej Centaur wstrzymał krokuNad rzeszą, która, zdawało się, toniePo samą szyję we wrzącym potoku.

118  Widmo ukazał samotne na stronie,Mówiąc: »Wielbione nad Tamizy wałemSerce on rozsiekł u Boga na łonie«.

121  Dalej tłum czerniał wynurzony ciałem,Głowę wznoszący, widny aż po brzuchy;Pośród mar ludzkich niejednę poznałem.

124  Coraz to płycej szedł nurt wrzącej juchy,Tak, aż nareszcie stóp im ledwie tyka:Tuśmy przez fosę przeszli na brzeg suchy.

127  »Jak z tego końca coraz się umykaWrzątek, że ledwie dno łożyska myje,Masz wiedzieć«, brzmiały słowa przewodnika,

130  »Że z drugiej strony niżej w grunt się ryje,Aż wreszcie ową kończy się głębiną,Gdzie okrucieństwo wiecznym jękiem wyje.

133  W tej głębi własną zatraceni winą,Cierpią: Attyla, ów bicz boży ziemi,Sekstus i Pyrrhus; tam łzy z oczu płyną,

136  Gdy się ich śluza warem krwi otworzy,Obu Rinierom, co gnębili srodzeZiemię i byli postrachem rozdroży«.

139  Zwrócił się i w bród wracał po swej drodze.

1  Jeszcze nie przebył krwawego potoku,Gdyśmy się w leśne dostali gęstwiny,Gdzie żadna ścieżka nie świtała oku.

4  Liść nie zielony tam, lecz jakiś siny;Gałąź nie gładka, lecz jakaś żylasta;Zamiast owoców, zatrute jeżyny.

7  Nie tak się plące i nie tak zarastaMiędzy Kornetem a Cecyną puszcza,Gdzie zwierz się chowa, wróg sioła i miasta.

10  Tu gniazda wije brzydkich harpij tłuszcza,Która Trojanom obmierziwszy żydła,Z czarną ich wróżbą na wędrówkę puszcza.

13  Ludzkie oblicza mają, duże skrzydła,Pierzaste brzuchy i szpony jastrzębie;Z dziwnych drzew jęczą dziwaczne straszydła.

16  Rzekł Mistrz mój dobry: »Zanim w lasu głębieWejdziesz, masz wiedzieć, że to krąg jest wtóryI będziesz w jego zostawał obrębie,

19  Aż na okropne natrafisz piachury;Teraz patrz pilnie, pomny, com powiadał,Rzeczy obaczysz niezwykłej natury«.

22  Po boru echem jęk ogromny biadał,Ale kto jęczeć mógł, nie wypatrzyłem,Więc stałem, a strach z głosów na mnie padał.

25  Sądziłem, że Mistrz sądził, że sądziłem,Jakoby głosy owe szły z gęstwinyOd duchów, które sobą wystraszyłem.

28  »Spróbuj«, powiada mi, urwać z krzewinyJednę gałązkę; kiedy się odłamie,Mniemania twoje obrót wezmą iny«.

31  Ja usłuchałem i ściągnąwszy ramię,Gałązkę z dużej ułamałem śliwy.»Czemu kaleczysz?« jęknął pień, a znamię

34  Ciemną czerwienią podbiegło krwi żywej.I znowu biadał: »Czemu rwiesz mi trzewa?O jakiż w tobie duch nielitościwy!

37  Byliśmy ludzie, dziś jesteśmy drzewa,Ale się z czulszą litością spotykaBodaj gadziny dusza.. Tak się gniewa

40  Widmo i nakształt żywego patyka,Gdy płonie z jednej, płacze z drugiej strony,A od przeciągu i skwirczy i syka,

43  Ów szczątek słów i łez wydawał tony;Zatem mi z ręki wypadła chabinaI stałem patrząc, jak człek przerażony.

46  »Duszo rozdarta!« Mistrz mówić zaczyna,»Gdyby on mógł był uwierzyć w te dziwy,Które ma stara powieść wypomina,

49  Nie byłby ściągnął ręki popędliwej;Źle mi radziło cudu podobieństwo,Żem go do próby popchnął niegodziwej.

52  Lecz powiedz, ktoś ty, aby za męczeństwoZadane, blasku przyczynił twej sławie,Gdy między ludzkie wróci społeczeństwo«.

55  Więc duch: »Tak słodko prosisz i łaskawie,Że nie lza milczeć; a niech nie zniechęcę,Jeśli was dłużej powieścią zabawię.

58  Jam jest, masz wiedzieć, ten, com trzymał w ręceObadwa klucze od serca Frydryka,W którem, bywało, tak pochlebnie kręcę,

61  Że już nade mnie nie zna powiernika.Ta moja w służbie przychylność i wiaraSen mi odbiera i grób mi odmyka.

64  Bo nierządnica, co od wrót cezaraNigdy wszetecznych oczu nie odwróci,Dworów zakała i zaguba stara,

67  Wszystkie przeciwko mnie zapala chuci,A gniew Augusta od nich tak rozpłonie,Że świetność moja w kiry się przerzuci.

70  Więc oburzenia smak poczuwszy w łonie,Ja prawy, krzywdę sobie zadawałem,Tusząc, że z śmiercią wzgardy się uchronię.

73  Lecz na tę korę, co dziś jest mem ciałem,Przysięgam: panu tak godnemu chlubyNigdy powinnej wiary nie złamałem.

76  Który z was obu na świat wróci luby,Pokrzep mą pamięć, co w bezcześć popadaZ zawiści wrogów żądnych mej zaguby«.

79  Wieszcz chwilę czekał, a potem powiada:»Nie zwlekaj; pytaj, póki czasu stanie,O czem twa dusza jeszcze wiedzieć rada«.

82  Na to ja rzekłem: »Sam go pytaj, panie,O to, co mniemasz, że mi wiedzieć płuży,Bo mnie już w piersiach dławi litowanie«.

85  A on: »Jak tuszę, że druh mój usłużyW tem, w czem go kolwiek twoja prośba wzywa,O cieniu, drzewnej powierzony stróży,

88  Tak racz nam wykryć, przez jakie przędziwaDuch wasz się wplata w te zaklęte sękiI czyli kiedy więzy swe rozrywa?«

91  Więc z pnia się nagle odezwały jęki,A szmerem westchnień ta się mowa wlekła:»Krótko wyłożę sposób naszej męki:

94  Gdy dusza nasza sama na się wściekłaPożegna ciało na pobyt jej dane,Minos ją zsyła do siódmego piekła.

97  Śród lasu, w miejsce wprzód niewyszukanePada przygodnie, jak ją wiatr ułowi;Padłszy, kiełkuje niby ziarnko lniane.

100  Wypuszcza pędy, drzewkiem się odnowi;Harpie liść jego szczypiąc, srogie katy,Ból jemu czynią, a okna bólowi.

103  Kiedyś po ziemskie nasze wrócim szaty,Ale ich na się żaden z nas nie wdzieje:Nie lza odzyskać własnowolnej straty.

106  Tu je przywleczem; pośród smętnej kniejeNasze cielesne zawisną łupiny,Każda na drzewie, gdzie duch jej gnuśnieje«.

109  Zamilkł, a podczas gdy jeszcze nowinyJakiej czekamy z ust dziwnego krzaku,Chrzęst nas uderzy idący z gęstwiny,

112  Jako myśliwca, gdy stojąc na szlaku,Tupot odyńca słyszy i ogaryI trzask gałęzi i hałas orszaku.

115  Wtem z lewej strony wybiegły dwie maryNagie i krwawe skórą obszarpaną:Biegnąc, łamały chrusty i konary.

118  »Przyjdź śmierci!« wołał przedni; za zdyszanąDuszą w te-ż tropy drugi próżno rąceWytężał nogi, wołając: »Hej, Lano!

121  Mniej prędko biegłeś po tieppijskiej łące!«Wtem tchu mu brakło; niechawszy zdobyczy,Przypadnie i z krzem w jeden kłąb się splące.

124  A las za nimi psiarnią zaskowyczy;Sfora suk czarnych w okropnym obcesieJakby na łowach puszczona ze smyczy,

127  Do ukrytego w krzaku ducha rwie się,Potem drugiego porwie na paszczękęI nędzne szmaty rozwłóczy po lesie.

130  Tedy przewodnik mój wziął mię za rękęI wiódł do krzewu, co daremnie biadaI krew z ran sączy za niesłuszną mękę.

133  »Jakóbie de Sant-Andrea!Sant-Andrea!« krzak gada,»Czemu się moją ratujesz przyczyną?Za grzech twój czemu na mnie kara spada?«

136  Więc przystanąwszy Wódz mój nad krzewiną,Spytał: »Kto jesteś, co-ć tyloma ustyKrew i westchnienia jedno z drugiem płyną?«

139  »Istoty, którym dziwnymi dopustyRzeź była wstrętna przed oczy stawiona,Co pniowi memu pozdzierała chrusty,

142  U stóp smutnego zgarnijcie je trzona:Jam dziecię grodu, który na BaptystęZamienił swego dawnego patrona,

145  Za co ów gniewy poprzysiągł wieczyste.I gdyby nie to, że zeń most na ArnoPo dziś dzień szczątki chowa, to ojczyste

148  Mury, co dłonią wznosili ofiarnąObywatele z Attyli pogromu,Pewnie stawiane byłyby na marno.

151  Wiedz, jam obwiesił się na własnym domu«.

1  Przejął mię taki żal rodzinnej ziemi,Żem zebrał liście i oddał je pniowi,Który stał z usty od skarg zemdlonemi.

4  Przyszliśmy w miejsce, co miedzę stanowiTrzeciego kręgu i modłą cierpieniaOkropnie świadczy bożemu gniewowi.

7  Dla dokładnego rzeczy wyjaśnieniaPowiem: na suche przyszliśmy ugory,Gdzie żadne ziele nie puści korzenia.

10  Wkoło nich smutny las i ptasie zmory,Sam okolony wstrętnymi ukropy;Na skraju krok nasz zatrzymujem skory.

13  Spostrzegam miałkie, piaskowe zatopy;Tak owo muszą wyglądać pustynie,Skróś których brnęły Katonowe stopy.

16  O boża zemsto, jakże cię uczynięStraszną grzesznikom, kiedy im ukażę,Co się mym oczom odsłoniło ninie!

19  Zgraje dusz nagich ujrzałem: nędzarzePłaczem żałosnym wszyscy zawodzili,Różnymi kształty w jednej cierpiąc karze.

22  Ci na wznak w piasku położeni wyli,Ci z sterczącymi siedzieli kolany,Ci ustawicznie tam i sam chodzili.

25  Liczniejszy był tłum na chody skazany;Mniejszy tych, którzy leżeli pokotem,Lecz język mieli bardziej rozpętany.

28  Na step piaskowy płomienistym miotemPadały żaru rozczepione kiście,Jako na ciszy w górach, równym lotem.

31  Tak Aleksander w Indjach ognio-liścieWidział lecące nad ludzi i konie,Przy ziemi jeszcze płonące jarzyście.

34  Zaczem je kazał deptać na wygonie,Jako, że łacniej zarzewie się zgłuszy,Póki osobno, a nie w kupie płonie.

37  Podobnie tutaj wieczny ogień pruszy,A piach się żarzy tak, jak się zczerwieniaPróchno od skałki, i zwiększa katuszy.

40  Nędzne ramiona młyńcem bez wytchnieniaTrzepiąc się, bronią ciała złudnej koryOd kąsań zawsze świeżego płomienia.

43  »Mistrzu«, zacząłem, »co wszystkie przekoryPiekielne zwalczasz, prócz tej, którą duchyStawiały hardzie u Disa komory;

46  Kto jest ten olbrzym dumny i bezruchy,Co się w kłąb zwinął, ani się nie miota,Jakby nie mięknął pod żarkimi puchy?«

49  Na dźwięk mej mowy olbrzym zadygota;Poczuł, że o nim się pytam i rzecze:»Takim po śmierci, jaki za żywota.

52  I choćby ten, co piorunowe mieczeKuje dla Zewsa, który w te otchłanieStrącił mię, ciało przebiwszy człowiecze;

55  I choćby wszyscy pomdleli TytanieZamknięci w kuźni Mongibelu czarnej;Choćby Zews wołał znów: Bywaj Wulkanie!...

58  I choćby mię znów jak w elementarnejBitwie pod Flegrą, ciął śmiertelnym ciosem,Smak jego zemsty jeszcze byłby marny!«

61  Tedy zawołał Mistrz mój wielkim głosem,Jakom go jeszcze nie słyszał w tej dobie:»O, Kapaneo! sprawiedliwym losem

64  Za kata pycha własna służy tobie,Do żadna boleść nie dorówna wrażejSzałowi dumy w piasków parnym żłobie!«

67  Obrócił ku mnie łagodniejszej twarzy:»To jeden z siedmi«, rzekł, »co wznieśli broniePrzeciwko Tebom; Boga lekceważy,

70  Jak dawniej nie chciał trwać w jego zakonie;Własna mu krnąbrność najciężej dolega,Słuszny, jak rzekłem, szał wzniecając w łonie.

73  Teraz pójdź za mną, a niech się wystrzegaStopa wysunąć na żarkie piaszczyska;Idź tuż pod lasem, trzymając się brzega«.

76  Milcząc my doszli aż tam, gdzie wytryskaPotoczek źródłem ukrytem w gęstwinie;Strach wspomnieć krwawy nurt, co w nim się ciska.

79  Jak w Bulicame struga waru płynie,Który grzesznice niżej w dzbany biorą,Tak zdrój ów płynął przez piasków pustynię,

82  Kamienną stoki i dno kryjąc korą;Tędy spojrzałem, rozumiejąc k’rzeczy,Że to jest droga pośród pól, co gorą.

85  »Z wszystkich aż dotąd zjawionych ci rzeczy,Odkąd za groźne weszliśmy podwoje,Których przystępu żadna moc nie przeczy,

88  Godniejszej oczy nie spotkały twoje,Niźli ten strumień, obecnie widomy,Na którym gasną ogniopłatków roje«.

91  Tak mówił do mnie; zaczem ja łakomyProszę, aby już nie skąpił mi strawy,Do której takiej nabrałem oskomy.

94  »Leżą śród morza puste lądów ławy«,Mówił Mistrz, »ostrów Kretą się nazywa;Za jego króla świat był cny i prawy.

97  Tam góra Ida, bywało, opływaW wody i gaje, w łąki pełne krasy;Dziś ona martwa, niby rzecz nieżywa.

100  Kolebką Zewsa była w tamte czasy,Kiedy go chronić przed ojcem wypadło;Płacz dziecka kryły Kuretów hałasy.

103  Śród góry sterczy olbrzymie widziadło:Starzec, w Damiatę plecyma podany,A w Rzym wpatrzony niby we zwierciadło.

106  Głowa z litego złota, bez odmiany:Srebrne ramiona i barki olbrzyma,Stąd do rozkrocza z mosiądzu jest lany.

109  Nogi z żelaza, w którem skazy niema;Jedynie prawa stopa z terrakotty,Lecz ona cały gmach na sobie trzyma.

112  Wszystek pęknięty, oprócz głowy złotej,Którem pęknięciem łzy ustawnie płyną;Złączone żłobią wnętrze onej groty

115  I z góry spadłszy, biegną tą doliną:Z nich się Acheron, Styks, Flegeton rodzi.Potem wpłynąwszy w ciasny wąwóz, giną,

118  Tam zapadając, skąd się już nie schodzi;Ujrzysz je zlane w zmarzłe topieliskaKocytu; tu ich wspomnieć się nie godzi«.

121  Na to ja: »Skoro strumień ten wytryska,Jak mówisz, pośród ziemskiego padołu,Czemuż dopiero tu widzim go z blizka?«

124  »Miejsce to, jak wiesz, ma formę okołu,A choć już drogi zbiegłeś kawał spory,Ciągle na lewo idąc i ku dołu,

127  Jeszcześ w krąg całej nie zwiedził komory;Więc gdy rzecz nowa zjawia się na oczy,Strzeż się objawiać podziw każdej pory«.

130  »Gdzież«, pytam, »rzeka Letejska się toczy,O której milczysz? Gdzie Flegeton łzawyZlany z wód, które owy kolos broczy?«

133  »Cieszy mię«, odrzekł, »twój umysł ciekawy;Lecz nazwa rzeki, w której płyną wary,Już była winna wskazać strumień krwawy.

136  Letę obaczysz, gdy z piekieł pieczaryWyjdziesz; w niej myć się chodzi duch człowieczy,Skoro okupi grzechy pełnią kary«.

139  I dodał: »Z lasem pożegnać się k’rzeczy;Teraz pójdź za mną po skalnej cembrzynie,Co ci przed spieką stopy ubezpieczy:

142  Nad nią żar ogniów padających ginie«.

1  Krok teraz niesiem po cembrzynnej skale,A para, co się unosi nad strugą,Broni od ognia i brzegi i falę.

4  Jako więc między Guizzantem a BrugąFlamandczykowie morzu czynią wstrętyI odpierają przypływ tamą długą;

7  Lub Padewczycy po wybrzeżu Brenty,Gdy ochraniają swe miasta i grody,Nim Chiarantana od wiosny poczętej

10  Roztaje; taki biegł wał brzegiem wody,Lecz niższy, tudzież na grubość mniej spory,Dzieło rąk mistrza tajemnej przyrody.

13  Gdzieś w tyle został z dziwnymi upioryGaj i już zniknął z widnokręga wzrokuNiedostrzegalny; a wtem przez ugory

16  Piasków spostrzegam wzdłuż tamy potokuDusz grono ku nam idące z dalekaI wpatrujące się w nas, jak o zmroku

19  Na nowiu człowiek patrzy się w człowieka;Tak nam te widma wzrok wlepiały w twarze,Jak stary krawiec w igłę, gdy nawleka.

22  A gdy podeszli, gdzieśmy stali w parze,Jeden poznawszy mię, za suknię chwytałI zadziwiony wołał: »Czy ja marzę?«

25  Więc ja do ducha, który tak mię witałŚciągnięciem dłoni, obrócę powiekęDość blizko, żem z lic, kto był zacz, wyczytał.

28  Potem do twarzy przez piekielną spiekęSkróś przepalonej, twarzy mej nachylę:»Czy to wy, panie Brunetto?« tak rzekę.

31  »Synu mój«, odparł, »zechciej przyjąć mile,Że przy twym boku Brunetto LatiniKęs pójdzie, orszak zostawiając w tyle«.

34  »Jak chcesz«, powiadam, »niech się tak uczyni;Usiądźmy razem, jeśli życzysz, Panie,A on pozwoli, Wódz mój w tej pustyni«.

37  Tedy on: »Kto tu na chwilę przystanie,Za karę leżąc musi stoma latyBezbronny znosić ogniowe smaganie.

40  Ale idź naprzód, a ja w ślad twej szaty,Aż tłum dopędzę, co ze spiekłem ciałemKroczy, wieczystej żaląc się zatraty«.

43  Jam zstąpić nie śmiał i wciąż szedłem wałem,Który me stopy od żarów odgradza,Lecz jak człek pełen czci, głowę schylałem.

46  On rzekł: »Jakiż traf czy przeznaczeń władzaPrzed dni ostatkiem na ten szlak cię miecieI kto jest owy, co cię przeprowadza?«

49  Więc ja mu na to: »Tam na jasnym świecieZabłąkałem się w boru nieprzebytym,Nim się spełniło moje pełnolecie.

52  Wynijść zeń chciałem wczoraj rannym świtem,Alem nie zdołał, aż mię wziął pod stróżąOn, i tem ujściem oto wiedzie skrytem«.

55  »Byleś gwiazd słuchał«, rzekł, »które ci służą,Do zaszczytnego wpłyniesz portu, skoroZnaki o tobie, jak wiem, dobrze wróżą.

58  A ja, gdybym był nie umarł przed porą,To widząc one gwiazd nad tobą śluby,W spełnieniu dzieła byłbym ci podporą.

61  Lecz ten złośliwy lud i samoluby,Który z fiezolskich zszedł kamiennych progówI tak jak one jest twardy i gruby,

64  Odpłaci tobie jak najgorszy z wrogów;A słusznie wcale, bowiem nie wypada,By figa owoc rodziła śród głogów.

67  Ślepymi stara powieść ich powiada:Rasa zawistna, chciwa, w złości żwawa...Niechże na tobie ten brud nie osiada.

70  Tobie się taka z losu znaczy sława,Że cię ułaknie, kto dziś prześladuje;Lecz niech od kozła zdala rośnie trawa.

73  Niechże się wzajem na barłóg tratujeTrzoda fiezolska, ale niech się strzeżeDotykać ziela, jeśli gdzie kiełkuje

76  Na tem śmiecisku, wyrosłe z macierzeRzymskiej, z tych Rzymian, co tam mieli chaty,Gdy powstawało nieprawości leże«.

79  »Gdybym«, powiadam, »otrzymał przed latyO com się modlił, ty, ziemi banita,Nosiłbyś dotąd człowieczeństwa szaty.

82  W pamięci mojej żyje, tak wyrytaJak dziś bolesną widzę, twoja postaćI twa nauka, z której mi wyświta,

85  Nieśmiertelności jako można dostać.Jeśli żyć będę, świat z mych dzieł obaczy,Jak pragnę łasce twej wdzięcznością sprostać.

88  To, co powiadasz, że z gwiazd mi się znaczy,Z tem, co mi inne wróżyły znachory,Dobra mi Pani, da Bóg, wytłómaczy.

91  To jedno pewnie wiedz, że każdej pory,Bylem w sumieniu swem miał wartownika,Słuchać przeznaczeń głosu jestem skory.

94  Już mię raz drugi ta wróżba potyka;Jak trzeba, niech się wolą losu święciFortunie koło, a chłopu motyka«.

97  Tu Wódz mój głowę na prawo przekręci,Pogląda na mnie bystro, wreszcie powie:»Dobrze ten słuchał, kto chowa w pamięci«.

100  Ja przecież ciekaw, nowe wieści łowię,Brunettowego idąc bokiem cieniaI kto są jego znaczniejsi druhowie

103  Pytam. »Jedni«, rzekł, »godni przypomnienia,Drudzy niech lepiej będą nie nazwani;Czas broni wszystkich wyliczać z imienia.

106  Wiedz: wszystko wielcy mędrcy i kapłani,Których świat w liczbę najsławniejszych kładzie,A wszyscy jednym grzechem pokalani.

109  Tam Pryscjan chodzi w bolesnej gromadzie,Także Franciszek z Accorso z nim drugi;Gdybyś się bliżej przyjrzał tej szkaradzie,

112  Ujrzałbyś kogoś, co z rozkazu sługiSług był z nad Arna słan nad Bachiglionę,Gdzie zezuł członki, żądne złej posługi.

115  Więcej-bym mówił, ale w waszą stronęNiewolno dalej iść, bo oto świeżeSpostrzegam dymy z piasku podniesione;

118  Lud idzie mnogi, kędy nie należę.Lecz przecie, zanim odejdę, w rozłąceSkarb mój, gdziem żywy jest, tobie powierzę«.

121  Zaczem się zwrócił i rozpuścił ręceNogi, sposobem biegnącego mężaO płaszcz zielony na werońskiej łące:

124  A biegł tak szybko, jak ten, co zwycięża.

1  Doszliśmy miejsca, kędy fala dudniW niższego kręgu pędząc zakamary,A huczy jak ul, skoro się zaludni.

4  Wtem my znienacka ujrzeli trzy mary,Jak zostawiwszy w tyle jednę zgrajęUciekającą pod ostrymi żary,

7  Biegły, gdzie owe szumiały ruczaje.»Czekaj, żeś z naszej bezbożnej ojczyzny«,Wołały duchy, »po sukni poznaję!«

10  Aj, jakie rany i oparzeliznyŚwieże i dawne po ich członkach broczą!Strach przypominać przeokropne blizny.

13  A Wódz spostrzegłszy, że wprost ku nam kroczą,»Czekaj!« rzekł, stając i zwracając twarzy:»Tych przyjąć trzeba cześnie i ochoczo.

16  I gdyby nie ten ogień, którym prażyPrzyroda miejsca, winienby człek grzecznyPierwszy biec witać takich luminarzy«.

19  Wtem oni lament swój podnieśli wieczny,A skoro do nas podeszli, o dziwo,Spletli się i krąg stworzyli taneczny.

22  Jako więc nadzy i lśniący oliwąSzermierze krążą, upatrując pory,Zanim rozpoczną walkę zapalczywą,

25  Tak się toczyły kołem dziwne stwory,A twarze ciągle obracane wstecząZda się z nogami wiodły przekomory.

28  Ozwał się jeden: »Jeśli nieczłowieczoTwarz odmieniona i brzydota kaźniSprawia, iż prośby ucho twe kaleczą,

31  Dla dawnej sławy spójrz ku nam przyjaźniejI mów, kto jesteś, co w piekielne czadyCielesną stopą wkraczasz bez bojaźni?

34  Patrzaj: ten oto, czyje depcę ślady,Goły, golizną szkaradnej wyliny,Większy niż mniemasz: wnuk dobrej Gwaldrady.

37  Gdy zamieszkiwał padolne dziedziny,Gwidona Guerry przyobłóczył miano,Mądrością wsławion i dzielnymi czyny.

40  Tuż za mną depce ziemię przegarzanąTegghiaio Aldobrandi; ten jest warty,Aby go w świecie wdzięcznie wspominano.

43  A ja, wspólnymi płomieniami żarty,Wiedz, Rusticucci jestem, przez złą żonęWpędzon w grzech i tu posłan między czarty«.

46  Gdybym miał wówczas od żaru osłonę,Między nich skoczyć byłbym się odważył.A Mistrz mój widząc, jaką chęcią płonę,

49  Nie byłby wzbraniał; lecz piasek tak prażył,Że chociaż drżałem do nich w tej minucie,Strach we mnie czułość i tęsknotę zwarzył.

52  »Nie wzgardę«, rzekłem, »lecz ból i współczucieBudzi to kształtów ludzkich wykrzywienie,W pamięć zaryty znak strasznej pokucie,

55  Od pierwszej chwili, gdy Mistrza skinienieI słowa poznać niezwłocznie mi dały,Że w was dostojne zbliżają się cienie.

58  Wasz rodak jestem; dzieła pełne chwały,Imiona wasze, które w sercu liczęDo najzacniejszych, zawsze mię wzruszały.

61  Po żółci mam pić owocu słodycze;Niemi, Wódz mówi, mój trud się nagrodzi;Lecz przejść mi trzeba przez centralne dzicze«.

64  »Niechaj-że długo członkom twym przewodziDusza«, odrzekło widmo, »a jasnotaSławy po śmierci niechaj nie zachodzi.

67  Lecz powiedz, proszę: Czy dzielność i cnotaW stolicy naszej zawsze jeszcze żywa?I nie wygnano jej dotąd za wrota?

70  Bowiem Borsiere, który tu przebywaOd dni niewielu i miejsc tych jest blizki,Powieścią o niej serce nam rozrywa«.

73  »Florencjo! Nowy lud i nagłe zyskiZbytek i pychę zrodziły takową,Że czuć zaczynasz gorzko ich uciski!«

76  Tak zakrzyknąłem, wznosząc twarz surową;A oni widząc tę o miasto pieczę,Spojrzeli na się, przytakując głową.

79  »Jeśli-ć i nadal tak łacno, człowiecze,Dozwolą prawdy obnosić orędzie,Szczęsny, że możesz mówić, co cię piecze.

82  Więc gdy za ciemnic tych wyjdziesz krawędzieI wrócisz pięknych gwiazd oglądać jawę,Gdy rzec: tam byłem, pociechą ci będzie,

85  Przed ludźmi czasem wspomnij naszą sławę...«Wtem nagle pierzchli, wyrwawszy się z koła:Furknęły nogi jak na skrzydłach żwawe.

88  Wprzód, niźli »amen« człek wymówić zdołaOwe się duchy z widnokręgu zwiały,A Mistrz już naprzód idzie i mnie woła.

91  Ruszyłem za nim: kęs my uszli mały,A owe szumy tak już były blizko,Że prawie mowę naszą zagłuszały.

94  Jak rzeka, własne co żłobi łożyskoPo apenińskich gór lewej połaciOd Monteveso na wschód i nazwisko

97  Ma Cichej Wody, zanim ubogaciDoliny, niższym rzucając się torem,Już zaś od Forli swoje miano traci;

100  I huczy, w wąwóz lecąc nad klasztorem,Co w Benedykcie świętym ma patrona,A zmieścić może tysiąc mnichów dworem;

103  Tak od granitów piersi odrzuconaOwa kaskada purpurowa brzmiała:Myślałem, że mi słuch od huku skona!

106  Sznur, com go nosił związany w pół ciała,Gotowy użyć w nieszczęsną godzinęNa pstrą panterę, co mi zagrażała,

109  Teraz na rozkaz Wodza z biódr odwinęI zmiąwszy w garści, podaję go karnieDo rąk, jak w kłębek zwiniętą gadzinę.

112  A on się nieco na prawo odgarnieI zaciśnięty kłębek puszcza z dłoniDaleko brzegu w przeotchłanną parnię.

115  Jakieś tu nowe cudo się wyłoni,Myślałem, patrząc na ten znak dziwaczny,Który on, zda się, okiem w pędzie goni.

118  O jakże człowiek winien być opatrznyPrzed tymi, którzy nietylko naocznieSądzą, lecz w serce zmysł kierują baczny!

121  »To, na co czekam, zjawi się niezwłocznie«Rzekł, »co się tobie w mglistych kształtach marzy,Na jawie oczom twoim uwidocznię«.

124  Prawdzie, co kłamstwu jest podobna z twarzy,Niech człek niechętnie ust świadectwo niesie,Bo mimowolny wstyd mu z niej się zdarzy.

127  Lecz tutaj zmilczeć nie mogę i klnę sięSłuchaczu, na tę Komedję, o którejNiech sława głosi w najpóźniejszym czesieczasie,

130  Że przez mgieł gęstwę i skłębione chmuryW górę się parła jakaś rzecz straszliwa,Przerażającej i dziwnej postury.

133  Właśnie jak nurek, co z toni wypływa,Bywszy po kotew głazem hamowanąLub morskiem zielem i w takt się podrywa,

136  Pierś wyprężając, a kurcząc kolano.

1  »Oto zwierz, co chwost ponosi kolczatyPo górach, twierdze i zbroje druzgoce,Wstrętnym oddechem zapowietrza światy«,

4  Rzekł Mistrz i skinął czarciemu wywłoce,Ażeby do nas przybliżył się, skrzydłyDźwignąwszy w górę ku samej opoce.

7  A owy zdrady pierwowzór obrzydłyDo brzegów tułów i głowę wypręża,W dół opuszczając ogoniaste widły.

10  Twarz jego, niby twarz zacnego męża,Ufność budziła składając się szczerze,Lecz resztą cielska przypominał węża.

13  Łapy kosmate miał do pach jak zwierzę,A boki jego, grzbiet i przepuklinaByły upstrzone w węzły i puklerze.

16  Żaden kunszt Turka ani TatarzynaTak barwnym haftem nie zdobi dywanów,Ani tak kwitła Arachny tkanina.

19  Podobien owej sterczącej z bałwanów,A pół w nadbrzeżny piasek wrytej łodzi,Lub bobru w kraju żarłocznych Germanów,

22  Kiedy na chatach do pół ciała brodzi,Zwierz przylgnął piersią tam, gdzie brzegu spadekTamą kamienną morze piasków grodzi.

25  Potwór nad próżnią wykręcał pośladekI jadowity ogon rozszczypanyWidlasto w górę prężył jak niedźwiadek.

28  Wódz rzekł: »Tu z drogi naszej dla odmianyZboczymy, aby dostąpić do smoku,Co się tam rozparł złośliwy i szczwany«.

31  Zaszliśmy zatem od prawego bokuI brzeżkiem uszli kroków dziesięcioro,Strzegąc od żaru stóp swoich i wzroku.

34  Gdyśmy stanęli prawie nad potworą,Widzę opodal lud, co obsiadł poleKaźni nad czarną schylony komorą.

37  »Ażebyś poznał wszystkie w tem tu koleDuchom występnym naznaczone kary,Idź naprzód«, rzekł Mistrz, »obacz ich niedolę.

40  Niech będą krótkie twoje z nimi gwary;Ja zaś do zwierza podejdę i każę,Aby nam podał swoje mocne bary«.

43  Zaczem sam jeden, by się nowej karzePrzyjrzeć, po rąbku siódmego koliskaSzedłem, gdzie owi siedzieli nędzarze.

46  Męczarnia łzami z pod powiek im tryska.Spojrzę, a każdy to rękoma strząsaŻar, to się broni ogniom legowiska.

49  Podobnie latem pies gniewny się dąsa,Paszczęką kłapie albo łapą bije,Gdy go pchła lub bąk, lub też mucha kąsa.

52  Po twarzach, które deszcz płomienny myje,Wzrok toczę; wszystkie obce się wydały;Lecz wszyscy mieli ustrojone szyje

55  W jakoweś mieszki czy też futerały,Kreślone w barwy i tarcze herbowe,W które się duchy pilnie wpatrywały.

58  Jednego widzę znamię lazurowe,W żółtej woreczka tarczy malowane,Mające niby lwią postać i głowę.

61  Znów potoczywszy okiem w krąg, przystanęNa mieszku znacznym krwawymi kolory:W herbie gęś bielą prześcigła śmietanę.

64  A wtem duch, co miał błękitnej macioryZnamię kreślone na woreczku białym,Rzekł do mnie: »Pocoś wszedł do strasznej nory?

67  Idź stąd, a skoro żywem wrócisz ciałem,Wiedz: dla sąsiada mego, Vitaliana,Tu z lewej strony miejsce zachowałem.

70  Padewczyk jestem sam, lecz mi przydanaTa czerń florencka; głuchnę od jej krzyku;»Czekamy«, wrzeszczą, »na wielkiego pana,

73  Który trzy dzióby ma w herbowym szyku...«Skrzywił się, język wyciągnął plugawie,Podobien nozdrza liżącemu byku.

76  Ja zaś zalękły, że nad nimi bawięDłużej, niż Mistrza mego brzmiała rada,Wracam, a biedne duchy tam zostawię.

79  Wróciwszy, spojrzę, a Wódz już zasiadaNa karku zwierza potwornej urody;»Mężnym i silnym teraz być wypada«,

82  Rzekł, »takie tutaj w głąb prowadzą schody;Usiądź na przedzie, ja na środku krzyża,By ci smok żądłem nie wyrządził szkody«.

85  Jak ten, którego paroksyzm się zbliżaI już mu w febrze paznokcie zsiniałyDrży na myśl samę chłodu, tak się zniża

88  Moja odwaga; wtem się zbiorę cały,Wstydem skrzepiony z jego napomnienia,Jako z łaskawej mowy rab nieśmiały.

91  Siadłem na karku strasznego stworzenia;Chcę wołać Pana mego, niech mię broni!...Głos w gardle utkwił i nie wydał brzmienia.

94  Lecz on, co z gorszej ratował mię toni;Prośby nie czekał; zaledwo się wspiąłem,Sam mię przygarnie i jeszcze osłoni.

97  Potem zawoła: »Gerion, ruszaj dołem!Czujnie, nowemu ciężarowi gwoliSpuszczaj się zwolna i szerokiem kołem«.

100  Jak łódź, gdy z brzegu wyrwać się mozoli,Potwór się cofnął wstecz i odbił o wał;Aż kiedy poczuł się całkiem na woli,

103  Tam, gdzie wprzód była pierś, ogon kierowałI niby węgorz kręcąc w obie strony,Łapami pod się powietrze zajmował.

106  Nie był Faëton bardziej przerażonyW momencie, kiedy z rąk wypuszczał wodze,Od czego nieba strop jest przepalony;

109  Ni Ikar, kiedy w słonecznej pożodzeUczuł od ramion zlatujące skrzydłaI krzyk rodzica: Na złej jesteś drodze!...

112  Niż ja w przestworzu niesion od straszydła,Widząc, że w koło mnie jeno powietrze,A przed oczyma poczwara obrzydła.

115  Bujanie smoka było coraz letsze;Krążył i spadał, lecz jam nie czuł spadu,Jeno na licach po bijącym wietrze.

118  W głębi na prawo tentent wodospaduSłyszę, który się w ciemne rzuca kraje,Więc głowę na dół chylę z szyi gadu.

121  W pędzie okropnym strachu mi przydajeŻe widzę ognie, słyszę jęków tony;Zaczem lękliwiej kurczę się i czaję.

124  Teraz dostrzegłem, że byłem niesionyOkólnym lotem, albowiem dokołaJawią się kaźnie, i z tej i z tej strony.

127  Do zmęczonego podobien sokoła,Co nie czekając ptaka ni przynęty,Zlata, aż łowiec: Już to wracasz? woła;

130  Tak jak wprzód bujał, nad obłoki wspięty,Teraz zemdlony z daleka usiadaOd sokolnika, gniewny i nadęty,

133  Nagle nas Gerion u stóp skały składaU strzaskanego granitów kościelcaI zdjąwszy brzemię, do góry przepada,

136  Jak wypuszczona strzała z łuku strzelca.

1  Jest miejsce w piekle Złymi Doły zwane,Całe z kamienia, ale barwy rdzawej,Takimże w koło murem opasane.

4  Na samym środku złośliwej dzierżawyCzerni się otchłań przepastnej grążeli:W swym czasie skreślę jej kształt i ustawy.

7  Przestrzeń od onej studziennej gardzieliAż do stóp skały ma postać pierścienia,A ten na dziesięć znów jarów się dzieli.

10  Jako dla murów zamkowych chronieniaW krąg biegną fosy napełnione wodą,Coraz z większego zajęte promienia,

13  Podobną jary te krążyły modą.A jak na zamek w krąg od każdej bramyMosty zwodzone powyż fosy wiodą,

16  Tak od stóp góry szły kamienne tamyPrzecinające w poprzek wszystkie jaryAż do chłonącej je studziennej jamy.

19  Tu wysadzeni od zwierza poczwaryStajem; poeta wprzód, ja za nim ruszę;W lewo idziemy ponad nowej kary

22  Krainą: z prawej odmienne katusze,Nowym oprawcom cały dół podległy,A pełen kaźni; spojrzę, nagie dusze

25  Grzeszników dołem we dwa rzędy biegły:Wolniejsze ku nam obracały głowy,Prędsze kierunek brały przeciwległy.

28  Właśnie Rzymianie w jubileuszowyRok, dla mnogości ludu, co się tłoczyNa moście, sposób przyjęli takowy,

31  Że jedną stroną idą ci, co oczyNa zamek mają i ku Bazylice,A druga fala ku Wzgórzu się toczy.

34  Porozstawiani przez czarną ulicęRogaci biesi, zbrojni w pęki biczy,Z tyłu ćwiczyli mary pokutnice.

37  Aj, jak z pierwszego zacięcia skowyczyZgraja i nogi zbiera i nie czeka,Rychło ją kańczug drugi raz oćwiczy!

40  Wtem się me oczy natknęły z dalekaNa kształt znajomy. »Bogdaj się nie mylę«,Zawołam, »znałem ten duch w ciele człeka«.

43  Aby rozpoznać co zacz, oczy silę;Więc Wódz przystanął ze mną i słodkiemiSłowy pozwolił zostać nieco w tyle.

46  Owy smaganiec snać rozumiał, że miUjdzie, gdy spuści łeb; liche wykręty!...»Hej, ty, co wzrokiem dziury wiercisz w ziemi,

49  Jeśli mię cień twój nie zwodzi przeklęty«,Krzyknąłem, »Caccianimika poznaję:Za cóż ty sieczon takiemi praszczęty?«

52  »Wstyd mi wymówić«, odparł, »lecz nie taję,Bowiem mię jasna twa mowa niewoli,Co przypomina podsłoneczne kraje.

55  Ja jestem owy, com z pięknej GhizoliPastwę uczynił dla Markiza chuci,Choć różnie mówią o mojej w tem roli.

58  Jam nie jedyny Bolończyk, co kłóciTe sfery jękiem; ci, co »sipa« rzeką,Pewnie mieszkają mniej gęsto rozsuci

61  Pomiędzy Reno a Saweny rzeką.Jeśli-ć świadectwo moje mało waży,Pomyśl: tak chciwych szukałbyś daleko«.

64  Jeszcze nie skończył, kiedy go oprażySzatan kańczugiem, krzycząc: »Hej rajfurze!Precz stąd; niema tu dziewek dla sprzedaży!«

67  Stanąłem przy nim, co mię wziął pod stróżęI szliśmy aż tam, kędy głaz wystrzeliTworzący przełęcz po okólnym murze.

70  Bez trudu-ś-my się na grzbiet jego wspięliI w prawo szorstką zboczywszy szeżują,Z tych kół wieczystych wreszcie-ś-my wybrnęli.

73  Tam, gdzie się skały dołem rozstępują,By puścić mary chroniące się bicza,Wódz rzekł: »Niech dobrze oczy twe wyczują

76  Gnanych w tę stronę skazańców obliczaNie znasz ich jeszcze, bowiem równoległaZ nami szła dotąd fala pokutnicza«.

79  Na moście staliśmy, patrząc, jak biegłaPrzeciw nam duchów rozpędzonych rzeka,Wszystka oprawców kańczugom uległa.

82  A Wódz, co mego pytania nie czeka:»Widzisz olbrzyma śród mar co k’nam suną?Trwa w bólu, ani zadrży mu powieka.

85  Jaką królewską dotąd bije łuną!To Jazon dzielny w sercu, chytry w mowie,Który z Kolchidy wykradł złote runo.

88  Niegdyś w lemneńskim wysiadłszy ostrowie,Kraju występnych, śmiałych dziewek, co toDoszczętnie męskie wybiły pogłowie,

91  Obłudą zaklęć i słówek pieszczotąZwiódł Izyfilę młodziuchną, co raczejŚlub złamać woli, niż zostać sierotą.

94  Rzucił ciężarną, samą i w rozpaczy;Za ten czyn cierpi kaźń uwodzicieli;Taż mu się kara za Medeję znaczy.

97  Tłum równie winnych równą kaźń z nim dzieli:Na takie zatem skazani cierpieniaCi, co w głąb dołu pierwszego zabrnęli«.

100  Wązką-ś-my ścieżką doszli rozramieniaI w tem stanęli miejscu na przełęczy,Gdzie się łuk wspiera pierwszego sklepienia.

103  Lud posłyszymy, co w parowie ślęczyDrugiego dołu i wciąż gębą pryska,Po ciele dłońmi się tłucze i jęczy.

106  Ściany wąwozu pleśń obległa ślizka;Węch i wzrok mdlały rażone oparem,Który się stęchły wznosił z trzęsawiska.

109  Wzrok dna nie zgonił przepaścistym jarem,Aż gdy się doszło przełęczy chochołu,Co nad przepaścią przegiął się wiszarem.

112  Tam gdy staniemy, w samej głębi dołuWidzę lud, w strasznym pławiony kanale,Jakby wszech kloak brud mieścił pospołu.

115  Okiem powiodę i ujrzę łeb, w kaleTak umazany ciężkim i smrodliwym,Że ksiądz, czy laik, nie rozeznać wcale.

118  »Czemu«, zakrzyczał, »wzrokiem uporczywymNa mnie poglądasz, nie na inne duchy?«»Bo pomnę«, rzekłem, »żem cię widział żywym

121  Na świecie, gdyś włos nosił jeszcze suchy;Jesteś Aleksy Interminej z Luki,Przeto ciekawszy-ś dla mnie, niż twe druhy«.

124  A on w łeb się bił, pięści zjąwszy w tłuki:»Pochlebstwa to mię takiem bagnom karzą;Cierpię, żem nie brał języka w munsztuki«.

127  Wtem Wódz przemówił: »Wychyl-no się twarząZa krawędź i spójrz w przeokropne kadzieI niechaj oczy w oblicze się wrażą

130  Tej brudnej dziewki z włosami w nieładzie;Drze się paznogciem umazanym w łajno,Kładzie się, wstaje i znowu się kładzie.

133  To Tais nierządna; tej, jak ci nietajno,Gdy pytał gamrat: Znajduję-ż ja w tobieŁaskę? Odrzekła: O! i nadzwyczajną!...

136  Lecz dajmy oczom odpocząć w tej dobie«.

1  Szymonie Magu! Nędzni świętokupcy,Co rzeczy boskie, które winny z cnotąŻenić się, jako chciwcy i porubcy

4  Gwałcicie podle za srebro i złoto!Teraz wam, w ten dół trzeci potępionym,Pieśń ma zahuczy wieczystą sromotą.

7  Jużeśmy doszli po progu sklepionymDrugiego rowu tam, kędy okropnieNad środkiem jamy ostrym sterczy pionem.

10  Mądrości Boża! Jakże Ty roztropnieNiebo i ziemię i to miejsce karyWyznaczasz, w słuszne rozkładając stopnie!

13  Ujrzałem stoki i żłób skały szarejUsiane gęsto w wyżłobione jamy,Wszystkie okrągłe, wszystkie jednej miary.

16  Krój ich i wygląd był właśnie ten samy,Jak u lubego mi świętego JanaDotąd studzienki chrzcielne oglądamy.

19  Jednę ja niegdyś, za co mi przyganaNiesłuszna, stłukłem ratując dziecinę;Niechże niewinność ma będzie uznana.

22  Z każdego dołu wyzierały sine,Dziwnej postury piszczele grzesznikaUtkwione w jamie po samą pęcinę.

25  Od płomiennego lizane językaWyprężały się te ciała kawalceTak, że zerwały-by najtrwalsze łyka.

28  Jako to pełza puszczony na smalceOgień, że tylko po powierzchni liże,Tak chodził płomień od pięty po palce.

31  »Kto on zacz, Mistrzu, co gwałtowniej strzyżeNogami, niż z nim cierpiący pospołu,I piętę mu ssą krwawsze błyski ryże?«

34  »Chcesz-li, bym stokiem spadzistym ku dołuZniósł cię, opowie sam duch, co się kaje,Kim jest i wyzna przyczynę mozołu«.

37  Więc ja: »Na wszystko jako chcesz przystaję,Panie mój; ty wiesz, jak mam słuch otwartyNa twe rozkazy; wiesz nawet, co taję«.

40  Tedy wszedł ze mną na ów pomost czwarty,Skręcił i schodził w dół po stromym waleW żłób zdziurawiony i ścianami zwarty.

43  Nie wprzód mię z bioder zdjął i wrócił skale,Aż był nad duchem, który modłą nowąNogami dziwne to zawodził żale.

46  »Ktokolwiek jesteś, wbrew naturze głowąW ziemię wetkwiona jak pal, duszo licha,Jeżeli-ć wolno«, proszę, »przemów słowo!«

49  Stałem tam, na kształt spowiednika mnichaNad zbrodniem, który po szyję wkopany,Woła o spowiedź, bo póty oddycha.

52  A duch zawołał; »Już to tam u ścianySterczysz? spieszno ci, Bonifacy, pono!Patrz, o lat kilka jestem oszukany.

55  Jużeś tak rychło syt ową mamoną,Co cię skusiła zostać pięknej PaniMężem, by pastwić się nad uwiedzioną?«

58  Jam stał jak ludzie nieprzygotowani,Gdy nie zrozumią co się do nich mówi,Jakby stropieni i jakby zmieszani.

61  »Żwawo!« Wirgili rzecze, »niech się dowieDuch, że się w twojej pomylił osobie«.Jam go też ostrzegł posłuszny Mistrzowi.

64  A mara nogi w tem wykręci obie,Westchnie i pyta żałosnym językiem:»Więc czego żądasz ode mnie w tej dobie?

67  Wiedz, skoroś po to przebrnął jarem dzikim,By poznać, co tu za dusza się biedzi:Ja-m był wielkiego płaszcza dostojnikiem.

70  Z miana i z dzieła syn byłem niedźwiedzi,Nazbyt o dobro swych niedźwiadków dbały;Jak tam me złoto, tu duch w saku siedzi.

73  W głąb niższą dusze tych pozapadały,Którzy przede mną skarb kupczyli święty,Głową w dół wbite przez otwór tej skały.

76  I ja zarówno skryję kiedyś pięty,Skoro tu spadnie i w głąb mię przeważyTen, za którego właśnie byłeś wzięty.

79  Ale ja dłużej w dół nachylam twarzyI dłużej w ogniu pięta mi się smali,Niż temu będzie, co ją po mnie sparzy.

82  Wnet bowiem przyjdzie od zachodniej daliPasterz niegodny, mistrz podlejszej sprawy;Ten mnie i jego zarazem przywali.

85  Jak Machabejski Jazon niecnej sławyBył od monarchy swego ulubiony,Tak temu będzie Francji król łaskawy«.

88  W mej porywczości może zbyt szalony,Na to mu taką przymówką dokuczę:»Hej, powiedz-no mi, jakiej to mamony

91  Żądał od Piotra Pan, zdając mu klucze,I jakiemi to skarby się zbogacał?...Chodź za mną, prosto rzekł; tobie je zruczę.

94  Nie żądał równie Piotr, by się opłacałZłotem Mateusz, kiedy mu przydzieliłUrząd, co zdradą Judasza doń wracał.

97  Siedź-że tu, wpadłeś bowiem, gdzieś wyceliłI niech ci mile kruszec w uszu dzwoni,Który cię przeciw Karłowi ośmielił.

100  A gdyby nie to, że szacunek broniI wzgląd na owe klucze przedostojne,Coś tam na jasnym świecie dzierżył w dłoni,

103  Słowa-by moje ostrzej były zbrojne,Bo chciwość wasza mir świata uboży,Lichych wynosząc, dobrym głosząc wojnę.

106  Was w objawieniu wytknął Pisarz boży,Gdy o niewieście przepowiadał owej,Która z królami ziemi cudzołoży;

109  Co się zrodziła, dziw siedmioro-głowyI moc swą z rogów ciągnęła dziesięci,Dopóki grzech jej nie zgubił mężowy.

112  Czemże-bo od was różnią się wyklęciPoganie, w kruszcu swe mający bogi,Jak, że im jeden, a wam się stu święci?

115  O Konstantynie! jakżeś się stał wrogiŚwiatu, nie przez chrzest, lecz przez darowiznę,Którą się pasterz zbogacił ubogi!«

118  Podczas, kiedy nań takim szydem bryznę,Snać gniew, lub żarły go w sumieniu grzechy,Duch obu łydek wytrząsał goliznę.

121  A Wódz mój widno był pełen uciechy,Że się obrażam na bezecną winę,Bo usta swoje przystroił w uśmiechy.

124  Zaczem na ręce wziął mię jak dziecinę,A kiedy dobrze ogarnął w ramiona,Jak zszedł, tak znowu piął się na wyżynę.

127  Ani nie przestał tulić mię do łona,Aż tam wysadził, gdzie przełęcz porogiMościła, na wał piąty przerzucona.

130  Ostrożnie złożył ciężar sobie drogiNa wirchu grani stromym i wysokim,Gdzieby kozica nie odkryła drogi...

133  Tu jar zaczerniał nowy przed mym wzrokiem.

1  O nowej kaźni rym ułożyć muszęW pierwszego śpiewu tej dwudziestej pieśni:Śpiewu, co głosi potępieńcze dusze.

4  Już byłem gotów zajrzeć w otchłań cieśni,Która zionęła usty okropnemiI którą łzami myli ci boleśni.

7  W okólnym rowie ujrzałem ich. NiemiSzli i płaczący, podobnymi chody,Jak tam procesje chodzą pośród ziemi.

10  A gdy tak śledzę cieniów korowody,Widzę u wszystkich szyje przekręconeW miejscu, gdzie kadłub odbiega od brody.

13  Twarz odwróciły od piersi i w stronęOczom przeciwną szły pomimo chęci,Mając z oczyma stopy powaśnione.

16  Może gdy kogo paraliż wykręci,To go zamienia w takiego kalekę;Ale nie sądzę, ani mam w pamięci.

19  Jeśli słuchaczu na tym, co tu rzekę,Bóg ci pozwoli uczyć się przykładzie,Pomyśl, czy mogłem suchą mieć powiekę,

22  Widząc człowieczą godność w tej szkaradzieTak upodloną, że woda co cieczeZ ócz, żłobem pleców spływała po zadzie!

25  To też płakałem, aż Mistrz do mnie rzecze,Com stał na głazu oparty ociosie:»I tobie żal ich, niemądry człowiecze?

28  Litość zatłumić tu litością zwie się,Bo i któż ciężej od zuchwalca grzeszy,Co z sądem przeciw sądom bożym rwie się?

31  Podnieś więc głowę; niech się wzrok nacieszyTym, co go grunt pod tebańskimi mury,Schłonął, aż poszedł krzyk od wrogów rzeszy:

34  Amfiarao! Do jakiej to dziuryUmykasz z placu?... A on leciał w wiecznyGrób, w Minosowe okropne pazury.

37  Patrz: gdzie miał piersi, ma pacierz napleczny;Że nazbyt chyżo przedtem w przyszłość godził,W tył patrzeć musi i krok niesie wsteczny.

40  Owdzie Tyrezjasz, co się to przerodziłW niewiastę, męża zesuwając postaćI wzrok członkami zmienionymi zwodził;

43  Gdy zaś poprzednich kształtów pragnął dostać,Tedy dwa węże uściskiem splecioneMusiał poprzednio chabiną ochłostać.

46  Na kłąb mu patrząc w naszą idzie stronęArons, któremu śród Lunejskiej góry,Gdzie Kararyjczyk w głąb zapuszcza bronę,

49  Pieczar mieszkaniec, śnieżyste marmuryDały siedzibę, skąd wolnym polataWzrokiem na morze, gwiazdy i lazury.

52  Owa, co kosę na piersi rozplata,Których nie widzisz, bo je kark zasłania,A zaś od piersi cała jest kosmata,

55  To Manto: ona syta wędrowaniaOsiadła niegdyś w gnieździe mej młodości;Słuchaj, co o niej gadają podania:

58  Kiedy jej rodzic w ziemi złożył kości,A gród Bachusa w cudzej legł obieży,Długo śród ziemskich wędrowała włości.

61  Jezioro w górnej Italiji leżyU stóp alpejskich, Benaco z nazwiska,Niemiec granica u tyrolskich leży.

64  Tysiącem źródeł na Apenin tryskaOd Kamoniki po Gardyjskie grodyNurt, co się dalej w to jezioro ciska.

67  W pośrodku, gdyby zeszli się z przygodyTrentu, Werony i Brescji pasterze,Mogliby swoje błogosławić trzody.

70  Gdzie brzeg się łukiem zgina, sterczą wieżePeskiery silnej, co pewną osłonąKraj przed Bergamem i przed Brescją strzeże.

73  Czego Benaku nie pomieści łono,To wodospadem się rzuca i płynieW strumień zebrane przez łąkę zieloną.

76  A ledwo głowę do biegu wychynie,Już nie Benaco, Mincio się nazywaAż po Governo, kędy w Padzie ginie.

79  Kęs mały zbiegłszy, na doliny spływaI tam się w moczar rozlane zamyka;Śmiercią zeń zionie para zaraźliwa.

82  Tędy przechodząc owa dziewka dzika,Spotkała wyspu jarowe ostępy,Nagie, nietknięte lemieszem rolnika.

85  Z dala od ludzi osiadłszy śród kępy,Ze służbą swoje święciła sabbatyI tam cielesne porzuciła strzępy.

88  Ludność, co w okół osiadła przed laty,Widząc siedzibę bagnem warowaną,Ściągając zewsząd, budowała chaty.

91  Na kościach zmarłej gród ufundowanoI już wróżbitów nie czekając zgody,Od pierwszej pani Mantową nazwano.

94  W liczbę wzrastała ludność bez przeszkody,Dopóki fałszem nie oszukał gładkimChytry Pinamont głupstwa Kassalody.

97  A to powiadam, bo gdyby przypadkiemInne mniemania tę powieść prześcigły,Moje świadectwo przeciwstanie świadkiem«.

100  »Mistrzu, twe słowa wątpliwość rozstrzygłyI tak się wiarą w ich prawdziwość poję,Że reszta mi jest jak węgiel wystygły.

103  Lecz spójrz na owe przechodzące roje:Jest-że gdzie godna pamięci pokuta?W to jedno godzą wszystkie myśli moje«.

106  Na to Mistrz: »Owy, co mu broda sutaNa ciemne barki puszcza kędzior kręty,Był wieszczkiem w Grecji, gdy z mężów wyzuta

109  Została bronna samemi chłopięty.On to z Kalchasem na wiatr wybłaganyPierwsze w Aulidzie z lin odciął okręty.

112  Za życia on był Eurypilem zwany;Śpiewałem niegdyś jego ziemskie trudy:Z Tragiedji mojej pewnie tobie znany.

115  Owy cień drugi, w biodrach taki chudy,Michała Szkota jest dusza wyklęta:Ten w czarodziejskie bawił się obłudy.

118  Tu Bonattiego, tam widzisz Asdenta,Co radby wrócił do dratwy i szydła,Lecz się za późno w piekle opamięta.

121  A tam wróżbitki, co od motowidła,Igły i szpulki poszły w czarowniceI z figur i z ziół czyniły mamidła.

124  Lecz chodźmy; już się chyli za granicęDwu pół-sfer Kain, co pęk cierni niesieI pod Sewilą w morzu topi lice.

127  Wczorajszej nocy księżyc w pełnym kresieWszedł: na blask jego pątnik się nie żali;Sam wiesz, coś wczoraj w ciemnym błądził lesie«.

130  Podczas gdy mówił do mnie, szliśmy dalej.

1  Tak z mostu na most, gwarząc bez ustankuO rzeczach, które w powieści pominę,Szliśmy, aż doszli najwyższego ganku,

4  By stamtąd zajrzeć w następną szczelinęZłych Dołów i jej marne poznać żale:Spojrzę, w ciemnościach dziwnych okiem ginę.

7  Jako w weneckim zimą arsenaleWre lepka smoła w kotłach na zaprawęOkrętów, których uszkodziły fale;

10  Więc kiedy jeden nową stawia nawę,Drugi rozbitej przez długie podróżePakułą boki zatyka dziurawe;

13  Więc jeden reje, drugi sztaby, trzeci strużeWiosła, a czwarty zasię kręci liny;Ów żagle łata i małe i duże.

16  Tak mocą bożą, bez ognia przyczynyW padolnym żłobie smoła wrzała zgęsłaI ośliniała całą głąb kotliny.

19  Widziałem jeno tyle, że się trzęsłaW bańkach powierzchnia bulgocąca wrzątku:To się wzdymała w kożuch, to znów klęsła.

22  A gdym tak patrząc, czekał zdarzeń wątku,Wódz mój zawołał nagle: »Wara! wara!«I ściągnął z miejsca, gdziem stanął z początku.

25  Więc się zwróciłem jak człek, co się staraWytrwać i poznać strach, który go pędzi,A choć w nim bojaźń odwagę rozpara,

28  Ucieka wprawdzie, ale kroków szczędzi;Ujrzałem postać czarnego straszydła,Biegnącą mimo po skalnej krawędzi.

31  Aj, jaka mara to była obrzydła!Jak mi się wydał czart w swem iściu srogiNa lekkiej nodze, roztoczywszy skrzydła!

34  Z bark, co prężyły pyszne ostre rogi,Zwisał mu grzesznik na wznak wywrócony;On pazurami dzierżąc go za nogi,

37  Z naszego mostu krzyczał: »Hej, Złe szpony!Oto starosta jeden z Citty grodu;Weźcie go pod się, a ja w tamte strony

40  Wracam do miasta, gdzie ich mam jak lodu;Oprócz Bontura chłop w chłopa filuty,Za dzięgi z »nie« »tak« robią bez zachodu«.

43  W przepaść go rzucił i po skale lutejWracał, a gonił nie stawiając pięty,Szybciej niż kundys w złodzieja poszczuty.

46  Ow spadł i grzbietem wypływał, wpół zgięty,A czarci stojąc pod mostem, krzyczeli:»Nie kłaniaj! Tu nie Wizerunek święty.

49  Inszej tu zażyj niż w Serchio kąpieli;Jeśli z łap naszych nie strach ci zadzierki,Bacz, żebyśmy cię więcej nie widzieli!«

52  Wtem stoma widły pokłuli mu nerki,Krzycząc: »Po ciemku pląsaj sobie w warzeI po omacku czyń swoje szacherki!«

55  Właśnie tak samo kuchcikom kucharze,Aby po wierzchu mięso nie pływało,Każą je topić widelcami w garze.

58  A Wódz mój rzecze: »By się nie wydało,Że jesteś tutaj, obierz sobie głazyZa mur i skryj się, przysiadłszy za skałą;

61  A jakiejkolwiek doznał-bym obrazy,Bądź-no spokojny, że im się obronię:Raz już mię takie spotkały przekazy«.

64  Potem most przeszedł; gdy po drugiej stronieDocierał, gdzie się poczyna wał szósty,Zaprawdę, musiał nieść odważne skronie!

67  Z jaką wściekłością i z jakimi szustyZgraja kundysów wypadnie na dziada,Aż krzyczy: »Ratuj«, drżąc białemi usty,

70  Tak tu czerń djabłów z pod mostu wypada,Grożąc widłami; lecz on na kadukiKrzyknął: »Wara wam! Ta nie płuży zdrada!

73  Zanim poczniecie dziubać, czarne kruki,Sam tutaj który! słysz, co się mnie tyczy!Potem już dam się potargać na sztuki«.

76  »Hybaj, Zły Chwoście!« czereda zakrzyczy.Więc jeden wyszedł, reszta w miejscu stoi;Podbiegł i pytał Mistrza, czego życzy.

79  »Myślisz, Zły Chwoście, że mógłbyś tu mojejOsoby w piekle zażywać widokuI że mógłbym wam oprzeć się krom zbroi

82  Bożego sądu i losów wyroku?Zatem puszczaj mię! Niebo rozkaz dawa,Bym komuś drogę ukazał śród mroku«.

85  Tedy runęła czarta duma żwawa;Z rąk mu narzędzie męki wyleciałoI rzekł do czerni: »Żgać nie mamy prawa!«

88  A Wódz mój do mnie: »Ej, ty, co za skałąSiedzisz, kamiennym zasłonięty wałem,Powstań i do mnie tu powracaj śmiało!«

91  Zaczem się ruszę i popędzę cwałem;Wszyscy szatani zabiegli mi drogę,A ja już się ich niekarności bałem.

94  Pamiętam twierdzy poddaną załogę:Śród wrogich szyków, pod paktem z KapronyWychodząc, równą czuć musiała trwogę.

97  Do boku Wodza cały przytulony,W gromadę czartów, co z takim wypadłaZłowrogim giestem, wzrok miałem wlepiony.

100  Zniżając haki, piekielne widziadłaSzeptały do się: »Kuper mu zdziurawię!«I podjudzały: »Kól go aż do sadła!«

103  Lecz ten, co w naszej pośredniczył sprawiePrędko do czarta przyskoczy i powie:»Zdziebełko! Hola, hola, nie tak żwawie!«

106  A do nas: »Niech wam nie postoi w głowieKołować dalej po tej skały grzbiecie;Łuk szósty leży skruszony w parowie.

109  Lecz skoro naprzód koniecznie iść chcecie,Tym tu wyłomem drogę przedsięweźcie;Blizko most stoi, którędy przejdziecie.

112  Lat się spełniło właśnie tysiąc dwieścieSześćdziesiąt i sześć wczoraj o tej porze,Więcej pięć godzin, jak się owo przejście

115  Zapadło; czarcią z wami poślę stróżęZajrzeć, czy gdzie duch głowy nie wytyka;Pokorę dla was i rygor im wdrożę«.

118  »Niech Tłumirosa z Wiłą naprzód zmyka!«Wrzasnął. »Psia-Morda za nimi w sie czasy;Kudłacza daję wam za dziesiętnika.

121  Nadto ruszajcie Smoczy-Pysk i ŁasyI Ostry-Pazur i Knurec zębatyI ze Szalejem Opętaniec-Krasy.

124  Nad wrzącą smołą rozstawić mi czaty;Tym mają dane być glejt i opiekaDo mostu, co się nie zapadł przed laty«.

127  »Biada!« krzyknąłem, »co nas tutaj czeka?Odejdźmy sami, gdyś szlaku podróżyŚwiadom; ja wolę widzieć ich z daleka.

130  Przezorny byłeś dotąd, bądźże dłużej;Nie słyszysz, jak to zgrzytają im kielce?Brew namarszczona rzecz niedobrą wróży«.

133  A Mistrz mój na to: »Lękliwy-żeś wielce!Niechże się marszczą i zgrzytają zdrowi;Na prażące się pomstują topielce«.

136  Wtem ku lewemu pierzchnęli wałowi,Wprzód wyciągnąwszy języki przed starszym,Zębem przycięte, znak dziesiętnikowi.

139  A on im z kupra zagrał przed wymarszem.

1  Widziałem w życiu wojowników rotyNa bój idące; widziałem atakiHufców, przeglądy wojska i odwroty;

4  Widziałem na harc wodzone rumaki,Aretynowie! i rycerskie gony,W turniejach kopie kruszone i znaki,

7  Podczas gdy trąby huczały i dzwonyI bębny i twierdz wołające strażeI hasła swojskie, albo z cudzej strony.

10  Nigdym nie widział przy takiej fujarzeWymarszu pieszych, ni jezdnych, ni floty,Gdy się jej hasło do drogi ukaże.

13  Szliśmy śród biesów dziesięciorga roty,Straszna kompania!... Ale cóż? W kościeleSiedzisz przy świętych, w karczmie śród hołoty.

16  Ja wszystką baczność na wrzątku zestrzelę,By lud ogarnąć w tę fosę wchłoniętyI w smole straszne biorący kąpiele.

19  Jako delfiny, kiedy grzbiet wygiętyZ podmorskiej fali jawią marynarzomNa znak, aby się chronili z okręty,

22  Tak ci, by ulżyć mąk, w których się prażą,Coraz to plusną, skryją się i znowuGrzbiet szybko, jak błysk piorunu, ukażą.

25  Albo jak żaby w kałuży, gdy z rowuNad wodę pyszczki prężą za oddechem,A kryją nogi i resztę tułowu,

28  Tak wysterczali ci skalani grzechem;Ale gdzie Kudłacz przejdzie, zaraz samiWe wrzątku toną, zmykając z pośpiechem.

31  Wtem, na wspomnienie jeszcze serce drga mi,Jeden się spóźnił, jak żaba, w bagniskoGdy nie uskoczy za towarzyszkami.

34  Lecz Ostry-Pazur, który stał tuż blizko,Śmignął, za zlepły włos hakiem do góryPodniósł, jak wydrę obmokłą i ślizką.

37  Z imienia znałem już djabelskie ciury,Bo werbowanych znaczyłem w pamięciI uważałem jak się wabił który.

40  »Hej, Opętańcze, nie szczędź mu dziesięciSzponów i nadrzej no porządnie łyka!«Tak jednym głosem wołali przeklęci.

43  »Mistrzu«, do mego rzekę Przewodnika,»Spytaj gdy wolno, o imię maszkary,Którą tak wrogo czerń oprawia dzika«.

46  Więc Wódz natychmiast przystąpił do maryI pytał, co zacz, a duch krzyknął z dołu:»Urodziłem się w królestwie Nawary

49  Matka mię moja u dworskiego stołuSłużyć oddała, zrodziwszy z hultaja,Co strwonił mienie z żywotem pospołu.

52  Król Tybalt, bywa, rad mię słucha, a jaWnet szalbierstwami żywot swój zachwaszczę,Za które w smole teraz duch się kaja«.

55  Tu djabeł, co miał uzbrojoną paszczęW parę sterczących kłów, jak dzikie knury,Zaraz mu jednym dał poczuć, jak głaszcze.

58  Popadła biedna mysz w kocie pazury!Lecz Kudłacz ducha objąwszy ramiony,Rzekł: »Póki dzierżę, wara mu od skóry!«

61  Potem do Mistrza pyskiem obrócony:»Pytaj, co jeszcze chcesz wiedzieć«, powiada,»Nim go rozerwą tamci swymi szpony«.

64  Więc Wódz zagadnął: »Śród topielców stadaJest tu z łacińskiej włości ziomek jaki?«Duch na to: «Krajów»Krajów łacińskich sąsiada

67  Jeno co-m widział w głębi smolnej młaki;Bogdaj-bym przy nim warem się napawał,Nie straszyłby mię pazur i bosaki«.

70  A Łasy: »Dość-em cierpliwie wystawał«.I wysunąwszy nagle harpun chwytki,Z ramienia mięsa mu odszarpnął kawał.

73  Smoczy-Pysk znowu widłami do łydkiRwał się, dziesiętnik jednak skoczył żwawyI dookoła wzrok zatoczył brzydki.

76  Gdy uciszyli nieco wielkiej wrzawy,Tego, co ranę swą oglądał, spytaMój dobry Piastun, niemieszkając sprawy:

79  »Kto owa dusza, tak dobrze ukryta,Coś ją porzucił i z lichej porady?«Odpowie widmo: »Jest to brat Gomita,

82  Z Gallury rodem, naczynie wszej zdrady,Który miał wrogów swego pana w saku,A tak ich użył, że każdy mu rady.

85  Brał od nich dzięgi, wypuszczał bez braku;W innych urzędach zdzierstw popełnił sporo;Słowem, był to łotr wysokiego znaku.

88  Z nim siedzi Michał Zanche z Logodoro;Tam o Sardynii gawędzą do syta:Skoro raz zaczną, kończyć im nieskoro.

91  Aj! tamten, słyszę, kłami na mnie zgrzyta!Rzekł-bym coś jeszcze, alem pełen strachu,Że mi się zębem głowizny dopyta!«

94  Więc na Szaleja, co go trzymał w szachuI białkiem toczył, stając jak do sztyku,Dziesiętnik wrzasnął: »Precz, złośliwy ptachu!«

97  »Gdyś rad usłyszeć coś o Toskańczyku,Albo Lombardzie«, rzekł duch zastraszony,»Zaraz ci przyślę; jest ich tam bez liku.

100  Lecz niech się nieco odsuną Złe-Szpony,Bo tamci wyjrzeć nie śmią, w strachu kary;Ja tu pod skałą sobie przyczajony

103  Za mnie jednego zwabię całe chmary,Gdy tylko świsnę, co u nas jest znakiem,Że wolno głowę wyścibić nad wary«.

106  Psia-Morda słowem oburzony takiem,Łbem zaczął kiwać, uniósłszy paszczęki:»Patrzcie, co zmyślił, aby ujść przed hakiem!«

109  A on, co w głowie nosił kruczków pęki,Powiada na to: »Ha, dowcipnie wcale,Że towarzyszy dam na większe męki!«

112  Wiła na przekór krzyknął: »Doskonale!Spróbuj-no czmychnąć, omyliwszy warty,Ja w zakład idę: nie zgonię we cwale,

115  Lecz w locie ponad smołą rozpostarty,Dopędzę: pójdź tu i stań za urwiskiem,Obaczym, czyś co więcej od nas warty«.

118  Nowem, słuchaczu, zdziwię cię igrzyskiem:Wszyscy się biesi tyłem obrócili,A on najpierwszy, Psia-Morda nazwiskiem.

121  Chytry Nawarczyk dobrał sobie chwili,Odbił się piętą na urwiska spadku,Szusnął, a djabli zabawą pokpili.

124  Na brzegu stali markotni z wypadku,Ale najbardziej ów pokpiwca sprawy:Prędko się porwał, krzyknął: »Mam cię bratku!«

127  Lecz nadaremnie, strach był bardziej żwawy;Spadł potępieniec w smołę, i dał nura,A szatan wracał, prężąc skrzydeł stawy.

130  Tak sokół kiedy poluje kaczóra,Już, już go sięga, gdy ten w wodzie znika,A sokół, wraca, opuściwszy pióra.

133  Wściekły, lecz i rad z tej psoty grzesznika,Powstrzymał druha w locie Tłumirosa,Bo uśmiechała mu się bijatyka.

136  Więc kiedy oszust czmychnął im z przed nosa,Wbił w towarzysza szponiaste ostrogiI zwisł, gdzie wrzątkiem parowała fosa.

139  Ale i ów był raróg nad rarogi,Więc pazurami zadzierżył go krzepko,Aż razem wpadły w war zacięte wrogi.

142  War zapaśnikom prędką był rozczepką,Ale nie mogli wygrzebać się z młaki,Bo skrzydła smołą kleiły się lepką.

145  Kudłacza skwasił kłótni obrót taki:Pchnął czterech lotem na drugi brzeg jaru,Wszystkim kazawszy wziąć widły i haki.

148  W różnych zlecieli miejscach i z wiszaruWidły podając, przybyli ratunkiemDjabłom wpieczonym już w skorupę waru.

151  I zostawiliśmy ich z tym frasunkiem.

1  Samowtór szliśmy, samotni i niemi;Mistrz mój na przedzie, ja po jego tropie,Sposobem Braci Mniejszych pośród ziemi.

4  Ja zatrzymawszy myśli na Ezopie,W bitwie djabelskiej do bajki o szczurzeI żabie dziwne podobieństwo tropię.

7  Bo mniejszy związek dwu członów w figurzeLogicznej, niż tu, kiedy z punktów wielaZważając, skutek po przyczynie wróżę.

10  A jako z myśli druga myśl wystrzela,Tak się rachuba ma z rachubą składaI podwójnym mię lękiem onieśmiela.

13  Rozumowałem tak: Djabelska zwadaPrzez nas powstała, przez nas owa psota;W czartach się musi burzyć złość nielada.

16  Gdy jeszcze podstęp na gniew się namota,Wnet na nas wścieklej wpadną czarcie złaje,Niż charty w polu poszczute na kota.

19  Toż czułem, że mi włos na głowie wstaje;Za Mistrzem stojąc i piekielnej wrzawiePodając ucha: »Mistrzu, mnie się zdaje«,

22  Rzekłem, »że jeśli stąd się nie wybawię,Sfora Złych Szponów prędko nas dopadnie;Ja ich tak czekam, że już czuję prawie«.

25  »Choćbym zwierciadłem był, tak się dokładnieTwój kształt zewnętrzny we mnie nie wyświęci,Jak się wewnętrzny tu przede mną kładnie.

28  Dwie myśli nasze z pod jednej pieczęciW tej chwili wyszły, jednakowym ślademRyjąc powstałe w obu sercach chęci.

31  Jeśli pozwoli prawy stok swym składemDo następnego opuścić się rowu,Przed spodziewanym umkniemy napadem«.

34  Ledwo dał wyniść z ust otuchy słowu,Gdy spojrzę, skrzydła wyprężając skore,Lecą szatani w nadziei obłowu.

37  Ale Przewodnik pochwycił mię w porę:Tak matka nocnym zbudzona rozruchem,Gdy ujrzy, że dom nad jej głową gore,

40  Porywa dziecię i ucieka duchem,Więcej o skarb swój niż o siebie dbała,I nie odzieje się nawet rańtuchem...

43  Na wznak się rzucił i ciężarem ciałaSunął po zboczu stromego urwiska,Którem się druga fosa zamykała.

46  Nie tak się rączo wyrywa z łożyskaPotok, kamienie obracać u młyna,Nawet, kiedy już na koła się ciska,

49  Jak Mistrz, gdy niósł mię, gdzie owa ruinaSterczy, na piersi położywszy swojeNie jak wspólnika drogi, lecz jak syna.

52  A ledwo stanął na dnie, djabłów roje,Spojrzę, nad nami biegną samą granią,Lecz już się teraz ich złości nie boję.

55  Opatrzność, co ich nad piątą otchłaniąPostanowiła naczelnymi pany,Nie pozwoliła wychylać się za nią.

58  Tu-ś-my znaleźli naród farbowany:Płacząc, powolnie wlókł się w okół góry,Zdał się znużony bardzo i znękany.

61  Odzian był w płaszcze i nizkie kapturyNa oczy, krojem i miarą takowe,Jak w Kolnie noszą zakonników chóry.

64  Złocony kaptur krył grzesznikom głowę,Wewnątrz tak grubo ołowiem podbity,Że słomką przy nim hełmy frydrykowe.

67  O wiekuistych udręczeń habity!...W lewo skręcamy, chcąc pójść w równej mierzeZ nimi, wsłuchani w ból płaczem niesyty.

70  Lecz snać im straszne ciężyły pancerze,Bo szli tak wolno, że przy każdym ruchuMieliśmy coraz towarzystwo świeże.

73  Więc ja do Mistrza: »Spójrz, w cieniów łańcuchuRozpoznaj kogo, w krąg podawszy głowęI o jakim mi sławnym powiedz duchu«.

76  Wtem jeden, który toskańską znał mowę,Wykrzyknął do nas: »Wstrzymajcie się w pędzie,Wy, przez powietrze biegnący kirowe;

79  Może ja ciebie objaśnię w tym względzie«.Wódz się obrócił: »Stań, gdy prosi o toI niech krok jego twemu miarą będzie«.

82  Stanę i widzę dwu, partych ochotąDojścia mnie, lecz kruk niosących powłokiem,Wagą wstrzymany i drogi ciasnotą.

85  Wreszcie podeszli, popatrzyli bokiem,Potem do siebie, jakby zawahaniSzeptali, obcym zdziwieni widokiem:

88  »Że jeden żyje, widno z ruchu krtani;Lecz choćby zmarli, przez jakie przejrzeniePrzychodzą w ciężki habit nie ubrani?

91  O, Toskańczyku, w smutne ZgromadzenieObłudnych takim zapędzony cwałem,Niech cię nie płoszy od nas obrzydzenie!«

94  Więc ja: »Rodziłem się i wychowałemW przesławnem mieście u Arnowej fali,A ciało dotąd mam to, które miałem.

97  Ale wy co zacz, z których tak się żaliKatusza, iż łzą wytryska na liceI na kapturach blaskami się pali?«

100  A widmo rzekło: »Te płowe kapiceTak są ołowiem ciężkie, że pod niemiKość nam jak waga pod ciężarem zgrzyce.

103  W Bolonii zwą nas Braćmi Uciesznymi:Jam jest Katalan, on Lodryng się zowie;Urzędy w twojej oddano nam ziemi,

106  Bo z żadną partją nie zostając w zmowie,Rokowaliśmy pokój; jak wesołyNasz pokój, świadczy Gardyngi pustkowie«.

109  »Bracia!« zacząłem, »te wasze mozoły...«Lecz nie skończyłem; uwagę mą skłóciłNędzarz do ziemi wbity trzema koły.

112  Kiedy mię ujrzał, okropnie się rzuciłI w brodę ciężko sapał, rozszlochany;A brat Katalan do mnie głos obrócił:

115  »W Faryzeusze ten ukrzyżowanyWmówił, że godzi się dla praw powagi,By człowiek za lud na śmierć był wydany.

118  Na drodze leży przebity i nagi,A kto przechodzi tędy, musi wprzódyDać piersiom jego swej doświadczyć wagi.

121  Teść jego na te-ż potępiony trudy;W tym samym dole reszta Synagogi,Która nasieniem była złem dla Judy«.

124  Widziałem, jak się zdziwił Mistrz mój drogiMarze na własnym krzyżu przygwożdżonej,Wygnanej na te wieczyste rozłogi.

127  Potem się ozwał, do mnicha zwrócony:»Jeżeli wolno i tę łaskę mamy,Powiedzcie proszę, czy tu z prawej strony

130  Niema w następny dół wiodącej bramy,Byśmy bez czarnych pomocy aniołówSwobodnie mogli z waszej wyniść jamy«.

133  »Bliżej niż sądzisz, jest tu most, co z dołówStudziennych aż do wielkiego koliskaPrzecina wszystkie koryta wądołów,

136  Jedno naszego sobą nie przyciska,Jako że runął; owym powalonymMostem wam drogę uścielą zwaliska«.

139  Mistrz stał przez chwilę z czołem pochylonem,Potem rzekł: »Licho swej użył przekoryTen, co tam łotrów rozszarpuje szponem«.

142  Mnich na to: »Uczą bolońskie doktoryO czarta złości, a między innemi,Że ojcem fałszu jest, do kłamstwa skory«.

145  Tu Mistrz wyruszył kroki ogromnymi,Twarz jego była gniewem pomieszana;Zaczem wyszedłem z obarczonych ziemi

148  W ślad ukochanej stopy mego Pana.

1  W owej-to porze młodzieńczego roku,Gdy słońce włosy na Wodniku stroi,Noc do długości dnia przymierza kroku;

4  Gdy szron po polach śnieżnej siostry swojejObraz barwami białemi wymości,Który się jednak długo nie ostoi;

7  Kmiotek, któremu już głód w chacie gości,Wstaje i wyjrzeć idzie, jak na dworze,A tam ci niwa calutka w białości.

10  Tedy po bokach bije się nieboże,Do izby wraca i z żalu się słania;Lecz się zaśmieje i otuchą wzmoże,

13  Widząc zmieniony świat do niepoznaniaZa małą chwilę; kostur bierze krzywyI na pastwisko chudobę wygania.

16  Tak się zaląkłem, kiedym frasobliwejNa czole Mistrza mego dostrzegł chmury;Lecz on wnet polał na ranę oliwy,

19  Bo ledwie wstąpił na zwalone mury,Ku mnie się zwrócił w tak słodkiej postawie,Jak tam raz pierwszy u podnóża góry.

22  Potem po krótkiej sam z sobą rozprawieOtwarł ramiona, chwycił mię w pół ciała,Spojrzawszy wprzódy po ruin dzierżawie.

25  A jako człowiek co waży i działa,Lecz chce, by czyn miał bezpieczeństwa znamię,Tak on stawiając gdzie grań wysterczała,

28  Już mi wskazywał drugą. »Na tym złamie«,Mówił, »oprzej się i dobrze obramień,A przedtem spróbuj, czy się nie załamie«.

31  Nie chodzić tędy za zbrodnię omamieńW ołów zakutym, gdy on niewcielony,Ja podpierany, z kamienia na kamień

34  Ledwo stąpamy; i gdyby z tej stronyStok nie był wiele niższy niż z poprzedniej,To nie wiem, czy on, — ja padłbym zemdlony.

37  Lecz że Złe-Doły ku studni ośredniejCałe się chylą, zatem ściany jarówSą ułożone w sposób odpowiedni:

40  Jedna się wznosi, druga zniża w parów.Jużeśmy doszli tam, gdzie w ruin strzępieSterczał ostatni kamień u wiszarów.

43  Kiedy stawałem na granitów kępie,Płuca mi wyschły, krok niosłem ołowiI zaraz usieść musiałem na wstępie.

46  »Teraz się z lichej gnuśności rozpowij!«Mistrz do mnie rzecze, »bowiem pod pierzynąI w puchach łoża sławy się nie łowi.

49  A komu bez niej dni na ziemi płyną,Po takim ślad się padolny rozpyliDymem na wietrze i wód szumowiną.

52  Więc wstań i niemoc niechaj w tobie zmyliDuch, co zwycięzcą jest w każdej rozprawie,Chyba go brzemię ciała ubezsili.

55  Na wyższych schodach ciebie ja postawię;Niedość, że ciemne rzucimy katownie:Wyczerp naukę z tego, co ci prawię«.

58  Wstałem, udając sobą, że cudownieW członki me siła wstąpiła ognistsza;»Pójdź«, rzekłem, »krzepki jestem niewymownie«.

61  Po skalnym lęku ruszyłem w ślad Mistrza;Perć była wązka i pełna obrazyI jeszcze niźli poprzednie spadzistsza.

64  Idę i gwarzę, by nie zdradzić skazyW odwadze, gdy wtem dosłyszę pomruku,Co w niewiązane składał się wyrazy.

67  Niewiem, kto mówił, choć stałem na łuku,Co nowej fosy stanowił granicę,Lecz głos był pełen gniewliwego fuku.

70  Spojrzałem na dół; żyjące źreniceDna dla ciemności nie mogły zgruntować,Więc rzekłem: »Mistrzu, by zejść w tę ulicę,

73  Do rogu ściany okólnej mię prowadź,Bo jak słuchając nie słyszę, tak łowięWzrokiem, a kształtów nie mogę zmiarkować«.

76  »Czynem«, Mistrz odparł, »odpowiedź wysłowię,Bo zacna prośba wysłuchania warta;Niemy czyn na nią najsnadniej odpowie«.

79  Zeszliśmy zatem, aż gdzie przełęcz zdartaNa ósmej ściany opada się zrębie;Przedemną otchłań zionęła otwarta,

82  Gdzie obaczyłem w przeokropnym kłębieWęże przeróżnych kształtów i natury;Myśląc, dziś jeszcze krew mą w żyłach ziębię«.

85  Niech się nie chełpią libijskie piachury,Że płodzą bestje niezwykłe i gady:Hydry, padalce, niedźwiadki, jaszczury.

88  Takich złośliwych, z tak różnymi jadyEtyjopijskie nie znają obszary,Ani czerwono-morskie ich sąsiady.

91  Pomiędzy wstrętne i dzikie poczwaryTam i sam biegał nagi, zastrachanyTłum, spragnion skałki-niewidka lub szpary.

94  Na rękach w tyle miał z wężów kajdany:Powyprężawszy głowy i ogonyTworzyły węzeł z przodu zadzierzgany.

97  Owoż w jednego, co stał z naszej stronyNagle wpił się wąż i kłem go uszczypałTam, kędy szyja wiąże się z ramiony.

100  Pewnie mniej szybko z łuku padnie wypał,Niż ten zapłonął, zgorzał i z pożogiProchem się marnym po ziemi rozsypał.

103  A kiedy leżał taki proch ubogi,Nagle się zgarnie, pospaja, podniesieI w dawnym kształcie powstaje na nogi.

106  Ów ptak bajeczny, co feniksem zwie się,Podobnie kona i wstaje w popieleNa pięć-wiekowym swego życia kresie.

109  Nie wykarmia go ziarno, ani ziele;Krople amonu i bursztynu jada,Z nardu i mirry stos ostatni ściele.

112  A jako człowiek, co na ziemię padaCzy w opętaniu, gdy w nim czart się rzuca,Czy przez humorów sok, co w nim się zsiada:

115  To potem, gdy się z omdlenia ocuca,Błędnie wzrok toczy, męką obłąkany,Ciężkim oddechem pracują mu płuca;

118  Podobnie grzesznik ów, z pyłu zebrany.O Sądzie boży, jakżeś jest surowy,Gdy za grzech wtrącasz w tak okropne stany!

121  »Ktoś ty?« Wódz pytał. Skwapliwemi słowyOdrzekł: »z Toskany jestem; dni to świeże,Jako popadłem w okropne parowy.

124  Tam nie jak człowiek żyłem, ale zwierzę,Rówien mułowi; jam jest Vanno Fucci,Bydlę; Pistoja godne moje leże«.

127  »Każ mu«, powiadam, «niech»niech wyznać nie zwłóczyZa co tu wtrącon, gdyż między ziemianyWiem, był człowiek wściekły, co się gniewem tuczy«.

130  Usłyszał, żal mi zjawił nieudany,Oblicze na mnie podniósł, gdzie sromotaZjadliwa w barwie wykwitła rumianej.

133  »Zaiste, bardziej ból mną tutaj miota,Że w nędzy tego widzisz mię momentu,Niż tam na ziemi w odjęciu żywota.

136  Skoro wymagasz, wyznam aż do szczętu,Skąd duch mój głębiej, niźli-ś czekał, leży:Jam był złodziejem kościelnego sprzętu

139  I delatorem fałszywym grabieży.Lecz byś się z mego nie chełpił widzeniaGdy z tego lochu na blask wyjdziesz świeży,

142  Skupiwszy baczność, słuchaj objawienia:Naprzód Pistoja Czarnych się pozbywa,Potem Florencja rząd i ludność zmienia.

145  Mars z Val di Magra wielki tuman zrywa,A wtem go chmura niezmierna obwinie,Zaczem się burza podnosi straszliwa

148  I bój się stacza w Piceńskiej dolinie;Tuman przebija chmurę w swym rozpędzieI wszelki Biały w zawierusze ginie.

151  — To mówię, bo wiem, że cię boleć będzie!«

1  Tak powiedziawszy, rabuś pięści obieW dwie figi złożył i w butnej zajuszeKrzyknął: »Hej Boże, weź to, daję tobie!«

4  Odtąd być wężom przyjacielem muszę:Jeden nań wpełznął, krtani sięgał pyskiem,Jakby mu groził: Milcz, bo cię uduszę!...

7  Drugi ramiona ciałem oplótł ślizkiemA łeb z ogonem w kluczkę wiążąc z przoduUnieruchomił go takim uściskiem.

10  Ej-że Pistoja! czemu twego groduNie przeklniesz w popiół rozpaść się na szczęty,Gdyś gorsza, niźli szczep twojego rodu?

13  Równie bezbożnej między piekieł skrętyNie naszłem pychy, bo nawet u ducha,Co był z tebańskich murów gromem zdjęty.

16  Zbluźnił i umknął z wężem miast łańcucha;Wtem przypadł Centaur, z wściekłości się pieniWołając: »Gdzie jest, gdzie jest?.. Daj tu zucha!«

19  W Maremmie tyle gadów się nie pleni,Ile ich lazło po grzbiecie poczwaryI tam, kędy się zwierz w człowieka mieni.

22  Pod potylicą, wczepiwszy się w barySiedział smok; skrzydeł nastroszył się błoną,Na przechodzących rzygał krwawe pary.

25  Mistrz rzekł: »To Kakus, co granitów łonoPod Apeninów drążone posadąNiejednokrotnie krwią zbluzgał czerwoną.

28  Nie chadza razem z Centaurów gromadą;On to podstępem Herkulesa pożył,Gdy z blizkich pastwisk ukradł wielkie stado.

31  Ale się dowcip jego wnet ułożyłOd strasznych razów maczugi olbrzyma:Sto ich wziął, ale dziesięci nie dożył«.

34  Wtem Centaur przebiegł i znikł przed oczyma.A trójca duchów szła dołem. W rozmowyToku nie widzim jej, aż się zatrzyma

37  I patrząc na nas zawoła: »A kto wy?wy?«...Więc tu się nasza gawęda urywa,Ku nim uważne obracamy głowy.

40  Jam ich nie poznał, ale jak to bywa,I jak się właśnie zdarzyło w tej porze,Jeden drugiego nazwiskiem przyzywa

43  Wołając: »Cianfo! Gdzieżeś to nieboże?nieboże?«...Ja żeby ostrzec, że tu coś się święci,Palec w poprzek ust i brody położę.

46  Gdybyś słuchaczu wierzyć nie miał chęci,Wcale-bym tobie nie dziwił się, skoroJa dziś sam własnej nie ufam pamięci.

49  Poglądam po nich, gdy za jedną zmorąWąż sześcionożny bieży; raptem skoczyłI wpił w skazańca swoich nóg sześcioro.

52  Dwiema średniemi tułów mu otoczył,Ramiona ujął w przednie nogi obie,Kłami policzki uszczypał i zbroczył.

55  Tylne po udach ściągnął i w tej dobieChwost między nogi opuściwszy dołemPrężył go z tyłu po krzyżowym żłobie.

58  Nigdy tak powój nie okrąża kołemPnia, jak ci obaj ciałmi się zczepili,Wszystkimi członki powiązani społem.

61  Potem się jako ciepły wosk stopili,Zmieszali barwy i jestestw znamiona,Ani pozostał ślad, czem wprzódy byli.

6164  Jako więc w ogniu karta przypalona,Na której barwy tracą czystość swoję:Czarność nie doszła, a białość już kona.

6467  Więc duchy patrząc na dziwne przestroje:»Agnelu, co za kształt przybierasz nowy,Że już nie jesteś ni jeden ni dwoje?«

6770  W tej chwili obie stopiły się głowyI dwa ujrzałem lica w jedno zlane,Ale z istoty śladem dwulicowej.

7073  Dwie pary ramion na jedno zebrane,Nogi i uda, tułowy i brzuchyStworzyły kształty nigdy niewidziane.

7376  Pierwotną postać pokruszyły duchy:Stwora się zdała ni to czem, a niczemI powlekła się powolnymi ruchy...

7679  Jako jaszczurka pod słonecznym biczemZ krzaku do krzaka w dzień kanikularnyPrzemyka niby mknieniem błyskawiczem,

7982  Tak do dwu drugich potępieńców marnejPostaci żmijka przypadła gniewliwa,Żółta, czarnemi centkowana ziarny.

8285  W miejsce skąd pierwszy pokarm nam przybywaSkoczył gad i kłem cios duchowi zadał,Potem padł przed nim niby rzecz nieżywa.

8588  Ranny stał prosto, patrzał, nic nie gadał,Tylko w przeciągłe zapadł poziewanie,Jakby był w febrze, lub go sen napadał.

8891  Żmija na niego, on poglądał na nię:Ona paszczęką, a on kurzył ranąI łączyło się owo parowanie...

9194  Niech teraz Lukan zamilknie z odmianąSwego Nassyda, albo Sabellona,Niech tu rzecz zważa bardziej niesłychaną.

9497  Niech Aretuza i Kadmus Nazona,Ten zmienion w węża, a tamta w krynicęZbledną; dziw u mnie większy się dokona.

97100  Bo nigdy on tak dwu natur graniceNie zniósł, by z formą w dwoistej osobieRazem materję obrócić na nice.

100103  Oto w jakim się złożyli sposobie:Ogon się w dwoje rozczepił u gadu;Gdy zaś zranieniec skupił stopy obie,

103106  Łydki i uda ze ścisłego składuTak się spoiły i tak w siebie wsiękły,Że ze spojenia nie zostało śladu.

106109  W nogi się zmieniał gadu chwost rozpękły,Kształt nóg zaś ginął; skóry co je kryły,Tutaj twardniały, a tam zasię miękły.

109112  Ramiona coraz w pachy zachodziły,A łapy węża ściągane ku dołuTam ubywały, a tu się dłużyły.

112115  Potem zaś tylne, związane pospołu,Stały się członkiem wstydliwym człowieka,A srom nędznika rozczepił się w połu.

115118  Gdy nową barwę na obu wypiekaDym, razem szerć im zmienia w tymże czasie:Jednemu zdziera, drugiego obleka.

118121  Więc jeden padał, drugi wstawał zasię,Lecz wciąż wlepiali w siebie niecne oczy;Pod ich spojrzeniem w twarzach zmiana gra się:

121124  Ten co stał teraz, pysk we skronie wtłoczy,A zaś z nadmiaru materji wchłoniętejW policzkach para uszu mu wyskoczy.

124127  Z reszty zaś paszczy na tył nieściągniętej,Jak twarzy ludzkiej wymaga budowa,Usta składają się i nos wydęty.

127130  U leżącego wzdłużała się głowaZaczem w głąb czaszki uszy się wsuwałyJak u ślimaka, kiedy rogi chowa.

130133  Więc język mowny pękł na dwa kawały,A węża język rozczepiony, składemCzłowieczym zlał się — i dymy ustały.

133136  Duch, co z człowieka stał się teraz gademSycząc umykał w głębokie parowy,Drugi coś mruczał, parskał i biegł śladem.

136139  Wreszcie od niego grzbiet odwrócił nowyI mówił tamtym: »Niechże Bozo czyniJak ja, gdym pełzał po ścieżynie owej«.

139142  Te dziwy w siódmej widziałem pustyni:Jeśli chybiło nieco moje pióroPrzez rzeczy nowość, niech mię nikt nie wini.

142145  A choć mi oczy zachodziły chmurą,Choć się zmysł mieszał tą kształtów zatratą,Nie dość umknęli spiesznie, by posturą

145148  Nie zdradził mi się Puccio Sciancato.On jeden z trójcy widnej nam przez chwilęZostał z dawnego człowieczeństwa szatą.

148151  Trzeci, to powód łez twoich, Gaville.

1  Hulaj Florencja, światowładna pani!Skrzydłami bijesz po świata połaci,A imię twoje głośne jest w otchłani.

4  Pośród złoczyńców aż pięciu spółbraciZnalazłem; przeto we mnie wstyd się burzy,Ale twą wielką chwałę to wzbogaci.

7  Jeżeli prawdę sen przedrany wróży,Rychło na sobie poczujesz dłoń kata,Którym śród innych Prato ci posłuży.

10  A nie zawczesna będzie to zapłata!...Niechże się dzieje, jako napisano;Radbym już widział, bo mi biegną lata. —

13  W górę wracamy opoczystą ścianąPo węgłach; Wódz wprzód, a ja za nim wchodzęNa schody, ręką wsparty ukochaną.

16  A potem dalej po samotnej drodzePomiędzy szkarpy i szczerby przełęczy,Gdzie ręka pomoc, musi dawać nodze.

19  Męczył się duch mój i dziś jeszcze męczy,Gdy wspomni, com tam w dolnym widział żłobie;Więc umysł dzierżę w mocniejszej obręczy,

22  Aby się cnotą rządził w każdej dobie,A mając dobro z gwiazd lub nieb wyroku,By tego dobra nie zajrzał sam sobie. —

25  Jak wczasujący rolnik w porze roku,Kiedy planeta co blask ziemi nieci,Dłużej nam swego użycza widoku;

28  Gdy w miejsce muszek ćma komarów zleci,Z pagórka patrzy w pola i winnice,A śród nich mrowie świętojanków świeci:

31  Tak roziskrzoną ujrzałem ciemnicęÓsmego dołu przepastnej gardzieli,Z miejsca skąd mogłem w jar posłać źrenice.

34  Jak prorok, co miał w niedźwiedziach mścicieliWidział w powietrzu wóz elijaszowyZ końmi lecący w górę, cały w bieli,

37  Aż nic rozróżnić nie mógł, wzniósłszy głowy,Prócz samotnego, wiotkiego płomyka,Który mknął w górę, jak obłoczek płowy:

40  Tak migotała jaru szyja dzika;Nie znać co kryją ogniste osłony,A każda sobą zasnuła grzesznika.

43  Stałem na moście tak w dół przechylony,Że gdybym nie był trzymał się krawędzi,To spadłbym w przepaść, nawet nietrącony.

46  Rzekł Wódz mój widząc, jaka chęć mię pędzi:»Płomiennym duchy są odziane strojem,Każda się mara w ogniu własnym swędzi«.

49  »Pewność mam«, rzekę, »w utwierdzeniu twojem.Że tak być musi zrozumiałem ja ciI chciałem spytać: kogo swym zawojem

52  Otula płomień, co w górnej połaciJest rozczepiony, jakby bił ze stosuKtóry tebańskich obu schłonął braci?«

55  »Ullises tutaj gore«, rzekł, »od losuSkazan z Djomedem na wspólne cierpienie,Jak był wspólnikiem do zdrady i ciosu.

58  Jęk im wyciska Trojan omamienieI brama koniem udanym zdobyta,Skąd wyszło Rzymian szlachetne nasienie.

61  Tu płaczą zdrady, przez którą zabitaJeszcze Achilla skarży Deidamija;Za Palladjonu rapt cierpią do syta«.

64  »Jeśli z płomienia, który ich spowija,Wolno im mówić, Mistrzu, proszę mile,Chętna-li prośbie mej łaskawość czyja,

67  Racz się zatrzymać jeszcze małą chwilę,Aż tu podejdzie pochodnia dwurożna;Patrz, z ciekawości już cały się chylę«.

70  A on mi na to: »Prośba twa niezdrożna,Owszem chwalebna, toż ci jej nie ganię;Lecz milcz, odzywać się tobie nie można.

73  Zgadłem twe chęci, wyłuszczę żądanie,To Grecy: przyjąć gotowi-by dumnieI pogardliwie twoje odezwanie«.

76  Więc gdy tak blizko płomień podszedł ku mnie,Że doń przemówić stósownem się zdało,Te słowa posłał ognistej kolumnie:

79  «Wy»Wy, których pożar w jedno ubrał ciało,Jeślim zasłużył się«, skromnie powiadał,»Jeślim zasłużył się wielce lub mało

82  Kiedym dostojne o was rymy składał,Stójcie; a jeden podejdź do kamieniaI mów, gdzieś błądził i gdzie życie stradał?«

85  »TedyTedy róg wyższy starego płomieniaPoszepce i swym szczytem zamigota,Jak płomień świecy z wiatrowego tchnienia.

88  A jasny kiścień tam i sam się miota,Jakbyto język ludzki przezeń gadał,Aż wyszły słowa z ognistego knota:

91  »Gdym był od Cyrcy wrócił, gdziem postradałWolność, w pobliżu Gaëty więziony,— Eneasz imię to grodowi nadał, —

94  Nie mógł powstrzymać syn mój ulubiony,Ni cześć starego ojca, ni miłościPowinność, niegdyś szczęście lubej żony

97  Nie mogły zdusić we mnie ciekawościZajrzenia w świata roboty misterne,Poznania błędów ludzkich i dzielności.

100  Więc na głębokie morze, na niezmierneW jednej się puszczam łodzi; druhów gronoZe mną, do końca posłuszne i wierne.

103  Aż po Hiszpanię brzeg podwójną stronąZwiedzam; więc Marok, Sardynię i mnogąWysp rzeszę, jednem morzem otoczoną.

106  W starość my wszyscy zaszli żmudną drogą,Nimeśmy w owe cieśnie się dostali,Które Herkules piętnował przestrogą,

109  Aby nie ważył się człowiek pójść dalej;Po stronie prawej została Sewila,A Ceuta z lewej szarzała na fali.

112  »Bracia!« mówiłem, »śród hazardów tylaZaszli na świata podwieczorne skraje,Skoro wam jeszcze bodaj jedna chwila

115  W zmysłów czuwaniu przed śmiercią zostaje,Nie żmudźcie duszę wydobyć z ciemnoty,Za słońcem idąc w niemieszkane kraje.

118  Zważcie plemienia waszego przymioty;Nie przeznaczono wam żyć jak zwierzęta,Lecz poszukiwać i wiedzy i cnoty«.

121  A w mej gromadce ta lekka zachętaTakie pragnienie podróży zapali,Że się w porywie na nic zapamięta.

124  Ku wschodowi-ś-my rufę obracali,Prąc skrzydła wioseł na jazdę szalonąI ciągle w lewo przybierając fali.

127  Już wszystkie gwiazdy południową stronąByły nam widne; nasze zaś tak nizkoZeszły, iż zdało się, że w morzu toną.

130  Po pięćkroć dołem księżyca koliskoBlask uszczuplało od czasu, jak nawaZapędziła się w groźne topielisko,

133  Gdy nam się góra ukazała bławaOd odległości, postaci niezwykłej,Jak w reszcie ziemi widzieć się nie dawa.

136  Z krótkiej uciechy prędko łzy wynikły,Bo przypadł wicher od nowego lądu,Aż pękł pod ciosem dziób okrętu nikły.

139  Trzykroć go strącał wir pełnego prądu,Raz czwarty fala rufę w pion wyparła;Dziób pornął na dół i z przeznaczeń Sądu

142  Toń się nad nami wieczyście zawarła«.

1  Już wyprostował się i zmilkł ognistyJęzyk i zwolna od nas w dal odpływałZa zezwoleniem słodkiego lutnisty.

4  Wtem drugi, który w trop za nim przybywał,Wierzchołka swego niewyraźnym sykiemWzrok nasz ku swemu zjawieniu pozywał.

7  Jak się zdarzyło z sycylijskim bykiem,W którym — jak słuszna — naprzód zaznał karySamże Mistrz, co go odlał; skąd porykiem

10  Wydobywał się z wnętrza jęk ofiary,Przez co spiżowy potwór zdał się życieMieć i męczony być wnętrznymi żary;

13  Tak tu nie mając ujścia, należycieZ naturą ognia na gwarę ogniowąZamieniało się potępieńca wycie.

16  Lecz skoro wyszedł głos płomienną głowąI drganie nadal takie, jak w przeprawieWziął od języka, tą nas witał mową

19  Duch z ognia: »O ty, do którego prawię,Któryś przypomniał mi lombardzką stronęMówiąc: — Idź sobie, już cię tu nie bawię; —

22  Choć przyjście moje może jest spóźnione,Nie przykrzyj sobie kęs pogwarzyć ze mną,Gdy się nie przykrzy, patrzaj, mnie co płonę.

25  Jeżeliś popadł w tę krainę ciemnąZ łacińskiej ziemi słodkiej, skąd ja mojęDo piekieł winę przyniosłem nikczemną,

28  W Romanii, powiedz, pokój-li czy boje?Wiedz, że pochodzę z gór między UrbinemA tą przełęczą, gdzie są Tybru zdroje«.

31  Jeszcze schylony uważnie w kotlinę-mPatrzał, gdy Wódz mój lekko w bok mię trąca,Mówiąc: »Odezwij się, ten jest Latynem«.

34  A na języku mym odpowiedź rącaNatychmiast tymi wyrazy zabrzmiała:»Duszo w płomiennym knocie gorejąca,

37  Romania twoja nigdy nie bywałaWolna od wojny w sercu swych tyranów,Lecz gdym ją żegnał, niby pokój miała.

40  Rawenna stoi jak za dawnych panów:Orzeł Polenty tam swe gniazdo ścieleI swemi skrzydły otula Cerwianów.

43  Ziemia, która prób wytrwała tak wiele,Darząc Francuzów krwawem cmentarzyskiem,Zielonym Szponom przypadła w udziele,

46  Zaś stary Kundys z psiakiem werukijskimOd których poszła Montanii zatrata,Tam gdzie i dawniej krwawym gryzą pyskiem.

49  Stołb nad Lamonem i Santernu czataLwiątko z białego gniazda sobie wiodą,Co zmienia wiarę od zimy do lata.

52  Gród, co mu Savio bok podmywa wodą,Jak między górą leży, a padołem,Między niewolą żyje a swobodą.

55  Teraz mi wyznaj, kto jesteś«, zakląłemDucha, »mniej mi bądź, niż tamci surowy;I niech twa sława nie ginie z popiołem«.

58  Więc zaszumiawszy ów język ogniowyNa modłę swoją, światłem zachybota,Poczem takiemi odzywa się słowy:

61  »Gdybym przypuszczał, że słucha istotaCo się z tych ciemnic na słońce wybije,Nie drgnąłby więcej płomień mego knota.

64  Lecz że z czeluści tych stopy niczyjeNie powróciły życiem odzyskanem,Bez trwogi tobie mą hańbę odkryję:

67  Jam to z żołnierza został Franciszkanem,Tusząc, że paskiem grzechy życia zmażę.I Bóg-by litość miał nad moim stanem,

70  Gdy Wielki Kapłan, niechaj bies go karze,Napowrót w dawne pociągnął mię złości:Czemu i jak się zdarzyło, pokażę.

73  Gdym jeszcze kształtem był z miąszu i kości,Jakom z macierzy łona wyszedł żywy,Nie lwie, lecz lisie chowałem skłonności.

76  Wszelkich podstępów, wszelkiej ścieżki krzywejŚwiadom misternie swoje wiodłem czyny:Po świecie o nich powiadano dziwy.

79  Gdy życie moje dobiegło godzinyTakiego kresu, gdzie ludziom wypadaPozwijać żagle i pościągać liny,

82  Zbrzydła mi uciech marność i szkarada;Pokutowałem, przysiągłem przystojneŻycie i byłbym ocalał... O biada!

85  Faryzeuszów nowy książę wojnęRozpoczął wówczas wieść pod Lateranem.A nie na Turki ani Żydy zbrojne

88  Szedł; on wojował jeno z Chrześcijanem,Który z Niewiernym Akry nie zdobywał,Ani nie kupczył w krajach pod Sułtanem.

91  Urząd swój skalał, praw świętość pozrywał,Nie uszanował sznura mojej szaty,Co zwykł umartwiać, kogo opasywał.

94  Lecz jak Konstantyn Sylwestra z SyrratyWołał, aby mu leczył trądu rany,Tak ten mię wezwał z za klasztornej kraty

97  Chcąc być w gorączce pychy ratowany;Żądał porady; jam stał oniemiały,Gdyż był w swej mowie jakoby pijany.

100  Tedy rzekł: — Ja cię rozgrzeszam; bądź śmiały!Co czynić, niech się od ciebie nauczę,Aby upadły Penestryny wały?

103  Wiesz, że mam w mocy dwa od nieba klucze:Szacunek świadczył im nienależytyTen, po kim płaszcz mój dostojny obłóczę.

106  Tak poważnymi dowodami zbity,A przytem pewny, że milcząc popadamW błąd jeszcze większy, rzekłem: Skoro mi ty

109  Sumienia czystość wracasz, którą stradam,Radzę-ć: przyrzekaj dużo, czyń niewiele,Tędy ci pewny tryumf zapowiadam —

112  Gdym konał, Patron mój stanął przy ciele,Lecz głos się ozwał czarnego cheruba:Nie czyń mi krzywdy, nie przeszkadzaj w dziele!

115  Już on jest mój rab, już go czeka zgubaJako zbrodniarza, co złą radą truje;Już dawno moja dłoń u jego czuba.

118  Grzechu nie zmaże, kto żalu nie czuje,Ale żałować pragnąc, to zamykaSprzeczność, którą się ład logiczny psuje.

121  Jakże rubasznie potrząsł mnie nędznika,Kiedy uchwycił mówiąc drwiącym głosem:— A co? Możeś mię nie miał za prawnika?

124  Tedy poniósłszy stawił przed Minosem.On twarde biodra osiemkroć obwijaDo krwi gryzionym z wściekłości oczosem

127  I rzecze: ten jest z ognia ducho-kryja.Chodzę więc, w szatę ogniową zaklęty,Która się we mnie ostrym żarem wpija«.

130  Powieści swojej skończywszy lamentyOdeszła od nas bolejąca mara,Wijąc i wiejąc płomiennymi skręty.

133  Idziemy z Wodzem dalej, wierna para,Po skał krawędzi aż tam, gdzie sklepienieDół kryje nowy i gdzie tych jest kara,

136  Co sianiem waśni skalali sumienie.

1  Kto zdoła nawet w niewiązanej mowieOpisać rany i szkarłatne strugi,Jakie w następnym ujrzałem parowie!

4  Choćbym powtarzać chciał i raz i drugi,Pojęcia myślom zabraknie, wyrazuTrafnego ustom braknie do posługi.

7  Gdyby zgromadzić wszystek lud odrazuZ Apulji szczęsnej, co krwi rubinoweSoki rzymskiemu dawał pić żelazu;

10  Lub co przypłacił życiem boje owe,Gdzie łup obfity pierścieni zebrano,Jak świadczą wierne księgi Liwiuszowe;

13  I hufy, co krew wylały rumianą,Że nie uznały Roberta Gwiskarda;I tych, których kość zbierasz w Ceperano,

16  Skąd na Apulji synów pada wzgarda;I z Tagliacozzo, skąd nabrała sławyBitwa bez boju starego Alarda.

19  Gdyby z nich każdy to kadłub dziurawy,To kikut zjawił, nie zrównałby snadnieSzkaradnym rzeziom dziewiątej dzierżawy.

22  Mniej pluszcze, kiedy klepka zeń wypadnie,Ceber, niż mara, co stała rozrytaNa skróś od brody aż po części zadnie.

25  Między nogami wisiały jelita,Widniały płuca z owym smutnym worem,Gdzie w kał się zmienia potrawa spożyta.

28  Gdym nań z litośnym poglądał uporem,Dłońmi roztargał łono duch wyklęty;»Patrz!« rzekł, »ręce mi własnym są toporem.

31  Oto ci widne Mahometa szczęty;Przedemną spojrzyj, płacząc idzie Ali,Od brody przez twarz po ciemię rozcięty.

34  Wszyscy co ze mną w ten loch się dostali,To siewcy schyzmy i zgorszenie świata;Tak połupani, że waśni wzniecali.

37  W tyle na drodze stoi djabla czata;Ona to duchy okropnym koncerzemSiecze, a my raz wraz pod ręce kata

40  Wracamy, ledwie krąg bolesny zbieżym;Coraz się blizna ran naszych zasklepia,On coraz ciosem ją otwiera świeżym.

43  Lecz ktoś ty, co tam z głazu czaisz ślepia?Może rozumiesz, że odwleczesz kary,Którą wyznanie win w tobie zaszczepia?«

46  »Żyw on, nie zbrodnia w te go wiedzie jaryI nie na krwawą mękę on przychodzi,Lecz by doświadczeń zaznał pełnej miary,

49  Mnie com zmarł, być mu przywódcą się godziPrzez wszystkie kręgów piekielnych podsienia;W to wierz, jak wierzysz, że cię wzrok nie zwodzi«.

52  Tak Mistrz... Sto duchów z pośród krwi strumieniaSpojrzało na mnie zatrzymując kroku;Mąk zapomniały z wielkiego zdumienia.

55  »Ty co wnet może na świat wyjdziesz z mroku,Pośpieszaj bratu Dolcino z przestrogą:Jeśli nie spragnion naszego widoku,

58  Niechże się w żywność opatrzy z załogą,Inaczej zaspy śniegowe NawarzeDo zbyt łatwego zwycięstwa pomogą«.

61  Z nogą wzniesioną ku iściu tak każeMahomet; skończył, sprostował kolanoI poszedł dalej w ciemne korytarze.

64  A w tem duch, co miał gardziel wielką raną,Nozdrza wydarte do samej nasadyI jednę muszlę ucha w szczęt wyrwaną,

67  W pośrodku stojąc zdumionej gromadyNa oścież dłońmi rozwarł gwałtownemiSzyję czerwoną od okropnej szpady.

70  »O ty, któregom już w łacińskiej ziemiOglądał, człecze, coś tu wszedł bez winy,Nie zwodzisz-li mię kształty kłamliwymi,

73  Przypomnij proszę, Piotra z Medycyny.Jeśli powrócisz w krainę kochaną,Która z Vercello w Markabu niziny

76  Chyli się, ostrzeż dwu najlepszych z Fano:Angiolella i pana Gwidona,Że ile przyszłość wywróżyć mi dano,

79  Pod Kattoliką tyran ich dokona;Z łodzi strąceni będą od wioślarzy,Mając na szyi kamienne brzemiona.

82  Nie widział Neptun zbrodni równie wrażejNa śródlądowem swem morzu szerokiemŚród Argolidów, ani śród korsarzy.

85  Zdrajca, co jednem tylko patrzy okiem,Pan ziemi, której ktoś z naszego gronaNie chciałby nigdy karmić się widokiem,

88  Zwabił ich w dom swój niby dla narady,A wraz uwolnił od ofiarowaniaOkupu wichrom fokarskiej posady«.

91  »Poucz mię, rzekłem, »ja dla dziękowaniaSprawię to, że świat o tobie usłyszy:Kto jest ów zbrodzień gorzkiego poznania?«

94  Więc do jednego w gronie towarzyszyWyciągnął rękę, usta rozwarł marzeI rzekł: »Ten ci jest, lecz dziś gada ciszej.

97  On to wahania przeważył w CezarzeZ Rzymu wygnany, mówiąc, że kto sprawyDojrzałej zwłóczy, los go klęską karze«.

100  Jakże wylękłe stało widmo, krwawyJęzyk i w gardle ukazując ranę:Curio, do rady niegdyś taki żwawy!

103  A jeden, co miał dłonie odrąbane,Prężył kikuty w czarności oparnej,Na twarz mu strugi lały się rumiane.

106  »Moskę przypomnij« wołał; »ja człek marny,Że każda sprawa ma kres, powiedziałem;Słowo w Toskanie złemi zeszłe ziarny«.

109  »I na twe plemię będące pujnałem!«Krzyknę; więc boleść piętrząc na boleści,Odszedł jak człowiek smutny, zdjęty szałem.

112  Jam został innych mąk przyjrzeć się treściI widzę straszną rzecz...; krom utwierdzeniaNie śmiałbym w mojej powtórzyć powieści.

115  Ale zachętę słyszę od sumienia,Dobrego druha, który w czesnej zbroiSam chodząc, śmiałość w człeku rozpłomienia.

118  Ujrzałem, dotąd na oczach mi stoi,Tułów bez głowy, cień niegdy człowiekaDepcący glebę, która krwią się gnoi.

121  Za kędzior głowę dzierżąc, ów kalekaRęką w powietrzu jak latarnię ważyI patrząc na nas: »Gorze mi!« narzeka.

124  Własnemu ciału oczy świecą z twarzyI jedno w dwojgu jest, a w jednem dwoje;Jak?... On wie, który te cuda kojarzy.

127  Więc duch pod mostu podszedłszy wykroje,Ramię wyciągnął, aby straszne słowaWyraźniej w uszy ugodziły moje.

130  »Patrz na bolesną karę!« rzekła głowa,»Ty co żyw chodzisz śród czerni nieżywejI pomyśl, jest-że która tak surowa?

133  Byś między ludzi o mnie poniósł dziwy,Wiedz: Bertran de Born jestem, królewicaJana gorszyciel i radca zdradliwy.

136  Jam jest, com z synem pokłócił rodzica;Sam Achitofel w sercu AbsalonaKu ojcu równej złości nie podsyca.

139  Że taka jedność była roztargnionaZ mej winy, własny mózg obnoszę w ręce,Którego korzeń wewnątrz tego trzona.

142  Słuszność odwetu widzisz w mojej męce«.

1  Od łez tak miałem powiekę nabrzmiałąZ patrzenia na lud rozliczny i rany,Że mi się stanąć i zapłakać chciało.

4  Wirgili do mnie: »Gdzie wzrok zapomnianyPosyłasz? na kim czepiasz oczy w tłokuRzeszy ciężkimi ciosy połupanej?

7  Pierwszy raz widzę taką chęć w twem oku;Łatwo rachubę stracisz w mar powodzi:Dwadzieścia dwie mil ten krąg liczy w toku.

10  Pod stopy nasze już księżyc podchodzi,Wnet się nam kończy wolność wędrowania,A jeszcze wiele obejrzeć się godzi«.

13  »Gdybyś przyczynę poznał, co mię skłania«Rzekłem, »tak baczne puszczać w dół źrenice,Może dłuższego pozwolił-byś stania«.

16  Wódz już odchodził; krok jego pochwycęI w drodze kończąc przemowy, dodaję:»Oto zapuszczam wzrok w ciemną ulicę

19  Pomiędzy duchów nieszczęśliwe zgraje;Może jednego z krewnych mych wyśledzi,Co tu kosztowną odpłatą się kaje«.

22  A Mistrz mój na to: »Niechże się nie biedziMyśl nad krewniaka duszą pokalaną;Ty indziej patrzaj: on gdzie wpadł, niech siedzi.

25  Palcem na ciebie pod przełęczy ścianąWskazując kinął i groził surowie;Geri del Bello na niego wołano.

28  Wzrok miałeś wówczas na uciętej głowieAltafortowej stannicy barona,Żeś go niebaczył; potem znikł w parowie«.

31  »Wodzu, myśl moja zaniepokojona,Że jego gwałtem z żył wypruta duszaOd uczestników hańby niepomszczona

34  Wzgardą się na mnie należną obrusza;Stąd przeszedł milcząc, nasrożywszy lice,A to mię bardziej do litości zmusza«.

37  Takeśmy gwarząc przyszli na granicęWału, skąd zajrzeć można było w głębie,Gdyby świt jaki rozjaśnił ciemnicę.

40  Gdyśmy stanęli na ostatnim zrębieZłych Dołów, ujrzę jaru długą szyję,A w niej tłum zbity w przeokropnym kłębie.

43  Lamentów zawierucha ku mnie bije,W litość okutych jak groty ze stali;Przed nimi uszy rękoma zakryję.

46  Gdybyście wszystkich nędzarzy zebraliI umieścili w jednej dołu cieśni,Co śród maremskich, sardyńskich szpitali

49  I waldichiańskich od lipców do wrześniLeżą, smród taki buchnąłby z natłokuCiał gnuśniejących w zgniliźnie i pleśni.

52  Jużeśmy zeszli po przełęczy stokuNa rąbek, w lewym wciąż idąc kierunku,Zaczem brzask żywszy świtał memu oku

55  W otchłani, kędy bożego rachunkuWypłacicielka, Sprawiedliwość świętaFałszerzy strąca i żga bez ratunku.

58  Nie wiem, czy była na większą przeklętaPlagę Egina z wszystkim ludem chorym,Tak zarażona, że nawet zwierzęta,

61  Nawet robaczki dotknięte pomoremPadały, aż się stare plemię owo,Mamy-li wierzyć za starym autorem,

64  Z jaj mrówczych rodzić musiało na nowo, —Niż ta skłębiona tłuszcza, duch na duchu,Zalegająca dolinę morową.

67  Jeden drugiemu to leży na brzuchu,To znów na plecach: inny się mozoliNa raczkach pełznąć po ziemi zaduchu.

70  Milczący kroczym przez środek, powoliWzrokiem i słuchem rozbierając kupyCiał, którym boleść powstać nie pozwoli.

73  Wtem wzrok mój pobiegł do dziwacznej grupyDwu mar o siebie wspartych jak patelnieGrzane, pokrytych obrzydłymi strupy.

76  Zaprawdę zgrzebłem śmigają mniej dzielnieGdy strach im pana, obozowe ciury,Lub gdy się późno zbudzą poniedzielnie,

79  Niż ci dwaj palcy krzywymi ze skóryDla nieznośnego świądu darli sobieCiało, gwałtowne topiąc w niem pazury.

82  Łuszczyli własną krostę w tym sposobie,Jako się karpia, albo ryby innejSzerokołuskiej grzbiet tasakiem skrobie.

85  »Ty co paznogciem drzesz z siebie łupinyI jak kleszczami targasz«, Wódz zawoła,»Jest tu kto z tobą z łacińskiej dziedziny

88  W kupie ciał zgniłych leżących dokoła?A bodaj niech twój paznogć będzie sporyI niech wieczystej robocie wydoła«.

91  »Z Lacjum my oba, jednymi pomorySkarani«, płacząc liche widmo rzekło;»Lecz ty kto jesteś, coś to wiedzieć skory?«

94  Wódz rzekł: »Z tym oto, co zeń się nie zwlekłoCiało, pokrętne odwiedzam parowy,Bo mi należy ukazać mu piekło«.

97  Więc oni nagle rozjęli tułowyI obrócili się, drżący ogromnie,Z nimi zaś inni na głos takiej mowy.

100  Dobry Przewodnik skierował się do mnieI rzekł: »Jako chcesz, objaw im swe chęci«.Tedy się ozwę, posłuchawszy skromnie:

103  »Niechaj się mir wasz w człowieczej pamięci,Życzę, na pierwszym świecie nie rozpraszaI przez słońc liczne obroty się święci.

106  Mówcie, co wy zacz, gdzie kolebka wasza;Wstrętnej i przykrej kary upodlenieOdsłonić mi się niech was nie odstrasza«.

109  »Jam jest z Arezzo« rzekł duch; »Albert w SienieZbrodni mej karę naznaczył ogniową;Inny grzech strącił między zgnilców cienie.

112  Prawda, twierdziłem żartobliwą mową,Iż wiem, jako się na powietrze wspina;A on ciekawy lecz głupi, za słowo

115  Wziąwszy, Dedalem być się upomina;Żem tego nie mógł, zemścił się i zdradziłTemu, który go uważał za syna.

118  Jam alchemiczne na świecie prowadziłPraktyki: Minos tak słuszny w urzędzieZa to mię w dole ostatnim osadził«.

121  Więc ja do Mistrza: »Jest-że w ludów rzędzieLud taki próżny, jako nasz seneski?Nawet z nim Francuz zrównany nie będzie«.

124  A trędowaty: »Skoro liczysz kreski,Niech nie zostaje wyłączony Stricca,Rozrzutnik sławnie ochoczy do kieski;

127  Oraz Niccolo, po którym praktykaNastała w kuchnią wprowadzać bogatąNieznany dotąd aromat gwoździka.

130  Dolicz też ową zgraję wichrowatą,Gdzie Caccia d’Ascian wielką schedę trwoni,A górny rozum zjawia Abbagliato.

133  Lecz abyś wiedział, kto w takt tobie dzwoniPrzeciwko Sienie, spójrz: kim ci się zdaję?Niech twarz ci moje nazwisko odsłoni.

136  Capocchia dusza przed tobą się kaje;Widzisz fałszerza i topcę metali;Jeśli mnię pomnisz, a ja cię poznaję,

139  Wiesz że mię w świecie słynną małpą znali«.

1  W owym to czasie, gdy z winy SemeleNa krew tebańską rozżarta JunonaCo swoję pomstę w dzikiem zjawia dziele,

4  Na Atamancie tym razem dokonaGniewu, szał bowiem taki w nim roznieci,Że widząc z dwojgiem niemowląt u łona

7  Małżonkę, krzyknął: Zastawiajmy sieciNa szlaku, chwycim lwicę ze szczenięty!Poczem bezbożną ręką jedno z dzieci,

10  Synka Learcha chwycił i na szczęty,Ręką śmignąwszy strzaskał o granity,Ona zaś z drugiem skoczyła w odmęty.

13  A gdy fortuna poniżyła szczytyWielkości Trojan, na ogniową zgubęDawszy, a z państwem wraz król był zabity,

16  Na smutną, nędzną, niewolną Hekubę,Gdy Polikseny widziała zabicie,A na wybrzeżu Polydora lube

19  Spotkała zwłoki, co uszło z nich życie,Obłęd przystąpił tak zapamiętały,Że się jej z gardła psie ozwało wycie.

22  Lecz ni tebańskie, ni trojańskie szałyNie były takie dzikie i zajadłe,Zwierzęty władnąc, czy ludzkiemi ciały,

25  Jak tu dwa cienie nagie i wybladłe,Co gryząc, skalnym goniły wyrębem,Niby dwa wieprze z karmnika wypadłe.

28  Jeden skoczywszy, uczepił się zębemKarku Capocchia i przyciął go srodze,Zdusił i taszczył, aż grunt zamiótł kłębem.

31  Tu Aretyńczyk co stał w wielkiej trwodzeRzekł: »Upiór, który na nim pysk posoczyJest Gianni Schicchi: patrz, jak druha głodze«.

34  »Niechże na tobie zębów nie ubroczy«Powiadam; »jeślim odpowiedzi godny,Kto jest cień drugi, mów mi, nim uskoczy«.

37  »To duch prastary Mirrhy kazirodnej,Która mieć chciała w ojcu miłośnikaW miłości z prawem i cnotą niezgodnej.

40  Tak z nim popełnia grzech chytra podwika,Że sobie cudzej kształt postaci nada,Właśnie jak tamten, który już umyka.

43  Co, by dla siebie zdobyć panią stada,W Buosa Donati postać się przemieniI po swej woli testament układa«.

46  Skoro już pierzchli oba pobieszeni,Na których oczy me wieszałem smutnie,Do innych wzrokiem biegnę po przestrzeni.

49  Jeden duch kształtem przypominał lutnię,A raczej takim fantazji się zjawi,Gdy mu się w myśli obie nogi utnie...

52  Wodna puchlina, która miąsz w nim trawi,Stosunek członków znosi u nędznika,Potworny rozmiar lic i brzucha jawi.

55  Choroba wargi obie mu rozmyka,Górną wzdymając, obciągając dolną,Niby spieczone usta suchotnika.

58  »Wy, co wam w smętnym świecie chodzić wolnoNie pojmę czemu, krom katuszy wszelkiej,Pójdźcie i patrzcie na mękę mozolną

61  Mistrza Adama, co był taki wielkiZa życia, pełen bogactw, syt wygody,A dzisiaj, ot dżdżu pożąda kropelki!...

64  W zieleni stoków szeleszczące wodyOd Cassentyna które bieżą w ArnoDając wybrzeżom i pulchność i chłody,

67  Niepróżno dzisiaj na pamięć się garną;Od ich widzenia wysycha mi cera,Srożej je czując, niśli spiekę parną.

70  Oto jak twardej Sąd kary dobiera:Czyniąc narzędziem mąk scenę mej winy,Gorętsze jęki z gardła mi wydziera.

73  Jam to w Romenie fałszował floryny,W podłym metalu bił Chrzciciela godło,Za co na stosie poszedłem w perzyny.

76  Lecz by gdzie z duszą Gwidonową podłąCień Aleksandra spotkać i ich brata,Oddałbym całe Fontebrandy źródło.

79  Pierwszy podobno w piekle się kołata:To jedna mara zbieszona przerzekła;Cóż gdy mię niemoc wiąże i przygniata!...

82  Bogdaj mi w członki taka siła zciekła,Iżbym co sto lat uszedł bodaj piędzi,Jużbym się puścił szukać go śród piekła

85  W tłumie tej, którą wrzód i krosta swędziW krąg jedenastu mil zbitej gawiedzi,A pół od jednej do drugiej krawędzi.

88  Przez nich to duch mój pośród zgnilców siedzi:Oni skusili, abym bił czerwieńce,Co zawierały trzy karaty miedzi«.

91  »Kto są« spytałem, »ci dwaj potępieńce?Kurzą jak w zimie dłoń wyjęta z wodyI siedzą razem po twej prawej ręce«.

94  »Przedemną wpadli w piekielne zagrodyI odtąd żaden nie drgnął« rzekła mara,»Ani drgnie, aż w dzień ostatniej nagrody.

97  Owa — przewrotna żona Putyfara,Ów — Sinon, co się w Troję wkradł sromotnie;Gorączkę poci z nich cuchnąca para«.

100  Tu zgnilec, który słuchał nieochotnieŻe go wspomniano z takiem obrzydzeniem,W brzuch wypuczony mówcę pięścią grzmotnie.

103  Jak bęben zabrzmiał brzuch pod uderzeniem;Zato Mistrz Adam w gębę trzasnął ducha,Na odlew ciężkiem zwaliwszy ramieniem.

106  »Choć moje ciało zgnilizna bezrucha« «bezrucha«,Mówił, »ochocze na taką robotęJeszcze me ramię rozkazania słucha«.

109  A Sinon: »Mniejszą jawiłeś ochotęGdzieś widział, że stos dla cię układali,Niż gdyś z mosiądzu bił czerwone złote«.

112  A spuchlec: »Prawdę rzekłeś, co się chwali,Aleś podobno tak świadczyć nie spieszył,Gdy cię pod Troją o prawdę pytali«.

115  A na to Sinon: »Jeślim kłamstwem grzeszył,To raz; tyś każdym złym kłamał dukatem:Żaden czart nigdy tyle nie nabreszył«.

118  Znowu odpalił ów z brzuchem pękatym:»Konia przypomnij sobie kłamco wrażyI cierp, że się fałsz nie ukrył przed światem«.

121  »I ty cierp; niech cię ta gorączka praży«Rzekł Grek, »i trawi ta wodna puchlina,Co z twego brzucha płot zrobiła twarzy«.

124  A mincarz: »Gęba znów latać zaczynaI zjadliwością zwykłą mi dogryza;Jeśli ja puchnę, jeśli schnie mi ślina,

127  Ty wewnątrz goresz i pęka ci łyza;Długiej-by pewno nie trzeba namowy,Ażebyś cmoktał zwierciadło Narcyza!...«

130  Stałem zajęty zelżywemi słowy,Gdy Mistrz mój: »Patrz-że, patrz na głupie cienie!Jeszczem się z tobą powaśnić gotowy«.

133  Gdym z głosu poznał Mistrza rozdraźnienie,Oblicze moje wstydem się pokryło;Wspomniawszy, jeszcze dzisiaj się rumienię.

136  Jak ten, co marzy jakąś rzecz niemiłą,Śniąc życzy, aby to był sen nie jawaI pragnie, aby to co jest, nie było,

139  Tak ja, wzruszenie gdy mówić nie dawa,Chcący tłómaczyć się, nie zauważę,Iż się milczenie już wymówką stawa.

142  »Większa się wina mniejszą skruchą maże«Ozwał się Pan mój w łagodnym sposobie;»Niechże jej smutek tak ciężki nie karze.

145  Gdyby cię losów zmiana w której dobieMiędzy podobnych kłótników przywiodła,Pamiętaj czynić jakbym był przy tobie.

148  Słów obelżywych słuchać chęć jest podła«.

1  Tenże sam język naprzód mię skaleczył,Aż krwią się moje lica zrumieniły,I tenże prędko zadraskę wyleczył.

4  Podobna miała być czarownej siłyWłócznia Peleusa i Achillesowa,Że od niej własne rany się goiły.

7  Za nami ziemia została morowa;Okalającym ją kamiennym wałemSzliśmy, nie mówiąc do siebie ni słowa.

10  Nie było nocą, nie było dniem białymI zmysł mozolnie w mroku się przekradał,Gdy dźwięk tak gromki trąby usłyszałem,

13  Że przy nim wszelki inny głos przepadał:Więc przeciw niemu od skalnego proguWzrok posyłany głąb czeluści badał.

16  Po smutnej klęsce, gdy zdradzony wroguPadł w bitwie święty poczet Karlomana,Nie grzmiał tak strasznie Roland na swym rogu.

19  Zwróciłem głowę: skróś cieniów tumanaUjrzałem niby wysokie wieżyce:»Co za gród taki?« pytam mego Pana.

22  »Oczy puszczone w mroczną okolicęDalekiej mety wypatrzeć nie mogą,Więc zaludniają mrzonkami ciemnicę.

25  Skoro za naszą tam zajdziemy drogą,Poznasz, jak przestrzeń łudzi wzrok wątpliwy,Jeno spiesz i sam bądź sobie ostrogą«.

28  Tak rzekł i dłoń mą ujął piewca tkliwyDodając: »Zanim staniemy nad nimi,Byś nie otwierał oczu jak na dziwy,

31  Wiedz, że nie wieże to są, lecz olbrzymi;Z pośrodka jamy w głąb piekielną wklęsłejTułowy sterczą wyprostowanymi«.

34  Jak w chwili, gdy się mgły z powietrza strzęsłyWzrok wyłuskiwać zacznie kształtów ziarno,Które wprzód przed nim taił obłok zgęsły,

37  Tak gdy spojrzeniem wiercę gęstwę czarną,W miarę jak kroczym do studziennej dziury,Złudzenie pierzcha, a strachy się garną.

40  Jako wieńczące Montereggion muryW okół u szczytów basztami się stroją,Tak w cembrowiny wnętrzu, w pół postury

43  Na wzór wież kołem wielkoludy stoją;Ich to dziś jeszcze, kiedy huczy burza,Gniewem Jowisza gromy niepokoją.

46  Już mi się jedna, druga twarz wynurza;Spostrzegam barki, piersi, wypuklinęBrzucha, po bokach zwieszone ramiona.

49  Że na potwory takie stłukła glinęNatura, błądzi kto się temu dziwi:Marsowi groźną zabrała drużynę.

52  Jeśli po dziś dzień wieloryby żywiI słonie, uzna, kto rzecz lepiej bada,Że tu zrobiła mądrzej i godziwiej.

55  Bo gdzie z rozumem połączy się zdrada,A taka przemoc przystąpi do złości,Tam słaba ludzkość zostaje bezrada.

58  Jako piotrowa szyszka, tej wielkościByła ogromna głowa wielkoluda;W równym stosunku do niej inne kości.

61  Brzeg, co mu służył przepaską na uda,Osłaniał cały wierzch strasznej poczwary;Trzem Fryzom czuba sięgnąć się nie uda,

64  Choć staną jeden drugiemu na bary;Od miejsca szyi, gdzie płaszcz zapinamy,Trzydzieści piędzi liczył naszej miary.

67  Rafel mai amech zabi almi z jamyZaryczał, dziką dręczony katuszą:Takimi psalmy biją piekieł chramy.

70  A wtem go zgromił Wódz mój: »Głupia duszo,Dzierż się swej trąby, niechże przez nią wyjeGniew i te wszystkie pasje co cię duszą.

73  Duszo zbieszona! Sciągnij dłoń, u szyjeTrafisz na rzemień, trąby wartownika,Co w okół piersi wielkich ci się wije«.

76  Potem rzekł do mnie: »Ten co tak porykaJuż sam się zdradził; oglądasz Nemroda,Co pychą jedność zatracił języka.

79  Zostaw, niech stoi, słów ci tracić szkoda;Jak on niczyjej mowy, tak nawzajemJego nie pojmie nikt, choć ucha poda«.

82  Idziemy przeto dalej murów skrajemI postąpiwszy na odległość strzałyDuższego jeszcze olbrzyma zastajem,

85  Związać go, nie wiem kto był dosyć wdały;Prawe do grzbietu, lewe ramię duchaDo piersi szczelnie przywarte sterczały,

88  Przymocowane żelazem łańcucha,Co szedł od szyi i pięćkroć krępowałKadłub odkryty cały aż do brzucha.

91  »Ten śmiałek możnych sił swoich próbowałNa arcybogu w zuchwałym obcesie«Rzekł Wódz mój, »za to tak go Jowisz skował.

94  Efialt mianem; wojował w tym czesie,Kiedy to bogów straszyli olbrzymi;Ramion, co prężył, więcej nie podniesie«.

97  »Wolno-li« mówię, »chciałbym dziwo ziemi,Bryjareusza nieludzkiej wielkościUjrzeć i zmierzyć oczyma własnemi«.

100  Odrzekł: »Tu jeno Antej na wolnościMieszka, używa naszego języka;Ten nas wysadzi na dno wszelkiej złości.

103  Ów, o kim mówisz, równie wzięty w łyka,Stoi od miejsc tych odległy niemało;Twarz jego bardziej ohydna i dzika«.

106  Nigdy trzęsienie tak nie zatargałoDreszczem gwałtownym posad wielkiej wieży,Jak się zatrzęsło Efialta ciało.

109  Tedy śmiertelny strach we mnie uderzyI pewnie skonałbym z bojaźni samej,Gdybym go w takiej nie widział obieży.

112  Znowu się nieco naprzód posuwamy,Aż Anteusza najdziem; ten do pięciSążni, nie licząc głowy, sterczał z jamy.

115  »Mieszkańcze dolin szczęsnych, gdzie pamięciScypiona schedę dziedziczyły dziejeW dniu, co się klęską Hannibala święci

118  I gdzieś z tysiąca lwów pobrał trofeje;Byś był w Tytanów boju, jak niektórzyChcą, z braćmi niebios szturmował wierzeje,

121  Wyszliby może zwycięzcami z burzySynowie ziemi; weź nas i staw na dnie,Gdzie się Kocytu toń od chłodu mruży.

124  Nie każ nam innych szukać; ten tu snadniePragnieniu twemu wygodzi na świecie;Schyl się i nie krzyw lica tak szkaradnie.

127  On ci tam wawrzyn z rozgłosu uplecie;Jeśli mu łaska boża żyć pozwoli,To jeszcze przejdzie życia pełnolecie«.

130  Tak rzekł Mistrz, Olbrzym ruszył ku nam k’woliI wziął go dłonią ręki wyciągniętej:Poznał Herkules, jak jej uścisk boli!...

136133  Gdy się Wirgili poczuł w garść ujęty,Rzekł: »Niech twa kibić pod mą dłonią będzie;I tak się ze mną złożył jak dwa pręty.

139136  Jak gdy ustawisz się przy GarysendzieI oczy zwrócisz na niebieski pował,Szczyt ci umyka przeciw chmurom w pędzie,

142139  Tom miał widzenie, gdym się przypatrowałAnteuszowi, jak się giął, niezmierny;I jużem drogi tym szlakiem żałował.

145142  On lekko złożył nas na dnie cysterny,Gdzie z Lucyperem Judasz w męce stężał;A nie trwał długo w zgięciu piastun wierny,

148145  Lecz się jako maszt okrętu wyprężał.

1  Gdybym znał rymów twarde, chrypłe zgrzyty,Jako się godzi kreśląc smutną norę,Na której wszystkich kół ciężą granity,

4  Możebym wyżął soki bardziej sporeZ mego przedmiotu; lecz że niebogataMowa, ze strachem pieśń tę przedsiębiorę.

7  Bo to nie lada rzecz opisać świataWszystkiego środek i językiem jeszcze,Który zaledwie jąka: »mama, tata«.

10  Wiersz mój niech wesprą owe Panie wieszcze,Co grodzić Teby wsparły Amfiona;Niech w swoich słowach swoję treść pomieszczę.

13  O wy nad wszystko wyklęte plemionaZ miejsc, które tyle opisać mi trudniej,Bogdaj wam dola trzód była znaczona!...

16  Już my stanęli na dnie ciemnej studniNiżej strażnika z piekielnej załogi,A jam na mury patrzał; wtem zadudni

19  Odgłos mówiący: »Ostrożnie staw nogi,Bo piętą, w której snać litości nie ma,Depcesz po czaszkach twej braci ubogiej!«

22  Obróciwszy się, widzę przed oczymaI pod stopami zamarzłe jezioro,Szklane od mrozu co je w więzach trzyma.

25  Nigdy tak grubą nie kryje się korąDon, co chłodnemi strefami przebiega,Ni austryjacki Dunaj mroźną porą.

28  Gdyby Tabernik z pól które zalegaTu spadł, lub całą Pietrapana mocą,To nie zachrupałby lód nawet z brzega.

31  A jako żaby, gdy w stawie rechocą,Pyszczki wyścibią w on czas, gdy to żniwoWieśniaczkom częściej przyśniwa się nocą,

34  Tak aż do miejsca, co pierwsze wstydliwąBarwą się krasi, klekcąc jak bociany,Sterczały duchy wbite w lodu szkliwo.

37  Głowy ku szybie gięły zwierciadlanej;Wargi mrozowi, oczy każdej zmoryMęce świadczyły niewypowiedzianej.

40  Spojrzę na okół, potem w dół komoryI pod stopami widzę dwu nędzarzyTak spiętych, że łbów plątali kędziory.

43  »Kto wy i co wam tak piersi kojarzy?«Pytam; więc oni szarpną głowy zlepłeI obracają ku mej stronie twarzy.

46  Z ócz tryskające dwa strumienie ciepłeNa twarz się tocząc stygły i w powłoceLodu na klamry wyrastały skrzepłe.

49  Nie tak się hakiem spinają dwa kloceJak ci dwaj; zaczem jak tryki na stepieZe złości głową druh druha łomoce.

52  Inny z dziurami miast uszu w czerepieMrozem wyżartych, w dół głowę pochyliI pyta: »Czemu tak wytrzeszczasz ślepie?

55  Chcesz poznać, kto są ci sobie niemili?Ową dolinę gdzie Bisenzio płynie,Wiedz, naspół z ojcem Albertem dzierżyli.

58  Z jednej macierzy obaj; byś w KainieNajdłużej szukał, duch tu się nie chowaGodniejszy marznąć w piekieł zakrzeplinie.

61  Nawet ten, co mu strzała ArtusowaW piersi i w cieniu wraz otwarła ranę;Ani Focaccia, ni ten, czyja głowa

64  Taką przed wzrokiem stworzyła mi ścianę,A który zwie się Sassol Mascheroni:Kto był, wiesz, mając ojczyzną Toskanę.

67  Ja, skoro mię już twe natręctwo goni,Jestem Camicion de’Pazzi; KarlinaCzekam, on wielką mą zbrodnię przysłoni«.

70  Co stąpnę, z lodu twarz mię straszy sina;Odtąd nie mogę na zmarzłe bajoraPatrzeć, bo mi się strach ten przypomina.

73  Idziemy dalej, gdzie piekielna noraZbiega do środka wszelkiego ciążenia;W mroku się z lękiem dusza moja pora.

76  Z bożej-li woli, z trafu, z przeznaczenia,Nie wiem: stąpając po zamarzłej faliNogą trąciłem łeb jednego cienia.

79  »Czemu mię kopiesz?« płacząc duch się żali;»Czy może, abyś przyczynił mej nędzy,Za Montaperti tutaj cię przysłali?«

82  »Wstrzymaj się Mistrzu« powiadam, »niech międzyDuchami tego wyświecę dowodnie,Potem już pójdę, jako życzysz, prędzej«.

85  Stanął; do ducha skrzepłego za zbrodnięCo wciąż klątwami miotał, obelżywy,Krzyknąłem: »Ktoś jest, który lżysz przechodnie?«

88  »A ty kto?« odparł, »tak nielitościwy,Śród Antenory piętą ludzkie twarzeHańbiący, jakby człek nie umiał żywy?«

91  »Jeszcze ja żyję«, tak odrzekłem marze,»A mogę miłym stać się, kiedy wieściO tobie światu śród innych przekażę«.

94  A on: »Ja tutaj nie pożądam cześci;Źle umiesz schlebiać jeńcom tego dołu;Idź precz ode mnie i oszczędź boleści!«

97  Tedy-m mu ręką zatargał chochołu:»Zaraz mi wyznaj swój ród i swe losy,Lub zdejmę wszystek włos podłemu czołu!«

100  A mara: »Za to, że mi targasz włosy,Nic ci nie wyznam, ani się odkryję;Niczego tutaj nie wymogą ciosy«.

103  Więc krzywe palce w kudły jemu wbijęI już niejeden kędzior wydrę w czubie;Duch oczy spuszcza ku dołu i wyje.

106  A wtem głos ozwał się w lodowym łubie:Co ci to Bocca? Niedość dzweonićdzwonić w szczękę,Jeszcze i wyjesz? jaki czart cię dzióbie?«

109  »Teraz już możesz nie gadać!« tak rezekęrzekę,»Zdrajco ohydny! już twojej osławyWstyd nieśmiertelny na światło wywlekę«.

112  »Idź precz, głoś sobie gdzie chcesz, moje sprawy,A jeśli wyjdziesz stąd za czyją wodzą,Nie zamilcz o tym, co miał język żwawy.

115  Za Francji złoto łzami mu zachodząPowieki; zdrajca z Duera się kryje,Opowiedz, w lochu, gdzie się mary chłodzą.

118  Chcesz-li usłyszeć jeszcze imię czyje?...Beccheria siedzi tu pod szybą szklaną:Florencja jemu poderznęła szyję.

121  Gian de Soldanier ma tu być i GanoI Tebaldello, przez którego padłaTwierdza Faency, podczas kiedy spano«spano«.

124  Gdy odchodzimy, w rowie dwa widziadłaSpostrzegam taką zwarte zawziętością,Że głowa głowie za kaptur przypadła.

127  Jak się do chleba rwie człek zdjęty czczością,Tak wyższy leżąc niższemu na grzbiecieWpił się w kark, po nad pacierzową kością.

130  A jako Tydej w pomściwym odwecieZębami szarpał łeb Menelippowy,Tak ten darł czaszkę i ssał mózg w szkielecie.

133  »O ty, którego zwierzęce narowyŚwiadczą, że wroga tutaj ząb twój głodze,Odpowiedz: przecz-żeś taki dlań surowy?

136  Ja gdy wybadam przyczynę i zgodzęGrzech z karą, znając was i wasze dzieje,Na jasnym świecie tobie wynagrodzę,

139  Jeśli mi wprzódy język nie skośnieje!«

1  Usta oderwał od okropnej strawyOw potępieniec i z chciwej paszczękiWłosami wroga skrzep ocierał krwawy.

4  Potem rzekł: »Srogie chcesz odnawiać męki,Których myśl sama już rani boleśnie,Zanim się jeszcze przelała we dźwięki.

7  Lecz że opowieść moja ziarnem wskrześnie,Skąd temu zdrajcy ma wyróść niesława,Słów mych i płaczu słuchaj równocześnie.

10  Nie wiem kto jesteś, ni z jakiego prawaWszedłeś tu, jeśli nie wiodła cię wina;Aleś Florentczyk; język cię wydawa.

13  Widzisz przed sobą hrabię Ugolina;Ten jest Ruggieri; był arcybiskupem;A oto mojej mściwości przyczyna:

16  Zbytnia powtarzać, jak stawszy się łupemPodstępu, zwabion złudnymi wyrazy,Uwięzion, w kaźni z głodu padłem trupem.

19  Lecz co więzienne zataiły głazy,Okropne skonu mojego momentyOpowiem; ty sądź, czym doznał obrazy!

22  Przez wązki otwór w klatce tej wycięty,Co po mnie zwie się: głodowa ciemnica,Gdzie będzie jeszcze niejeden zamknięty,

25  Liczne-m już widział odmiany księżyca,Gdy raz mi nocą sen był ukazany,W którym przyszłości prysła tajemnica.

28  Śniło mi się więc, że ten pan nad panyPolował wilka i młode wilczętaW górach, co kryją Lukę przed Pizany.

31  Galand, Sismondi, Lafranchi, paniętaPizańskie, biegli na orszaku czele,Z nimi suk sfora chuda i zawzięta.

34  Lecz pomęczeni nie ubiegli wieleOjciec i dziatwa; wnet na nich obławySpadły, kły ostre topiąc w wilczem ciele.

37  Zbudzon przed świtem do bolesnej jawySłyszę, a przez sen dzieci me, niewoliMej towarzysze łkają, prosząc strawy.

40  Srogi, gdy się mej nie zlitujesz doliCzując, co nocna wróżyła mi zmora;Gdy tu nie płaczesz, kiedyż cię zaboli?...

43  Już się ocknęli; nadchodziła pora,Gdy zwykle jadło podawały straże;Od snów nam wszystkim dusza była chora.

46  Szczęk z dołu straszną prawdę mi ukaże:Drzwi zagwożdżono! zamknięto nas w grobie!Tedy spojrzałem niemy w synów twarze.

49  Jam nie zapłakał: skamieniałem w sobie;Lecz chłopcy łkali; mój Anzelmek mały:Ojcze, rzekł, patrzysz tak dziwnie! co tobie?

52  Jam nie zaszlochał; milczałem dzień całyI noc do chwili kiedy gwiazdy gasną;Aż gdy po nocy tej przyszedł dzień biały

55  I kiedy w lochu zrobiło się jasno,W cztery oblicza spojrzę i tak na nieWzrok kładąc, twarz w nich odgaduję własną.

58  Więc ręce sobie z bólu do krwi ranię,A oni myśląc, że to ból ze czczościNagle się dźwigną: — Ojcze nasz i panie!

61  Wołają do mnie: oszczędzisz żałościZ ciał naszych jedząc; tyś nas oblókł niemi,Wolno-ć je zezuć z naszych nędznych kości. —

64  By ich nie płoszyć zmilkłem i tak niemiTrwaliśmy dwa dni z nadziei zatratą.Czemuś nie pękło, twarde łono ziemi?...

67  A kiedy czwarty dzień błysnął za kratą,Gaddo do kolan moich się przywleczeI woła: Czemu nie ratujesz, tato!...

70  Wołał i skonał; jak mnie tu człowieczeWidzisz, tak chłopcy w oczach mych konałyDo dnia szóstego; więc mi wzrok wyciecze

73  We łzach; oślepły między synów ciałyPełzam i trzy dni wołam na nieżywe...Aż głód mocniejszy był, niż bólu szały!«

76  Skończył i białka wywrócił straszliweI zęby w czerep znów zapuścił siny,Twardo i jak psie krwawej kości chciwe.

79  O Pizo! pięknej zakało krainy,Gdzie brzmi lubego si nuta pieszczona;Gdy się nie kwapią sąsiadów twych syny,

82  Niech cię Capraja porwie i Gorgona;U Arnowego ujścia tamą wspięta,Potopem zguby twych mieszczan dokona.

85  Bo jeśli piekło słusznie to pamiętaUgolinowi, że wydał twe grody,Czemu skazywać na mękę chłopięta?

88  O nowa Tebe, wszakże sam wiek młodyUsprawiedliwiał Brigatę, HugonaI tych dwu, których już nazwałem wprzódy!...

91  Poszliśmy dalej, gdzie zlodowaconaToń inną rzeszę otula w pieluchy,W których zastygła, na wznak wywrócona.

94  Płacz nie pozwala, by płakały duchy:Boleść w głąb wraca napotkawszy tamęI wzmaga srogiej cierpień bezotuchy.

97  Bowiem łzy pierwsze wyszłe przez ócz bramęZmarzły i szklaną stworzyły przyłbicę,Pod powiekami ócz oszkliwszy jamę

100  Wtem, choć od mrozu stężało mi liceI jak naskórek, kiedy otwardniejeStraciło czucie, dech wiatru pochwycę,

103  Który z nieznanej strony ku mnie wieje.Więc pytam: »Gdzie zdrój mroźnego oddechu?Czyliż tu tchnienie wszelkie nie tężeje?«

106  A Mistrz mi na to: »Czekaj, bez pośpiechu:Wnet się twym oczom własnym uwydatniSkąd ten wiatr dmucha i z jakiego miechu«.

109  Wtem jeden nędzarz z pod lodowej matniZawołał do nas: »Duchy tak zbrodnicze,Że wyznaczono wam okręg ostatni,

112  Zdejmijcie łuskę z ócz mych; niech użyczęOtuchy sercu w okropnym mozole,Zanim zakrzepnie znów od łez oblicze!«

115  »Powiedz, kto jesteś, pewnie cię wyzwolę«:Rzekłem do mary, co hełm straszny dźwiga.Niech»Niech tak polegnę w lodowatym dole!«

118  »Widzisz« odparła, »brata Alberyga:Żem jadowite owoce miał w sadzie,Tym mi daktylem nagrodzona figa«.

121  »Ha!« wykrzyknąłem, »jużeś to w gromadzie?«A on: »Zewłoka moja jeszcze żywaNa ziemi nie wiem, w jakim żyje ładzie.

124  Bo Ptolomeja tej łaski używa,Że czasem ludzka dusza tutaj spada,Nim jej dokona Atropos przędziwa.

127  Abyś zaś chętniej lód, co się układaZ łez przestarzałych, obłuskał mi z twarzy,Wiedz, że w momencie, gdy się spełnia zdrada

130  Jako ta moja, czart staje na strażyCiała i póki śmiercią nie ochłódnie,Do tego kresu sam w niem gospodarzy.

133  Dusza odrazu przelata w tę studnię;Niejedno ciało do świata należy,Którego cień tu swe odprawia grudnie.

136  Uważne oczy zwróć, przychodzień świeży,Na Brankę d’Oria, o którym ci powiem,Że tu duch jego od wielu lat leży«.

139  »Chcesz mię jak widzę, okłamać!« odpowiem,Bo Branka d’Oria nie umierał zgoła;Je, pije, sypia i cieszy się zdrowiem«.

142  W»W Dole Złych Szponów«, odrzekł »gdzie wre smoła,Jeszcze się Michał Zanche nie pojawił,Kiedy już Branca czarnego anioła

145  Na swoje miejsce w zewłoku zostawił:Podobnie krewniak jego, jeszcze żywy,Który się zbrodnią wspólnie z nim splugawił.

148  Lecz ściągnij rękę! Zdejm te z ócz pokrywy«..A jam zostawił mu na oczach brzemię;Surowość moja — tam był czyn cnotliwy.

151  Genueńczycy! Przeniewiercze plemię!Wrogowie cnoty zbrodniami skalani!Przecz wam pozwala los zaludniać ziemię?

154  Otom z najgorszym zbrodniarzem RomaniiNaszedł jednego z was, którego duszaWystępna krzepnie w Kocytu otchłani,

157  Podczas gdy ciało żywe czarta słusza.

1  Vexilla Regis prodeunt Inferni...»Patrz i uważaj«, Przewodnik mój rzecze,»Czy w dalekości już On się nie czerni«.

4  Jak kiedy ziemię tuman mgieł oblecze,Lub gdy pół-sfery naszej noc jest blizko,Wiatrak wygląda co skrzydłami siecze,

7  Tak wyglądało potworne zjawisko.Więc się cofałem drżąc w zimnym powiewie,Za plecy Wodza, jedyne schronisko.

10  Stałem już, ledwo śmiem powtórzyć w śpiewie,Tam gdzie tłum cieniów pod korą lodowąPrzeświecał niby źdźbła w szklanej polewie.

13  Jedne poziomo a drugie pionowoSterczą, lub w linię przełamane krzywą;Jedne nogami w górę, drugie głową.

15  Gdyśmy podeszli tak, iż się możliwąZdało Mistrzowi, ażeby mi zjawiłTwarz cudotworu dawniej urodziwą,

18  Przystanął i mnie za sobą postawił.»Oto Dis, oto miejsce, gdzie w odwadzeTrzeba«, powiada, »byś serce zaprawił!«

21  Jak-em tam skośniał, w członkach stracił władzę,Wyobraź sobie słuchaczu życzliwy:Nie mówię, bowiem słowy nie poradzę.

24  Anim padł martwy, anim został żywy:Jeżeliś bystry, to oblicz, jak międzyDwoma stanami stan mój był wątpliwy!...

27  Cesarz władnący nad krainą nędzyZ lodu wysterczał do połowy łona,A olbrzym ze mną porówna się prędzej

30  Niż z olbrzymami jego dwa ramiona;Jakiż ogromny, jeśli miara kościByła w nim całym równo rozmierzona!

33  Jeśli tak brzydki, jakiej był pięknościGdy przeciw Stwórcy stroszył brew do góry,Słuszna iż zwie się źródłem wszelkiej złości!

37  O jakiż mi się jawił cud natury!Ujrzałem troje lic w jednem istnieniu:Jedno na przedzie koloru purpury,

40  A zaś dwa drugie każdemu ramieniuOdpowiadały, razem tworząc głowę,Co się kończyła w grzebień na ciemieniu.

43  Prawe oblicze było blado-płowe,Lewe jak szczepu, który się wywodziZ krain, gdzie wody wpadają nilowe.

46 Pod każdem licem, jako to się godziTakiemu ptaku, po dwa skrzydła wioną:Żagł równie duży po morzach nie chodzi.

49  Jako nietoperz miał nieupierzonąSkrzydeł pokrywę, a gdy niemi śmigał,Trzy wiatry budził pod okropną błoną.

52  Od tego wiania Kocyt w lód zastygał;Z ócz sześci łzami ciekł i na trzy szczękiUstawnie śliną zakrwawioną rzygał.

55  Z ust każdych sterczał grzesznik i jak pękiTrawy w miętlicy, na miazgę był tarty:Te jednocześnie trzej cierpieli męki.

58  Skazaniec przedni niedość że w zażartejTkwił paszczy; szarpan disowymi szponyRaz po raz łypał ze skóry obdarty.

61  Rzecze Mistrz: »Zbrodzień najsrożej męczony,Dowiedz się, Judasz jest Iskaryjota;Wewnątrz ma głowę, na zewnątrz nóg trzony.

64  Z głową na zewnątrz, ten który przez wrotaSterczy lic czarnych, cień jest Brutusowy,Słowa nie rzecze, tylko sobą miota;

67  Kassjusz ten trzeci, ogromnej budowy.Lecz już wieczorne rumienią się zarze,Widziałeś wszystko, teraz bądź gotowy!«

70  Za szyję Mistrza chwytam, jak mi każe;On upatrzywszy i miejsca i pory,W momencie gdy Dis rozchylił wachlarze

73  Skrzydeł, za boków chwycił go kędzioryI kudł po kudle spuszczał się szczelinąPomiędzy żebra, a lód zmarzłej nory.

76  Gdy ze mną doszedł tam, gdzie uda ginąW biodrach i w jamę wrastają lędźwiową,Z widocznym trudem, z twarzą lękiem siną

79  Gdzie Dis miał stopy, Wódz zwracał się głowąJak człek, co pnie się; a jam myślał: biada!Oto mię w piekło prowadzi na nowo!

82  »Trzymaj się mocno«, tak do mnie powiada,Jak człek zmęczony dysząc; »takie wrażeSchody, żegnając Złe, brać nam wypada«.

85  Skalną wyszedłszy jamą, na wiszarzeUsadowił mię, na krawędzi skały,Poczem mi przełaz niezwykły ukaże.

88  Podniósłem głowę, osłupiałem cały:Miast Lucypera twarzy nagle-m zoczyłNogi potworu, jak w górę sterczały.

91  Czym się naówczas zaląkł i zamroczył,Niech tłum pomyśli ciemny, co jest zgołaNieświadom, jaki-m punkt ziemi przekroczył.

94  »Powstań na nogi!« Mistrz do mnie zawoła,»Droga daleka i zła; do spełnieniaSłońce przebiegło już część szóstą koła«koła«.

97  Nie w pałacowe zaiste podsienia,Lecz w naturalną weszliśmy jaskinięO chropowatem dnie i pełną cienia.

100  »Nim mi piekielna otchłań z oczu zginie«,Rzekłem do Mistrza, dźwignąwszy się z głazu,»Pozwól, że kilka zapytań uczynię:

103  Gdzie się staw lodu podział? Śród przełazuPrzecz On na wywrót sterczy? I jak z mrokuSłońce ku zorzy przebiegło odrazu?«

106  »Sądzisz, że jesteś na centralnym szlakuZ tej strony osi, gdziem się do pieczarySpuszczał po ziemię wiercącym robaku.

109  Byłeś tam, pókiś twarz widział poczwary;Gdym się obrócił, przekroczyłeś ziarnoZiemi, gdzie wszystkie ściągają ciężary

112  I wszedłeś w sferę naprzeciw-polarną,Odwrotną owej, co lądy obleka,Których środkowy szczyt widział ofiarną

115  Śmierć poczętego bez winy Człowieka;Stopy twe stoją na małej półsferze,Której odwrotnem licem jest Giudecca.

118  Tutaj jest ranek, gdy tam podwieczerze;Ow, czyje kudły schodami nam były,Sterczy tam ciągle w tej, co dawniej mierze.

121  Z nieba odrazu spadł do swej mogiły;Lądy leżące tutaj w onej porzeZe strachu przed nim w fale się pokryły.

124  Na naszą sferę wypchnęło je morze;Umknął się bodaj ląd i po tej stronie,Pod sobą próżne zostawiając łoże.

127  Czeluść ta w ziemskiem wydrążona łonieCiągnie się, jak grób Belzebuba długi,Oczom niewidna, a jedno po tonie

130  Rozpoznawana bulgocącej strugi,Która przepływa skalnem wydrążeniemLekko skłonionem na piekielne smugi«.

133  Owem mię skrytem Wódz powiódł podsieniemI szliśmy, by wnet wyjrzeć na lazury.Idziem i w drodze wcale się nie lenim.

136  Wciąż wyżej: pierwszy on, ja za nim wtóry,Aż obaczyłem niebios światła cudnePrzez krągły otwór migocące z góry.

139  Tędyśmy na świat wyszli, witać gwiazdy...

1 Ku łagodniejszej fali wzdyma płótnoŁódź mego ducha i na cichsze morzeWpływa, za sobą mając toń okrutną.

4 A ja o wtórem z królestw śpiew ułożę,Gdzie się duch ludzki z grzesznej myje pleśni,Gotując stanąć na niebieskim dworze.

7 Lecz tutaj martwa poezyjo wskrześnij!Słudze waszemu dodajcie natchnieniaWy, Muzy święte! Kalliope, wstań w pieśni,

10 Posil ją echem potężnego brzmienia,Co to sroczemi ukarało pióryNędznych śpiewaczek niepokorne pienia. —

13 Wschodnim szafirom podobne lazury,Co się zebrały jak gdyby powłokaSfery miesięcznej na niebie bez chmury,

16 Radość mym myślom wróciły z wysoka,Ledwie Mistrz z martwych stref mię wyprowadzi,Ciężkich dla piersi i smutnych dla oka.

19 Piękny płaneta, co na miłość radzi,Całą wschodową rozpogadzał ścianę,Blask zwyciężając swoich Ryb czeladzi.

22 Zwrócę się w prawo i okiem przystanęU podbieguna: gwiazd tam ujrzę czworoPo pierwszych ludziach późniejszym nieznane.

25 Niebiosa od nich — zda się — jasność biorą:O ty północny widnokręgu wdowi,Któremu nigdy te światła nie gorą!...

28 Potem wzrok zdejmę z niebieskich wezgłowiI patrzę w stronę, kędy NiedźwiedzicaZaszła, już memu niewidna wzrokowi.

31 Samotny starzec tam stał; jego licaDostojną były kraszone zasługą;Cześć dlań poczułem, jak syn dla rodzica.

34 Brodę sędziwą miał i bardzo długą,Tej samej barwy co włosów pierścienie,Która spływała w dół podwójną smugą.

37 Owego czworga gwiazd święte promienieW twarz blaskiem takiej biły mu urody,ZeŻe jaśniał niby słoneczne zjawienie.

40 »Kto wy jesteście, co ślepej skroś wodyPrzed niespożytą uszliście męczarnią?«Rzekł, wiejąc pierzem swej czcigodnej brody.

43 «Kto»Kto wyprowadził was? kto był latarniąRozchylającą bezdenne pomroki,Któremi piekieł doliny się czarnią?

46 Czy to otchłanne skruszono wyroki,Lub z Nieba wolność potępieńcom danoNa moich pieczar wdzierać się opoki?«

49 Tedy Wódz żywo ujął mą poddanąDłoń, zaczem mową i ręką i ruchyBrew mi ukorzył moję i kolano.

52 »Nie z mej go chęci wiodę między duchy;»Niebieska Pani«, Wirgiljusz odpowie,»Zszedłszy, kazała dodać mu otuchy.

55 Lecz skoro pragniesz poznać szczegółowieKto my zacz i skąd przychodzim w tej porze,Nie lza, jeno ci posłusznie wysłowię:

58 Ostatnie jemu nie zagasły zorze,Ale z płochości kresu niedalekiPrawie już wchodził na życia rozdroże.

61 Przeto podparłem chód jego kaleki,A żadna droga w te nie wiodła kraje,Prócz onej jednej, przez ogniste steki.

64 Już potępieńcze przebrnęliśmy zgraje,Zaczem mu duchów innych ćmę ukażę,Która pod twoją zwierzchnością się kaje.

67 Jak go tu wiodłem, prędko nie wyrażę;Z wysokich dziedzin schodzi na mnie władzaCzyniąca, że z nim do ciebie się ważę.

70 Mile go przyjmij, boć go tu sprowadzaWolności żądza; jak się drogo ceni,Wie ten, co za nią krew oddać się zgadza

73 I z dobrowolną śmiercią się nie leni,W Utyce ziemskie rzucając zewłoki,Które dzień wielki znowu rozpromieni.

76 Nie starte dla nas odwieczne wyroki:On jeszcze żyje, mnie Minos nie zmaga;Przebywam w kręgu Marcji jasnookiej,

79 Co spojrzeniami — zda się — ciebie błaga,Byś ją przygarnął na swe święte łono.Niechże cię skłoni tych oczu powaga

82 Puścić nas w górę siedemkroć toczoną;Pochwał na ciebie odniosę jej siła,Jeśli pozwolisz, że cię tam wspomioną«.

85 »Marcja mym oczom tak bywała miła«,Rzekł, »póki ziemskie dzierżyło mię pęto,Że wszelkich życzeń zawsze dostąpiła.

88 Lecz dziś, gdy mieszka za rzeką przeklętą,Jej prośby wagę tracą skutkiem prawaDziałającego, odkąd nas rozjęto.

91 Skoro mu z niebios Pani tak łaskawa,Jako powiadasz, prośba tu nie k’rzeczy;Dość mi, że przez cię taki rozkaz dawa.

94 Idź przeto, a on niech się ubezpieczyPaskiem z sitowia; wodą zmyj mu lice,Niechaj zeń spłynie wszystek kurz człowieczy.

97 Nie lza, by w jego zamglone źrenicePatrzali święci tych dziedzin stróżowie,Którzy przedrajskie obchodzą granice.

100 Tam, gdzie najniższe miejsce na ostrowie,Gdzie brzeg wysepki ciągłe fale piorą,W miękkim namule wyrasta sitowie.

103 Roślina liściem obrosła i korąNie zdoła w grunt ów zapuścić korzeni,Bo ją bijące fale wnet rozbiorą.

106 Po innej ścieżce wyjdziecie z zieleniI poszukacie lżejszej w górę drogi,Wciąż idąc torem słonecznych promieni«.

109 To rzekłszy, zniknął, a jam wstał na nogi,Bezmownie wodza czepiając się bokuI oczy wznosząc doń, pielgrzym ubogi.

112 »Synu«, tak zaczął, »pilnuj mego kroku:Zejdźmy z powrotem, kędy do podnóżaRównina spływa po pagórnym stoku«.

115 Szare mgły ranne zwyciężała zorza,Pędząc przed sobą, zaczem już zdalekaRozpoznawałem migotanie morza.

118 Szliśmy po puszczy, podobni do człeka,Co nim ślad znajdzie ścieżki obłąkanej,Rozumie ciągle, że go próżno czeka.

121 Gdyśmy przybyli, gdzie szron rosy ranejZe słońcem walczy, ale się nie trwoni,W cieniu na czerstwym gruncie uchowany,

124 Mistrz mój łagodnie ku ziemi się skłoniI rąk swych muszle zwilży na murawie.Ja wiedząc, czego z lubych czekać dłoni,

127 Spłakane jemu jagody podstawię:Więc twarz mi obmył i barwy pierwotneWrócił, przyćmione w piekielnej kurzawie.

130 Stąd na wybrzeże wyszliśmy samotne,Którego wody nie zaznały wiosłaZdolnego szlaki odnaleźć powrotne.

133 Tu trzcinę, która za falą się niosła,Jak starzec życzył, wiązał mi na ciele:O cudo! gdzie szczknął, trawa wraz odrosła,

136 Nie uszczuplało się poddane ziele.

1 Wstawało słońce i niosło się mimoSkraj widnokręgu, który południkaSwego szczyt wieszał nad Jerozolimą.

4 A noc, co w kole odwrotnem pomyka,Szła z wód Gangesu, dzierżąc Wagi w ręce,Co rwą się, kiedy Nocorówni tyka.

7 Więc lic zorzanych białość i rumieńcePrzez słońca blizkość, w miejscu skąd patrzałem,Ten miały pozór co zblakłe czerwieńce.

10 Staliśmy ciągle nad fal morskich wałem,Jako podróżni do drogi gotowi,Myślą spieszący, a żmudzący ciałem.

13 Wtem jak o świcie, gdy się ma ku dniowi,Mars się w oparach czerwonością krwawi,Morze zachodnie mając u wezgłowi,

16 Tak mi się zjawił, — bodaj jeszcze zjawiBlask, co po wodnej ścieżce w szybkim gonieLeciał, jak żaden lot, ziemskich żórawi.

19 A ledwo, że się ku Wodzowi skłonię,By spytać co to, już on na topieliRośnie i coraz ogromniejszy płonie.

22 Wtem po dwu bokach zjawienia wystrzeliJakowaś białość, a dołem dokołaDrugi się jakiś płat śnieżny zabieli.

25 Mistrz jeszcze słowa nie wymówił zgoła,Gdy błysła skrzydeł para białopiana,Aż wtem żeglarza pozna i zawoła:

28 »Prędzej, o prędzej, padaj na kolana!Anioł to Boży: złóż ręce, skłoń lice,Wnet ujrzysz więcej takich rabów Pana.

31 Patrz, jak on sztuki ludzkie ma za nice:O żaglach nie dba, ani dba o sterze,Na skrzydłach mierząc tak wielkie granice.

34 Patrz jak powietrze niemi pod się bierze,Parą wieczystych żagli strzygąc z góry,Co nie padają jak to ziemskie pierze«.

37 Potem, gdy bliżej ptak z boskiemi pióryPodleciał, takim pożarem zapłonął,Że znieść nie mogąc, mój ziemskiej natury

40 Wzrok szukał ziemi; on zaś dalej wionąłDo brzegu czółnem tak lekkiem, że w wodzieNawet rąbeczek jego dna nie tonął.

43 Sternik na tyłach stał, w takiej urodzie,Że mi wyglądał jak osoba święta;Więcej sta duchów siadło w głębi łodzie.

46 »Egipskie Izrael kiedy rzucał pęta«...I to co dalej stoi w księdze, społemŚpiewały zgodnie duchy niebożęta.

49 Anioł krzyż kreślił, więc padają czołemi na wybrzeżnym piasku się pokładą,A on jak przybył, tak i pierzchł sokołem.

52 I przyglądają się górskim posadomNa tej nieznanej rzucone krawędzi,Jak człowiek lądu nowego nieświadom.

55 Już Koziorożca z pośród niebios pędziSłońce i bełty ognistymi praży,Śląc swoje żary każdej świata piędzi,

58 Gdy obca rzesza k’nam obróci twarzy:«Pokażcie»Pokażcie w górę drogę, jeśli znacie«,Powiada do nas. Więc takiem ją darzy

61 Mistrz dobry słowem: »Zapewne mniemacie,Żeśmy świadomi drogi w tej krainie:W pątniczej idziem, jako i wy, szacie.

64 Chwilką przed wami przez takie pustynieSzliśmy i takich urwisk zawieruchy,Że wyjście w górę fraszką będzie ninie«.

67 A wtem zaledwie spostrzegły się duchyPo mem oddechu, iżem człowiek żywy,Stanęły; podziw opętał im ruchy.

70 Wraz jak do posła, co z różdżką oliwyPrzybył, tłum spieszy i coraz to większyKupi się, ciśnie, staje, nowin chciwy,

73 Ów orszak chwilką tylko się ulększy,Podbiegł i stanął; oczyma mię mierzy,Zapominając iść, gdzie duch się piększy.

76 Wtem jedna postać zerwie się i bieżyZ giestem tak lubym przed rzesze podróżne,Iż czułem, że jej odpłacić należy.

79 O mary, oczom tylko od mar różne!Trzykroć się na niej ręce me wiązały,Trzykroś do piersi mych opadły próżne.

82 Snać się me lica dziwem malowały,Gdyż duch uśmiechnął się i cofnął wsteczą,A jam się rwał biec, wychylony cały.

85 Rzekł słodko: »Nie sil się nad próżną rzeczą!«Tedy poznawszy, usta doń obrócę,Prosząc, by ze mną pogadał człowieczo.

88 »Jeślim cię kochał, w doczesnej zewłoceBywszy, dziś niemniej kocham, toż pogwarzę;Lecz jakie ciebie pchnęły tutaj moce?«

91 »O mój Casella! ja tu iść się ważę,Bym mógł powrócić znowu w te dzierżawy;Ale kto tobie zwłokę cierpieć każe?«

94 On na to: »Nikt mi nie wzbraniał przeprawy,Jedno, kto bierze kogo chce, do łodzi:Ten na mnie dotąd bywał niełaskawy.

97 Snać z wolą bożą anioł swoję godzi...Od trzech miesięcy jednak niewątpliwie,Na pokład jego każdy wolno wchodzi.

100 Toż gdym nad morza brzegiem czekał chciwie,Gdzie Tybru rzeka swoje nurty soli,Zostałem odeń przyjęty życzliwie.

103 Teraz odleciał nową odbyć kolejDo portu, kędy oczekują rojeDuchów, piekielnej niezdanych niewoli«.

106 »Pieśniarzu«, rzekłem, »jeśli tutaj twojeOdczłowieczenie więzów nie nakładaNa śpiew, co we mnie koił niepokoje,

109 Ni na moc ową, co pamięcią włada,Pociesz mą duszę, która obleczonaW cielesne szaty, z trudu już upada«,

112 »Miłość śród myśli moich rozgwarzona«...Rozpoczął głosem tak słodkiego brzmienia,Że echo jego dotąd mi nie kona.

115 Ja, mistrz i duchy pełni upojeniaTak chciwe jemu daliśmy posłuchy,Że w nas pamięci nie zostało cienia.

118 Jemu poddany, a na resztę głuchyStałem: tłum ze mną. A wtem starzec na nieZawoła; »Ejże! opieszałe duchy:

121 Co to za żmuda? za leniwe stanie?Bieżajcie z łuski osmuknąć źrenice,Która wam Boże opóźnia poznanie!«

124 Jak kiedy dziubiąc proso i pszenicę,Pozbywszy dumy, co nią pióra stroszą,Drobno stąpają ciche gołębice;

127 Skoro się nagle jakim strachem spłoszą.Naraz od smacznej odlecą wieczerzy,Bo już ważniejszą w sobie troskę noszą;

130 Tak, widzę, śpiewu zaprzestał ów świeżyPoczet i wszystek rozpierzchł się po stoku,Jak człek co bieży, ni wie, dokąd bieży;

133 A my też za nim, nie hamując kroku.

1 Gdy tak po polu rozbiegła się rzeszaTęsknem spojrzeniem w szczyty zapatrzona,Dokąd rozumem duch wiedzion, pospiesza.

4 Ja się tuliłem do wiernego łona:I jakże mógłbym sam jeden pozostać?Któżby pod górę podparł me ramiona?

7 Lecz on miał człeka zgryzionego postać:O ty sumienie zacne, trwożne błędu,Najlżejszą winą każące się chłostać!...

10 Gdy stopy jego powolniły pędu,Co wszystkim sprawom dostojeństwo kradnie,Pragnienie moje z ciasnego oprzędu

13 Skupionej myśli szerszy kręg owładnie;Zaczem źrenice obracam na górę,Co wyżej ziemskich niebios czoło kładnie.

16 Słońce co z tyłu czerwonością gore,Przedemnie rzuca złamane promienie,Spotkawszy w mojej osobie zaporę.

19 Myśląc, żem został sam, bo nie dwa cienieLecz tylko jeden kładł się plamą ciemną,W bok przestraszone rzuciłem spojrzenie.

22 A mój Cieszyciel: »Czemu drżysz daremno?«Szepnął, postacią zwróciwszy się całą;»Nie ufasz, żem tu? nie idziesz to ze mną?

25 Podwieczerz schodzi, gdzie spoczywa ciało,Co odeń dawniej padał cień ten samy;Neapolowi Brindisi je dało.

28 Że kształt mój ciemnej nie odrzuca plamy,Nie dziw się bardziej, niż niebiosom, kędyNie kładzie promień promieniowi tamy.

31 Niemniej ból cierpieć i mrozy i swędyCiałom, jak moje, każe Moc żywota,Niewybadana ludzkimi obłędy.

34 Darmo się człowiek w tej nadziei miota,Że swym rozumem szlaki poodwija,Którędy działa trój-jedna Istota.

37 Rodzie człowieczy, dość tobie ad quia!Gdyby wszechwiedzą ludzkość była mocna,Przecz-by Synaczka rodziła Maryja?

40 Znana ci mężów tęskność bezowocna,W którychby mogła być uspokojonaTą wiedzą, a tak przejmuje ich do cna.

43 Arystotela myślę i PlatonaI innych wielu«... Czoło schylił blade,Zmilkł, a twarz jego była zasępiona.

46 Wtem już pod góry przyszliśmy posadę.Spojrzę, opoka takim pionem sterczy,Że stopy po niej darmo piąć się rade.

49 Najdziksza między Turbiją a LericiDroga wyda się, że jak schody prościeWstępuje wobec tej spadzistej perci.

52 »I któż odgadnie, którędy tam dojście«,Wykrzyknął Wódz mój, zatrzymując kroku,»Gdy komu pierze u ramion nie roście?«

55 A kiedy stał tak nachyliwszy wzrokuI badał drogę, ścieżki nieświadomy,Mnie, którym patrzał po kamiennym stoku,

58 Zjawił się w lewo od ścieżyny stromejCzet duchów; spojrzę, prosto ku nam kroczyTak wolno, że się wydał nieruchomy.

61 »Podnieś«, do Mistrza mówię, «podnieś»podnieś oczy:Oto się zbliża, skąd ci rada znidzie,Skoroś nieświadom tych skalistych zboczy«.

64 Spojrzał, nie barwił lic w fałszywym wstydzie,Lecz rzekł: »Podejdźmy, zbyt kroczą pomału;A ty miej, synu nadzieję na widzie«.

67 Jeszcze dalekość onego oddziałuLiczyła milę rzymskiego mierzenia,Czyli odległość procarskiego strzału,

70 Kiedy się nagle skupił u kamieniaI sparł o góry wysoczystą ścianę,Jak czekający ktoś, pełen wątpienia.

73 »O błogokreśne duchy, o wybrane!Przez uciszenie owo«, rzekł Wirgili,Co od was wszystkich jest oczekiwane,

76 Powiedzcie, gdzie tu stok góry się chyli?Aby wyjść na szczyt, którą brać nam stronę?Kto świadom celu, żal mu każdej chwili«.

79 Jak owce schodzą przez koszary bronęPo jednej, po dwie i po trzy; niezwinne.Postawające, w ziemię zapatrzone;

82 Co pierwsza czyni, za nią czynią inne;Na grzbiet się kupią idącej na przodzie,Nie wiedząc czemu, proste i niewinne,

85 Tak szli duchowie w onej świętej trzodzie,Postępujący śladem przewodnika,W licach wstydliwi i przystojni w chodzie.

88 Ledwie spostrzegli, że jasność promykaPo prawej stronie mej cieniem się dzieli,A cień złamany na krawędzi znika,

91 Zawahali się i w tył się cofnęli,A wszyscy inni, którzy szli za niemi,Niewiedząc czemu, równie przystanęli.

94 »Ciekawość waszę, o duchowie niemi,Uprzedzę; człeka widzicie, nie marę;Przez niego promień łamie się na ziemi.

97 Nie dziwujcie się, ale dajcie wiarę,Że z łaską bożą, co go prze i broni,Przychodzi ściany te zwyciężyć stare«.

100 Tak Mistrz. »Wracajcież przed nami ku toni«,Mówiła do mnie ta zacna drużyna,Znak dając grzbietem odwróconej dłoni.

103 »Ktokolwiek jesteś«, jeden z nich poczyna,»Idąc, odwróć się, spojrzyj w lice mojeI pomyśl dobrze, kogo-ć przypomina«.

106 Więc spojrzę bystro, źrenicę nim poję:Pański był w ruchach, piękny, z płowym włosem,Lecz miał brew jedną przeciętą na dwoje.

109 Toż mu pokornym odpowiadam głosem:»Nie znam cię«. »Patrzaj«, rzekł pan jasnobrodyI pierś ukazał naznaczoną ciosem.

112 »Wiedz«, dodał, krasząc uśmiechem jagody:»Jam jest Konstancji wnuk, Manfred. A tobieZlecam, gdy zejdziesz między ziemian grody,

115 Spiesz donieść córze mej lubej, ozdobieSycylskiej ziemi, chwale Aragonu,Żem jest tu, jeśli wątpi. W mej osobie

118 Gdy dwa utkwiły ciosy, w chwili skonu,Do tej, co grzechy przebacza człowiecze,Łkaniem się wzniosłem, błagając pardonu.

121 Zbyt ciężkie były me grzechy, nie przeczę;Lecz łaska boża przestronna ogromnie,Garnie, kto tylko do niej się uciecze.

124 Gdyby Kosency pasterz, co go po mniePosłał był Klemens z łowczymi pachoły,Pamiętał o tem, czego snać nie pomnie,

127 Dziś bym leżące widział me popiołyU Benewentu, pod mostu głowicą,W straży mogilnych głazów. Tak na gołej

130 Ziemi deszcz myje i wiatry je sycąWzdłuż Verde rzeki, na obcym majdaniePod zagaszoną rzucone gromnicą.

133 Lecz się nie mrozi klątwą Pra-kochanieDo tyla, aby wesprzeć mię nie miało,Póki źdźbło bodaj nadziei ostanie.

136 Prawda, że czyje w klątwie kona ciało,Choć opamięta się w grzechu nareszcie,Musi zostawać za czyścową skałą,

139 Ile w uporze trwał, tyle — trzydzieście,Chyba modłami waszemi skrócicieTermin katuszy wy, co tam jesteście.

142 Pomyśl, jak możesz wzmóc mię znakomicie,Wieści zanosząc mojej drogiej córzeO tym zakazie i mym tu pobycie.

145 Tak potrzebujem was ziemian — my w górze«.

1 Gdy moc rozkoszy albo moc boleściJednę z władz naszej istoty pochłonie,Duch nasz w niej jednej tak się cały streści,

4 Że innej władzy nie da postać w łonie:Przeciw błędowi to wiedz, co orzeka,Że w nas nad jedną druga dusza płonie.

7 Gdy się więc na co skłoni zmysł człowieka,To duszę w takie zapatrzenie wtrąca,Iż nie spostrzega jak jej czas ucieka.

10 Bo insza jest w niej moc spostrzegająca,A insza, która źródłem jest pojęciu:Tamta spętana, ta wolno chodząca. —

13 Tegom ja doznał w mojem duchowzięciu:Gdym zmysły topił w urodnej istocie,Słońce dobiegło stopni pięćdziesięciu,

16 A myśmy zaszli, gdzie w głosów jednocieWołała do nas owa święta trzoda:»Tutaj odpowiedź jest waszej tęsknocie«.

19 Szersze częstokroć wrotka od ogrodaRosochatymi cierniami przepinaKmieć w porze, kiedy dojrzewa jagoda,

22 Niżeli była ta ciasna szczelina,Którędy z Wodzem wszedłem samowtóry,Skoro nas duchów odeszła drużyna.

25 Wejść na Sanleo, zejść z nolijskiej góryI Bismantowy można dojść grzebienia:Lecz tu potrzeba chyba lecieć pióry,

28 Chcę rzec: na skrzydłach pożądnych pragnieniaI być wiedziony takim drogoskazem,Co krzepi mocy i rozprasza cienia.

31 Szliśmy więc naskróś rozłupanym głazemTak, że nam z obu stron uciskał boki:Rak i nóg było trzeba użyć razem.

34 Gdyśmy wpełznęli na krawędź opokiI na odkrytą natrafili ścianę,»Gdzież teraz«, pytam, »obrócimy kroki?«

37 »W górę wprost pnij się przez bramy złupane;Krok od mych śladów niech się nie odrywa,Aż przewodnika biegłego dostanę«.

40 Szczytu źrenica nie dobiegła żywaI stromszy był stok tej kamiennej bryły,Niż na promieniu kwadrantu cięciwa.

43 Zgnębiony byłem, mówiąc: »Ojcze miły!Obróć się ku mnie i spójrz, jak się nużę;Stań, lub do reszty opuszczą mię siły«.

46 »Synu mój!« odparł, »podźwignij się druże!«I ukazywał kamień w kształcie proga,Skąd ścieżka wężem wiła się po górze.

49 Tak dzielna była jego słów ostroga,Żem lazł na raczkach w górę pracowicie,Aż na tę krętą perć trafiła noga.

52 Tameśmy oba siedli na granicieTwarzą zwróceni na wschód, bo przyjemniePoglądać człeku na trudów przebycie.

55 Naprzód spojrzałem na doliny ciemnie,Potem w wóz słońca; dziwno mi się zdało,Że z lewej strony blask uderzał we mnie.

58 Kiedy Wódz ujrzał twarz mą osłupiałąI wzrok snujący się po słońca szlaku,Co między nami, a północą stało,

61 Rzekł: »Gdyby Kastor i Polluks w orszakuZnajdowali się onego Zwierciadła,Co w dwu półsferach chodzi po Zodjaku,

64 Bliżej-by jeszcze Niedźwiedzicy kładłaWstęga Zwierzyńca płomienną obrożę,Chyba-by ze swej kolei wypadła.

67 Chcesz-li zrozumieć, jak to dziać się może,Wyobraź sobie ów Sion padolnyWyszykowany ku niniejszej górze

70 Tak, że horyzont posiadają wspólnyW różnych półsferach; więc tor, gdzie swe konieŹle poprowadził Faëton swawolny

73 W jednym kierunku bieży po tej stronie,A zaś, (rachubą już rozwiążesz własną),W odwrotnym po tej, co ma szczyt w Sionie«.

76 »Zaiste«, rzekłem, »nigdy-m ja tak jasnoNie widział, ni tak w pewność był bogatymTam, gdziem już mniemał, że mi oczy gasną.

79 Sródkole kręgu najwyższego zatem,Które mędrcowie równikiem nazwali,Iż między zimą toczy się a latem,

82 Tu ku północy wybiega nie dalej,Niż tam u Żydów na drugiej półsferzeKu południowi, co się wiecznie pali.

85 A teraz proszę, byś mi wyznał szczerze:Daleko-ż tak iść? Stok, co nas prowadzi,Strzela wysoko, że okiem nie zmierzę«.

88 A on: »Tę górę takie prawo ładzi,Że zrazu przykro po jej wysoczyźnie,Ale im wyżej, tem się idzie gładziej.

91 Kiedy wybiegniesz w takie sfery wyżnie,Iż czuć przestaniesz, że cię droga nużyI będziesz jak łódź, co się z prądem śliźnie,

94 Natenczas koniec ujrzysz swej podróży;Tam odpoczynek znajdą twoje trudy:A to wiedz pewnie i nie pytaj dłużej«.

97 Taką zachętą pokrzepił mej nudy,A wtem głos jakiś tuż blizko zawoła:»Może ci będzie trzeba usieść wprzódy!«

100 Na dźwięk tej mowy zwracaliśmy czołaI w lewo biegli oczyma do skały,Cośmy jej przedtem nie spostrzegli zgoła.

103 Podejdziem bliżej. Osoby tam stałyW cień zasunięte, co padał od ściany,Jako zwykł stawać człowiek opieszały.

106 Jeden duch jakby trudem pokonanyU kolan wiązał swoich ramion sploty,A lica ukrył pomiędzy kolany.

109 Więc ja do Mistrza: »O panie mój złoty,Spojrzyj na tego, co siedzi w nieruchu,Jakby był bratem rodnym bezochoty«.

112 Ocknął się, głos nasz przyjąwszy do słuchuI siedząc, okiem z podełba w nas godził,Poczem rzekł: »Idź sam, gdyś dzielny, mój zuchu!«

115 Poznałem wtedy, kto był; ni przeszkodziłDech przyspieszony z ciężkiego zmęczenia,Żem zatem zwolna ku niemu podchodził.

118 A kiedym podszedł, głowę od niechceniaPodniósł i mruknął: »Widziałeś słonecznyWóz podchodzący z lewego ramienia?«

121 Te skąpe słowa i ten giest statecznyChwyciwszy, usta rozwarłem w uśmiechu.»Belacqua!« rzekłem, »jużeś ty bezpieczny!

124 Lecz czemu siedzisz tu w takim nieśpiechu?Czy przewodnika czekasz? czyli możeZnów jesteś w dawnym zanurzony grzechu?«

127 »Bracie, i cóż mi w górę iść pomoże,Gdy zacząć nie da czyścowej katuszePtak, co u bramy pełni straży boże?

130 Tylekroć słońca obrót widzieć muszęPo za tą furtą, ilem żył na świecie,Żem się ociągał w szczerej westchnąć skrusze.

133 Chyba, że tam mię modlitwą wesprzecie,Jeśli z serc w łasce żyjących wynika,Bo inna w niebie nic nie waży przecie«.

136 Wódz już odchodził. »Pospiesz! południka«,Mówił, »już sięga słońce krążąc w toku,A Noc po skraju morza idąc, tyka

139 Czarną swą stopą wybrzeży Maroku«.

1 Już zostawiwszy za sobą gromadę.gromadęMar, w tropy Mistrza parłem się skwapliwie,Gdy prężąc palec, jedno widmo blade

4 »Patrzcie«, krzyknęło, »i niech was zadziwię:Owy kroczący niżej chłonie ciałemSłońce i stąpa jak człowiek, co żywie«.

7 Na dźwięk tej mowy lica obracałem.Spojrzę, tłum duchów ciekawie mię bada,Zdziwiony owym światła niedopałem.

10 »Czem-że uwagę zaprzątasz?zaprzątasz?« powiadaMistrz, »i dlaczego kroczysz opieszalej?Cóż cię obchodzi, co się tutaj gada!

13 Żwawo pójdź za mną; ci niech szepcą dalej;Mocny jak wieża bądź, co się nie zegnie,Chociaż się wicher na jej szczyty wali.

16 Człowiek, co chęcią przeciw chęci zbiegnie,Odwłóczy metę, wróg własnej uciesze,Bowiem osłabia moc w zamiarów ściegnie«.

19 Cóż mogłem na to rzec? jeno: »Już spieszę!«Na twarz zwołując wstydu barwy szczere,Który nam czasem przebaczenie krzesze.

22 Na skos przez ową zaziemską kwateręZbliżał się duchów poczet w naszą stronęI wiersz po wierszu nucił: Miserere!

25 Kiedy się spostrzegł, że nieprzeniknioneSłońcem ciemniały me ziemskie osnowy,Usta rozchylił w O długie, tłumione.

28 A dwaj jak gońce, gdy przed huf bojowyWybiegną, k’nam się przybliżyli cwałem,Wołając: »Prosim was, powiedzcie, kto wy?«

31 Na to odpowiedź Mistrza usłyszałem:»Wracajcie! swoim donieść to możecie,Że ciało jego jest prawdziwem ciałem.

34 Jeśli cień jego wstrzymał ich na mecie,Ta wieść im winna być wystarczająca;Uszanujcie go, on wam odda w świecie«.

37 Nigdy tak szybko gwiazda spadającaPierwszych ciemności nocnych nie przepada,Ni chmur sierpniowych na ubytku słońca,

40 Jak ci wracali, gdzie widem gromadaStała i nowym zaś ku nam zawodemWspółbiegli nakształt bezuzdnego stada.

43 »Licznym tu będziesz nawiedzon narodem«,Rzekł Wódz, »z prośbami do nas dążą, wnoszę;Nie stawaj, a prośb słuchaj mimochodem«.

46 »O duszo, która idziesz na rozkoszeW powłoce, co się jeszcze życiem cieszy«,Wołali biegnąc, »zatrzymaj się proszę!

49 Może rozpoznasz kogo z naszej rzeszy,Byś o nim głosił, wróciwszy z powrotem.Czemu nie staniesz? czemu ci się spieszy?

52 Rozłączyła nas nagła śmierć z żywotem;Do przedostatnich chwil my w grzechu trwali;W ostatnich łaski ugodzeni grotem,

55 Win żałujący, skruszeni i bialiZ ciał swych my wyszli, sprzymierzeńcy Pana,Co nas widoku swego żądzą pali«.

58 »Patrzę, nie widzę, by mi była znanaTwarz aby jedna, lecz co wiedzieć płuży,Pytaj, odpowiem, gromadko wybrana,

61 W imię pokoju, co mię w mej podróżyZ świata do świata szczytnym celem nęciI wodzi torem takiej zacnej stróży«.

64 Tak rzekłem, a on: »Nie trzeba pieczęciPrzysiąg; wierzymy, iż chętna twa wola,Byleby niemoc nie zwichnęła chęci.

67 Ja pierwszy proszę: Jeśli kiedy polaObaczysz moje i ziemskie dziedzinyMiędzy Romanią a krajem Karola,

70 Nie poskąp ty mi litośnej daniny;Niech się modłami za mną wstawią w Fano,Bym mógł odkupić rychlej swoje winy.

73 Stamtąd ród wiodę; cios, pod którym ranąWyszła krew, gdziem ja — duch sprawował życie;W Antenorydów kraju mi zadano,

76 Kędym biegł znaleźć bezpieczne ukrycie.Este mię zgubił, co zawzięciej godził,Niżeli słuszna, na moje zabicie.

79 A gdybym nie był ku Mirze pobrodził,Gdy mię dopadły zbiry pod Oriaco,Jeszcze bym dzisiaj pośród żywych chodził.

82 Zbiegłem ku bagnu, lecz w szuwar i młakoUgrzązłszy, padłem i mej krwi kałużeWidziałem sprawą wytoczone taką«.

85 Zaś inny mówił: »Niechże cię ku górzeNiosą tęsknoty ku błogosławionym,A ja niech litość i pomoc wysłużę.

88 Buonconta widzisz; Montfeltru baronemByłem; nie dbają o mnie moi doma,Więc tutaj chodzę z czołem powstydzonem«.

91 »Jakiż przypadek«, pytam, »lub kryjomaMoc tak wywlekła twój trup z Campaldinu,Że nam mogiła twoja niewiadoma?«

94 Na to cień odrzekł: »U stóp CassentinuPrzepływa rzeczka nazwiskiem Archiano:Ta nad Pustelnią tryska z Appeninu.

97 Tam, kędy gubi swe pierwotne miano,Przybiegłem cięty przeokropnie w szyję;Pieszo-m biegł, ślady krwawą znacząc raną.

100 Tam wzrok mi zagasł; z imieniem MaryjeNa ustach padłem i w niekrytym grobiePoległo ciało moje, dziś niczyje.

103 Wróciwszy, prawdę o mej głoś osobie:Anioł mię boży brał, lecz duch piekielnyWołał: — Oddaj go niebieski parobie!

106 Unosisz jego szczątek nieśmiertelnyZa jednę łezkę; ta mi go wydziera!Ja drugiej cząstce pogrzeb sprawię celny. —

109 Wiadomo-ć, jak to w powietrzu się zbieraPara wilgotna i zmienia się w wodę,Skoro kropelki swe chłodem pozwiera.

112 Czart, co złą wolę z rozumem na szkod꣹czy człowieka, mocą swej naturyWzbudził mgłę, wiatrem zaburzył przyrodę.

115 Potem dolinę, gdy dzień zgasł u góry,Od Pratomagno aż do gór łańcuchaTumanem pokrył, pozaciągał chmury:

118 Deszczem brzemienna spadła zawierucha;Woda przelana za łożysk krawędzieZatopem rośnie i w kotliny bucha.

121 Gdy jej posiłku z wielkich strug przybędzie,W królewskiej rzeki ponosi mię tonie;Nic jej w szalonym nie powstrzyma pędzie.

124 Skrzepło me ciało w podarneńskiej stronieArchian nadybał i w Arno je wtoczył;Krzyż mi rozwiązał, który z rąk na łonie

127 Złożyłem w chwili, gdy mię ból zamroczył;Po dnie i brzegach kości tłukł w szkielecie,Nakoniec mułem osnuł i zpowłóczył«.

130 »Ach, gdy wróciwszy, znajdziesz się na świecie,Gdy żagl wędrówki twojej się pozwija«,Mówiło do mnie teraz widmo trzecie,

133 »O mnie pamiętaj, proszę: jestem Pia.Siena mię rodzi, Maremna zgubiła;Jakim sposobem, — wie ten dobrze, czyja

136 Obrączka wdowę ślubem zniewoliła«

1 Kiedy zakończy grę kosterów grono,Pobity jeszcze nie wstając od stołaPróbuje rzutów z twarzą nachmurzoną.

4 Zwycięzcę gawiedź prowadzi wesoła:Ten bieży naprzód, a ten z tyłu goni,Ten mu zabiega z boku, a ten z czoła.

7 On idąc, temu i temu się skłoni;Da na odczepne, gdy kto zbyt naciskaI tak od ciżby natrętnej się broni.

10 Tak szedłem, a tłum następował z blizka;Tu przyrzekając, tam skłaniając głowy.Umykałem się z pośród zbiegowiska.

13 Oto Aretyn, ten co mu z surowejRęki śmierć zadał Ghin Tacco zuchwały;Inny utonął idący na łowy.

16 Tam ręce w górę wzniósł, błagalny cały,Frydryk Novello; Pizańczyk z nim czwarty,Który przyczynił Marzukowi chwały.

19 Widziałem Orsę; przy nim duch wydartyCiału, jak świadczył sam, z cudzej potwarzy,Nie z własnej winy pokarania wartej.

22 Piotr de la Brosse to był; a niechże zważyBrabantka, póki ziemski byt ją cieszy,Aby nie zaszła między brzydsze twarzy.

25 Gdym z owej duchów otrząsnął się rzeszy,Co dba tak wielce o modlitwę ludzi,W nadziei, że im zbawienia przyspieszy,

28 »O Światło moje«, rzekłem, »czyż mię łudziSłowo twej pieśni, mówiąc: PrzeznaczenieCofnąć modłami — próżno człek się trudzi.

31 A o to właśnie nawołują cienie;Czyżby ich prośba miała być jałowa.Lub mi niejasne tamtych słów znaczenie?«

34 Więc Mistrz tak do mnie: »Jasna moja mowa,Ni tych proszących nadzieja omyli,Jeśli roztropnie wyłożysz me słowa.

37 Sprawiedliwości szczyt się nie nachyli,Że czego oni oczekują w kaźni,Płomień miłości zmyje w jednej chwili.

40 Gdziem o tych rzeczach rozprawiał wyraźniej,Tej mieć nie mogła modlitwa krzepkości,Gdyż módlca działał, z Bogiem w nieprzyjaźni.

43 Dziś nie rozstrzygaj ważnej wątpliwości,Aż przyjdzie pani, co ci światłem progiMiędzy rozumem a prawdą wymości.

46 O Beatryczy mówię; pośród drogiKu wierzchołkowi zaznasz jej widoku:Tam żywot wiedzie radosny i błogi«.

49 »Wodzu mój!« rzekłem, «przyspieszajmy-ż kroku;Już utrudzenia, jak wprzód, nie doznaję,A coraz dalej pada cień od stoku«.

52 »Pójdziemy«, odrzekł, »póki słońca stajeI póki ścieżek noc nam nie zacieni,Choć podróż dłuższa, niż ci się wydaje.

55 Nim szczytu dojdziesz, jeszcze się zrumieniNiebo od słońca, które tak się chyli,Że już na tobie nie łamie promieni.

58 Samotną duszę spostrzegam w tej chwili,Wyglądającą, jakby nas czekała:Jej nas przewództwo pewno nie omyli«.

61 Podejdziem. Jakże dumna i wspaniałaStałaś, z lombardzkiej ziemi maro blada,W toczeniu źrenic taka opieszała!

64 Do przechodzących słowem nie zagada,Puszczając mimo; tylko okiem śledziI patrzy nakształt lwa, co się pokłada.

67 Mistrz przystąpiwszy, słowa me wyprzedzi,Prosząc, by drogę wskazała nieznaną.Mara nie raczy dać wprost odpowiedzi,

70 Ale o kraj nasz zapyta i miano.Więc Wódz mój: »Mantua«, zaczął. Na dźwięk ony,Duch jakby nagle w połu go złamano,

73 Rzucił się, cały ku nam wychylony:»Jam Sordel! Mantua wspólna nam rodzica!«I objął jeden drugiego ramiony.

76 Biedna Italia, bólu gościnnica,Śród wielkiej burzy bez sternika nawa;O, już nie pani ludów, — nierządnica!

79 Uczcić rodaka, patrz, jak biegła żwawaNa same ziemi rodzinnej odgłosyPełne słodyczy, jedna dusza prawa!

82 A twoi żywi wzajemnymi ciosyGubią się i żrą nieustannym bojemW obrębie muru jednego i fosy!

85 Spojrzyj nieszczęsna po wybrzeżu twojemI murach; potem spojrzyj na swe łono:Jest-że kąt, coby cieszył się pokojem?

88 Cóż, że ci uzdę krótko przykrojonąWłożył Justynian, gdy łęk siodła pusty:Bez tego mniejbyś była powstydzoną!

91 Ludu, coś winien czcić boże dopusty:Było-ć utrzymać na siodle cesarza,Pomnisz-li, co rzekł Bóg Chrystusa usty.

94 Patrz, jak się krnąbrna stała bestja wraża,Odkąd ująłeś ręką za jej wodze,Ale jej w lędźwie nikt kolca nie wraża.

97 Albercie Niemcze, teraz mści się srodze,Żeś o niekarnym zapomniał biegunieI boku jego nie poddał ostrodze.

100 Sąd sprawiedliwy z gwiazd niech rychło runieNa krew twą; kary nowość niech zasłynie:Budź twych dziedziców grozę, leżąc w trunie.

103 Twojej i ojca przypisać to winieU siebie władzy chciwym, że niestety,Ogrodziec państwa zamienion w pustynię.

106 Patrz na Monteki, patrz na Kapulety,Patrz na orwieckich panów, gnuśny człecze:Ci już zdławieni, tym grożą sztylety.

109 Spójrz, jakie dybią na twą szlachtę miecze:Przynieś ratunek, ułagodź rozpacze;Spójrz, jak o siebie Santafior ma pieczę.

112 Przyjdź i posłuchaj, jak twa Roma płacze;Z pustego łoża biada głos jej wdowi:— Cezarze ty mój, kiedyż cię obaczę?...

115 Patrz na poddanych, jak się żreć gotowi;Jeśli już nie dbasz o krew, co się toczy,Sromaj się hańby, co twe imię słowi.

118 Boski Jowiszu, coś umarł ochoczyNa krzyżu; przebacz grzeszne me pytanie:Czyś zwrócił indziej sprawiedliwe oczy?

121 Lub to jest próba, jaką tu z otchłanietwej rady zsyłasz gwoli zbawczych planów,Wyżej leżących, niż ludzkie poznanie?

124 Ziemia Italii jest pełna tyranów,Chłop ladajaki zmienia się w Marcela,Zaledwie wejdzie między partyzanów.

127 Florencjo moja, nie trać ty wesela:Zarzut podobny ciebie nie dotyka,Dzięki ludowi, co mój głos podziela.

130 Rozum lada kto ma, lecz go zamyka,Aby z cięciwy nie wypadł nie w porę:Twój lud go nosi na końcu języka.

133 Nie wszystkie barki urząd dźwigać skore;Twój lud się za to nieproszony zrywa:Ciężar podajcie sam!... na się go biorę!

136 To dość dla szczęścia; bądź-że mi szczęśliwa!Masz skarby, pokój masz i masz rozsądek;ZeŻe prawdę mówię, w skutkach się wykrywa.

139 Aten i Sparty państwowy porządekNiczem zapewne w porównaniu będzieZ twoim; ty jesteś podobna do prządek,

142 Które tak mają pożytek na względzieI tak opatrznie czynią, że rozkręciListopad to, co październik uprzędzie.

145 Ileż to razy za naszej pamięciZmianę tych ustaw ludzie już widzieli,Twoich urzędów, monet i pieczęci.

148 A jeśli pamięć światła ci udzieli,Poznasz, żeś jako złożona niemocąNiewiasta, co się wije na pościeli,

151 By ulżyć bólom niedospaną nocą.

1 Gdy powtórzyli zacni dwaj rodacyRamion ujęcia i krzyki radości,Sordel się cofnął i rzekł: »Któż wy tacy?«

4 »Zanim posłano ku tej wysokościDusze, co bożej godne są gościny,Oktawian pogrześć kazał moje kości.

7 Jestem Wirgiljusz; nie z innej przyczyny,Jak tej, że była mi nieznana wiara,Straciłem niebo«, rzekł Wódz mój jedyny.

10 Jak kiedy kto rzecz rozpoznać się stara,Co go zaskoczy nieoczekiwana,Wierzy, nie wierzy, mówiąc: Sen czy mara,

13 Tak on przystanął i jak rab do pana,Oczy powieką zakryte nieśmiałoSpuszczając, giął się ująć za kolana.

16 »O czci Latynów, w której się poznało,Ile to nasza zacna mowa zdoła;Ojczyzny mojej nieśmiertelna chwało,

19 Czy cię zasługa, czy łaska tu woła?Godny-m li słyszeć twojej mowy brzmienie,Powiedz: Czy z piekieł? i z którego koła?«

22 Przez wszyskie kraju boleści pierścienie«,Odrzekł, »przeszedłem, zanim tu przybyłem;Moc mię niebieska przez te pchnęła cienie.

25 Nie iżbym czynił, lecz że nie czyniłem,Słońca-m nie ujrzał, co dla ciebie wstanie,A które ja sam za późno odkryłem.

28 Są niżej smutne ciemnością otchłanie,Choć nie męczarnią smutne, gdzie lamentyBrzmią nie jak jęki, ale jak wzdychanie.

31 Tam z niewinnemi mieszkam pacholęty;Zęby je śmierci stargały o czasie,Gdy z nich grzech ludzki był jeszcze niezdjęty.

34 Tam mieszkam z tymi, co nie wzięli na sięTrójcy cnót świętych, ale inne znaliI bez obłudy chodzili w ich krasie.

37 Ty jeśli drogę wiesz i wolno-ć dalejIść z nami, pomóż, byśmy stopą żwawąDo istotnego Czyśca się dostali«.

40 Rzekł: »Wszystką chodzić wolno nam dzierżawą:Po góry stoku i po jej obwodzie;Wodzem posłużę wam, dokąd mi prawo.

43 Ale już oto słońce jest w zachodzie,A próżno kusić tej drogi o zmroku,Więc trzeba radzić o dobrej gospodzie.

46 W prawo tu dusze mieszkają na boku:Jeżeli pragniesz, do nich zaprowadzę;Uciechy pewnie zaznasz z ich widoku«.

49 »Jakto«, Mistrz pytał, »gdyby ktoś odwadzeZwierzywszy stopy, chciał wyjść z tych bezdroży,Będzie wstrzymany, lub sam straci władzę?«

52 Więc Sordel palcem w piasku znak wydroży:»Patrz, za tę linię ni jednego calaNie zrobisz, ledwie słońce się ułoży.

55 Nie inna siła przytrzyma cię zdala,Jeno mrok, który twe stopy uplące;On tutaj wolę niemocą zniewala.

58 Wolnoby było jeno zejść ku łące,Lub w okół góry błąkać się aż do dnia,Póki nie wyjrzy za horyzont słońce.

61 Więc Wódz dziwiąc się: »Niechże nas przewodniaRęka twa dzierży i wiedzie do stołu,Gdzie taka radość czeka na przychodnia«.

64 Postąpiliśmy kęs drogi pospołu,Gdym zauważył, że była włamanaGóra na sposób ziemskiego wądołu.

67 »Tam pójdziem«, rzekł cień, »kędy góry ścianaStworzyła z siebie łono, łukiem wgięta,I tam nowego będziem czekać rana«.

70 Po nad wądołem poszła ścieżka krętaI ta nas wiodła, kędy ku pościeliTraw na dolinie krawędź biegła ścięta.

73 Purpura, złoto, srebro, czystość bieli,Indyjskie drewna światlejsze od zorzyI szmaragd, kiedy po brzegu odstrzeli,

76 Do tej doliny przyrównane bożej,Pobledną, ni się żadne z nich obroni,Jako że mniejsze przed większem się korzy.

79 Nie same barwy śnią na onej błoni:Zapach mię doszedł, w których się kojarzyTysiąc nieznanych, nieujętych woni.

82 Salve Regina z kwietnych wirydarzySiedząc śpiewała garść błogosławiona:Dopiero teraz dostrzec mogłem twarzy.

85 »Nim się ugnieździ słonecznego łonaRąbek«, tak Sordel odezwał się ninie,»Nie kłóćmy wczasów śpiewaczego grona.

88 Stąd wam ruch żaden ani giest nie zginieI lepiej wszystkich poznacie zdaleka,Niżeli stojąc tuż blizko w kotlinie.

91 Ten, co najwyżej siedzi, z twarzą człeka,Który się czuje opieszalstwa winnyI końca pieśni z niemą wargą czeka,

94 To cesarz Rudolf, co żmudził bezczynny,Mogąc Italię ratować w złym kresie;Dziś chorą leczyć próżno chce kto inny.

97 Ten, w czyją patrząc twarz, pocieszyć chce się,Panował w kraju onej wody, co jąMołdawa w Elbę, Elba w morze niesie.

100 Ottokar: Ten-ci miał pieluchę swojąLepszą, niż Wacław słuszny wiek brodaty,Gdy go rozpusta i lenistwo poją.

103 Ów krótkonosy, co się trzyma szatyTego, który mu posłuchu nie broni,Zginął w ucieczce, hańbiąc lilii kwiaty.

106 Patrz, jak się kaja i w pierś pięścią dzwoni:Tamten westchnieniom ustać nie pozwoli,Wezgłowie licu uczyniwszy z dłoni.

109 To ojciec i teść francuskiej niedoli;Owo występne i pełne brzydotyŻycie tu jeszcze gryzie ich i boli.

112 Ów gruboczłonki, co zgodnemi nótyZ tym męskonosym śle pieśń po dolinie,Opasywał się sznurem wszelkiej cnoty.

115 I gdyby po nim zdano tron chłopczynie,Który tam siedzi za jego plecyma,Dzielność by przeszła z naczynia w naczynie.

118 W reszcie dziedziców tej zacności niema:Frydryk z Jakóbem wzięli w spadku trony,Lecz schedy jak ta, żaden nie otrzyma.

121 Jako w konaru latorośli płonej,Cnota się ojca w synach nie utrwala:Ów co udziela jej, chce być proszony.

124 Przygana moja dotyczy NosalaI Piotra, co z nim głosem zgodnym śpiewa:Pulia się na nich z Prowancją użala.

127 Nasienie tyle gorsze jest od drzewa,Ile Margoty mąż lub BeatryczyMniej niż Konstancyn czci na żonę zlewa.

130 Patrzcie, z innymi jak siedzieć nie życzyHenryk angielski, król pełen prostoty;Zacniejsze pędy jego konar liczy.

133 Tego, co niżej siedząc, wzrok w namiotyWbił nieba, grabią Wilhelmem wprzód zwano;Przezeń to mściwej Aleksandrji roty

136 Nad Montferratem się pastwią i Kaną«.

1 Była to chwila, gdy nagła tęsknotaWstaje, w żeglarza duszy obudzona,Ledwie wyjechał za domowe wrota.

4 Nowym pielgrzymom serce rwie się z łona,Kiedy usłyszą za wiatru podmuchemDzwon, który, zda się, płacze dnia, co kona.

7 Nagle przestawszy dźwięki łowić uchem,Ku marze oczy obracałem swoje,Która o ciszę prosi dłoni ruchem.

10 Podeszła, w górę rąk podniosła dwoje,Na wschód oczyma zbiegła, jakby chciałaPowiedzieć Bogu: O resztę nie stoję.

13 »Twórco światłości!« nabożnie powiałaZ ust jej piosenka tak słodkimi tony,Że mi się prawie duch wyrywał z ciała.

16 Za nią chór cały korny i natchnionyWtórował pieśni nabożnie i ładnie,Oczy w niebieskie posławszy regiony. —

19 Słuchaczu, tutaj wzrok naostrz dokładnie:Zasłona tak jest przeźrocza, że w śladyMej mowy idąc, zrozumiesz mię snadnie.

22 Jakby w czekaniu zejścia bożej radyUjrzałem kornie stojące zastępy:W niebo wpatrzony tłum cichy i blady

25 I zlatującą na te muraw kępyParę aniołów, których miecz ogniścieGorzał, złamany jednak był i tępy.

28 Jako więc świeżo rozpowite liścieByły ich szaty; zielonemi pióryTrącane, wiały w ślad ich powłóczyście.

31 Jeden nad nami tuż, na skłonie góry,A drugi spłynął na przeciwnym stoku:Tak między siebie wzięli duchów chóry.

34 Jasne ich głowy lśniły na widoku:Lecz że moc niższa w wyższej się wysili,W tych blaskach omdlał hart mojego wzroku.

37 »Obaj tu z łona Maryji przybyli«,Powiada Sordel, »aby strzec dolinyPrzeciw wężowi, co wpełznie tej chwili«.

40 Więc ja nieświadom, skąd czekać gadziny,Wzrok toczę w koło i skronią się kładęU wiernych ramion struchlały i siny.

43 »Teraz«, rzekł Sordel, »pod góry posadęZejdźmy zaczepić słowem wielkie cienie;Wiem, że waszemu przyjściu będą rade«.

46 Trzema krokami góry pochyleniePrzebyłem; a wtem jeden kształt bez ciałaCoraz badawcze rzucał mi spojrzenie.

49 Już właśnie ciemność w powietrzu się słała,Lecz nie dość gęsta, by mi niewyraźniejMiała to jawić, co wprzód odsłaniała.

52 Raźno podeszła i jam podszedł raźniej.Jakże, poznawszy, że mię wzrok nie mami,Rad byłem, Nino, żeś był wolen kaźni!

55 Żadnych nie brakło witań między nami.Potem zapytał: »Skróś szerokiej strugiKiedy przyszedłeś?« »O« rzekłem, »drogami

58 Pełnymi smutku, przez krew i szarugiPrzybyłem dzisiaj, pierwszem życiem żywy,Wędrówką żywot wysługując drugi«.

61 Gdy te z ust moich usłyszeli dziwy,Sordel i tamten nagle odrzuconeGłowy przegięli w tył, jak lud płochliwy.

64 Sordel na Mistrza spojrzał; drugi w stronęOczy zwracając, krzyknął: »Patrz, KonradzieNa dziwo, łaską bożą dopuszczone«.

67 A do mnie: »Przez tę wdzięczność, którą radzieWinieneś Boga, co tak pilnie strzeżePierwszego czemu, że go nikt w swym ładzie

70 Nie przejrzy; skoro na tamto wybrzeżeWrócisz, Joanny proś, niech za mną biadaTam, kędy dzieci prośba posłuch bierze.

73 Matka jej pewnie za mną nie zagada,Odkąd się w białe czepce nie ubiera,Które, nieszczęsna, znowu kłaśćby rada.

76 Na niej się widzi, jak prędko umieraMiłość w kobiecie, z płochej swej natury,Gdy jej spojrzenie lub uścisk nie wspiera.

79 Nie da jej takiej na trunę purpuryWojewodząca Milańczyków Żmija,Jakby ją przybrał kiedyś Kur z Gallury«.

82 Tak rzekł, a w twarzy znak mu się wybijaPieczętny owej żarliwości młotem,Która statecznie w serce ślad swój wpija.

85 W niebo wzrok chciwy obracałem potem,Tam, kędy droga gwiazd jest opieszała,Gdyż bliższym osi biegną kołowrotem.

88 A Wódz mój: »Synu, przecz w niebieskie ciałaPoglądasz?« Więc ja: »Tę gwiazd trójcę płowąŚledzę, od której cały biegun pała«.

91 On na to: »Gwiazdy, któreś miał nad głowąDziś rano, teraz są pod nieboskłonem;Jutro swe miejsca zamienią na nowo«.

94 Wtem Sordel wściągnął go i dotknął łonem,Mówiąc: »Oto wróg wszelkiej bożej sprawy!«I ostrzegał mię palcem wyprężonym.

97 Z jaru, gdzie z lewym brzeg stykał się prawy,Dolinę w ciasną zamieniając puszczę,Pełzał wąż, dawca pierwszej gorzkiej strawy.

100 Pomiędzy kwiaty sunął gad i bluszcze,Łeb obracając i po lśniącym grzbiecieLiżąc językiem jak zwierz, co się muszcze.

103 Nie uważałem — jeśli wiedzieć chcecie —Przylotu boskich sokołów, lecz potemWylot obudwu dobrze-m widział przecie.

106 Zielonych skrzydeł spłoszona łopotemUszła gadzina, i wnet za granicęWzroku anieli równym zbiegli lotem.

109 Cień, co do sędzi szat przytulał licePodczas owego aniołów ataku,U mojej twarzy wciąż wiązał źrenice.

112 »Niech świeca po tym wiodąca cię szlakuTyle ma z ciebie wosku dobrej woli,Byś po szczyt góry nie zaznał jej braku.

115 »Jeśli wiesz«, mówił, »w jakiej żyje doliLud, co go Magry zamyka dolina,Mów: byłem niegdyś włodarzem tej roli.

118 Zwano mię wtedy Konrad Malaspina:Stary szczep, a ja dziedzicem w rodzinie.Przesadna troska o nią, to przyczyna

121 Mojego czyśca«. Więc ja: »W twej krainieNigdy nie byłem, lecz gdzie jest dzielnica,Gdzieby nieznano, jak wysoce słynie?

124 Ta sama sława, co twój dom zaszczyca,Głosi o panach i głosi o kraju,Że choć kto nie zna, przecież się zachwyca.

127 A ja przysięgam, jak chcę wejść do Raju,ZeŻe ród twój zacny i mieniem i szpadąCześć ma od wieka w swoim obyczaju.

130 Zwyczaj z naturą to mu piętno kładą,Że chociaż złe wódz rady światu szepce,On drogą krzywą gardzi, prawej świadom«.

133 »Idź zatem«, odrzekł, »a nim w tej kolebceSiedmkroć się słońce ułoży na spanie,Którą nogami czterma Baran depce,

136 Takie o rodzie moim grzeczne zdanieUtkwi ci w głowie mocniejszymi ćwieki,Niśli to moje słabe dziękowanie,

139 Chyba Bóg wstrzyma wyrok niedaleki«.

1 Już nałożnica dawnego TytonaBiałym się rąbkiem ze wschodu wyłoniZ objęć lubego kochanka spłoszona;

4 I klejnotami zabłyśnie na skroniW kształt złożonymi Ryby zimnosokiej,Co się ogonem od ujęcia broni;

7 Więc noc z naszego miejsca już dwa krokiNaprzód zrobiła i gotując nowy,Skrzydłem zniżonem wionęła przez mroki,

10 Gdy ja, spuścizny dziedzic adamowej,Nagle zmorzony snem, kędyśmy w pięciSiedzieli, na ruń nachyliłem głowy.

13 W godzinie, kiedy bolesnej pamięciPełna jaskółka, blizko u przedśwituPierwszem kwileniem powietrze zasmęci;

16 Gdy myśl, władniejsza pani swego bytuI swobodniejszych wiadoma polotów,Zdolna jest jakby wieszczego zachwytu,

19 U lazurowych zwieszony namiotówUkazał mi się Orzeł złotopióry,Cały rozpięty, do runięcia gotów.

22 A śniłem, żem stał na wierzchołku góry,Skąd był porwany od króla lataczyGanimed między olympijskie chóry.

25 Dumałem: orzeł w tem miejscu co znaczy?Może on tu jest na swem żerowisku,Może skądinąd łupu brać nie raczy?

28 Kręgi po kręgach zataczał, aż w błyskuGromu spadł na mnie ptak przerażający,Uniósł i w górnem zawisnął ognisku.

31 Tam nas oboje owiał żar gorący:Mniemany płomień tak się w ciało wżerał,ZemŻem się obudzić musiał mimochcący.

34 Nie inaczej się Achilles wydzierałSnowi i wznosząc zdumiałe powiekiPo nieznajomej krainie spozierał,

37 Gdy wydartego z Chyrona opiekiMatka zaniosła pod skiryjskie straży,Skąd go dwa sławne wywabiły Greki, —

40 Jakom ja zadrżał, kiedy sen mi z twarzyPierzchnął; stanąłem tak bladością siny,Jak człowiek, co go przestrach mrozem zwarzy.

43 Przy moim boku Mistrz został jedyny;Oczy ku toni obrócone były;Słońce zrobiło w górę dwie godziny.

46 »Nie miej ty lęku«, rzecze Pan mój miły,»Oto kres blizki naszego pochodu,Zatem nie ścieśniaj, lecz rozprężaj siły.

49 U czyścowego stanęliśmy wzwodu;Patrz na przedmurze stok okrążające,Środkiem spękane jakby dla przechodu.

52 W chwili gdy jutrznia wywróżyła słońceA duch spał, w ciało spowity człowiecze,Na umajonej pięknem kwieciem łące,

55 Przyszła niewiasta ku mnie i tak rzecze:Jam Łucja; daj, niech śpiącego zabioręI łatwość drogi jemu ubezpieczę.

58 Śród zacnych cieniów Sordel pod tę poręBawił, gdy wschodnia zabielała strona;Łucja szła naprzód, a ja za nią w górę.

61 Tu cię złożyła, a mnie zaświeconaOcz jej pochodnia ku tej wiodła bramie:Potem odeszli razem sen i ona«.

64 Jak człowiek, co się z domysłami łamie,Lecz po wahaniu pewność bierze w duszę,Skoro rzecz zyska rzetelności znamię,

67 Tak jam się zmienił; więc Wódz mię w otuszeWidząc, do góry posunął po wale:Ja tedy za nim ku wyżynom ruszę.

70 — Widzisz, słuchaczu, jak wznoszę pomaleGmach mej powieści, więc nie miej we wstręcie,ZeŻe tutaj wyższym kunsztem go utrwalę. —

73 Jużeśmy doszli i tam w tym momencieStali, gdziem ściany jakoby rozwarteWidział przez owo podłużne pęknięcie.

76 Brama to była: a do niej przyparteKamienne stopnie barw jawiły troje:Na nich milczącą obaczyłem wartę.

79 Kiedy w nią baczniej me źrenice wpoję,Poznam Anioła; na najwyższym głazieSiedział tak jasny, że rwał oczy moje.

82 Dłonią miecz goły trzymał, a w żelazieTaka się jasna paliła poświata,Żem nie mógł okiem chwycić go na razie.

85 »Zdaleka stojąc, mówcie!« woła czata,»Co wy za jedni? kto dróg waszych strzeże?Baczcież, aby was nie potkała strata«.

88 »Niebieska Pani świadoma w tej mierze«,Rzekł Mistrz, »przed chwilą ukazała wzwody,Mówiąc: Wstępujcie w górę, oto dźwierze«.

91 »Niechże was wiedzie do celu bez szkody«,Przemówił znowu uprzejmy odźwierny;»Wstępujcie zatem na te nasze schody«.

94 Pierwszy był biały, gładkości misternej,Przeczysty marmur; jak szkło jednolityPowierzchnią obraz mój odbijał wierny.

97 Schód drugi z ciemnej granitowej płyty,Powierzchni szorstkiej, słońcem przepalonej,Wzdłuż i wszerz gęsto szczerbami poryty.

100 Trzeci zaś stopień na sam szczyt zwalony,Barwą porfirów zdał się rozpłonięty,Jak krew co tryśnie prosto z ran, czerwony.

103 Na nim swe stopy oparł Anioł święty,Sam zaś na progu wrót zasiadł na straży;Próg był tak lśniący jako dyjamenty.

106 Po dobrej woli, w powyż trzech porożyWszedłem z mym Panem. On rzekł: »Kornem czołemUderz i poproś, niechaj ci otworzy«.

109 Przeto nabożnie padłem przed Aniołem,»Łaski! otwórz mi!« wołając nieśmieleI w pierś się bijąc. Miecza ostrzem gołem

112 Odźwierny siedm P wyrył mi na czele.»Bacz«, mówił, »niech się każda plama spłóczePodczas gdy będziesz hartował się w dziele«.

115 Popiół lub gleba gdy ją skwar potłucze,Równały barwie szat świętej Istoty:Z pod szaty Anioł wydobył dwa klucze:

118 Jeden był srebrny, drugi szczerozłoty;Więc naprzód białym, żółtym zaś po chwiliW zamku pracując, koił me tęsknoty.

121 »Gdy bodaj jeden z tych kluczów omyli«,Mówił, »snać jakiś błąd zachodzi, zaczemJuż się ta furta przejściu nie odchyli.

124 Jeden cenniejszy; drugiego badaczemTrzeba być lepszym, by bramę otworzył,Bo on jest właśnie węzła rozdziergaczem.

127 Piotr mi je w ręce podał i dołożył:Raczej litością grzesz tutaj niż wstręty,Byle się grzesznik u nóg twoich korzył«.

130 Tedy pchnął Anioł skrzydła bramy świętej.»Wchodźcie«, rzekł, »ale wiedźcie, idąc wyżej:Kto spojrzy za się, będzie odepchnięty«.

133 Ukuta w twardej i brzęczącej spiży,Na swoich czopach wykręcona cała,Obróciła się tarcza świętych dźwiérzy.

136 A nie zgrzytnęła tak, ni się wzdragałaOdewrzeć, zbywszy Metella obronyNa ujmę skarbów swych, tarpejska skała.

139 Słuchem pobiegłem w nowe regiony:Te Deum brzmiało za bramy okołemW głosach zmieszanych z muzycznymi tony.

142 Takie wrażenie w me zmysły przejąłemZ owej muzyki, jak to na przemiany,Gdy z organami śpiew się złączy społem,

145 To śpiew góruje, to znowu organy.

1 Gdyśmy przebyli onej bramy progi,Którą na często skazywa zastojeChuć, co prostemi mieni krzywe drogi,

4 Ze szczękiem za mną zapadły podwoje;Gdybym się jeno obejrzał, ażaliByłbym okupić zdołał winę moję?

7 Po wyłupanym żlebie-śmy stąpali,Którego ściany gięły się w łuczysteLinie na sposób rozbujałej fali.

10 »Wielkiej tu sztuki potrzeba zaiste«,Powiada Wódz mój: »postępujmyż bacznie,Dłońmi się w ściany wpierając faliste«.

13 To naszę drogę opóźniało znacznie,Tak, że wprzód księżyc idący po niebieRąbkiem w łożysko swe chylić się zacznie,

16 Nimeśmy krawędź naszli w onym żlebie.Wyszedłszy wreszcie na otwarte poleTam, gdzie stok góry umyka sam w siebie,

19 Obaj zbłąkani, ja cały w mozole,Przystanęliśmy na jakiejś płaszczyźnie,Pustszej niżeli stepowe podole.

22 Przestrzeń od miejsca, gdzie szlak w dół się śliznie,Potąd, gdzie góra wspina się wysoka,Równała trzykroć słusznemu mężczyźnie.

25 Ile zbiec mogło skrzydło mego oka,Czym w lewo spojrzał, czy na prawo zasię,Z obu stron droga szła równo szeroka.

28 Jeszczem nie zrobił kroku w onym czasie,Kiedym obaczył, że okólne mury,Co nieprzystępnym pionem po tarasie

31 Biegły, białymi błyszczały marmury,Pokryte rzeźbą, co nie w Polyklecie,Lecz-by zbudziła zazdrość u Natury.

34 Anioł, co ziemi zniósł w bożym dekrecieMir łzami wieków żądany tęskliwieI otwarł niebo bronne w dawnem lecie,

37 W oczach się naszych jawił, tak prawdziwieRuch umilony mając i postawę,Że się nam wydał istotą co żywie.

40 Przysiągł-by człowiek, że wymawiał: Ave!A tuż Niewiasta, co nam grzesznym chowaMiłości bożej otwartą dzierżawę.

43 W gieście jej skromnym odbiły się słowa:— Otom ja twoja służebnica Panie! —Jakby je pieczęć odbiła woskowa.

46 »Inne tu dziwy dokoła; spójrz na nie!«Mówił Mistrz słodki, z którym szedłem razemZ boku, który zwą serdecznym ziemianie.

49 Więc się zwróciwszy twarzą, za obrazemMaryji ujrzę po prawem ramieniu,Gdzie szedł ten, co był moim drogoskazem,

52 Inną historję wykutą w kamieniu:Obszedłem Mistrza, aby należycieUwagę podać nowemu widzeniu.

55 Były wycięte w marmurowej płycieWóz i ta skrzynia ze świętego drzewa,Która urzędu karci nadużycie.

58 Przed nią tłum ludu: a ten się ozewaSiedmioma chóry, aż słuch brany w sidłoTo mówił: śpiewa, to znowu: nie śpiewa.

61 Równie misternie było tam kadzidłoWyobrażone, że w tejże godzinieWzrok mówił: jawa, a zaś węch: mamidło.

64 W pląsach wyprzedzał poświęcaną skrzynięKorny psalmista, skacząc jak pacholę,Więcej niśli król i mniej w takim czynie.

67 Na górnym ganku widziałem Mikolę,Jak w pałacowe patrzała podwórzeZ wzgardą na ustach i chmurą na czole.

70 Stamtąd podszedłem ku innej figurze,Co za postacią Mikoli bielałaWyobrażona dłutem na marmurze.

73 Gdzie wyrzeźbiona była wielka chwałaKsięcia, którego cnota zawołanaW szczytnem zwycięstwie Grzegorzowem pała.

76 Rozumiem tutaj cesarza Trajana:Za uzdę konia wdoweńka się chwytaW gieście bolesna, w oczach zapłakana.

79 Dokoła tłoczy się rycerzów świta,A chmara orłów złotych po nad poleWieje, na wiatry skrzydłami rozwita.

82 Tedy biedactwo stoi w onem kole,Prosząc: O Panie, pomścij mi się syna,Co go zabili na matki niedolę!

85 Zaś on jej na to: Niewczesna godzina;Czekaj, aż wrócę. — Panie, wdowa rzeczeJak człek, w którym się boleść dopomina:

88 A gdy nie wrócisz? — Kto po mnie obleczePłaszcz, ten uczyni. — Po innym nie tuszę,Jeżeli ciebie ma nędza nie piecze. —

91 Więc on jej na to: Bądź-że mi w otusze;Zanim odjadę, dotrzymam ci słowa:Litość mi każe wypełnić, co słusze. —

94 On, dla którego żadna rzecz nie nowa,Rzeźbił te oczom mym wymowne twory,A dziwne, bo ich kunszt ziemski nie kowa.

97 Podczas gdym patrzał z lubością na wzory(Tem droższe, ile że mistrz nad rzeźbiarzeBył ich kowaczem), niezmiernej pokory,

100 Wódz szepnął do mnie: »Oto po wiszarzeWidzę wlokącą się ku nam gromadę:Ta na próg wyższy drogę nam ukaże«.

103 Ja oczy, każdy wypatrywać radeCud, kędy jeno nowością się wdzięczy,Na twarzy Mistrza pytający kładę.

106 — Proszę, słuchaczu, niech cię nie odstręczyOd zacnej skruchy pokutne narzędzie,Jakiem tam Pan Bóg kających się dręczy.

109 Kształtu katuszy nie miej ty na względzie;Myśl o korzyściach; choć i kaźń ugodzi,Trwać dłużej niśli po dni kres, nie będzie. —

112 Tu ja krzyknąłem: »Mistrzu, kto nadchodzi?Spostrzegam twory z dziwacznemi godły:Dobrze-li widzę? wzrok-li mię zawodzi?«

115 A on tak do mnie: »Karą ciężkiej modłyIch marna postać do ziemi nagięta;Już się też na nich moje oczy zwiodły.

118 Ale spójrz bystro i niech wzrok rozpętaKształty z pod głazów widne; patrzaj na nie:Słuchaj, jak ciężko jęczą niebożęta«.

121 O ubożuchni, pyszni chrześcijanie,Co na duchowe zaślepienie chorzyWe wstecznych krokach macie zaufanie!

124 Nie wiecie, żeśmy to robak, co tworzyDopiero z siebie rajskiego motylaBez osłon na sąd lecącego boży?

127 Czemu się duch wasz kokoszy do tyla,Nakształt gąsienic nieuzupełnieniRobacy, w których byt się nie dosila?...

130 Jak podtrzymując dach lub pułap sieni,Z kolanem w piersi, kamienni siłaczeGną się, ciężarem gzymsu przytłoczeni.

133 Skąd patrzącemu serce się rozpłaczePrzed złudą prawdy, tak ci przełamaniChylą się; zadrżę, kiedy to obaczę.

136 I gną się duchy w bolesnej kompaniiW miarę wielkości brzemienia na grzbiecie;Ten, co pod głazem giął się najpoddaniej,

139 Zdał się narzekać: Omal, a przygniecie!

1 »O, Ty Ojcze nasz, który jesteś w niebie,Nie, byś w niem mieścił się, lecz dla miłości,Co pierwotworom stamtąd ślesz od siebie.

4 Święć się twe imię i moc Twej wielkościU wszystkich stworzeń, jako że godziwaDziękczynić tchnieniu Twojej łaskawości.

7 Królestwa Twego mir niech nam przybywa:Jeśli go łaska twoja nie udzieli,Żadna go siła nie zdobędzie żywa.

10 Jako składają wolę swą anieliTobie w ofierze, hymny śląc do nieba,Tak niech się człowiek wobec onieśmieli.

13 Nie skąp nam dzisiaj powszedniego chleba;Bezeń człek rzucon na te ziemskie smugiCofa się, gdy mu naprzód iść potrzeba.

16 A jako my złe, co nam zrządził drugi,Przebaczać chcemy, tak nam ty nawzajemPrzebacz, ni naszej nie zważaj zasługi.

19 Hartu, co łatwo pokusie poddajem,Nie próbuj mocą starego Zwodnika,Lecz zbaw przed jego chytrym obyczajem.

22 Ostatnia, Panie, prośba Cię potykaJuż nie nam gwoli, bo meta przed nami,Lecz tym, co jeszcze noszą ziemskie łyka«.

25 Takiemi Bogu modląc się prośbami,Szli nachyleni pod brzemię tak duże,Jak to, co czasem we śnie zmysły mami.

28 Nierówny ciężar nieśli i po górzeZ nierówną męką w pierwszem upokorzeńSzli kole, myjąc z siebie ziemskie kurze.

31 Gdy nam tak sprzyja czułość onych stworzeń,Jak winni dla nich być pełni ochotyCi, którzy woli mają zacny korzeń,

34 Dopomagając zbyć ziemskiej brzydotyCo ich kalała, by letcy i czyściMogli w gwieździste wstąpić kołowroty! —

37 »Słuszność i Litość niech wam ulgę ziściI niech się skrzydeł waszych lot posili,By was poniosły ku pewnej korzyści.

40 Mówcie nam, która ścieżka nas nie zmyliW drodze ku schodom; a gdy ścieżek dużo,Która się z góry najłagodniej chyli?

43 Bo mój towarzysz zmęczony podróżą.Adamowego jeszcze nie zzuł ciała,Więc jego chęciom nogi nie dość służą«.

46 Odpowiedź, która w ślad pytania brzmiałaTemu, co zawsze moją był osłoną,Nie zgadnę z czyich do mnie ust bieżała,

49 Tak mówiąc: »Z brzegu przy nas prawą stronąPójdźcie; kęs wyżej szczelinę znajdziecieDla przepuszczenia go dosyć przestroną.

52 I gdyby nie to brzemię na mym grzbiecie,Które tak moję postawę odmieniaI pyszną czaszkę mą do ziemi gniecie,

55 Jemu, co żyje, obcy mi z imienia,W twarz bym popatrzał, czyli mi nieznanaI żal wywabił dla mego cierpienia.

58 Jam Latyn, dziedzic wielkiego Toskana;Wilhelma z Aldobrandeschi’ch jam synem:Nie wiem, czy tego świadomiście miana?

61 Dumny dzidami i krwi karmazynemMych przodków, tak się panoszyłem w świecie,Że matki wspólnej nie pomnąc, nad gminem

64 Władca wzgardliwy, padłem w lat mych kwiecie:Naród seneski coś rzec o tem umieI w Campagnatico wie każde dziecię.

67 Omberto jestem; nie samego tu mięWpędziła pycha; krewnych moich duszePodobnie jak ja, kata mają w dumie.

70 Tę dumę gładząc, pod głazem się kruszę,Aż bożą pomstę do reszty nasycę:Nie chciałem żywy, pośród martwych muszę«.

73 Słysząc tę mowę, pochyliłem lice;Wtem drugi z duchów idący też blizko,Ciemieniem ciężką podźwignął przyłbicę,

76 Ujrzał mię, poznał, wymówił nazwiskoI z trudem w mą się wpatrywał osobę,Bo idąc z nimi, głowę niosłem nizko.

79 »Oderisiego-ż to widzę? ozdobęGubbia i sztuki, którą ParyżanieAlluminacją zową w naszę dobę?«

82 Tak pytam. »Bracie«, rzekł, »na malowanieSpójrz, w Bolończyka kunszcie uśmiechnięte!Przy nim ma chwała ledwo się ostanie.

85 Mniej skromny byłem, kiedy łono wzdętePożądaniami wróżącemi sławęW doskonałości bieżało ponętę!

88 Tem mytem spłacam dziś doczesną wrzawę;A byłbym indziej, lecz jeszcze śród ciałaMego mieszkając, czyniłem poprawę.

91 Ot, człowieczego kunsztu marna chwała!Jakże trwa krótko zieleń tego drzewa,Jeśli tuż po niej znów dzicz nie nastała!

94 Sądził Cimabue, że wszystkich olśniewa,A dzisiaj Giotto pierwszy staje w rzędzieI tak, że sławę onego przyćmiewa.

97 Tak jeden Gwido po drugim narzędzieWziął stylu, a już może wnet powstanieTaki, co po nich w ich gnieździe usiędzie.

100 Bo sława ziemska jest jak wiatru wianie,Co raz z tej strony, raz z owej zalata:Zmieni kierunek, to zmienia nazwanie.

103 Wzmożesz-li sławę, że ta ziemska szataPóźnych lat dotrwa, niż gdybyś zmarł z młodu,Kiedyś wymawiał jeszcze: papu, tata?

106 Cóż za lat tysiąc będzie? do pochoduWieczności one są jak oka mgnienieDo najszerszego sfer górnych obwodu.

109 Ten, co przedemną tuż stąpa, był w cenieTakiej, że wszystka brzmiała nim Toskana;Dziś się zaledwie o nim szepce w Sienie,

112 Gdzie władał w czasie, gdy padła starganaWściekłość florencka, pyszna od lat wiela,Jak jest od wczoraj wszeteczeństwem pjana.

115 Bo wasza sława jest natury ziela:Wschodzi i ginie; w tem samem płowiejeSłońcu, za którem nieźrzała wystrzela«.

118 Na to ja: »Z mowy twej w me serce wiejeZdrowa pokora i pychę mą gani:Ale o kim to głoszą twoje dzieje?«

121 »Oto jestjest«, »odrzekłodrzekł, »Provenzan Salvani;Dostał się tutaj, że pragnął zbyt śmiele,By wszyscy w Sienie byli mu poddani.

124 Zmarł i tu błądzi, odkąd nie jest w ciele,Bez odetchnienia; pokutuje łzawo,Kto tam za życia pożądał za wiele«.

127 Ja jemu na to: »Jeśli duch z poprawąSwoją zwłóczący aż do bytu brzeżkaW przedczyścu bawić ma (ani mu prawo

130 Wejść tutaj, chyba, że ktoś nieomieszkaWesprzeć modłami), tyle ile w żywejBawił osobie, skądże ten tu mieszka?«

133 »Kiedy był jeszcze możny i szczęśliwy,Wielkiej pokory dał znak«, duch powiada,»W rynku seneskim wziąwszy obelżywy

136 I nędzny łachman żebrzącego dziada:Na wykup druha z kaźni karolowéjDo przechodzących drżące dłonie składa.

139 Wiem, niejasnemi to powiadam słowy,Lecz niezadługo rodakom swym dziękiZbyt jasno pojmiesz znaczenie mej mowy.

142 — Tym czynem termin ukrócił swej męki«.

1 Jako pod jarzmem woły chodzą w parze,Tak póki Mistrz mój pozwalał łaskawy,Jam szedł przy owej obciążonej marze.

4 Lecz gdy zawołał: »Rzuć go i bądź żwawy;Tu każdy musi i żaglem i wiosłem,O ile umie, popędzać swej nawy«,

7 Czoło do iścia gotowy podniosłem.Jeno, że teraz pokorniejszy w duchu,Do mej postawy myślą nie dorosłem.

10 Ruszyłem, zawsze skory do posłuchu;A ktoby spojrzał na nas w onej porze,Lekkość-by naszę zgadł po samym ruchu.

13 On rzekł: »W dół spojrzyj, byś obaczył łożeStóp swoich i ślad na ścieżce wyryty;To-ć do ulżenia drogi dopomoże«.

16 Jak wykwitają z grobowcowej płytyRzeźbione rysy pod przechodnia nogą,Pouczające kto w mogile skryty;

19 Stąd często oczy łez wstrzymać nie mogą,Gdy czułą duszę wspomnienie opęta,Które litośnych jeno jest ostrogą;

22 Takie u stóp mych kwitły ornamenta,Jeno cudniejsze, dzieło wszechuczonejDłoni, gdzie taras tworzy góra ścięta.

25 Widziałem tego, co był przeznaczonyNad wszystkie niebios twory jaśnieć chwałą,Jak padał z nieba, piorunem rażony.

28 Obok niebieską przewiercone strzałąCiężyło, góry zaległszy posadę,Bryjareusowe śmiercią skrzepłe ciało.

31 Widzę Tymbreja, Marsa i Palladę,Jak zbrojni, z ojcem swoim stojąc w parze,Mierzą oczyma pobitą gromadę.

34 U stóp swej wieży Nemrod się ukaże:Wzrok pomieszany zwraca ku drużynie,Co z nim grzeszyła pychą w Sennaarze.

37 I twój, bolesna Niobe, przez boginięSkarana w dzieciach, co je boga ciosyPobiły, obraz widzę na drożynie.

40 I Saula, jak padł na gelbojskie wrzosyPrzebity mieczem własnym boleściwieI już nie zaznał więcej dżdżu ni rosy.

43 Tobie, szalona Arachno się dziwię:Oto w pająka twa postać się łamieW źle uprzędzionem zasnuta przędziwie.

46 Już twój nie straszny widok, Roboamie,Jako na wozie swym grodzkiemi wrotyUciekasz, nim cię mściwe sięgnie ramię.

49 Ukazywały surowe roboty,Jak to Almeon czerwonymi sokiMatce wypłacał nieszczęsne błyskoty.

52 Ukazywały, jak lecą otrokiSennacheryba i wewnątrz świątniceZabiwszy, ojca porzucają zwłoki.

55 Ukazywały nędzę i krwawicę,Jaką Cyrusa darzyła TomiriMówiąc: Krwi pragniesz, niechże cię nasycę.

58 Ukazywały, jak pierzchły AssyryPo śmierci wodza swego, Holoferna,A trupów zaległ stos na ziemi szczyrej.

61 W prochu przedemną leżała mizernaTroja; o Ilion, w jak smutnej pokucieWyraziła cię ta sztuka misterna!

64 Któryż artysta w pędzlu albo dłucieTak oddał kształty i ruchy, że niemiPodziw się wrażał w patrzącego czucie?

67 Żyw zdał się żywym, a martwi martwymi;Nie widział lepiej, ktoby widział jawę,Niż ja, tam idąc z oczyma ku ziemi.

70 Puszcie się, stroszcie wyniosłą postawęSynowie Ewy! nie schylajcie czoła,Żeby obaczyć swe ścieżki nieprawe!...

73 Jużeśmy dalej obeszli do kołaGóry i torem słońca więcej znacznie,Niż zaprzątnięty duch ocenić zdoła,

76 Gdy On co naprzód wciąż pozierał bacznie,Powiada do mnie: »Nie pochylaj lica;W zadumę wpadać teraz nieopatrznie.

79 Spójrz, oto Anioł boży cię zaszczycaSwem nawiedzeniem; spójrz, oto ze strażyDnia ustępuje szósta służebnica.

82 Szacunek okaż i w gieście i w twarzy,By wiódł nas chętnie ku szczęsnym gromadom;Dzień drugi jak ten więcej się nie zdarzy«.

85 Już tak przywykłem mego Mistrza radomPopędzającym krok mój opieszały,Że go słuchałem, celów jego świadom.

88 Anioł szedł ku nam w szacie śnieżno-białej,Dorodny kształtem i twarzą, na którejZda się, jutrzenki rannej blaski drżały.

91 Rozłożył ręce, potem powiał pióry:»Tu schody«, wołał, ukazując w ścianieRysę; »tą drogą wstąpicie w głąb góry«.

94 — Nie wszystkich takie zachęca wezwanie.O człecze, na lot stworzony wysoki,Przecz cię z nóg ścina lekkie wiatru wianie? —

97 Wtem do pękniętej powiódł nas opoki;Podmuchem skrzydeł wionął mi u czoła,Poczem pozwolił wstępować bez zwłoki.

100 Jako na wzgórzu, siedzibie kościołaWzwyż grodu, mądre gdzie siedzą ministryNad mostem co się Rubakontem woła,

103 Po prawej stronie stok się gładzi bystrySzeregiem schodów kutych w onym czesie,Gdy pewne były szalki i registry;

106 Tak się łagodzi stromość, co w ociesieWtórego kręgu prawie w pion się kłoni,Choć w ciasnej szyi skał tyka, kto pnie się.

109 Ledwo że w górę wyruszymy po niej:»Błogosławiony jest duchem ubogi«,Głos jakiś dźwiękiem nadludzkim zadzwoni.

112 — O! ileż milszy wstęp na rajskie progi!Tu się wstępuje z pieśnią jak na gody,Gdy tam do piekieł śród jęków i trwogi. —

115 Tak my na święte spinali się schody,A jam się sobie zdał tak lekki, że mięChód nie utrudzał, jak w nizinach przódy.

118 »Jakie to«, pytam, »ze mnie spadło brzemię,Że znów me członki sobą lekko władnąI że bez trudu prawie depcę ziemię?«

121 On rzekł: »Gdy siedm P, które już bladną,Lecz zawsze świecą w swej hańbiącej cesze,Jako to pierwsze, do reszty przepadną,

124 Takie pragnienie w twych stopach się skrzesze,Że już nie tylko trudu nie uznają,Lecz dążyć będą do szczytu w uciesze«.

127 Więc szedłem jak ci, co w głowie dźwigająMyśl jakąś, a przyjść nie umieją do niej,Jeno coś z cudzych znaków przeczuwają.

130 Aż do pomocy zawezwawszy dłoni,Znajdą, w co trafić nie umieli zgołaI czego wzrok im domyślać się broni.

133 Palec prawicy ściągnąłem do czoła:Sześć tylko liter wymacałem z cechyWyrytej dłonią Klucznika Anioła...

136 Wódz poglądając, twarz stroił w uśmiechy.

1 Doszliśmy szczytu kamiennej drabiny,Gdzie po raz drugi stożek się wycienia,Co wstępowaniem maże ludzkie winy.

4 A tam go taras gładki opierścieniaBieżący w okół, jak pierwszego razu,Jeno z mniejszego zajęty promienia.

7 Figur tam rytych niema, ni obrazu,Ale jednego szarego koloruZarówno gładka ścieżka, jak mur z głazu.

10 »Jeśli czekamy kogoś z tego dworu,Nim się u niego drogoskaz wyprosi,Długo tu bawić musim bez wyboru«.

13 Rzekł i wzrok bystro ku słońcu podnosi;Bok prawy czyni obrotu ośrodkiem,A na lewym się skręca jak na osi.

16 »O słońce!« wołał, »ty, którego słodkiemWiedziony światłem, na tor nowy wchodzę,Jakim tu trzeba ratować się środkiem,

19 Poucz; ty grzejesz świat, ty jego drodzeŚwiecisz; póki nic nie staje na wstręcie,Brać trzeba zawsze twe blaski za wodze«.

22 Jużeśmy uszli po owym zakręcieNa tysiąc kroków swego rachowania,Tak nas chęć sama parła w tym momencie,

25 Kiedy wionęły ku nam skrzydeł wianiaDuchów niewidnych, ale nas przelotemZapraszających do stołu kochania.

28 I był głos pierwszy usłyszany potem:Wina nie mają — wymówił dokładnieI brzmiał za nami echowym nawrotem.

31 A nim ten jeszcze w powietrzu pobladnie,Inny zawoła: Abyście wiedzieli,Orestes jestem! — to rzekłszy, przepadnie.

34 »Jakiej to, Ojcze, są głosy kapeli?«Pytam; a oto duch trzeci zakrzyczy,Lecąc: Kochajcie swoich krzywdzicieli!

37 Na to Mistrz luby: »W tem kole się ćwiczyWinę zazdrości; tu więc miłość miecieRazy z jej własnych ukręcone biczy.

40 Wędzidło z głosów odmiennych się plecie;Zaznasz ich jeszcze, jeśli mię nie myliDomysł, nim spoczniesz w przebaczenia mecie.

43 Teraz niech wzrok twój w przestrzeń się wysili:Ujrzysz gromadę mar siedzących razem;Każda pod ścianą kamienną się chyli«.

46 Tedy rozwarłszy oczy za rozkazem,Popatrzę ku nim; siedzieli opięciW płaszcze, co barwą zmieszały się z głazem.

49 Gdyśmy podeszli, owi smutkiem zdjęci,Wołali: »Módl się za nami Maryja,Michale, Piotrze i wy wszyscy Święci!«

52 Nie wiem, jest-li kto tak surowy, czyjaLitość od tego nie zadrży widoku,Który się teraz w moje oczy wpija.

55 Skoro tak blizko podsunąłem kroku,ZeŻe mi ich postać była ukazana,Żal mi z pod powiek trysnął w łez potoku.

58 Szata ich nędzna, jakoby włósiana;Jeden drugiemu wspierał się o plecy,A wszystkich znowu podpierała ściana.

61 Tak wyglądali, jak ślepi kalecy,Gdy na odpuście w kościelnej zagrodzieŻebrzą, głowami wsparłszy się, by lecej

64 Spółczucie zbudzić w pobożnym narodzie,Wiedząc, że niemniej jak skarga, nędzarzyWidok litością czułe serca bodzie.

67 A jako ślepcom słońce za nic waży,Tak i tym duchom do miejsca przykutymPróżno blask świecił od słonecznych zarzy.

70 Jak czyni ptasznik z zuchwałym birkutem,Kiedy nie może nad nim zyskać władze,Powieki mieli pospinane drutem.

73 Zdawała mi się rzecz równa zniewadzePatrzeć, niewidny będąc ich wzrokowi;Więc się oczyma mego Mistrza radzę.

76 A On, co giestu znaczenie w lot łowi,Niemieszkający rzecze: »Niech pospołuKrótko i jasno twa chęć się wysłowi!«

79 Wirgili przy mnie z tej strony cokołuStąpał po ścieżce, skąd łacno spaść można,Bowiem jej poręcz nie chroni od dołu.

82 Po mojej stronie ślęczała nabożnaDuchów gromada, którym szwu szczelinąŁez krople żałość cisnęła przemożna.

85 Podszedłszy, tak się ozwałem: »Drużyno,Owej światłości szczytnej niedaleka,Która dziś tobie troską jest jedyną;

88 Niech Łaska zmyje pianę, co oblekaTwoje sumienie, aby w nie bezpiecznaPrawdziwej wiedzy popłynęła rzeka.

91 Powiedz, rzecz będzie i luba i grzeczna:Jest tu gdzie dusza italskiego rodu?Chęć moja być jej może użyteczna«.

94 »Bracie, wszystkieśmy prawdziwego groduObywatelki; rozumiesz pątnicę,Co żyła pośród Italów narodu?«

97 Taką odpowiedź lecącą pochwycęZ miejsca, gdzie cieniów siedziała gromada;Więc głośniej jeszcze myśl moję wyświécę.

100 Sądzę, że na mnie jedna dusza bladaCzekała, brodę wysunęła bowiemNa sposób ślepca, gdy przechodnia bada.

103 »Ty, co się zniżasz, by wznieść się«, tak powiemDo ducha, »twej-że głos to odpowiedzi?Niech o twym kraju i rodzie się dowiem«.

106 »Sieny mieszkanką byłam; tu się biedziDuch nasz«, odrzekła, »i pył ziemski myjeWe łzach, czekając, rychło Bóg nawiedzi.

109 Głupie czyniłam, choć imię ZofijeNosząc, bo o swe korzyści nie dbałam:Radowały mię raczej szkody czyje.

112 Lecz abyś wierzył, zeże szczerością pałam,Słuchaj, szał jaki zrodził się w mej głowie,Kiedy po łuku życia zstępowałam:

115 Pod Colle moi gdy stali ziomkowiePrzeciw wrogowi, ja podnosząc dłonieBłagałam Boga, by im stał na zdrowie.

118 Rozbici poszli po gorzkim wygonieUcieczki, a ja świadek tej przygody,Niewysłowioną rozkosz czułam w łonie.

121 I wzniosłam w niebo zuchwałe jagodyMówiąc: — Już teraz ciebie się nie boję! —Jak ów kos głupi dla trocha pogody.

124 Pod koniec życia z Bogiem się pokoję;Ale podobno bogobojne chęciNie starczyłyby za powinność moję,

127 Gdyby nie szczęście, że się mej pamięciRuszyła litość w Pietrze Pettinagnie;On w modłach zmniejszył kaźń, która mię smęci,

130 Lecz ty kto jesteś, co o naszym stanieChcesz wiedzieć? Ócz twych niespięta powieka,A ust twych słowa budzą wiatru wianie«.

133 »I moje oczy równa kara czeka,Ale nie długa«, rzekłem, »gdyż na świecieZazdrość odemnie bywała daleka.

136 Ale się duch mój bardziej lęka przecieKary, co w kręgu niższym się wygładza;Już prawie czuję ciężar, co mię zgniecie«.

139 »Kto on«, duch pytał, »co cię przyprowadza,Iż tuszysz wrócić na padolną drogę?«»To«, rzekłem, »Wódz mój, ale się nie zdradza.

142 Żyw jestem; pytaj, czem ci pomóc mogę,Jeżeli pragniesz, o wybrany cieniu,Bym ruszył w sprawie twej śmiertelną nogę«.

145 »Rzecz to zaiste dziwna ku słyszeniu;Poznaję teraz, że ci Bóg łaskawy;Więc wesprzyj czasem w pobożnem westchnieniu.

148 Nadto cię błagam w imię świętej sprawy:Gdy będziesz kiedy deptał grunt Toskany,U krewnych moich popraw mojej sławy.

151 Znajdziesz ich między próżnymi ziemiany,Co w Talamonie dufni, choć opłacąTę dufność drożej, niż źródła Dyjany.

154 — Lecz więcej od nich admirali stracą...

1 »Kto on, co kręgi naszej góry tłoczy,Nim śmierć popchnęła żagle jego łodziI jak chce, zwiera i odmyka oczy?«

4 »Kto on zacz, nie wiem, lecz nie sam przychodzi;Ty siedzisz bliżej ku jego osobie,O ród i miano pytaj go najsłodziej«.

7 Tak więc szeptały, schylone ku sobieDwa widma obok siedzące na prawoI szyje do mnie wyciągały obie.

10 Powiada jedna z nich: »Duchu, postawąCielesną w niebios kroczący wierzeje,Miej litość, wieścią pociesz nas łaskawą.

13 Ktoś jest? Skąd idziesz? bo twe przywilejePodziw nasz budzą, jak obca i nowaRzecz, która tutaj nigdy się nie dzieje«.

16 »Środkiem Toskany«, rzekłem, »fale snowaMały strumyczek zrodzon z Falterony;Nie nasyca go droga stumilowa.

19 Tam jest ojczysty kraj mój położony;Nazwisko moje wymieniać — rzecz marna,Mej sławy jeszcze nie brzmią głośne dzwony«.

22 »Jeśli przejrzałem myśl twą aż do ziarna«,Pierwsza się dusza do mnie znów odzywa,»Po twojej mowie domyślam się Arna«.

25 A druga rzecze: »Czemuż on ukrywaNiedomówione owej rzeki miano,Jakby w niem rzecz się mieściła brzydliwa?«

28 Na to głos ducha, którego pytano:»Pewnie dlatego, iż się lepszą zdało,Aby jej dolin wiecznie zapomniano.

31 Bowiem od źródeł, któremi nabrzmiałoSiodło gór (co z nich odpadło Peloro),A tak, że w świecie bogatszych jest mało,

34 Po ujście, gdzie się krzepi morze, skoroSłońce mu nieco słonych wód upije,Skąd znowu później rzeki pokarm biorą,

37 Cnotę się zdala obchodzi, jak żmiję;Czy to się dzieje ze złego nawyku,Czy że ich gleba ten wstręt w sobie kryje.

40 Tak odmienili obyczaj do znikuMieszkańcy biednej tych dolin krawędzi,Jakby ich Circe chowała w karmniku.

43 Śród sprośnych wieprzów, godniejszych żołędzi,Niżeli strawy, którą człowiek żywie,Naprzód ta rzeka nędzne nurty pędzi.

46 Spotyka dalej, na niższym przepływie,Głośniej nad małość łające szczeniętaI usta od nich odwraca wzgardliwie.

49 Płynąc poniżej, coraz bardziej wzdęta,Z pomiędzy psiarni między wilcze stadaWlewa się struga licha i przeklęta.

52 Lisy spotyka, w których mieszka zdrada,Skoro w najniższe potoczy się kraje;Daremnie na nie paści się zakłada.

55 Choć tu człek słucha, sprawy nie zataję;Dobrze mu będzie, jeśli zapamięta,Co mu Duch prawdy przezemnie podaje.

58 Wnuka twojego widzę, jak wilczętaDzikie pogromi, wpadłszy na wybrzeżeOhydnej strugi i wszystkie popęta.

61 Na targ poniesie wilcze mięso świeże,A resztę, jak lew, położy pokotem;Tak wielom życie, sobie cześć odbierze.

64 Z nędznego lasu we krwi wyjdzie potem,Tak spustoszywszy, że w tysiączne lataNie zagai się ta puszcza z powrotem«.

67 Jak po złej wróżbie wesołość ulataZ twarzy człowieka; więc patrzy i słuchaI tylko czeka, skąd runie zatrata,

70 Tak spoważniała twarz innego ducha,Podczas tej mowy; nagle stał się rzewny,Kiedy proroctwo doszło mu do ucha.

73 Widok jednego, głos drugiego gniewnyCiekawość moję zwiększyły ogromnie,Więc kto są, pytam, nazwiska niepewny.

76 Rzekł duch, co pierwszy odzywał się do mnie:»Patrz, czego prośba moja nie uzyskaOd ciebie, teraz ty pożądasz po mnie?

79 Lecz dobroć boża, która tak pobłyskaZ twojej osoby, wyznać mię zniewala:Gwidona Duki niepomnisz nazwiska?

82 Bywało, zawiść tak mię skroś przepala,Że gdym gdzie w twarzy obaczył wesele,Z lic moich zaraz krwi pierzchała fala.

85 Z mego posiewu takie zbieram ziele.O ludzie, czemu dóbr waszych krynicaW wykluczającem rodzi się podziele?

88 Oto Ranieri, co sobą zaszczycaCalbolich plemię skłonne do upadu,Póki nie najdzie jego cnót dziedzica.

91 W obrębie morza, Renu, gór i PaduNietylko w biednej krwi już się nie pleniZapał do prawdy i pięknego ładu,

94 Ale porosły na całej przestrzeniTrujące gąszcze; żadne ich oskardyNie wykarczują rychło od korzeni.

97 Gdzie dobry Lizio i Henryk Manardi?Gdzie Traversarich i Carpignów plemię?O Romańczycy, zeszli na bastardy!

100 Fabbro bolońską ozdobi-ż znów ziemię?Bernarda Fosco w Faency obaczę?Różdżkę tak wdzięczną wyda-ż drobne siemię?

103 O Toskańczyku, nie dziw się, że płaczę!Gwida da Prata imię mi przytomneI Ugo d’Azzo do serca kołacze.

106 Pomnę Tignosa, druhów jego pomnę;Dom Anastazych i dom Traversarów:Oba te rody dzisiaj bezpotomne!...

109 Damy, rycerstwo, świat czynów i gwarów,Dworności naszej i miłości szkołaTam kwitły, gdzie dziś wrósł występku narów...

112 Wyjdź Brettinoro z siebie, gdy dokołaWłaśni panowie twoi precz uchodząŚród innych wielu, by nie sromać czoła.

115 W Bagnacavallo niewiasty nie rodzą,I słuszna: zato Castrocaro, ConioZleŹle gdy hrabiątek niegodnych napłodzą.

118 Pagani lepsi będą, gdy uroniąSwojego Djabła, ale trud zbytecznyOczyszczać sławę: od plam jej nie schronią.

121 O Ugolinie z Fantoli, bezpiecznyBędzie twój honor, bo go już nie zaćmiCzynem niegodnym żaden syn wszeteczny!

124 Idź Toskańczyku teraz, idź, bo łkać miChce się — nie mówić; rzewnie płakać muszę,Tak się me serce ścisnęło nad braćmi«.

127 Widno nam było, że te zacne duszeSłyszały chód nasz, a że nie ostrzegły,Po drodze dalej poszliśmy w otusze

130 Znowu samotni; nagle z przeciwległejStrony jak piorun powietrze przelata,Tak ku nam słowa wołające biegły:

133 Ktokolwiek spotkasz, zgładź mię z tego świata!I pierzchły jako grzmot, który pobladnie,Skoro wprzód obłok na ćwierci rozpłata.

136 A ledwie znowu sobą słuch owładnie,Inny głos obok huknął raz za razem,Jako grom, który za piorunem padnie:

139 Jam jest Aglauro, co się stała głazem.Cała się postać moja w tył podawa,Pragnę się ukryć za swym Drogoskazem.

142 Już też ucichła napowietrzna wrzawa,Gdy Wódz mój rzecze: »Oto twarde pęta,Co winny dzierżyć was w granicach prawa.

145 Ale szalonych zbyt wabi przynęta,Z pod której stary wróg na wędę chwytaDuszę, skoro się nie wczas opamięta.

148 Woła was niebo; nad wami rozwitaPiękność swe kręgi toczy; cóż, gdy biednaŹrenica wasza do ziemi przybita!

151 Za to was karci Siła wszystkowiedna!«

1 Ile to czasu w obrocie używaOd zaświtania po godziny trzecieSfera niebieska, jak dziecko ruchliwa,

4 Tyle dopełnić miało, ku swej mecieBiegnące słońce, ze swego obwodu:Tu wieczór, północ była zaś na świecie.

7 W sam środek twarzy blask nas raził z przodu,Bo całą górę obeszliśmy kołemI podążali prosto do zachodu,

10 Gdym nagle swojem jął miarkować czołem,ZeŻe mi coś na nie większe blaski roni,Więc nowej rzeczy dziwić się począłem

13 I ku szczytowi brwi uniosłem dłoni,Aby się oczom jak blaskochron kładła,Co od nadmiaru jaskrawości broni.

16 Jako od wody albo od zwierciadłaOdbita strzała jasnego promieniaW stronę przeciwną odpryska niż padła,

19 I — co z nauki albo z doświadczeniaWiemy — od pionu odchyla się tyle,Ile wynosił kąt jej uderzenia,

22 Tak wydawało mi się pod tę chwilę,Że skądś odbite światło we mnie runie:Więc twarzy przed tą jasnością uchylę.

25 »Ojcze mój«, pytam, »co jest w ognia łunie?Zasłona dłoni na nią nie poradzi,A oto, zda się, prosto ku nam sunie«...

28 »Nie dziw się« odparł, »że bożej czeladziWidok źrenice twe jeszcze kaleczy:To poseł, który w górę poprowadzi.

31 Rychło czas przyjdzie, kiedy ci tych rzeczyBlizkość nie będzie przykra, ale błoga,O ile zmysł jej podoła człowieczy«.

34 Gdyśmy podeszli, gdzie stał poseł Boga,Radośnie rzekł nam: »Wstępujcież w pokojuNa łagodniejszą stromość tego proga«.

37 Zaczem wstępujem po chwili postoju. —Błogosławieni miłosierni! słyszę;I znowu: Raduj się, zwycięzco w boju!

40 Gdy idziem w górę, wierni towarzysze,Zastanowiłem się i zadumałem,Jakiem pytaniem ważnem przerwać ciszę.

43 Więc obrócony do Wodza pytałem:»Jakie to zyski owy duch z Romanii,Wykluczającym nazywał podziałem?«

46 »Wie dziś, jak cierpią zawiścią skalani«,Wódz rzecze. »Nie dziw, byście śród żywotaWy mniej błądzili, on tu sam się gani.

49 Iż się chuć wasza ku tym rzeczom miota,Gdzie podział zmniejsza własne posiadanie,Zawiść westchnieniom wszerz otwiera wrota.

52 Gdyby wodziła wasze pożądanieMiłość jedyna ku najwyższej sferze,Tej-byście męki nie znali ziemianie.

55 Tu im spólników więcej, w większej mierzeMiłość powszechna każdemu się święciI większą każdy cząstkę dobra bierze.

58 «Oto»Oto pewności łaknę teraz więcej«,Rzekłem, »niżeli wprzódy, gdy milczałem,I duszę większa wątpliwość mi męci:

61 Jak to się bowiem dzieje, że podziałemWzbogacić można więcej posiadaczy,I ktoś jest cząstką bogatszy, niż całem?«

64 »Ponieważ«, odrzekł, »rozsądek twój baczyJedynie ziemskie dobra niestateczne,Śród prawdy światła jak we mgle majaczy.

67 Niewymówione owo Dobro wieczne,Które jest w górze, ku miłości leci,Jak w jasne ciało promienie słoneczne.

70 Ile zapału znajdzie, tyle nieci:Im większa z kogoś miłość się wydziela,Tem się w nim jaśniej wieczny skarb rozświeci.

73 Im większą duchów liczbę uwesela,Tem szersze w okół zakreśla granice:Tak źrzadło, jeden drugim ją odstrzela.

76 Łakniesz-li jeszcze, w rychle BeatryczeObaczysz, która więc nauką swojąTe, a z nią inne ukoi tęsknice.

79 O to dbaj jeno, niech jak z tamtą dwoją,Z resztą pięciorga twoich skaz się stanie:Skaz, mówię, które cierpieniem się goją«.

82 Gdym chciał rzec: »Jużem zaspokojon, Panie«,Wtórego-m kręgu przeszedł wał graniczny,Więc oniemiło mię oczekiwanie.

85 Naglem się poczuł w wizji ekstatycznej:Ramiona moje po powietrzu płyną,W świątyni staję pośród rzeszy licznej.

88 W progu niewiasta z czułością matczynąOdzywała się, zasmuciwszy lice:»Dlaczego to nam zrobiłaś dziecino?

91 Oto zalękli o ciebie rodziceSzukaliśmy cię...« tu mówić przestałaI obróciło się zjawisko w nice.

94 Po niej niewiasta mi się ukazałaZ rosą na twarzy wyciśniętą bólem,Kiedy od gniewu wielkiego zapała.

97 I rzekła: »Jeśliś tej stolicy królem,Co o jej imię spór wiedli bogowieI co nauki wszelkiej była ulem,

100 Niechaj zuchwalec odcierpi surowieCałus na czole złożony dziewiczem,O Pizystracie«. Więc w łagodnej mowie

103 Tak odrzekł pan ów ze słodkiem obliczem:»Za cóż się czyja nienawiść policzy,Jeśli kochanie za występek liczym?«

106 Potem ujrzałem pośród wściekłej dziczyMłodzieńca: motłoch głazami weń miotaI podszczuwając: »Zabij, zabij!« krzyczy.

109 A on z gasnącym oddechem żywota,Gdy go na ziemię zwalili morderce,Do niebios czynił z oczu swoich wrota,

112 Modląc się Bogu w tej wielkiej rozterce,By prześladowcom puścił dzieło krwawe,Z takim wyrazem, że chwytał za serce. —

115 Gdy dusza moja odzyskała jawę,Którą zgubiła, sama w się zebrana,Poznałem wszystkie czyny me nieprawe.

118 Przeto tam stałem w oczach mego Pana,Jak człowiek, co się ze snu powstać sili;Więc rzekł: »Co tobie, że ci drżą kolana?

121 Oto uszedłeś więcej niż pół miliZ wzrokiem zamglonym, w nóg nierównowadze,Jak człowiek, co go sen lub wino zmyli«.

124 »Ojcze mój słodki«, rzekłem mej Powadze,»Jeśli posłuchać zechcesz, to-ć wyświecęCom widział, kiedym w członkach stracił władzę«.

127 »Choćbyś sto masek«, rzekł, »włożył na lice,Oczy me przez nie głąb myśli postrzegą,Ani im będą skryte tajemnice.

130 To co widziałeś, widziałeś dlatego,Byś otwarł serce wodom pojednania,Które ze zdroju wieczystości biegą.

133 Pytałem nie jak człowiek, co odsłaniaRzeczy cielesne okiem z przed mogiły,Niedowidzącem od chwili skonania,

136 Ale, by stopom twoim dodać siły,Jak się leniwe bodzie i oporne,Gdy się ich zmysły wreszcie obudziły«.

139 Tak my stąpali przez zorze wieczorneW dal pozwalając zapuszczać się okuSkróś przez promienie żarkie i przekorne

142 Nagle się ku nam tumany obłokuJęły przybliżać, jako noc czarniawe:Trudno przed nimi było umknąć kroku.

145 — Aż nam odjęły powietrze i jawę.

1 Ciemności piekieł, albo noc wyzutaPod biednem niebem z wszelkich gwiazd widoku,Gdy się ciemnemi chmurami okuta,

4 Równą zasłoną nie otuli wzroku,Jak ta mgła przykra, gęsta i chropawa,Która zstąpiła nam teraz w obłoku.

7 Powieka pod nią kamieniem się stawa;Więc mój Towarzysz doznany i drogiZbliża się do mnie i ramię podawa.

10 Jak w ślad przywódcy ślepiec stawia nogi,By się nie potknąć na ścieżynie krętejI nie poranić i nie zbłądzić z drogi,

13 Tak ja stąpałem przez mgieł cierpkie męty;»Uważaj pilnie«, głos jego dolata,»Ażebyś nie był ode mnie odcięty«.

16 W górze gdzieś rzesza śpiewała skrzydlata:O mir i litość w pieśni był proszonyBaranek, który gładzi grzechy świata.

19 Raz wraz »barankiem« zaczynał śpiew ony,A głos falował tak równymi ruchy,Jakby był zgodnem czuciem nastrojony.

22 »Wszak ci to«, pytam, »wyśpiewują duchy?«»Prawdę-ś powiedział«, odrzekł, «wiedz»wiedz, że tędyZiemskiego gniewu kruszy się łańcuchy«.

25 — «Ktoś»Ktoś ty, co mgławe przedzierasz oprzędyI mówisz głosem, który przypominaTych, co czas jeszcze dzielą na kalendy?«

28 Tak mówić do mnie duch jeden poczyna.»Idź doń«, Mistrz rzecze, »wieścią się podzielisz;Spytaj, którędy perć się w górę wspina?«

31 »Istoto«, rzekłem, »która tu się bielisz,By wrócić czysta do Stwórcy swojego,Dziw ujrzysz, jeśli ku mnie się ośmielisz«.

34 »Iść z tobą chwilę, prawa mi nie strzegą,Rzekła; »jeśli mgieł okiem nie wyruszę,Myśli przynajmniej za głosem się zbiegą«.

37 Więc ja ciągnąłem: »Dążę tam w pielusze,Z której dopiero martwość mię rozpęta;Wprzód przejść musiałem przez piekieł katusze.

40 Skoro zaś tak mię łaska dzierży święta,Że na swym dworze chce mię przyjąć w gościCudem, jakiego człek żyw nie pamięta,

43 Powiedz, kim byłeś pośród ziemskich włości?Czyli nie błądzim tą drogą nieznaną,Niech się z ust twoich dowiem dla pewności«.

46 »Lombardem byłem: Marko moje miano:Znałem świat, honor ceniłem nad życie;K’niemu napisać łuk dziś zapomniano.

49 Idąc wprost siebie, do celu zdążycie«.Tak rzekł i dodał: »Wdzięczny za mitręgę,Pomódl się za mnie, gdy będziesz na szczycie«.

52 Ja na to: »Żeć to uczynię, przysięgę;Teraz się w jednej niepewności ważę:Jeśli nie pojmę w sobie się rozprzęgę.

55 Wprzód po jednemu, teraz na mnie w parzeRuną wątpienia; miesza mię twa skarga,Skoro ją z dawniej słyszanem skojarzę.

58 Tak-że to świat już związki z cnotą targa,Jak twoja mowa rozżalona biada;Tak się to w złości i kala i szarga?

61 Gdzie ma przyczynę, powiedz, ta szkarada?Niechaj poznawszy, innym podam lepiej;Jeden ją w niebie, drugi w ziemi składa«.

64 Duch westchnął: boleść te w nim smutki szczepi,A potem tak się odezwał: »Mój bracie,Ślepy jest świat wasz i wy na nim ślepi.

67 Wy, ludzie żywi, przyczynę składacieW gwiezdnych obrotach, mniemając, jakobyWszystko się w tamtym tworzyło warsztacie.

70 Gdyby tak było, brak-by wam ozdobySwobodnej woli; brak-by z tego względuZa cnotę szczęścia, a za grzech żałoby.

73 Gwiazdy są źródłem pierwszego popędu,Lecz choćby wszystkich, to i w tym przypadkuŚwiatło wam dane na obejście błędu

76 I wolna wola; ta gdy nie ma statkuI zrazu onych sił ulega wadze,Dobrze karmiona wygra na ostatku.

79 Lepszej przyrodzie i wyższej powadzeWyście poddani; z nich jest w ludzkim tworzeRozum, nad którym gwiazdy tracą władzę.

82 Jeśli świat dzisiaj schodzi na bezdroże,W was jest przyczyna i tej się dowiècie;Oto ją dla was znajdę i wyłożę:

85 Dusza pieszczona w swoim pierwobycie,Na ziemię schodzi od bożego stoła,Kwiląc i śmiejąc się jak małe dziècię.

88 Duszyczka prosta nie pojmuje zgołaNic, lecz byt szczęsny chowając w pamięci,Popędem dąży, gdzie ją rozkosz woła.

91 Naprzód ją w świecie marne dobro nęci;Nieostrzeżona, za tem dobrem bieży,Jeśli wędzidło nie sprostuje chęci.

94 Więc praw wędzidło skroić jej należy:Przełożyć króla, któremu zaświtaW stolicy prawdy bodajby szczyt wieży.

97 Prawa istnieją, lecz kto o nie pyta?Przewodnik trzody, choć w zakonie prawy,Nierozdwojone ma jeszcze kopyta.

100 Więc lud gdy widzi, że wódz szuka strawyDo jakiej własne łakomstwo go żenie,Rwie się tam, świętszej zaniedbując sprawy.

103 Stąd łacno pojmiesz, że złe przewodzenieWinno jest w świecie grzesznego nałogu,Nie zaś zepsute niby przyrodzenie.

106 Rzym, który wyrwał świat wiecznemu wrogu,Dwojgiem słońc rzucał w dwoje dróg swe blaski:W drogę ku światu i w drogę ku Bogu.

109 Jedno zagasło w drugiem; miecz do laskiPrzystał pasterskiej, a ta wspólna sprawaMusiała stworzyć pośród nich niesnaski.

112 Jeden drugiemu nie ustąpi prawa;Jeśli nie wierzysz, obacz dla przykładu,Jak to po ziarnie poznaje się trawa.

115 Kraj śród Adygi leżący i Padu,Póki nie wstały kłótnie Frydrykowe,Był pełen cnoty, dzielności i ładu.

118 Ktoby się dawniej bał wejść w ziemie owe,By się nie natknąć na uczciwych ludzi,Dziś-by niósł śmiało podniesioną głowę.

121 Jest troje starców, a tym trwać się nudziW nowym zwyczaju i boli do żywa,ZeŻe Bóg z wezwaniem ich do siebie żmudzi.

124 Konrad z Palazzo, Gherard tam przebywaDobry i Gwido z Castel, co z francuskaTakże się szczerym Lombardem nazywa.

127 Głoś-że: niech ludziom z oczu spadnie łuska:Rzym, iż dwie władze w jednę rękę chwyta,Z brzemieniem w błoto wpadł i w niem się pluska«.

130 »O Marku«, rzekłem, »prawda to niezbita;Teraz pojmuję, dlaczego wyzutymZ tego dziedzictwa miał zostać Lewita.

133 Lecz kto ów Gherard, co w świecie zepsutymPozostał jakby próbą dawnych ludzi,I zdziczałemu płomieniu wyrzutem?«

136 »Albo mię kusi głos twój, albo łudzi«,Odrzekł; »wszak słyszę, że jesteś z Toskany,A pamięć jego już się w tobie studzi?

139 Pod innem mianem on mi jest nieznany,Chyba je córka Gaja rozesławi...Lecz idźcie z Bogiem; mój kres u tej ściany.

142 Oto już obłok prześwieca białawiej,A ja zawracać muszę z mej podróży;Anioł już idzie i wnet tu się zjawi«.

145 Skończył i nie chciał ze mną bawić dłużej.

1 Jeśliś był w górach od mgieł pochwycony,Przez które tyle dopatrzy spowitaZrenicaŹrenica, ile kret przez powiek błony,

4 Przypomnij, gdy ćma wilgotna i zbitaZaczyna rzednąć, jak słabem i blademŚwiatłem tarcz pod nią słoneczna prześwita,

7 A pojmiesz, idąc wyobraźni ślademI tak ci słońce właśnie widne będzieJak mnie, kiedym je ujrzał nad zapadem.

10 Więc stopy moje w jednym stawiąc rzędzieZ Mistrza stopami, wystąpiłem z chmuryW blask, co już dolin porzucił krawędzie.

13 O wyobraźni, w takie nas wichuryZdolna porywać, że rogów tysiąceNie zbudzą duszy rwanej temi pióry!

16 Kto tobą rządzi, kiedy zmysły śpiące?Snać rządzi światło o niebiańskiej treści,Z siebie lub woli wyższej działające. —

19 Bezbożność dziewki, co swój kształt niewieściZmieniła w ptaka, pieśni miłośnika,W widzeniu mojem naprzód się obwieści.

22 A tutaj duch mój tak szczelnie przymykaSwe wrota i tak sam się w sobie zwinie,Że weń z zewnętrznych światów nic nie wnika.

25 Potem mi w szczytną wyobraźnię spłynieKrzyżowanego okrutnika zjawaWzgardliwie dumne w śmiertelnej godzinie.

28 Tuż wielkie widmo Ahaswera stawaI przy Esterze Mardoch sprawiedliwy,Którego mowa jak czyn była prawa.

31 A skoro prysnął owy obraz żywy,Jak bańka w świateł barwistych ozdobie,Kiedy jej wodnej nie stanie pokrywy,

34 Ujrzałem widmo dzieweczki w żałobie,Która mówiła: »Z jakiej-że przyczynyKrólowo, gniew twój na śmierć radził tobie?

37 Umarłaś, aby nie tracić Lawiny,Przecie daremnie; otom rozżalona,Matko, twej wprzódy, niż cudzej ruiny«.

40 Jak się sen łamie, gdy powiek osłonaPrzepuści nagle jasne zorze brzaskuI chwilę szarpie się, nim całkiem skona.

43 Tak znikło widmo owego obrazku,Skoro strzeliła jasność w oczy mojeOd padolnego ogromniejsza blasku.

46 Obróciłem cię, by poznać, gdzie stoję.Gdy głos mówiący: »Wstępujcie na stopnie«Rozprószył wszystkie inne niepokoje.

49 Pragnieniem dusznem biegłem tak pochopnieWypatrzeć mówcę, iż mi się wydało,Że nie odpocznie, aż swojego dopnie.

52 A jak się kryje słońca świetlne ciałoNadmiarem blasków, co nas w oczy rażą,Tak tu spojrzenie moje nie dotrwało.

55 »Duch to jest boży, co nas pod swą strażąNie oczekując prośby, wyprowadzi;Oczom twym własną zasłania się zarzą.

58 Rad nam, jak inni samym sobie radzi:Kto widząc obcy mus, czeka wezwania,Taki złośliwie już odmowę ładzi.

61 Niech zaproszenie doda ci wytrwania;Przed zejściem nocy trzeba kończyć drogę,Albo na nowo czekać do zarania«.

64 Tak mówił Wódz mój, zaczem siły wzmogęI zwracam kroki na wyniosłe schody.Ledwiem na pierwszym stopniu stawił nogę,

67 Uczułem z blizka jakby wiatru chłodyOd skrzydeł i głos ten: BłogosławieniPokój czyniący, nie czyniący szkody.

70 W górze już gasnął ostatek promieni,Po których zaraz idzie noc na świecieI już migały gwiazdy po przestrzeni.

73 »O siły moje, dlaczego mdlejecie?«Mówiłem, czując mocy niedostatekI drżąc, że nóg mych władza się rozplecie.

76 Jużeśmy stali, gdzie schodów ostatekDochodzi ściany i o tę granicęUtknęli, niby zholowany statek.

79 Nadstawiam ucha, czy skąd nie pochwycęWieści, przez nowe te biegnącej kraje,Zaczem powiadam, obróciwszy lice:

82 »Drogi mój ojcze, jaki to się kajeGrzech w okoleniu, gdzie nas stopa wniosła?Choć stają nogi, głos niech nie ustaje«

85 A on: »Tu miłość cnoty, niedorosłaDo obowiązku, prości się i czyści;Tu raźniej chodzą zapóźnione wiosła.

88 Posłuchaj pilnie, by ci oczywiściejTa rzecz przezemnie była ukazana;Tak nie wypadnie zwłoka bez korzyści:

91 Czy w Stwórcy, czyli w stworzeniu z rąk PanaWyszłem, jak to wiesz, miłość tkwi niezbędna,Wrodzona, lub też wyrozumowana.

94 Miłość wrodzona zawsze jest bezbłędna,Lecz druga czasem pochybi w wyborze,To mdła w działaniu, to zbyt nieoględna.

97 Tam, — póki stawia za cel dobro boże,Tu, — póki sama swe miarkuje chuci,Zgubnej uciechy źródłem być nie może.

100 Lecz skoro ku złym myślom się obróci,Lub z niepomierną troską w dobro godzi,Zaraz ze Stwórcą stworzenie pokłóci.

103 Z tego, jak widzisz, jasno się wywodzi,Że miłość równie cnotę sobą iści,Jak wszelką sprawę, która karę płodzi.

106 ZeŻe zaś jest miłość swej własnej korzyściSamolubnemu stworzeniu konieczna,Więc niema w świecie samo-nienawiści.

109 A iżby była rzecz w zasadzie sprzeczna:Twór niezwrócony ku pierwszej przyczynie,Nienawiść Stwórcy też jest niedorzeczna.

112 Ze złych miłości znamy więc jedynieZłą ku bliźniemu miłość; otóż onaTrzema sposoby wstaje w ludzkiej glinie.

115 Ten czeka, rychło czyjś kres się dokona,Na nędzy bliźnich buduje rachuby,Chce, by ich wyższość była poniżona.

118 Ów stracić nierad władzy, cześci, chlubyPrzez to, że nadeń wzrośnie wielkość cudzaI ze zmartwienia bratu życzy zguby.

121 Tam krzywda w człeku taką wściekłość wzbudza,Iż jego serce mściwością zażegaI przeciw drugim niecną myśl podjudza.

124 Te trzy miłości niżej tego brzegaKają się; teraz ową ci zwiastuję,Co się za dobrem niesfornie ubiega:

127 Każdy bezwiednie i niejasno czuje,Że jest gdzieś dobro, co duszę pokoi,Więc go koniecznie dostać usiłuje.

130 Chęć, co leniwo ku nieba ostoiDąży, w tym kresie czyścowych umorzeńPo słusznej skrusze męką się wygoi.

133 Jest inne dobro, co nie zbawi stworzeń,Bo nie jest szczęściem, ni jest w niem zasadaWszelkiego dobra, ni owoc, ni korzeń.

136 Miłość takiemu dobru zbytnio radaW trzech wyższych kołach łzami się opłócze:Lecz jak się owy trójpodział układa,

139 Pragnę byś doszedł sam, więc nie pouczę.

1 Koniec położył Mędrzec swej rozprawie,A chcąc rozpoznać, czym go słuchał chętny,Oczy mi w twarzy utopił ciekawie.

4 Ja zaś spragniony rzeczy tak ponętnej,Milczałem usty, a w sobie-m tak gwarzył:Czy tylko jemu nie będę natrętny?

7 Lecz szczery ojciec mój, gdy zauważył,ZeŻe chęć gorącą z nieśmiałości taję,Mową ośmielił, bym się mówić ważył.

10 Więc rzekłem: »Mistrzu, wzrok mój tak się stajeBystry od światła twojego przyczyny,Że coś mi podał, wszystko rozeznaję.

13 Lecz powiedz, proszę, ojcze mój jedyny:Co jest ta miłość, przez którą się płodząMówisz, zarówno dobre jak złe czyny?«

16 »Niech«, odrzekł, »w myśl mą źrenice ugodząTwego rozumu; niechaj się rozświeciBłąd tych, co ślepi, przecież ludzi wodzą.

19 Duch, co z natury swej na miłość leci,Do każdej rzeczy przyjemnej się skłania,Skoro w nim lubość chęć do lotu wznieci.

22 Wasza pojętność bierze cel kochaniaZ rzeczywistości; tu ziemska urodaW kształtach powabnych duszy się odsłania.

25 A gdy się dusza na jej zachwyt poda,To zwie się miłość; w niej się po raz wtóryPrzez rozkosz z wami jednoczy przyroda.

28 Jako zaś płomień mocą swej naturyPrąc się, gdzie dłużej może trwać w swym stanieOgniowym, zawsze podąża do góry,

31 Tak gdy ogarnie duszę pożądanie,Które jest ruchem ducha, nie spoczywa,Aż kochanego przedmiotu dostanie.

34 Teraz się tobie wyraźnie odkrywaBłąd, którym ludzie często się łudzicie,Że każda miłość przez się jest godziwa.

37 Zda się wam, iż treść w takim pierwobycieZawsze jest dobra; lecz że wosk bez skazy,Nie przeto czyste musi być odbicie«.

40 »Myślom spieszącym za twymi wyrazyIstność kochania już jest odsłonięta,Lecz i wątpliwość wzmogła się dwa razy.

43 Skoro nam miłość duszę z zewnątrz pęta,A dusza drogą odmienną nie chadza,To nie przez miłość jest prosta i kręta«.

46 Tak rzekłem, więc on: »Póki moja władza,Wyjaśnię, z resztą czekaj Beatryczy:To jest rzecz wiary, mnie w tem rozum zdradza.

49 Wszelki duchowy kształt, co uczestniczyZ ciałem, lecz z nim się na wieki dwoiści,Właściwy przymiot odwiecznie dziedziczy.

52 Ten bez działania w jawie się nie iści,Ale się w skutkach objawia, jak w drzewieZycieŻycie się znaczy zielonością liści.

55 A zatem człowiek tam na ziemi nie wie,Kiedy w nim pierwsze wybłyska poznanie,Gdzie się zażega pierwszych żądz zarzewie.

58 Są mu właściwe, jak pszczole zbieranieMiodu, więc pierwsza ta wasza chęć czynnaJest niepodległa chwale ni naganie.

61 Lecz że się do niej wiąże wszelka inna,Władza wyboru w was odwiecznie tleje;Ta przyzwolenia progu strzec powinna.

64 To jest pierwiastek, skąd idą nadziejeWaszej zasługi, w miarę jak w omłocieCzynów zło ziarna od dobrych odwieje.

67 Ci co badali duszę w jej istocie,Poznali, że jest do wolności skłonna:Ci dali światu naukę o cnocie.

70 Przypuśćmy nawet, że moc nieuchronnaWszelaką miłość w sercu wam zażega,W was samych przecie jest tarcza obronna.

73 Beatryx uczy, że ta moc polegaW swobodnej woli; gdy ci los podarzyZ nią mówić, niech to z pamięci nie zbiega«. —

76 Księżyc, co późno wstał dla nieba straży,Blaskiem przerzedził gwiazdy w swej koronie,Płonąc jak głownia, gdy się cała żarzy.

79 I biegł po nieba obręczy, po stroniePrażonej słońcem, gdy dla RzymianinaMiędzy Sardynią a Korsyką tonie.

82 Cień ów uprzejmy, co przezeń mieścinaPietola rozgłos bierze nad Mantową,Z brzemienia pytań mych swój kark odgina.

85 Pouczonego jego jasną mowąTak mię olśniła prawda niewątpliwa,Żem stał jak człowiek z odurzoną głową.

88 Aż z rozmarzenia tego mię wyrywaGromada duchów, co za nami goniI już nas sięga, w biegu popędliwa.

91 Jak u Ismenu i Azopu toniTebanie nocą w tłumnym korowodzieKrzykiem błagali Bakcha zbawczej dłoni,

94 Tak się tu sierpem toczą po obwodziePagórka duchy; po czyścowym brzeguChęć ich i miłość sprawiedliwa bodzie.

97 Wnet są nad nami, bowiem w pełnym bieguOgromna ciżba wstęgą się wywija,A dwaj wołają, wybiegłszy z szeregu:

100 »W górę skwapliwie spieszyła Maryja;Cezar z szybkością piorunnych płomieniObległ Marsylję, Ilerdę podbija.

103 »Nuże, iść w górę niech się nikt nie leniZ braku miłości«; inni zaś wołali:»Dobra ochota łaskę uzieleni«.

106 »O duchy, w których żarliwość się paliPewnie, by żmudę nagrodzić i zwłokę;O wy, w czynieniu dobra opieszali,

109 Żywą on tutaj przynosi zewłokęI pragnie w górę piąć się, gdy zaświta:Powiedzcie, gdzie są wrota przez opokę?«

112 Takiemi słowy mój Wódz je powita.A na to odrzekł głos jednego cienia:»Pójdź w tropy: znajdziesz, gdzie brama wybita.

115 Wszyscy jesteśmy tak pełni pragnienia,Że się zatrzymać trudno: przebacz zatem,Gdy tu rzecz słuszna w niegrzeczność się zmienia.

118 Jam był świętego Zenona opatemZa Barbarossy, po którym w żałobieDotąd Medjolan trwa zimą i latem.

121 Ktoś, co już stoi jedną nogą w grobie,Zapłacze swojej w tym klasztorze sprawy,Nierad, że władzę tam przywłaszczył sobie,

124 Że jego ciałem i duchem koszlawySyn, koszlawego równie urodzeniaSiedzi, gdzie siedzieć winien pasterz prawy«.

127 Niewiem, czy słowa mówiącego cieniaTu się kończyły, gdyż był już daleko;Com słyszał, warte było powtórzenia.

130 On, który zawsze był moją opieką:»Obróć się«, rzecze, »obaczysz mar dwoje,Co opieszałość wyrzutami sieką«.

133 Za nami wołał głos: »Zginęły rojeLudu, co środkiem przeszedł morskie wały,Nim dzieci doszły nad Jordanu zdroje.

136 I ów lud, który w trudzie niewytrwałyAnchizowego osierocił synaI sam się podał na życie bez chwały«.

139 Gdy już nam z oczu zniknęła drużynaI popędziła, wciąż tocząc się kołem,Nowych wir myśli w mej głowie się wszczyna

142 I tak obłędnie snuje się pod czołemI takich marzeń rozpowija tłumy,Że w tem błądzeniu powieki zamknąłem

145 I w sen prawdziwy popadłem z zadumy.

1 Owej godziny, kiedy dzienne ciepłoDo reszty swego oddechu pozbawiNoc wpływem ziemi lub Saturna skrzepłą,

4 I gdy to wieszczkom wielki los się jawiW chwili przedświtu, gdzie mrok już opadaZ gościńca, który wnet się rozjaskrawi,

7 W śnie moim wzeszła niewieścia szkarada,Jękliwa w mowie, z wejrzeniem rozokiem,Bez rąk, z nogami w kabłąk, w twarzy blada.

10 Wpiłem w nią oczy. Jak zwarzone mrokiemNa słońcu taje zesztywniałe ciało,Tak jej odtajał naprzód pod mym wzrokiem

13 Język i postać prostowała całą,Aż w małej chwili blade jej obliczeLubą miłości barwą pokraśniało.

16 A z rozchylonych warg takie słodyczePieśni wionęły, że ja w zachwycenieWpadłszy, już od niej odstąpić nie życzę.

19 »Przypatrz się«, nuci, »pochlebnej Syrenie:Ja marynarzy na manowce wodzęUrokiem, co go kryje wdzięczne pienie.

22 Ja Ulyssesa wstrzymałam po drodze;Kto raz do mego przylubił się domu,Nierad mię żegna, tak mu w nim dogodzę«.

25 Jeszcze śpiewała, gdy z szybkością gromuŚwięta niewiasta podeszła w tej chwili,Snać aby tamtę nabawiła sromu.

28 »Kto ona? Mów mi! Wirgili, Wirgili!«Rzekła surowie: więc pełen posłuchuW tę zacną wpatrzon, krok swój ku niej pili.

31 Ku tamtej ściągnął dłoń: szatę na brzuchuRozdarłszy, odkrył... wtem mię sen odleciOd bijącego z jej łona zaduchu.

34 Dobry Wirgili do mnie: »Po raz trzeciWołam: wstań i chodź; pora ruszyć dalejI szukać, kto nas o bramie oświeci«.

37 Wstałem, a oto już się pełnym paliDniem każdy okręg onej góry świętej;Tak my, świt mając w tyle, wstępowali.

40 Idąc, skroń niosłem jak człek zaprzątniętyJakowąś myślą, co mu w sercu leżyI miałem postać pół-arkady zgiętej.

43 Wtem nagle do nas: »Wejdźcie do tych dźwierzy!«Głos wołał słodki, jak ten co z błękitu,A nie z padolnych wyleci rubieży.

46 Tak Anioł wzywał i wabił do szczytu,Wiejąc swoimi łabędzimi puchyI stojąc w onych podsieniach z granitu.

49 I szedł głos między skrzydlate podmuchy:Błogosławieni, których we łzach oko:Dusze ich będą paniami otuchy.

52 »Czemuż twe oczy po ziemi się wloką?«Do idącego tak Wódz się odzywa,Nim jeszcze Anioł odleciał wysoko.

55 »Widzenie nowe myśli me porywa«,Rzekłem, »i tak me pociąga źrenice,ZeŻe myśl ku niemu wraca uporczywa«.

58 »Widziałeś«, pytał, »starą czarownicę,Za której sprawą powyżej lud jęczy?Widziałeś, jak jej złość poszła na nice?

61 Dosyć już; postąp dalej i ku tęczyBlasków zwróć oko; Władca niezmierzonyWabiem ją toczy w wielkich sfer obręczy«.

64 Jak sokół naprzód spojrzy na swe szpony,Potem na strzelca głos pióra rozpina,Pragnieniem strawy do ziemi nęcony,

67 Tak się porwałem i póki szczelinaWiodła nas, krokiem ile można chyżymSzedłem do ścieżki, gdzie w krąg iść zaczyna.

70 Aż gdy na miejsce odkryte się wzwyżym,Ujrzę leżące podłuż ściany duchy,Wszystkie do góry obrócone krzyżem.

73 Przylgnęła dusza moja! ów bezruchyLud mówił, takim szarpany szlochaniem,Że słów zaledwie szept słyszałem głuchy.

76 »Wybrańcy Boga, co oczekiwaniemKoicie mękę i miłością Sędzi,Pouczcie, jak tam wyżej się dostaniem?«

79 »Skoro pokuty naszej Pan wam szczędzi,A chcecie drogę wynaleźć niezwłocznie,Prawicą zawsze bądźcie od krawędzi«.

82 Tamtemi słowy Wieszcz mój mówić pocznie,Temi odpowie widmo ukorzone;Że się coś kryło, poznałem widocznie.

85 Oczyma w oczach mego Pana tonę;Więc on łaskawem przyzwoleniem darzyłChęci we wzroku moim wyrażone.

88 Skorom swe myśli na nowo skojarzył,Do rozciągnionej powiadam istoty,Com ją po głosie wprzódy zauważył:

91 »Duchu, co łzami kupujesz przymioty,Bez których nie lza być wam w bożym bycie,Uspokój dla mnie swej wielkiej zgryzoty.

94 Kim byłeś? Czemu krzyżem tu leżycie?Chcesz, że za tobą prośbami się wstawięTam na padole, skąd przynoszę życie?«

97 A on: »Czemu nas niebo w tej postawieMieć życzy, później dowiesz się powodu;Teraz wiedz: jam miał Piotra tron w dzierżawie.

100 Między Chiaveri a Siestri ze wschoduPłynie rzeczułka: od jej miana bierzeSwój szczyt nazwisko sławne mego rodu.

103 Niedawno w pełnej doświadczyłem mierze,Tak trudno ustrzec wielki płaszcz od błota;Inny trud przytem jest jak lekkie pierze.

106 Późna do skruchy była ma ochota,Aż na piotrową wezwany stolicę,Dopierom poznał kłamliwość żywota.

109 Widziałem, że go nawet nie nasycęWładzą, nad którą nic w życiu nie czeka,Więc rozpaliłem duszę, miłośnicę

112 Drugiego życia; nędzna i dalekaBoga aż dotąd i dóbr była chciwa,Za to, jak widzisz, w tej męce narzeka.

115 Czem jest łakomstwo, tu ci się wykrywaW karze, co duchy znów z Bogiem jednoczy,A bardziej gorzka kara tu nie bywa.

118 Jak zdane dobrom tego świata oczyNie wzlatywały ku niebieskiej stronie,Tak nas Sąd boży tu do ziemi tłoczy.

121 Jako zaś chciwość zgasiła nam w łonieMiłość ku dobru i wartość zasługiWydarła, tak Sąd stopy nam i dłonie

124 Wiąże, niewolnych rzuca na te smugi;Jak długo będzie Sądem nakazano,Bolesny mozół nasz tak będzie długi«.

127 Zacząłem mówić i zgiąłem kolano,Lecz on zaledwie po słów moich brzmieniuCześć zauważył sobie okazaną,

130 »Czemu przedemną gniesz się w ukorzeniu?«Spytał. — »Szacunek ku dostojnej szacie«,Odrzekłem, »tak mi każe, zacny cieniu«.

133 »Sprostuj kolana, powstań z ziemi, bracie!«Przerwał mi duch ów, co wnet miał być czysty:»Wszyscyśmy słudzy Boga w majestacie.

136 Jeżeliś pomny słów ewangielisty,Które to: Ni się żenią, powiadały,Sens ci mej mowy będzie oczywisty.

139 Teraz idź: stanie twoje u tej skałyOpóźnia płacz mój, którym winy myjęDopomagając skrusze niedostałej.

142 Mam ja na świecie wnuczkę Alagiję,Dobrego serca, dopóki rodzinaSwym w niej przykładem cnoty nie zabije:

145 A ona mi tam została jedyna«.

1 Z mocniejszą wolą trudno iść w zawody,Więc wbrew mym chęciom, ale jemu gwoli,Niesytą gąbkę dobywałem z wody.

4 Ruszyłem; dróżką swobodną, powoli,Wzdłuż ścian, prawie się ocierając o wał,W dalszą Wódz ze mną odprawił się kolej.

7 Bo lud, co w kroplach przez oczy folgowałZłemu, wszechświata brudzącemu lica,Aż do krawędzi gościniec zajmował.

10 Bądź ty przeklęta, prastara Wilczyca!Większy łup bierzesz niż inne zwierzęta,A chuć się twoja nigdy nie nasyca.

13 O Niebo, w wirach twoich jest zamkniętaMoc, która losu przewodzi odmianie;Kiedyż ten przyjdzie, co potwór opęta?

16 Szliśmy powolnie i pomiarkowanie,A jam na duchy poglądał w przechodzie,Zważając to ich przebolesne łkanie.

19 »Maryjo!« wołał leżący na przodzie,A była w głosie taka rzewna trwoga,Jako niewiasty wołanie w porodzie.

22 Głos ciągnął dalej: »Byłaś ty uboga,Co się widziało po stajence lichej,Gdzieś powijała wcielonego Boga«.

25 Inny głos mówił: »Nie znałeś ty pychy,Dobry Fabrycy i z ubóstwem cnotęWolałeś, niśli z występkiem przepychy«.

28 Ze słów tych taką czerpałem ochotę,Że mię poniosła nagle ruchu żywość,Ażebym poznał mówiącą istotę.

31 A głos ów znowu sławił dobrotliwość,Przez którą dziewkom skłonionym na zgubęMikołaj dziewczą ocalił poczciwość.

34 »O duszo, której słowa takie lube,Powiedz, kim byłaś? czemu sama jednaCzynów szlachetnych wypominasz chlubę?

37 U mnie twa mowa odpłatę wyjedna,Jeśli tam wrócę dobiec drogi krótkiej,Która już dąży do swojego sedna«.

40 »Odpowiem tobie«, rzekł duch, »nie z pobudkiCzekanych pociech, lecz że w twojem cieleŻywem niezwykłych łask oglądam skutki.

43 We mnie swój korzeń miało podłe ziele,Co tak zarosło chrześćjańskie ogrody,Że owoc zdusi, gdy kto nie wypiele.

46 Gdyby moc większą miały Flandrji grody,Jużby mu była zemsta wymierzona;Ja też u Boga tej dlań proszę szkody.

49 Nosiłem miano Kapeta Hugona;Od synów moich: Filipa z LudwikiemNa nowo teraz Francja jest rządzona.

52 Rodzic w Paryżu niegdyś był rzeźnikiem:Gdy dawnych królów zgasło pokolenieAż do jednego, który zakonnikiem

55 Chciał żyć, rząd w moje dostał się dzierżenie.Z dobytku tego taka wnet drużyna,Tak mi urosły potęga i mienie,

58 Że do korony wdowiej głowę synaMojego jako następcy podano;Odeń święcona rasa się zaczyna.

61 Jak długo wielkie prowansalskie wianoNie zdjęło z rodu mego uczciwości,Znano w nim lichość, lecz zbrodni nie znano.

64 Gwałtem i kłamstwem począł swoje złościRozbójcze; zaczem pobrał za pokutęPonthieu, Normandji i Gaskonii włości.

67 Wpadł do Italii Karol; za pokutęWziął Konradyna sobie na ofiarę,Tomasza w niebo posłał — za pokutę.

70 Lecz widzę czasu dopełnioną miarę:Inny się Karol z Francji wysforuje,Aby dał poznać siebie i swą wiarę.

73 Bez miecza wyjdzie: włócznią on wojujeIskarjotową, którą gdy się złoży,Brzuch wypuczony Florencji rozpruje.

76 Nie ziemi, — grzechu i wstydu przymnoży,A tem się bardziej w tej hańbie umaże,Ile że sam ją między lekkie łoży.

79 Innego widzę jeńcem na galarze:Wolny, wnet córki na targu pozbędzie,Jak pozbywają niewolnic korsarze.

82 Chciwości, w jakim dusze wikłasz błędzie!Trucizna twoja tak w me plemię wnika,Że niema nawet własnej krwi na względzie.

85 Na ulgę hańby, która nas potyka,Widzę w Alagna wschodzącą lilijąI chrystowego więzy namiestnika.

88 Widzę, powtórnie szydem go okryją,Podadzą z żółci i octu napoje,Między żywymi łotrami zabiją.

91 Widzę, jak nowy Piłat chuci swojeNiesyte zwraca na nowe bezprawieI chciwość wnosi w święcone podwoje.

94 — O Panie, kiedyż oczy me zabawięTą zemstą, która skryta w tajemnicy,Osładza gniew twój, nim zabłyśnie w jawie?...

97 To, com powiedział o oblubienicyDucha świętego i o co w sumiennejPytałeś chęci, wiedz, że dla różnicy

100 Znaczeń śpiewamy jeno w porze dziennej;Natomiast, skoro dzienne światło skona,W śpiewaniu naszem rodzaj brzmi odmienny.

103 Przypominamy wtedy Pigmaljona,Jak ojcobójcą, zdrajcą i zbrodniarzemChciwość zrobiła go nienasycona.

106 Skąpstwo Midasa opowieścią karzem,Jak się dopytał biedy żądzą złotaI został wiecznym głupstwa luminarzem.

109 Tu brzmi rozgłośnie Achana głupota,Co sobie łupy przywłaszczył krom prawa,Za co go Jozue pozbawił żywota.

112 Safirę z mężem na wstyd się podawa,O stratowanym śpiewa Heliodorze;W krąg oblatuje tę górę niesława

115 Twego niecnego mordu, Polidorze!Śpiew Krassusowi brzmi urągowiskiem:»Powiedz-no, jaki smak w złotym likworze?«

118 Jeden wysokim, drugi głosem nizkimWywodzi, w miarę, jaka myśl go wzruszy:Zatem to z większym, to z mniejszym naciskiem.

121 Dobre przykłady, co w naszej katuszyBrzmią, nie sam jeden głoszę, lecz z tej stronyNie było innej śpiewającej duszy«.

124 Jużem pożegnał ów cień rozżalonyI jako sił mych starczyło napięcie,Z wodzem się parłem w wyższe regiony,

127 Kiedy się wstrzęsła góra w tym momencieJak od wielkiego runącego ciała;Więc ścierpłem jak człek, co idzie na ścięcie.

130 Pewnie tak góra delijska nie drżała,Nim w niej uwiła swe gniazdo Latona,Gdzie dwoje źrenic nieba spowijała.

133 Potem zakrzykła wrzawa podniesiona;Jam struchlał, aż Mistrz słowem mię ochłośnie:»Póki cię wiodę, obawa twa płona«.

136 Chwała w niebiesiech Bogu! jednogłośnieŚpiewały chóry, a tak blizko, że miPieśń brzmiała w uszach jasno i donośnie.

139 Staliśmy w miejscu zalękli i niemi,Jak słyszący je raz pierwszy pasterze;Aż ustał śpiew ten razem z drżeniem ziemi.

142 Mistrz mój znów świętą drogę przedsiębierze;Patrzym po marach leżących na drodze,Ciągle nucących swe rzewne pacierze.

145 Nigdy mię jeszcze nie bodła tak srodzeCiekawość, rzeczy przenurtować ciemnie,Jeśli dziś dobrze w to pamięcią godzę,

148 Jaka naówczas — zda się — była we mnie.Ale z pośpiechu zapytać nie śmiałem,A samo przez się dociekać daremnie,

151 Przeto zalękłem się i zadumałem.

1 Pragnienie wiedzy, co się w tym napojuJedynie gasi, którego wstydliwaSamarytanka prosiła u zdroju,

4 Nurtuje we mnie i stopy podrywa,Podczas gdy duchów leżących pokotemRzewnie mię wzrusza kara sprawiedliwa.

7 A nagle, jako Łukasz pisze o tem,Że Chrystus w drodze dwu uczniów nawiedził,Zmartwychpowstawszy z pierwotnym żywotem,

10 Cień się ukazał za nami i śledziłGromadę, która tak nizko się korzy.A nie spostrzegliśmy go, aż uprzedził,

13 Witając: »Bracia, pokój z wami boży«.Wzrok obracamy na to powitanie,Wirgili zaraz cześć mu wzajem złoży

16 I rzecze: »Niechaj świętych obcowaniePrzeznaczą tobie te szczytne Ustawy,Co mnie skazały na wieczne wygnanie«.

19 »Jakto« rzekł tamten, »czemu taki żwawyWasz krok, gdy Bóg was odtrąca od łona?Kto wam pomaga do szczytnej przeprawy?«

22 Na to mój Doktór: »Wskażą ci znamiona,Z których już tylko trzy nosi na czele,Że mu śród dobrych znaczy się korona.

25 Gdy nie doprzędła mu Parka kądziele,Co się każdemu snuje aż do grobuPod ręką Kloto w nieustannem dziele,

28 Więc jego dusza, siostrzyca nas obu,Nie podołała stanąć na tem piętrze:Jej ziemskie oczy nie znały sposobu.

31 Ja go przewiodłem przez szerokie wnętrzePiekieł i dokąd ziemska wiedza dopnie,Sam jeszcze rzeczy pokażę mu więtsze.

34 Lecz powiedz, czy wiesz, czemu tak okropnieZadrżała góra i krzyk taki chodziłAż po zwilżane morzem góry stopnie?«

37 Mistrz tem pytaniem jak w ucho ugodziłIgielne życzeń mych; wodą nadziejePragnienie moje poniekąd ochłodził.

40 Ow rzekł: »Nie rządzą tutaj przywileje;Wszystkie zjawiska zakon mają ładny,Nic się nad zwykły porządek nie dzieje.

43 Odmiany tutaj nie obaczy żadnej;Prócz praw, które Bóg z siebie, sobie głosi,Niema tu innej siły samowładnej.

46 W tym świecie nie dżdży, nie śnieży, nie rosi;Szron ni grad na te nie upada stokiWyżej, niż trójca stopni się podnosi.

49 Ni chmury gęste, ni rzadkie obłoki,Ni grom, ni wstęga córy Taumantowej,Co wam tak często odmienia widoki.

52 Suchy tu wyziew nie dosięga głowy,Jak powiedziałem, ostatniego schodu,Gdzie oparł stopy starosta piotrowy.

55 Może drży więcej, albo mniej od spodu,Lecz wiatr jej nie tknie, co się w ziemi kryje:Dlaczego? — nie wiem, ni znajdę powodu.

58 Drży zato, gdy duch, który grzechy zmyje,W sobie poczuwszy się, wstanie i leci:W on czas to w niebo taki okrzyk bije.

61 O tem obmyciu sama chęć oświeci,Która więc zdolnej byt odmienić duszyPodbija skrzydła i ochotę nieci.

64 Nim to nastąpi, lubą chęć w niej głuszySprawiedliwości bożej wyglądanie:Jak wprzód do grzechu, bieży do katuszy.

67 I jam przeleżał w tym bolesnym stanieLat przeszło pięćset; dziś we mnie doścignąłPochop wylotu na lepsze mieszkanie.

70 Oto dlaczego stóg góry się wzdrygnął;W tych kręgach Boga sławiące narodyProsiły Pana, ażeby je dźwignął«.

73 Tak rzekł, a jeśli rozkosz z kubka wodyNiecierpliwością pragnienia się mierzy,Zrozumieć łacno, czym doznał ochłody.

76 Tu Mistrz mój rzecze: »Dojrzałem więcierzy,Które was łowią; wiem jako je rwiecie,Czemu radości dreszcz po stokach bieży.

79 Lecz powiedz, proszę: kim byłeś na świecieI niech mi będzie prawda ukazana,Czemuś tu leżał przez to pięćsetlecie?«

82 »W czasie, gdy Tytus, mocą wsparty Pana,Mścił się ran, z których śmiertelnemi tętnyKrew trysła, w zdradzie Judasza sprzedana,

85 Sławą rozgłośny, nazwiskiem pamiętny«,Takiemi do nas duch przemówił słowy,»Żyłem, lecz jeszcze wierze obojętny.

88 W mym śpiewie tyle kryło się wymowy,Że mię z Tuluzy wezwał Rzym, gdzie pieniemNa czoło wieniec zdobyłem mirtowy.

91 W świecie mię zwano Stacjusza imieniem;Pieśń ma o Tebach głosi i Achillu:Ten to ostatni mię dobił... Nasieniem

94 Dzielnem dla ognia były mego styluIskry przez bożą wyrzucone świecę,Co zapaliła już poetów tylu.

97 Rozumiem tutaj Eneidę, rodzicę,Piastunkę moich niemowlęcych pieśni;Bez niej by zeszła cześć ma na marnicę.

100 I bogdajbyśmy żyli równocześni,Radaby dzisiaj przydać moja duszaRok więcej niż jej liczono, tej cieśni«.

103 Zwrócą się ku mnie oczy Wirgiljusza:Zda się, chciał »zamilcz« wyrzec giestem twarzy,Ale nie zawsze wolę się przymusza.

106 Bowiem śmiech i płacz z uczuciem się parzy,Co je wywoła, a to tak najściślej,Że im kto szczerszy, tem mniej wolą waży.

109 Skinąłem jak człek, który się domyśli,Więc duch zmilknąwszy, spojrzał mi w źrenice,Gdzie wyraz duszy najjaśniej się kreśli.

112 »Bodaj twa praca nie poszła na nice«,Rzekł, »ale powiedz, czemu w twej zamkniętejTwarzy ujrzałem śmiechu błyskawicę?«

115 W dwa ognie uczuć byłem teraz wzięty:To milczeć każe, a to mówić błaga;Westchnąłem jeno — i byłem pojęty.

118 »PrzemówPrzemów«, »MistrzMistrz rzecze, »niech cię strach nie zmaga,Odpowiedz na to duchowi prawdziwie,Czego się z taką żywością domaga«.

121 Więc ja powiadam: »Widzę, iż w podziwiePytasz przyczyny, co mój uśmiech budzi;Lecz się zdumiejesz bardziej niewątpliwie.

124 Ten, za kim wzrok mój ku górze się trudzi,Jest ów Wirgiljusz, co twą pieśnią rządził,Kiedyś opiewał i Bogów i ludzi.

127 Jeśliś uśmiechu mojego przesądziłInną przyczynę, pozbądź-że wątpienia;To ci powiadam, ażebyś nie błądził«.

130 On się do kolan chylił dla uczczeniaMojego Mistrza, lecz ten przerwał: »Bracie,Niechaj! cień jesteś i mówisz do cienia«.

133 A on, powstając: »Widzisz, w jakiej zna cięPowadze miłość, jak mię prze ku tobie,Kiedy niepomnąc w jakiej idziesz szacie,

136 Duchowi kłaniam jak żywej osobie«.

1 W tyle została osoba Anioła,Co nas na szóstym tarasie postawił,Skoro znów jedno znamię starł mi z czoła,

4 I zapałowi dusz pobłogosławił»Sprawiedliwości pragnących«. Na słowie»Pragnących« uciął i dłużej nie bawił.

7 A mnie jak gdyby z nóg spadły ołowie;Znów lżejszy, niśli w poprzednim wyłomieSzedłem, gdzie szybcy wiedli mię duchowie.

10 Wirgili zaczął: »Szlachetności plemięRoznieca miłość; ta wzajem zapalaMiłość, lecz musi rozgorzeć widomie.

13 Mnie dobroć twoja wiąże i zniewalaOd chwili, kiedy w sień piekielnej kaźniWszedłszy, oznajmił mi duch Juwenala

16 Twą czułość; za to tyle znam przyjaźni,Ile znać można dla obcego ducha:Toż mi po stopniach kroczyć teraz raźniej.

19 Przez przyjaźń proszę: nie odwracaj ucha;Daruj, że puszczam śmiałości wędzidłaI przemów do mnie tak jak druh do druha.

22 Skąd mogła potrwać w łonie twem obrzydłaSkąpstwa przywara? Przecz widząc, że grzeszy,Rozum nie chwytał namiętności w sidła?«

25 Jego zdziwieniem Stacjusz się rozśmieszy,Lecz zaraz rzecze: »Wszystka twoja mowaJako znak szczerej miłości mię cieszy.

28 Nieraz się w świecie rzecz zdarza takowa,Która człowieka i myli i łudzi,Gdyż w niej z istotą kłóci się osnowa.

31 Widzę, iż się w was przypuszczenie budzi,— Może po kręgu, gdzie mię znajdujecie —Żem skąpstwem grzeszył, mieszkając śród ludzi.

34 Wiedzcie, że skąpstwem przewiniłem w świecieDo zbytku mało — i ten właśnie zbytekTu mię uwięził na tak długie lecie.

37 Gdyby nie z ksiąg twych czerpany pożytek,Gdzieś-to powiadał, słusznym gniewem zdjętyI strofujący ludzki rodzaj wszytek:

40 — Dokąd nie wiedziesz, o złota przeklętyGłodzie, śmiertelnych swym niemądrym szałem? —Ot, dziś-bym toczył głaz przez piekieł skręty.

43 Pojąłem wtedy, że skrzydłem zbyt śmiałemDłoń pchnąć się może na rozrzutne czyny,Więc tej i innej wady żałowałem.

46 Iluż w dzień sądu wyświeci łysinyZ niewiedzy, że się grzech ten skruchą zbawiaZa życia, albo ostatniej godziny!

49 A wiedz, że wina, która tu przedstawiaModłę przeciwną z innym grzechem jakim,Jedną z nim karą grzeszny miąsz wytrawia.

52 Jeżelim mieszkał więc pod skąpstwa znakiemŚród tego ludu, by blask przybrać nowy,To, żem przeciwnym w świecie grzeszył brakiem.«

55 »Poeto, któryś bój śpiewał surowyI Jokaścinej przyczynę boleści«,Przemówił śpiewak pieśni sielankowej:

58 »Wezwanie Klio na czele powieściŚwiadczy, żeś jeszcze nie czerpał w kryniceWiary, bez której czyn jest marny w treści.

61 Więc jakie słońca i jarzące świeceObjaśniły cię tak wielkimi blaski,Żeś za Rybakiem płynąć — wzniósł kotwicę?«

64 A on: »Tyś pierwszy na szczyt mię parnaskiPoniósł, bym w pięknym poił się potoku;Tyś też do bożej pierwszy przywiódł łaski.

67 Tyś był jak człowiek, który idąc w mroku,Za sobą światło trzyma; nie dogodziSobie, lecz innym przyczynia widoku,

70 Kiedyś powiadał: — Na nowo się rodziŚwiat; sprawiedliwość wraca z nowem ranemLudzkości; z nieba nowe plemię schodzi. —

73 Przez cię poetą, przez cię ChrześcijanemStałem się, a jak, to ci mową żywąNiby w obrazie podam malowanym:

76 — Już był świat cały brzemienny prawdziwąWiarą, którą to posłanniki bożePozasiewały na obfite żniwo,

79 A wywróżone w twoich pieśniach zorzeTak z ich nauką schodziły się w treści,Żem ciekaw począł przebywać w ich zborze.

82 Wydali mi się święci, godni cześci,Więc w prześladowań czas DomicyjanówNie bywał płacz ich bez mej współboleści.

85 Pókim przebywał żywy śród ziemianów,Pomoc im niosłem; ich cne obyczajeObrzydziły mi pogańskich bałwanów.

88 Nim pod tebańskie przywiodłem ruczajeGreków mej pieśni, święty chrzest przyjąłem.Ze strachu długo nową wiarę taję

91 I z poganami jak wprzód żyję społem;Za to w okręgu czwartym cztery wiekiSkazał mię boży Sąd obiegać kołem.

94 A ty, coś moje rozchylił powiekiNa piękność, której wspomnienie mię wzrusza,Powiedz, nim mety dojdziemy dalekiej:

97 Czyli spotkałeś kędy Terencjusza?Spotkałeś Plauta, Cecyla, Varrona?Są-li przeklęci? Gdzie żywie ich dusza?«

100 »Ci«, rzekłem, »Persjusz i ja pośród gronaWielu mieszkamy z Greczynem, przyjaźniejWyhołubionym, niż kto, u Muz łona,

103 W pierwszym okręgu bezsłonecznej kaźni.Tam się o owej bawimy rozmowąGórze, siedzibie stróżek wyobraźni;

106 Tam się Eurypid, Anakreon chowa,Tam Symonidy, Agatona cienie,Ktorych zdobiła korona laurowa.

109 Z niewiast przez twoje rozsławionych pienie,Są: Antygona, Deifile, Argia,Przy smętnej, jako zazwyczaj, Ismenie.

112 Jest Isifile, co Argiwom sprzyjaI dusza Dafny, Terezjasza córyI z siostrzycami swemi Deidamija«.

115 Zamilkł; szli dalej i po stoku góryW okół swobodne toczyli źrenice,Za korytarza dostawszy się mury.

118 A już też cztery dzienne służebniceZostały w tyle, zaś piąta szła z przodu,Kierując w górę płonącą głowicę,

121 Gdy Wódz rzekł: »Droga naszego pochoduTak się powinna odbywać, by prawaRęka zwrócona była do obwodu«.

124 Już się nam nawyk drogoskazem stawa;Zatem my poszli po rozwadze krótkiej,Jak poradziła owa dusza prawa.

127 Oni dwaj przodem poszli; ja samiutki,Ich rozhoworu, w trop idąc za nimi,Słuchani, do pieśni biorę zeń pobudki.

130 A wtem ich w miłej gawędzie oniemiWidok jabłonki, co wzrosła z pośrodkaDrogi, jabłkami pełna pachnącemi.

133 A jako jodła szersza jest od spodka,Tak ta przeciwnie: gałęźmi spadziścieOd góry szersza, dołem była wiotka.

136 Tam, gdzie się drogi zamykało wniście,Spojrzę, a skała strużkę wody roni,Która wycieka na korony liście.

139 Obaj poeci doszli do jabłoni,A wtem głos od niej wionący powiada:Z tego owocu pożywać się broni.

142 I znów: »Maryja bardziej była rada,By gościom w smak się potrawy udały,Niż własnym ustom, w których się zakłada

145 Człecza nadzieja; Rzymianki czerpałyZa napój wodę, a Daniel honoryKuchni wzgardziwszy, wiedzą nabył chwały.

148 Piękny zaiste był wiek złotowzory:Głód wtedy bywał żołędzi przyprawą,Napój z ponika smaczny jak likwory.

151 Miód i szarańcza były przecież strawą,Którą Janowi przynosiła puszcza;Przeto się okrył świętością i sławą,

154 Jak ewangelii opowieść wyłuszcza«.

1 Kiedym oczyma po gałęziach wodziłNakształt myśliwca, który pośród liściPoziera ptaszka, aby weń ugodził,

4 Ten co mi więcej był niż ojcem: »Iść ciNależy prędzej«, rzekł, »niedługie chwileKu niezbędniejszej obrócić korzyści«.

7 Więc krok przynaglę i twarzy nachylęKu Mistrzom, co szli, prawiąc tak uczenie,Że stąpać było i łatwo i mile.

10 Wtem zabrzmi płaczem przerywane pienie:Wargi me otwórz! w tak dziwnej muzyce,Że budzi razem żal i upojenie.

13 »Ojcze mój«, rzekłem, »czem to słuch mój sycę?«A on mi na to: »Lud jest, co wywlekaSwej powinności splątaną pętlicę«.

16 Jak pielgrzymiego widzimy człowieka,Gdy spotka obcych, w zadumie od ziemiOczy podniesie i przejdzie zdaleka,

19 Tak przeszły szybko i niewidzącemiOczyma na nas spojrzały widziadłaLudzkie, duchowie nabożni i niemi.

22 Jama ich oczu ciemna i zapadła,Twarz blada, postać była wycieńczonaTak, że się skóra wprost na kościach kładła.

25 Nie sądzę, aby u EryzychtonaTak było wyschło ciało na szkielecieW chwili, kiedy czuł, że go głód dokona.

28 Chyba — myślałem — ci w bożym dekrecieZ Jerozolimy uszli oblężenia,Gdzie matka z głodu jadła własne dziecię.

31 Jako popsuty pierścień bez kamienia,Były ich oczy; kto chce czytać OMOW twarzy, poznawał tu M bez wątpienia.

34 Jest nie do wiary rzeczą, ni wiadomą,Aby mógł człowiek wyschnąć aż do kościPragnieniem wody i jabłka oskomą.

37 Jeszczem dociekał, mocą jakiej czczościMogły dojść owe szkieletów obrazkiTakiej wysuszy i bezcielesności,

40 Gdy wtem duch jeden oczy z głębi czaszkiNa mnie obrócił, wpatrzył się i zdumiałI krzyknął głośno: »Skąd mi tyle łaski?«

43 Kto był zacz, z twarzy poznać-bym nie umiał,Ale dźwięk głosu odkrył niespodzianieTo, czego wzrok mój ciemny nie rozumiał.

46 W tym mi więc błysku rozświtło poznanieLic odmienionych, tak, że naostatekForese żywy w pamięci mej stanie.

49 »Niech cię«, rzekł, »suchość mych cielesnych szatek,Ani nie razi to ich odbarwienie,Ni ten istoty mojej niedostatek.

52 Mów mi, kto jesteś, kto są oba cienie,Idące z tobą tym kamiennym wałem?Stój, bodaj słowko niech z tobą zamienię«.

55 »Lica twe martwe niegdyś opłakałem,A teraz znowu na płacz mi się zbiera,Widząc zmienione tak«, odpowiedziałem.

58 »Mów ty, przez Boga, kto z ciał was obdziera,A mnie nie pytaj: póki dziw na oku,Próżno się język mówienia napiera«.

61 On na to: W wodę, co płynie ze stoku,I w drzewo siła odcieleśniającaPrzesiąka z niebios wiecznego wyroku.

64 Wszystka ta rzesza, co śpiewa łkająca,Niewstrzemięźliwość w jadle i napojuGłodem i dusznem pragnieniem odmąca.

67 A zaś podnietą tego nieukojuSą: zapach jabłek i ta jasna wodaNa zieleń drzewa kanąca ze zdroju.

70 Nie raz jedyny śród tego ogrodaMęki się naszej odnawia zgryzota;Mówię: zgryzota, zamiast rzec: osłoda.

73 Ku drzewu prze nas ta sama ochota,Która Chrystusa wiodła, by opłatąSwej krwi serdecznej kupił nam żywota«.

76 »O mój Forese«, odpowiadam na to,»Od dnia, gdyś stanął za wybrańszym progiem,Przecież już piąte upłynęło lato!

79 Jeżeli w tobie leżącej odłogiemSkruchy dopiero zbudziła się władzaW dniu dobrej męki, co nas żeni z Bogiem,

82 Co cię tak prędko tutaj przyprowadza?Owszem liczyłem, że między niższymiBywasz, gdzie czasem czas się wynagradza«.

85 A on: »Przywiodła mię, gdym zeszedł z ziemiAby pić słodki piołun oczyszczenia,Ta moja Nella łzami rzęsistemi.

88 Przez korne modły, gorące westchnieniaWydobyła mię z czekania ostoiI uwolniła od reszty cierpienia.

91 Bóg tyle bardziej rad wdoweńce mojej,Którą kochałem tak czule i tkliwie,Ile że w cnocie sama jedna stoi.

94 Bowiem Barbagia sardyńska prawdziwieSkromniejsza w niewiast życiu i ubierze,Niż ta Barbagia, gdzie dziś ona żywie.

97 Bracie, cóż więcej powiem ci w tej mierze?Lepsze oglądam czasy w jasnowidzie,I nie dalekie dzisiejszym, tak wierzę,

100 Gdy ku niewiastek florenckich ohydzieZ ambon wyklinać będą księże ręceTaką, co piersi odsłania w bezwstydzie.

103 Jakiej-ż Germance, jakiej SaracenceTrzeba duchownej, lub innej przestrogi,Aby chodziła w przystojnej sukience?

106 Gdyby wiedziały bezwstydne, jak w srogiejPomście Bóg na nie gotuje pociski,Jużby otwarły usta wyciem trwogi.

109 Jeżeli termin mych przeczuć jest blizki,Zbledną, nim temu puch lica ustroi,Co go dziś tuli śpiewka do kołyski.

112 Więc nie kryj bracie celu drogi swojej;Nie ja, tłum cały już się twej osobieDziwi, która mu w polu słońca stoi«.

115 Na to ja rzekłem: »Gdy przypomnisz sobie,Jakeśmy oba źle żyli, niestety,Smutek w tej jeszcze owładnie cię dobie.

118 On, by mi pomóc do szczęśliwej mety,Wyrwał z obłędu w chwili, gdy foremnąTarczę jawiła siostrzyca płanety«.

121 Tu-m wskazał słońce. — »Przez krainę ciemnąPrawdziwie zmarłych, skroś jej głębokościPrzewiódł mię w ciele, co tu weszło ze mną.

124 Z nim się po przykrej piąłem pochyłościI po okólnej ścieżce w szczyt się ważęGóry, co ziemskie skrzywienia w was prości.

127 A tak nam długo postępować w parze,Aż dojdę, kędy Beatryx zasiada;Tam mi samemu pozostać rozkaże.

130 Oto Wirgili, w którym się zakładaMoja nadzieja; drugi jest tym, gwoliKtóremu właśnie zadrżała posada

133 Waszego państwa, w znak, że go wyzwoli.

1 Ni mowa krokom, ni krok szkodził mowie,Więc równo czyniąc stopami i garły,Szliśmy jak z wiatrem pomyślnym majtkowie.

4 Widma tak chude, jakby dwakroć zmarły,Kiedy spostrzegły, że cień ścielę dołem,Jamami oczu podziw ze mnie żarły.

7 Zatem ja ciągnąc dalej, jak zacząłem,Mówię: »Ten trzeci umyślnie nie spieszy,Aby z osobą Mistrza kroczyć społem.

10 Lecz powiedz: Jakim Piccarda się cieszyBytem? I jest-li kto pamięci godnyPośród tej, we mnie zapatrzonej rzeszy?«

13 »Siostrze mej«, odrzekł, »dobrej i dorodnej,— Co bardziej nie wiem, w szczycie olimpijskimJuż dano wieniec i żywot pogodny.

16 Wolno każdego zwać tu swem nazwiskiem,Bo w czczości tak się odmieniły twarze,Iż ziemskich twarzy są urągowiskiem.

19 Ot, Buonagiunta z Lukki«: i ukażePalcem;« aPalcem; »a tamten idący nieskorzej,W którym się bardziej ziemskość rysów maże,

22 W ramionach niegdyś trzymał Kościół boży;Z Torso pochodził, a tu zbytki gładziW winie warzonych bolseńskich węgorzy«.

25 Tak mię od jednych do drugich prowadzi;Anim nie widział w nich z tego powoduNiechęci; ród swój słyszeć byli radzi.

28 Widziałem: szczęką siekł powietrze z głoduUbaldin z Pila: przy nim duch prałata,Co pastorałem pasł rzesze narodu.

31 Za nimi Markiz, co bywszy śród świata,W Forli mógł pijać przy mniejszem pragnieniu,Choć nigdy niedość pijał w owe lata.

34 Jak gdy kto patrzy, ale w zapatrzeniuMyśl indziej zsyła, tak ja ducha z LukkiZważam, chęć ku mnie widząc w zacnym cieniu.

37 Zamruczał cicho, a między pomrukiWyszłe z ust, co je Sąd boski tak warzy,Jakby się imię wymknęło »Gentuki«.

40 »Maro«, powiadam, »zgaduję z twej twarzy,Iż chcesz przemówić; mów, coś mówić rada,I niech obojgu stąd się dobrze darzy«.

43 »Żyje dzieweczka«, odrzekł, »nie nakładajeszcze namitki; ta ci gród umili,O którym taki dzisiaj źle powiada.

46 Z tą przepowiednią idź; w niedługiej chwiliZagadkę przyszłość spełniona rozplecie,Jeśli cię dzisiaj moja mowa myli.

49 Lecz powiedz: widzę-ż ja w tym naszym świecieTego, co pieśni znalazł rodzaj nowy,Pisząc: Wy, które miłość pojmujecie?«

52 Więc ja mu na to: »Człek jestem takowy,Że gdy tchnie miłość, śpiewam i w tej mierze,Jak mi dyktuje, wypowiadam słowy«.

55 »Bracie mój«, westchnął, »widzę ja obieżę,Co Notarjusza i mnie i GwittonaKu nowej, słodkiej nie puszcza manierze.

58 Widzę, piór waszych tęgość wyprężonaZa dyktującym prosto leci strzałą;Nasza tej drogi pewno nie dokona.

61 Kto się dziś wdzięczyć chce nutą przebrzmiałą,Wyższości waszej chyba nie dostrzega«...Zmilkł; że mię poznał, snać go radowało.

64 Jak ptaki, które zimują wzdłuż brzegaNilu, ze stada czasem klucz narządząI cała rzesza lotem szybkim zbiega,

67 Tak owe duchy, co po dróżce błądzą,Odwróciły się i pobiegły rącej,Lekkie chudością i pośpiechu żądzą.

70 A jak przystaje człek szybko idącyI czeka, naprzód puściwszy przywódcę,Póki nie schłódnie mu oddech gorący,

73 Tak zbiec pozwolił naprzód świętej trzódceForese, sam zaś stąpał ze mną w parzeI pytał: »Czyliż obaczym się wkrótce?«

76 »Nie wiem«, odrzekłem, »jak długo żyć każeBóg, lecz choć wcześnie bym umarł, już wcześniejTęsknotą z wami duszę mą skojarzę.

79 Bo w owej, gdzie mi żyć kazano, cieśni,Cnota codziennie chyli się i ginie,Zapadła w smutek pustoszy i pleśni«.

82 »Idź»»Idź«, odrzekł, »zbrodzień winien tej ruinie —Widzę — w strzemieniu po ziemi wleczonyGna w przepaść, kędy niema łaski winie.

85 Coraz to szybciej pędzi zwierz szalony,Aż z wiszącego dech wytrząsa zgołaI trup zostawia strasznie poraniony.

88 Nie wiele drogi ubiegą te koła, —Tu spojrzał w niebo — a los ci ukażeTo, czemu mowa moja nie wydoła.

91 Teraz pozostań sam; czas w tym obszarzeJest dla nas cenny, a ja zbyt go trwonię,Kiedy tak z tobą postępując, gwarzę«.

94 Jako się wyrwie z hufów na wygonieRycerz i pędzi cwałem przed innymi,Ażeby chwałę zdobył w pierwszym gonie,

97 Tak ten poskoczył krokami rętszymi,A na ścieżynie pozostali ze mnąCi dwaj, tak wielcy niegdyś mistrze ziemi.

100 Skoro zaś odbiegł tyle, że daremnoChciały go spatrzeć oczy wytężone,Jak myśl za mową wytężona ciemną,

103 Ujrzałem drugie drzewo, obwieszoneOwocem w liści zielonych osłonce;Dotąd za kopcem góry miało schronę.

106 Widma gromadą całą ku jabłonceWznosiły dłonie i błagalne oczy,jak pacholęta chciwe i łaknące,

109 Kiedy się z niemi kto przekornie droczyI by powiększyć oskomy i głodu,Ponętnem jabłkiem, w górę dzierżąc, toczy.

112 Odeszły, jak człek, co dozna zawodu,A my staniemy u dziwnej jabłoni,Gardzącej jękiem błagalnym narodu.

115 »Kto idzie, niech się nie zbliża, niech stroni!Wyżej jest jabłoń, z której jadła Ewa;To jest latorośl pozostała po niej«.

118 Ten głos zaszumiał śród gałęzi drzewa;Więc ja, Wirgili i Stacjusz, we trojeSkręcim, gdzie ściana wysterczała lewa.

121 »Znane wam«, wołał, »nieszczęśliwe znojeObłokotworów, gdzie lud winem sytyDwoistą piersią wiódł z Tezejem boje.

124 Znani Żydowie, z Gedeona śwityPowykluczani i boju niewarci,Który gotował na Madyjanity«.

127 Kroczymy prawie do ściany przyparci,Przysłuchując się, jakimi dopustyPan Bóg łakome i opiłe karci.

130 Więcej tysiąca kroków tak po pustej,Stąpając luzem, uszliśmy drożynie,Skupieni w sobie, z zamkniętemi usty.

133 »O czem dumacie wy trzej?« taki spłynieGłos ku nam. Zatem drgnę całą istotą,Podobien płochej, przelękłej zwierzynie.

136 Podniosłem głowę, chcąc obaczyć, kto to?Zaprawdę bledszą kruszec w ogniu tygliJarzy się barwą purpurowo-złotą,

139 Niż on, gdy mówił; »Abyście się dźwigli,Trzeba wam po tej obrócić się zboczy;Tędy szli, którzy pokoju dościgli«.

142 Widzenie jego porwało mi oczy,Więc ku mym mędrcom nachylałem głowyJak człowiek ślepy, co za słuchem kroczy.

145 A jako zwiastun jutrzenki, majowyWietrzyk nabrzmiały zapachami wionieSsanymi z kwiecia łąki i dąbrowy,

148 Taki dech, — czułem, — omuskał mi skronieArchanielskimi, — czułem, — zbudzon pióry,I dał mi poczuć ambrozyjskie wonie.

151 Głos wtem powiadał: »Błogosławion, któryTyle ma łaski bożej, że mu z duszeZbytnich pożądań nie wstają wichury,

154 Że jeno tyle pożąda, co słusze«.

1 Czas było w górę dążyć ku ostatku,Gdyż słonecznego okrąg południkaStał już na Byku, a noc na Niedźwiadku.

4 Więc jako człowiek, co się nie umyka,Lecz dąży prosto, gdzie mu zamiar każe,Mimo, że w drodze szkopuły spotyka,

7 Myśmy wstąpili w nowe korytarzeJeden za drugim i na wązkie schody,Co nie pozwolą postępować w parze.

10 Jak się poderwać chce bocianek młodyZ gniazda i nie śmie i sam sobą trwożyI skrzydła zwija w obawie przygody,

13 Tak ja, gdy pełgła i zgasła tem skorzejChęć odezwania się w głos, bywszy w gieścieCzłowieka, który już usta otworzy.

16 Nie przestał gwarzyć, mimo żwawo przejście,Mój słodki Ojciec i rzekł: »Wypuść strzałęMowy, napiętą po same żeleźce«.

19 Więc rzekłem, wargi rozchylając śmiałe:»Jak się to może dziać, iż widma chudnąW bycie, gdzie winny być na głód wytrwałe?«

22 »Jeśli przypomnisz«, odrzekł, »powieść cudnąO Meleagrze, jako z ogniem drewnaWraz gorzał, pojąć będzie ci nie trudno.

25 Spójrz, jak w zwierciedle kształtów twych odzewnaPostać z twym ruchem jednako się śliźnie,A rzecz oporna stanie ci się pewna.

28 Lecz byś wybadał tych spraw głębie niźnie,Masz tu Stacjusza; jego proszę grzecznie,Aby lekarzem zechciał być twej bliźnie«.

31 Ów na to: »Prawa działające wiecznieWykładać, gdzie ty stoisz, mistrz nad mistrze?...Ale posłucham, gdy każesz koniecznie«.

34 I zaczął: »Jeśli myśl zrozumiesz bystrze,Którą ci tutaj mój wykład podawa,Światło twym mrokom wybłyśnie ognistsze:

37 — Krew najwybrańsza, która się ostawaZ soków, skoro miąsz ciała wykarmiły,Jako zebrana ze stołu potrawa,

40 W sercu, nie indziej, czerpie twórcze siłyNa kształtowanie członków; a te składaW ten sposób, co krew, która ciecze w żyły.

43 Coraz się czystsza klaruje, aż spada,Gdzie przystojniejsza milczeć i tam z innąKrwią w przyrodzonem naczyniu się zsiada.

46 Obie się łączą skłonnością, powinnąŹródłu, skąd biorą szlachetne poczęcie:Jedna z naturą bierną, druga z czynną;

49 I zaczynają działać w tym momencie,Naprzód formując, a potem tchnąc życieW płód utworzony przez dwu krwi zajęcie.

52 Moc czynna duszą zwie się w nowym bycieJak w zielu, jeno, że tam otrzymujeOdrazu, tu zaś urabia swe życie.

55 W dalszem istnieniu już rusza się, czujeNa sposób morskich głębin zwierzokrzewaI zmysły ze swych pierwocin kształtuje.

58 To rozprzestrzenia się, to w jedno zlewaMoc, co się z serca płodzącego bierze,Kędy natura członki przyodziewa.

61 Lecz jak w człowieka przemienia się zwierzę,Jeszcze nie widzisz: niech ci wstyd nie będzie,Bo większy mędrzec zmylił się w tej mierze.

64 Uczy on — i tu widocznie tkwi w błędzie, —Że jest od umu dusza oddzielona,Skoro nam umu nie widne narządzie.

67 Ty prawdę z ust mych zdjętą przyjm do łona:Ledwie się w płodzie materja ustroiTyle, iż mózgu budowy dokona,

70 Pierwo-ruch boży z czynu ręki swojejZadowolony, tchnie weń pełen mocyDuch i pierwotnym oddechem go poi.

73 Ten władze czynne w swej treści jednoczy,Z których się tworzy jedna i jedynaDusza, co żyje, czuje, sobą toczy.

76 Byś lepiej pojął, jak się to poczyna,Patrz na żar słońca, gdy w płynnej kąpieliJagód przemienia się na tęgość wina.

79 Aż kiedy Parce zabraknie kądzieli,Dusza zabrawszy tak ludzkie jak bożeMocy, z cielesnej wyrywa się celi.

82 Władze zmysłowe osłabną w tej porze,Zato pamięci, rozumu i woliMoc wówczas w niej się powiększy i wzmoże.

85 Gdy sama przez się z ciała się wyzwoli,Cudem przypada na jedno z wybrzeżyI tam poznaje swoję nową kolej.

88 Gdy ją ogarnie wiew krainy świeżej,Moc promienieje twórcza z jej istoty,Jak tam, gdy żyła śród ziemskich rubieży.

91 A jak powietrze wilgotne w czas słoty,Pod wpływem słońca, co się w niem przeziera,Siedmią barw krasi tęczy kołowroty,

94 Podobnie cała w okół duszy sferaPowietrzna, swoje kształtuje osnowyWedle form, które duch na nią wywiera.

97 Jak za płomieniem języczek ogniowyPolata w górę śladem jego tchnienia,Tak i za duchem kształt podąża nowy.

100 Z niego swój pozór biorąc, nazwę cieniaNosi i daje właściwych narzędziMoc zmysłom, nawet zmysłowi widzenia.

103 Tu się więc śmieje i tu się gawędzi,Tutaj się wzdycha i płacze i smuci,Jako to słyszysz na każdej krawędzi.

106 W miarę, jak które budzą się w nas chuciAlbo niechęci, swój cień zmienia dusza;I to jest, z czem się twój rozsądek kłóci«. —

109 Już tylko jedna została katusza;W prawo ostatnie zbiegamy koleje;Tu inny widok do baczności zmusza.

112 Cały bok góry płomieniami zieje,A zaś od brzeżka pęd silnej wichuryNapowrót spędza ognistą zawieję.

115 Wąziuchnem przejściem Mistrz i Stacjusz wtóry,Ja trzeci kroczym; groza mię opadnie:To drżę, że spłonę, to, że runę z góry.

118 »Wędzidło wzroku niech tu sobą władnie«,Mistrz mi powiada; »miej się ku obronie,Bo na tej ścieżce chybić można snadnie«.

121 Boże wielkiego miłosierdzia! w łonieCzerwonych żarów śpiewali pieśniarze,Zmuszając oczy spojrzeć ku ich stronie.

124 Ujrzałem widma chodzące w pożarze;Więc to na stopy swe patrząc, to na nie,Na dwoje spojrzeń mych dzieliłem straże.

127 Zaledwie rozjęk żałosny ustanie,Gdy: Męża nie znam, brzmią głosy ogniste,A po nich ciszej poprzednie śpiewanie.

130 Inny głos wołał: »Dyjana KalistęWygnała z gaju, bo nimfie sromotaSplamiła duszę przez żądze nieczyste«.

133 Potem niewiasty zacnego żywotaByły sławione i mężowie czyści,Jak ich mieć życzy małżeństwo i cnota.

136 Tak to zawodzą, podczas gdy się iściIch odkupienie w ogniowej ostoi:Takim-to trudem ich wina się czyści

139 I taką maścią ich rana się goi.

1 Kiedy idziemy jeden w ślad drugiego,Coraz to do mnie rzecze Mistrz łaskawy:»Baczność, gdy usta moje cię ostrzegą«.

4 Słońce raziło mię w obojczyk prawy,A na zachodzie całym już lazurySzły w białość, zwolna gubiąc odcień bławy.

7 Ogień brał barwę ciemniejszej purpuryOd mego cienia; wędrowcy pożarniJęli poglądać na ten cud natury

10 I być zaczęło między nimi gwarniej:»Snąć jego ciało«, tak mówić poczęli,»Nie jest pozorne«, i z ogniowej parni

13 Niektórzy prosto ku mnie się pomknęli,Zawsze stąpając uważnie i dbale,Ażeby nie wyjść z płomiennej kąpieli.

16 »O ty, co z tyłu kroczysz opieszale,Może z szacunku dla tych, co cię wiodą,Mnie, co się w ogniu i pragnieniu palę,

19 Odpowiedz; wszystkim będzie nam osłodą:Bardziej się wieścią radujem w tym świecie,Niż Etyjopczyk lub Ind chłodną wodą.

22 Skąd mogłeś murem stanąć w przek płanecie?Toć go cielesną przesłaniasz okrywą,Jakbyś w śmiertelne jeszcze nie wpadł siecie!«

25 W te słowa ozwał się duch; ja co żywoChciałem mu odkryć siebie i swe miano,Kiedy wtem inne zjawiło się dziwo.

28 Bo skróś płomieni buchających ścianąSpieszył lud jakiś naprzeciw tej trzódki,Com jej źrenicą śledził zawahaną.

31 I poskoczyły z serdecznej pobudkiObjęcia siebie wzajemnym uściskiemI rade były uciesze, choć krótkiej.

34 Jak między jednem a drugiem mrowiskiemMrówka spotkawszy mrówkę, pyszczkiem tyka,Niby pytając: Skąd idziesz? czy z zyskiem?

37 Tak one; potem każda się umykaI spieszy w drogę skwapliwa i skora,A na odchodnem każda w głos wykrzyka.

40 Jedne wołają: Sodoma, Gomora!Drugie śpiewają, jak w bezecnej sprawieChuć Paryfai płodziła potwora.

43 A jako kluczem podwójnym żórawie,To kraje zimne lubiąc, to upalne,Lecą ku mroźnej lub ciepłej dzierżawie,

46 Tak te dwie rzesze: przez płomienie skalneJedna się zbliża, druga precz ucieka,Ciągle zawodząc swe pienie pożalne.

49 Z pośrodka ognia, który ich przypieka,Podeszli owi, poprzód dziwem zdjęciI stali z giestem tłumu, który czeka.

52 Więc ja, com dwakroć był świadkiem ich chęci,Zacząłem: »O wy, którzy już wnet gośćmiWiecznego miru będziecie przyjęci,

55 Nie pozostało między świata włośćmiMężem pomarłe, lub dzieckiem w kolebceCiało me; jest tu z krwią swoją i kośćmi.

58 W górę ja dążę, porzucając ślepce;Łaskawa dla mnie Pani mieszka w szczycie;Dla niej śmiertelną stopą kraj ten depcę.

61 Oby chęć wasza znalazła w dosycieNajwyższą łaskę na tych niebios dworze,Które najszersze tworzą rozpowicie.

64 Powiedzcie, — niechaj w moje księgi włożę, —Kto wy jesteście i kto jest ta rzesza,Co się cofnęła od nas w ognia morze?«

67 Jak się góralczyk zdumiewa i miesza,Kiedy rzuciwszy skaliska i hale,W mieście swe oczy po pałacach wiesza,

70 Tak osłupiały w pożarnym upale,Lecz się ocknęły zaraz smętne mary,Bo w mądrym podziw trwa niedługo wcale.

73 »Szczęsny ty, który ostatecznej karyZwiedzasz krainę«, duch do mnie powieda;»Ładunek wiedzy bierzesz na galary.

76 Zgrzeszyła owa wędrowna czereda,Czem zgrzeszył Cezar po zwycięstwie doma,Gdy go poddanym zwano Nikomeda.

79 Przeto odchodząc, wołała: Sodoma!«»Sodoma!«Sama się karci takowemi słowy,A skruchę iści, gdy się w ogniu sroma.

82 To-ć powiem jeszcze: grzech nasz był dwupłciowy;Skłóciliśmy się z natury zakonem,Idąc za chucią, jako zwierz surowy,

85 Więc wstyd budzimy w sobie pieśni dzwonem,W której śpiewamy nazwisko tej wstrętnej,Co się zbestwiła w drewnie ubestwionem.

88 Wiesz już, jakiemi znaczeniśmy piętny:Trudno-by wszystkie ponazywać dusze:Ni czas pozwoli, ni jam ich pamiętny.

91 Lecz sam się tobie przecież odkryć muszę:Jam jest, masz wiedzieć, Gwido Guinicelli,Tu-m wszedł, bo życia kres pędziłem w skrusze«.

94 Jak w Lykurgowem nieszczęściu bieżeliSynowie matkę uściskać wbrew straży,Tak jam się porwał biec przeciw zgorzeli,

97 Gdy mi się nazwał i przybliżył twarzyMój rodzic, rodzic najlepszych na ziemiSłodkich i lubych miłosnych pieśniarzy.

100 Tak mię zachwytem ujmie i oniemi,Żem szedł i patrzał w postać lubej mary,Jeno wstrzymywan żary ogniowymi.

103 A kiedy wzrok mój napasłem bez miary,To mu oddałem służbę mą i chęciW słowach zaklęcia, co zmusza do wiary.

106 On na to: »Tak się chowa w mej pamięciCudowność łaski, którą idziesz silny,Że mi jej woda letejska nie zmęci.

109 Lecz mam-li ufać przysiędze niemylnej,Nie taj mi, proszę: z jakiej to przyczynyWzrokiem i mową mnie jesteś przychylny?«

112 Na to ja: »Póki śród włoskiej dziedzinyPieśń będzie żyła, twój wiersz miodopłynnyCennymi czynić będzie pergaminy«.

115 »O bracie«, odrzekł, »jest tutaj kto inny« —I wskazał palcem, — »bardziej godzien cześci,Bieglejszy kowacz swej mowy rodzinnej.

118 W pieśniach miłosnych, w rycerskiej powieściPrzewyższył wszystkich; głupim zwać należyTego, kto wyżej Limuzyńca mieści.

121 Taki rozgłosem, nie wartością mierzySztukę i nim go biegły sąd przekona,Swemu błędowi nazbyt długo wierzy.

124 Ojcowie nasi wielbili Gwittona,Aż sława jego rozgłośna przed światem,Została gwoli większych uszczuplona.

127 Jeśliś na górę tę wstąpił bogatymW szczytny przywilej, a będziesz w klasztorze,Gdzie jest sam Chrystus zakonu opatem,

130 Zmów z Ojczenaszu tyle w imię boże,Ile brak jeszcze ku wiecznej pogodzieDuszy, która być kuszona nie może«.

133 Potem usunął się, bywszy na przodzie,By puścić innych i wraz śród ogniskaZapadł i zginął, niby ryba w wodzie.

136 Jam jeszcze podszedł i stanąwszy z blizkaNieznajomego, rzekłem mu, że zdobięW sercu mem miejsce dla jego nazwiska.

139 A duch rozpoczął grzecznie w tym sposobie:»Taką ponętę w prośbie twojej baczę,Że się nie mogę, ni chcę taić tobie.

142 Ja jestem Arnold, co śpiewam i płaczę,Przypominając swój miniony szał,Rad szczęścia dniowi, że go wnet obaczę.

145 Teraz przez Boga, co ci władzę dałWejścia w te światy i na szczyt prowadzi,Proszę, byś w porę o mnie pomnieć chciał«.

148 Tu przepadł w ogniu, którym winy gładzi.

1 Słońce tak stało, jak kiedy się świtemSwych pierwszych blasków na Golgocie jarzy;Gdy Ebro stoi pod Wagi zenitem,

4 A nurt Gangesu południe rozparzy.Dzień już uchodził; prawie w tejże chwiliZjawił się jasny Anioł z bożej straży.

7 Stanął u ognia, tam gdzie stok się chyli:Błogosławiony, mówił, sercem czysty,Głosem dźwięczącym od naszego milej.

10 »Wprzód was ukąsać musi żar ognisty,Duszyczki święte, chcące do tej bramy:Słuchajcie głosu Anioła-psalmisty«.

13 Tak śpiewa do nas, którzy się zbliżamy;Więc ja się cały w pomieszaniu słonię,Jak człowiek żywcem rzucany do jamy.

16 Twarz pochyliwszy na splecione dłonie,Poglądam w ogień i w mej wyobraźniWidzą skazańca, jak na stosie płonie.

19 Aż towarzysze, świadki mej bojaźni,Zwrócą się do mnie: »Synu, próżna trwoga!Nie śmierci tutaj czekaj, jeno kaźni«,

22 Rzecze Wirgili. »Wszak z Otchłani progaNa Geryjonie przewiozłem cię snadnie,Cóż tu dopiero, gdzieśmy bliżej Boga?

25 Choćbyś lat tysiąc w tych płomieniach na dnieGorzał i płonął jako wiór paździerzy,Wiedz, że włos jeden z głowy twej nie spadnie.

28 Jeśli dowodów żąda, nim uwierzyTwój ludzki rozum, to pozbądź wątpienia,Włożywszy w ogień rąbek swej odzieży.

31 Obacz się w trwodze, ocknij z przerażeniaI przejdź bezpieczny skróś ognia powodzi«...A jam stał ciągle wbrew głosów sumienia.

34 Kiedy się spostrzegł, że próżno podwodzi,Nieco zmieszany rzekł: »Widzisz, mój synu,»OdOd Beatryczy ta ściana cię grodzi«.

37 Jak po spełnieniu rozpacznego czynuNa imię Tisby Piram wzniósł powieki,Gdzie morwa brała kolory karminu,

40 Tak jam zmiękł nagle i do mej OpiekiObróciłem się, słysząc to w pamięciChowane imię, drogie mi na wieki.

43 Mistrz się uśmiechnie i głową pokręci,Mówiąc mi: »Jakże? długo-ż będziem stali?«Jak matka dziecku, gdy jabłuszkiem nęci.

46 Potem wszedł pierwszy w głąb ogniowej fali.»Idź ty ostatni!« Stacyjusza wzywa.A tak mię w środek wziąwszy, wstępowali.

49 Gdym się tam znalazł, do płynnego szkliwaByłbym rad skoczył, tusząc, że ochłódnę,Tak mię owiała gorącość straszliwa.

52 On umilając wędrowanie trudne,O Beatryczy mówił mi natchniony.»Widzę«, powiadał, »te jej oczy cudne«.

55 Głos jakiś wabił nas od tamtej strony;Wyszliśmy, w dźwiękach jego zatopieni,Gdzie szlak prowadził w wyższe regijony.

58 Pójdźcie tu do mnie ubłogosławieni!Nucił z pośrodka blasku, co jaśniejeTak, że lśnią oczy od jego promieni.

61 »Słońce zapada, barwa dzienna mdleje;Nie przystawajcie, lecz krok pilcie chyży,Dopóki zachód na skróś nie zczernieje«.

64 Na wschód szła droga w granitowej nyży:Ja nieprzeźroczą osobą chłonąłemPromienie słońca, które biły z niży.

67 Ledwie po schodach z nimi iść zacząłem,Gdy wszyscy troje, widząc jak cień pierzchnie,Że zajść musiało, pojęliśmy społem.

70 Więc zanim nieba rozległe powierzchnieUjednostajnią się w ciemnym kolorzeI nim dokoła widnokręgu zmierzchnie,

73 Z kamiennych schodów czynim sobie łoże;Chęć w nas jest żywa, lecz sobą nie włada:Takie w tym świecie rządzi prawo boże.

76 Jak to kóz trzódka szczęśliwa i radaDniowi, po skałach żeruje i hasa,A potem żując, cicho się pokłada

79 W cieniu, gdzie słońca gorącość przygasa,Pozostawiona śród tego wywczasuW straż opartego na lasce juhasa;

82 Albo jak owczarz, co wewnątrz szałasuCzuwa patrzący na owieczki swoje,By nie rozprószył ich zwierz dziki lasu,

85 Takeśmy byli naówczas my troje:Ja niby owca, oni moi stróże,W ciasnej framudze mając swe pokoje.

88 Wąziutki skrawek nieba świtał w górze,Gwiazd było tędy widać migotanie:Lśniły niezwykle iskrzące i duże.

91 A kiedy dumam i poglądam na nie,Sen mię ogarnął; sen, przed wschodem słońcaŚwiadom częstokroć rzeczy, nim się stanie.

94 W chwili gdy dniowi wysłana za gońcaCytera, gwiazda miłości, porankaPierwszym promieniem szczyt góry potrąca,

97 Przyśniła mi się nadobna młodzianka:Chodzi po łące i kędy kwiat mija,Tam się nachyla i bierze do wianka,

100 Nucąc: »Kto spyta, wiedz, że jestem Lia;Tu się krzątają palce moje skore,W mych pięknych rękach wianuszek się zwija.

103 Przed zwierciadełkiem w kwiaty się ubiorę:Siostrzyczka Rachel stroi się, a stroiI u zwierciadła siedzi w każdą porę.

106 Ona się wdziękiem pięknych oczu poi,Ja się zaś rąk mych zakrzątaniem cieszę;Jak ją patrzenie, tak mnie czyn pokoi«

109 Już też na wschodzie pierwszy świt się krzesze,Świt pielgrzymowi tem milszy śród drogi,Im bliżej zdąża ku rodzinnej strzesze.

112 Już też pierzchają cienie na rozłogi,A mój sen z nimi: zerwę się czem skorzéj,Widząc, że Mistrze powstali na nogi.

115 »Ród ludzki trudy niepomierne łożyW poszukiwaniu, gdzie jest jabłoń słodka:Ona dziś twoję oskomę umorzy«.

118 Takiemi słowy Wirgili mię potka;A były dla mnie tak lube i świeże,Iż żadna z niemi nie zrówna łakotka.

121 Zatem ochotę z ochotą sprzymierzęIścia ku szczytom i wyruszam śmieléj,Jakby u ramion wyrosło mi pierze.

124 Gdyśmy za sobą wszystkie schody mieliI przestąpili stopień ostateczny,Ku oczom moim Mistrz oczyma strzeli

127 I rzecze: »Ogień doczesny i wiecznyPoznałeś, synu; wstąp na ziemię jasną,Gdzie hart mych źrenic jest niedostateczny.

130 Rozsądkiem wiodłem cię i sztuką własną,Teraz twój zapał niechaj ci przewodzi;Rzuciłeś dróżkę i bystrą i ciasną.

133 Widzisz to słońce, co przed tobą wschodzi?Widzisz te krzewy i kwiaty i zioła,Które ta gleba sama z siebie rodzi?

136 Nim przyjdzie Ona, w oczach znów wesoła,Co płacząc ciebie, zeszła w padół cienia,Usieść tu możesz, lub chodzić do koła.

139 Nie czekaj głosu mego, ni skinienia:Sąd twój dziś wolny, pewny, niezmącony;Głupstwem-by było nie iść w trop sumienia.

142 — Ja ci udzielam mitry i korony«.

1 Pragnąc czemprędzej dostać się do lasku,Co swojem gęstem, żywem liściem chroniOczy od słońca zbytecznego blasku,

4 Brzeg porzuciwszy, poszedłem po błoniI zapatrzony w tę rajską dąbrowęZwolna stąpałem śród światła i woni.

7 Wianie łagodne, słodkie i miaroweW skroń mię trącało, chodzący po sadzieTak delikatnie, jak tchnienie majowe.

10 Zatem gałązki w pokorze i ładzieWszystkie tą stroną gięły swe badyle,Gdzie święta góra pierwszy cień swój kładzie.

13 Lecz ich wiatr przecież nie odgarniał tyle,Aby ptaszęcy rój na każdem drzewiePrzestawał pieśni swoich pod tę chwilę.

16 Owszem, kąpiąc się w porannym powiewie,Z pośrodka liści nuciły radośnie,A szelest wiatru był jak wtór w ich śpiewie.

19 Podobnie szumi w podraweńskiej sośnie,W Chiassi na morskim brzegu, gdy SirokkiemPołudnie nagle powieje ku wiośnie.

22 Już się zaszyłem, wolnym idąc krokiem,W starożytnego głębokości gajuTyle, żem wstępu nie dopatrzył wzrokiem,

25 Gdy mię wstrzymała przeszkoda ruczaju:W lewo garnęły jego drobne faleZioła i kwiaty rosnące po kraju.

28 Wody w padolnej urodzone skale,Choćby najczystsze, jakiś pył zamąca;Ale w tej było czysto jak w krysztale,

31 Jeno, że ciemną zdała się, płynącaPod ciemną gęstwą, która jako żywoNie puści słońca blasku, ni miesiąca.

34 Stopami stałem, lecz źrenicą chciwąBiegłem oglądać za rzeczułki tonieRóżnego kwiecia świeżość osobliwą.

37 Nagle zjawiła się po tamtej stronie, —Jako się zjawia rzecz niespodziewana,Że swą dziwnością wszystek zmysł pochłonie, —

40 Niewiasta; sama szła i rozśpiewanaI zbierająca z pośród kwiatów kwiecie,Którem jej dróżka była malowana.

43 »O piękna pani, w miłosnej poświecieSnać wypieszczona, jak świadczy twe lice,Które jest serca zwierciadłem w kobiecie:

46 Proszę cię, podejdź pod moję granicę«,Powiadam do niej, »nad te czyste zdroje;Niech pieśni twojej osnowę pochwycę.

49 Patrząc na ciebie w wyobraźni roję,Że być musiała taką Prozerpina,Kiedy żegnała dom i wiosnę swoję«.

52 Jak w tańcu młoda i smukła dziewczynaJednę przed drugą z lekka stawia nóżkiI ledwie naprzód sunąc się przegina,

55 Tak więc sunęła ku mnie wzdłuż swej dróżki,Skromnie w dół patrząc i jak wiotkie puchyDepcąc czerwone i żółte kwiatuszki.

58 Aż prośbie mojej dodała otuchy,Podszedłszy do mnie tyle, że jej pieniaTak się wyraźne stały, jak jej ruchy.

61 Skoro stanęła, gdzie w fali strumieniaZ brzegu rosnące ziele się kąpało,Uraczyła mię podarkiem spojrzenia.

64 Nie wiem, czy równe światło zajaśniałoW oczach Wenery, gdy ją płoche dziecięNieuświadczoną ugodziło strzałą.

67 Potem z uśmiechem, rękoma obficieGarnęła barwny kwiat, co na tej glebieŚwiętej niesiany wyrasta i kwicie.

70 Trzy kroki tylko dzielą nas od siebie,Lecz fala Pontu, pyszałków wędzidła,Brama Kserksesa w ostatniej potrzebie,

73 W oczach Leandra pewnie tak nie zbrzydłaTam pod Abydos, jak mnie owa woda,Że nie rozwarła się jak wrótne skrzydła.

76 »Gośćmi jesteście«, rzekła pani młoda,»Na tej wybranej i czarownej niwie,Gdzie miała gniazdo człowiecza przyroda.

79 Może mój uśmiech trzyma was w podziwie,Lecz psalm: Cieszyłeś mię w stworzeniu Panie!Światłem ćmy waszej będzie niewątpliwie.

82 A ty jeżeli masz jakie pytanieNa ustach swoich, mów; mój obowiązek,Ku nasyceniu odpowiedzieć na nie«.

85 »Ta woda«, rzekłem, »i ten szum gałązekRozum mi mącą, sprawiając, że niszczęDotychczasowych wierzeń moich związek«.

88 A ona na to: »Pragnienie twe ziszczę;Wskażę przyczynę, co dziw budzi w tobie,Twoja zamglona myśl swój świt odzyszcze:

91 — Najwyższe dobro, co się lubi w sobie,Stworzyło człeka dobrym, te dziedzinyNa zakład miru dając w twórczej dobie.

94 Krótko bawiwszy tutaj z własnej winy,Słodką uciechę, radość pełną ciszyZmienił na mozół padolnej krainy.

97 Aby wyziewy, którymi to dyszyWoda i ziemię dokoła oblekaI których opar ciepłu towarzyszy,

100 Nie utrudzały pierwszego człowieka,Strzelistej góry tej, od świętych dźwierzyPocząwszy, nie tknie burza, deszcz, ni spieka.

103 A że powietrzna sfora w okół bieżyZa pierworuchem swym, wspólnie krążąca,Póki o krawędź jaką nie uderzy,

106 W tej wysoczyźnie, której nic nie zmąca,W żywem powietrzu ruch okólny wiejeI dzwoni, kiedy w gęstwy lasu trąca.

109 A kiedy się las tym ruchem rozchwieje,Powietrzu w okół moc nadaje płodną,Ono nasiona po przestworach sieje.

112 Zaczem na ziemi, gdzie znajdzie dogodnąGlebę lub sferę, rodzi i rozpleniaDrzew rozmaitych własność różnorodną.

115 Pozbądźcie zatem dziwu i zdumienia,Jeśli najdziecie śród ziemskiego płoduRoślinę obcą z nazwy i siemienia.

118 Masz wiedzieć, gleba świętego ogroduWydaje bujnie kwiaty i owoce,Jakich nie uszczknął nikt z waszego rodu.

121 Woda, co widzisz, nie tryska w opoce,Ani jej syci para oziębiona,Jak strugę, co schnie albo wzrasta w moce:

124 Płynie z polnego wciąż krynicy łona,Tyle wzrastając, ile jej odpływaW nurcie dzielącym się na dwa ramiona.

127 Jeden ma taką właściwość, że zmywaPamięć wszystkiego, co człowiek nabroi,W drugim zaś pamięć cnych czynów odżywa.

130 Z tej strony Lety, a z drugiej EunoiNosi nazwisko, ale nie skutkuje,Aż się duch z obu strumieni napoi.

133 Nad wszystkie wody ta woda smakuje,A choć już dusza twa musi być sytaI dalszych wieści mych nie potrzebuje,

136 Z łaski ci jedno dodam, ni poczytaZa złe, ani też z tego dozna stratyTwój duch, jeśli mu na domiar zaświta.

139 Pieśniarze, co to śpiewali przed latyO wieku złotym i szczęśliwym bycie,W snach wieszczych może te widzieli światy.

142 Tu wiódł człowieczy szczep niewinne życie;Tu był maj wieczny, owoc wiecznie źrzały:To jest ów nektar, o którym gwarzycie«.

145 Więc ja się na to obróciłem całyKu Wieszczom, którzy stali zasłuchaniW dźwięk słów, a oczy — widzę — im się śmiały.

148 Potem spojrzałem znów ku pięknej Pani.

1 Śpiewała ciągle, niby rozkochanaNiewiasta, wreszcie skończyła w te słowa:Szczęśliwi, których wina jest zmazana.

4 Jak nimfy, kędy cienista dąbrowaSplata gałęzie, snują się po gaju:Ta szuka słońca, ta się przed niem chowa,

7 Tak przeszła w górę prądu; ja na skrajuFali, co moje hamowała chęci,Równym z nią krokiem szedłem wzdłuż ruczaju.

10 Jeszczem nie zrobił kroków pięćdziesięci,Kiedy się rzeka w łuk odginać zacznieI równo swoje oba brzegi skręci.

13 Za skrętem dalej uszliśmy nieznacznie,Gdy ona ku mnie swe podała lice;»Mój bracie«, rzekła, »patrz i słuchaj bacznie«

16 A wtem od jednej po drugą granicęOgromna jasność zaświeciła w lesie,Przypominając sobą błyskawicę.

19 Ale gdy piorun jak wypadł, tak rwie sięTu zaś blask ciągle wzrastał między drzewy,Myślałem w sobie: »Co też dziw przyniesie?«

22 I oto słodkie rozebrzmiały śpiewyW jasnem powietrzu; zatem rozżalonyPrzypominałem przeniewierstwo Ewy.

25 Bo gdzie słuchała ziemia i regionyNiebios, tam jedna, zaledwie z rąk PanaWyszła podwika, nie zniosła zasłony.

28 Gdyby zcierpiała ją, skromnie poddana,Dawniej i dłużej byłaby udziałemMoim ta rozkosz niewypowiedziana.

31 Gdy tak pośrodku pierwocin stąpałemWiecznej uciechy, prężąc zmysłów strażeI jeszcze większych cudów wyglądałem,

34 Nagle przed nami zabłysło w pożarzeWszystko powietrze pod gałęzi majemI rozróżniłem pieśń w tonów pogwarze.

37 — O święte Panny! Jeśli ja zwyczajemDla was niewczasy i chłody i głodyCierpiałem, wy mię dziś nagródźcie wzajem.

40 Niech mi Helikon sączy swoje wody,Aż się me myśli trudne w rym ubiorą;Niech mię Uranii wesprą korowody. —

43 Ujrzałem niby drzew złotych siedmioro,Które sunęły k’nam od świętych włości,Niedobadane w swym kształcie; aż skoro

46 Tak blizko owe podeszły jasności,Że ich zewnętrzna postać nie trwoniłaŻadnej ze swoich widzialnych własności,

49 Człowieczej duszy rozpoznawcza siłaDrzewa świecami, a pieśń z dźwięków mętuNagle wyraźnie Hozanną wykryła.

52 Łuna szła górą od pięknego sprzętu,A oto światła świec jaskrawiej płoną,Niż księżyc w pełni pośród firmamentu.

55 Ja wzrok niepewny posyłałem stronąDo Wirgiljusza, ale on odprawiMoje zdumienie źrenicą zdumioną.

58 Więc ku widziadłu wzrok podam ciekawiej,Które się niosło krokiem tak niesporym,Że panny młode nie stąpają żwawiej.

61 Widząc, że oczy wodzę za splendorem,Rzekła: »Przecz wzrok twój w żywem świetle tonie,A nie dba o to, co mknie jego torem?«

64 Lud obaczyłem idący przez błonieJak za wodzami, ustrojony biało;Równej białości niema w ziemskiej stronie.

67 Zwierciadło wodne światłem migotałoU stóp mych leżąc od lewego boku,I lewą moję stronę odbijało.

70 Kiedym postąpił na sam brzeg potoku,Co odgraniczał owe święte szyki,By lepiej widzieć, zatrzymałem kroku.

73 Naprzód się niosły ogniste płomykiI smug za każdym snuł się malowany;I wyglądały niby proporczyki,

76 Z których w powietrzu sklepił się świetlanyŁuk, barwy kładąc tak jednę po drugiej,Jak tęcza słońca lub obręcz Dyjany.

79 W tył się ciągnęły kolorowe smugiDalej, niż wzrok je zgonił po przestrzeni;Cały ten szyk był dziesięć kroków długi.

82 Pod baldachimem tęczowych płomieniDwudziestu czterech starców szło parami,Wszyscy w liljowe wieńce ustrojeni.

85 Błogosławiona-ś między niewiastami,Śpiewali wszyscy, i błogosławioneNiech będzie cudo twych wdzięków nad nami!

88 Tak szli przez kwiaty i ziółka zielone,Tuż naprzeciwko, nad samym ruczajem,Czyniąc za sobą wolne, i przestrone

91 Pole. — Jak gwiazdy po zachodzie, skrajemWody kolejno zwierząt wzeszło czworo,Wszystkie gałązek uwieńczone majem.

94 Na każdem było po skrzydeł sześcioro,Wszystko oczastych; w tysiąc oczu zbrojnyArgus taką miał postać wielozorą.

97 Czasu nie staje ten ich wygląd strojnyOpisać w pełni; w rzecz ważniejszą godzę,Więc tutaj w słowa nie mogę być hojny.

100 Ezechiela widzeniem nagrodzęW jego wspaniałej księdze opisanem:Jako z północy w wichrze i pożodze

103 Widział niesione ognistym rydwanem.(Z nim zgodny skrzydeł kształt i ornamenty,Lecz liczbę zgodną mam ze świętym Janem).

106 Pośrodku, między czterema zwierzęty,Wóz tryumfalny dwukólny pomykał,Do szyi Gryfa misternie przypięty.

109 Gryf po trzy smugi skrzydłami przenikał,Sam zaś pod niemi brał miejsce środkowe:Do nieba sięgał, ale barw nie tykał.

112 Cudny twór złotą miał szyję i głowę,A reszta ciała była barwy mlecznej,Z którą się zlały barwy purpurowe.

115 Na takim wozie ni Scypion waleczny,Ni August zacny wjeżdżał do stolicy;Równego nie miał Faeton słoneczny,

118 Co z zodjakowej wyrwał się granicy,Aż zaklęciami ziemi ubłagany,Jowisz go spalił w sądu tajemnicy.

121 Po prawej stronie wiodły skoczne tanyTrzy młódki: jednej barwa purpurowa,W której nie było od ognia odmiany;

124 Drugiej tancerki cielesna osnowaJakby szmaragdu urobiona wzorem;Trzeciej tak biała, jak śnieżna ponowa.

127 Raz biała wiodła rej, to znów koloremSzkarłatnym znaczna; w takt jej tanecznicePląsały krokiem to wolnym, to sporym.

130 Z lewej tańczyły cztery przy muzycePieśni, w najżywszym gorejąc szkarłacie;To trójoczastą miały przodownicę.

133 Za tym orszakiem, jak go tu czytacie,Szli dwaj starcowie różnego ubioru,Lecz równi sobie w ruchów majestacie.

136 Jeden się uczniem wydawał ze zboruHipokratesa, co był od naturyZesłany dla jej najmilszego tworu.

139 Odmiennej trosce świadczył starzec wtóry,Dzierżąc miecz ostry, blaskami pogromny:Sam jego widok sprawiał mi tortury.

142 Za nimi czterech szło postawy skromnej;Na końcu starzec pochylony laty,Śpiący, wpatrzony w jakiś wid ogromny.

145 Wszyscy siedmioro mieli równe szatyZ pierwszą gromadką, a skronie ubraliNie jako tamci, w lilijowe kwiaty,

148 Lecz w kwiecie barwą róży i korali;Ktoby poglądał z nieco dalszej mety,Rzekłby, że ogniem ich czoło się pali.

151 Gdy rydwan wreszcie przybył na brzeg Lety,Grom usłyszałem i wraz piękne mary,Jakby komendą zatrzymane czety

154 Z przodowniczymi stanęły sztandary.

1 Już ten siedmio-gwiazd pierwszej Nieb dziedzinyCo nie zna Wschodu, ni Zachodu, aniInnych mgieł nie zna, oprócz mgławic winy,

4 Tam zaś naucza, co czynią poddaniSwej powinności: jak ster NiedźwiedzicyUczy żeglarza, gdzie szlak do przystani,

7 Stanął; dwadzieścia czterej przodownicy,Co w ślad Świecznika szli za świętym Ptakiem,Do Wozu przyszli, do miru stolicy.

10 Jeden z nich, jakby niebios był śpiewakiem,Pójdź oblubiona z Libanu, pójdź! woła.Reszta wtór pieniem zawodzi jednakiem.

13 Jak w dzień ostatni na głos ArchaniołaBłogosławiona gromadka powstanieZ odzyskanego jestestwa wesoła,

16 Tak w stu powstali na świętym rydwanie,Posłuszni hasłu, które ich przyzywa,Posłowie, wróżbę śląc na zmartwychwstanie.

19 Błogosławiony ten, który przybywa.Śpiewali, kwiaty rzucając obficie:Kwieciem liliji niech się pookrywa!

22 Jak wyglądają niebiosa o świcie,Że wschodnia strona płonie barwą róży,A reszta stoi w bladawym błękicie;

25 Tarcz słońca w parach porannych się mrużyI we mgle swego nie broni widoku,Tak, że jej oczy mogą wstrzymać dłużej;

28 Podobnie tutaj w kwiatowym obłoku,Którym okryły Wóz anielskie dłonieSypiąc dokoła i z góry i z boku;

31 Z wieńcem oliwnym na białej zasłonieStała Niewiasta w płaszczu barwy ziela,Pod którym szata jak żar żywy płonie.

34 Stęsknił się duch mój, że od lat tak wielaCudem jej wdzięków nie był czarowany:Cudem, co wabi i co onieśmiela.

37 Więc gdy mi błysnął kształt jej ukochany,Przez moc tajemną, która od niej biła,Dawnej miłości poczułem kajdany.

40 A gdy ujęła mię ta można siła,Co po raz pierwszy kiedym był młodziutkiChłopczyna, zmogła mię i zniewoliła,

43 W lewo się zwracam, z tej samej pobudki,Co dziecko, kiedy pod matczyne ramięUcieka koić wielki strach i smutki.

46 Chcę Wirgilemu rzec: »W serdecznej jamieKrwi kropli niemam, ażeby nie drżała,Dawnych płomieni rozpoznaję znamię«.

49 Ale Wirgili zniknął: moja całaRadość, Wirgili, co mi stał na straży,Wirgili, piastun duszy mej i ciała.

52 Nawet te cuda rajskich wirydarzyPomóc nie mogły, by zmyte od rosyZnów nie zczerniały kolory mej twarzy.

55 A ona rzekła: »Dante, chciały losy,Byś sam pozostał; nie płacz żalem zdjęty:Płakać cię zmuszą jeszcze inne ciosy«.

58 Jak na pomostku stojąc, swe okrętyAdmirał z góry kieruje i pędziSłowem rozkazu i giestem zachęty,

61 Tak na rydwanie, po lewej krawędziWidzę, — gdym swego dosłyszał imienia,Którego z musu tu wam się nie szczędzi, —

64 Stała, wróżbami anielskiego pieniaJuż przedtem sercu memu objawiona,Śląc oczy ku mnie po przez nurt strumienia.

67 Chociaż na twarz jej spadała zasłonaZ uzielenionej oliwami głowy,Tak, że mym oczom była utajona,

70 Jednak słyszałem, gdy z giestem królowej,Zaczęła mówić, patrząc mi w oblicze,Jak człek, co wyrzut gotuje surowy:

73 »Przypatrz się: Jam jest, jam jest Beatrycze.A więc raczyłeś wspiąć się na te schody?Wiedziałeś, jakie w tym świecie słodycze?«

76 Oczy me padły na zwierciadło wody,Lecz gdym się przejrzał, powiodłem po łanieKwiecia, bo wstyd mi ubarwił jagody.

79 Jak serce w dziecku na matki łajanie,Tak się na głos jej we mnie onieśmieli,Bo gorzkie w smaku jest politowanie.

82 Zamilkła; po niej śpiewali anieli:W tobiem, o Panie, położył nadzieję..Nie dokończyli zwrotki i stanęli.

85 Jako na grzbiecie italskim topniejeŚnieg i śród borów zrazu w lód się zmienia,Gdy od słowiańskiej strony wiatr powieje;

88 Kiedy zaś z lądów, gdzie brak czasem cienia,Zadmie, wnet taje z gorącym podmuchem,Jako gromnica taje od płomienia;

91 Tak jam bez westchnień stał i z okiem suchem,Zanim poczęli śpiew święci duchowie,Nucący zgodnie ze sfer wiecznym ruchem.

94 Lecz skorom czułość wysłyszał w ich mowie,Z której dźwięczała nuta bardziej tkliwa,Niż gdyby rzekli: Czemu tak surowie?...

97 Lodowa serca mojego pokrywaTchem się i wodą stawszy niespodzianie,Jęk i łez potok ze mnie wydobywa.

100 Ona wciąż stojąc na swoim rydwanieWyprostowana, niemieszkając dłużej,Tak rzekła na ich litośne wołanie:

103 »W ciągłem czuwaniu wam się wzrok nie mruży,Ani krok jeden wam w ciemnościach ginieZ tych, które czyni świat w ciągłej podróży.

106 Więc odgadniecie, do kogo tu czynięPrzymówkę i słów zwracam ostre groty:Chcę, aby skrucha była równa winie.

109 Nietylko przez sfer niebieskich obroty,Z których się pierwszy siew po ziemi siejeTam, gdzie każdego ziarna chcą przymioty,

112 Ale przez łaski bożej przywileje,Co deszcz swój czerpie z tak wysokiej chmury,Że na jej drodze ziemskie oko mdleje,

115 On w wieku młodym otrzymał z naturyTak wiele darów, że w rozumnej szkoleByłby wypiękniał, jak nielada który.

118 Lecz im obficiej mieści w sobie poleSoków żywotnych, bywszy bez uprawyTem bujniej rodzi chwasty i kąkole.

121 Długo mój widok strzegł go od niesławy,A obrócony nań mój wzrok dziewczęcyNie dał mu z drogi występować prawej.

124 Lecz gdy na skłonie doby pacholęcejŚmierć dla drugiego życia mię zabrała,Pokochał inną, a mnie nie chce więcej.

127 Ledwie na duszny byt wybiegłam z ciała,Gdzie owszem wzrosły ma moc i uroda,Tom się mniej lubą i ponętną zdała.

130 Na krzywą drogę zaraz krok swój poda;Dóbr go doczesnych wabią złudne cienieI obietnice, którym wierzyć szkoda.

133 Nic nie pomogło zsyłać nań natchnienie,W snach go ostrzegać i przez inne próbyWołać do siebie; w małej miał je cenie.

136 Tak nizko upadł, że wszystkie rachubyZbawienia spełzły na nic i zawiodły;Zostało wieść go przez naród zaguby.

139 Przebyłam bramę z piekielnemi godły;Do przewodnika jego ze łzą w okuW słowach błagalnych zanosiłam modły.

142 Lecz szczerba w bożym byłaby wyroku,Gdyby mu wolno w za-letejskie krajePrzejść i kosztować wody z tego stoku,

145 Nie płacąc skruchą, co przez łzy się kaje«.

1 »Hej ty z za wody!« ciągnąc dalej, rzeczeI zwraca ku mnie ostrze swej nagany,Której sam brzeszczot dość boleśnie siecze;

4 »Prawda-ż to? prawda?« nastawa, bez zmianyW surowym głosie; »mów, niech się dokonaWłasnem wyznaniem lek tej twojej rany«.

7 Moc życia we mnie była tak stropiona,Żem czuł, jak głos mój zerwawszy się mdleje,Nie zdolny wyniść z przywartego łona.

10 Czekawszy chwilę; »Co się w tobie dzieje«?Spytała, »wyznaj; wszak jeszcze w potokuNiezmyta pamięć zna win swoich dzieje«.

13 Więc tedy w uczuć przeciwnych natłokuCiche »tak« jękiem z mych ust się wyrywa;Żeby je pojąć, trzeba było wzroku.

16 Jak kusza pęka, gdy pod nią cięciwaZbyt się przeciągnie, więc puszczony z łękuPocisk mniej wartko powietrze przeszywa,

22 Tak jam się złamał pod ciężarem lękuI pomieszania; głos się w łonie dławiłI wydobywał pośród łez i jęku.

25 A ona: »W zacnym porywie, co sprawił,Żeś na kochanie dobra nie był głuchy,Nad które świętszych nikt ci nie objawił,

28 Jakie to fosy i jakie łańcuchyWzbraniały tobie, byś w tej żądzy świętejTak wytrwałości pozbył i otuchy?

28 Jakie powaby znów, jakie ponęty,Na czyich licach tobie zaświeciły,Żeś został wszystek ku nim pociągnięty?«

31 Gorzkie westchnienie zerwało me siły;Głosowi z piersi wyniść było trudno,Wargi przemocą w słowa go złożyły.

34 Płacząc, odrzekłem: »Ponętą ułudnąDoczesność moje przykłoniła chęci,Zaledwie w grobie skryłaś twarz swą cudną«.

37 »Czybyś był przeczył, czy chciał w niepamięciUtaić«, rzekła, »wyjdzie na jaw wina;Przed wielkim Sędzią prawda się wyświęci.

40 Lecz gdy ją spowiedź własna wypomina,Wtedy, jak boże chce postanowienie,Na własnym brusie jej ostrze się ścina.

43 By się ocknęło zgnębione sumienie,By po raz wtóry w takie niepokojeNie wprawiły cię ponęty syrenie,

46 Zatamowawszy te żałosne zdrojePosłuchaj, dokąd winne raczej byłyZaprowadzić cię martwe szczątki moje.

49 Nigdy z naturą sztuka nie stworzyłyRzeczy tak pięknej, jak ziemska osłonaMoja, co dzisiaj jest prochem mogiły.

52 A jeśli komu taka rozkosz skona,Jaka śmiertelna piękność zdolna potemNową ponętą zakraść się do łona?

55 Ledwieś był pierwszym zadraśnięty grotem,Do mnie, której już marne szaty prysły,Potrzeba było uciekać z powrotem,

58 Ani pozwolić, aby pióra zwisły,Pocisków czekać z oczu małolatkiLub z innej rzeczy, która łudzi zmysły.

61 Młody ptak nieraz da się zwieść do klatki,Ale na tego, co już porósł w pierze,Darmo zastawiać potrzaski i siatki«.

64 Jako się dziecko zawstydzi macierzeI słucha, oczy spuściwszy z pokorą,I błąd uznawa i żal czuje szczerze,

67 Tak stałem, ona zaś mówiła: »SkoroSłuchać cię boli, podnieś twarz brodatą:Zgryzota twoja wzrośnie w dziesięcioro«.

70 Łatwiej dębinę wyrwie rosochatąWicher wiejący z ziem, gdzie wieczne lody,Lub z ziemi Jarby, gdzie znów wieczne lato,

73 Niż ja na rozkaz jej wzniosłem jagody:Wyrozumiałem jad w jej słowach skryty,Skorom przymówkę słyszał do mej brody.

76 I wzrok podniosłem dotąd w ziemię wbityI obaczyłem, jak swój deszcz kwiecistyZahamowały owe pierwobyty.

79 A Beatrycze moja w mgle złocistej,Z twarzą do zwierza dziwnego zwróconą,Gdzie jest byt jeden w naturze dwoistej,

82 W zasłonie białej, nad wodą zielonąTak Beatryczę-ziemiankę zaćmiewa,Jak tam ziemianek zaćmiewała grono.

85 Zatem mię żalu przypiekła pokrzywa,Że którą serce moje ulubiło,Tak mi się bardzo stała nieżyczliwa.

88 Ostrze zgryzoty tak się we mnie wpiło,Żem padł w omdleniu: nikt mi nie uwierzyPrędzej, niż ona, której dziełem było.

91 Kiedy nabrałem z serca mocy świeżej,Widzę nad sobą piękną panią gaju:»Dzierż się«, wołała, »dzierż się mej odzieży«.

94 I zanurzywszy po szyję w ruczaju,Wlokła za sobą, a sama po toni,Jak czółnko tkackie szła. Kiedym do skraju

97 Już się przybliżał czarodziejskiej błoni,Pokrop mię Panie, zabrzmią słodkie tony,Jakich ni pióro, ni zmysł mój nie zgoni.

100 A piękna pani objąwszy ramionyGłowę mą, w wodę wcisnęła całego,Tak, żem się musiał napić, zanurzony.

103 I wyciągnąwszy tak umoczonego,W czworga tanecznic postawiła chórze;Wszystkie ramiona ich na mnie się zbiegą.

106 »Tu-śmy nimfami, a gwiazdami w górze;Nim na wasz padół zeszła Beatrycze,Nam czterem była oddana pod stróżę.

109 Zaprowadzimy cię przed jej oblicze;Wzrok ci wystalą te nasze trzy drużki,Co patrzą głębiej w rzeczy tajemnicze«.

112 Tak wyśpiewują do mnie boże służki:Do piersi Gryfa pod ręce mię wiodą,Gdzie stała pani ma nad brzegiem strużki.

115 »Teraz ócz nie szczędź; paś się jej urodą,W blaskach szmaragdu napój się łakomie,Skąd Amor strzały ciskał w pierś twą młodą«.

118 Tysiąc pożądań gorących jak płomięDo jej błyszczących oczu biegło lotem,Które utkwiły w Gryfie nieruchomie.

121 Jako w zwierciedle słońce skier migotem,Tak się w jej wzroku zwierz, co wraz był ptakiem,Odbijał to tym, to owym przymiotem.

124 Pomyśl, czym zdumiał się nad cudem takim:Oto w mych oczach przedmiot stał nietknięty,A obraz kształtem mienił się dwojakim!...

127 Gdy tak rozkoszą i dziwem przejętyDuch mój kosztował tej rajskiej łakotki,Co sycąc, razem wzmaga swej ponęty,

130 Owe z pod znaków najwyższych trzy młódkiSzczytną godnością strojne w każdym gieściePodbiegły, tańcząc w rytmie świętej zwrotki:

133 »O Beatrycze, zlituj się nareszcie,Zjaw święte oczy swemu kochankowi!On tyle schodził, by stanąć w twem mieście.

136 Ukaż mu usta; niech łaska odpowieTej prośbie naszej, a on niech z tej łaskiWtórą twą piękność pojmie i pozdrowi«.

139 Tak nucą. — O wy słońc wieczystych blaski!Choćby kto pracą wychudził swe lice,Choćby się poił w krynicy parnaskiej,

142 Tu-by przekroczył możności granice,Chcąc skreślić, jak się zjawiła-ś dla oczu,W kwiatów obłoku, w sferowej muzyce,

145 Zrozpowijana w powietrznem przeźroczu!

1 Tak chciwie na niej oczy me zawisły,Dziesięcioletnie chcąc gasić pragnienie,Że zapomniały mi się inne zmysły.

4 A nieowładne owo zapatrzenieStanąwszy między światem a jej świętemObliczem, w dawne niewody mię żenie.

7 Kiedy tak pasę wzrok, jednym momentemW lewo go wściągną trzy niewiasty boże,Wołając do mnie: »Olśnie ci ze szczętem«.

10 Wtem moc widzenia moja zaniemoże,Jako to mdleją oczy oślepioneI znieczulone w słonecznym splendorze.

13 Aż kiedy w mniejszych jasnościach ochłonę, —Powiadam: mniejszych przeciw jej urodzie,Od której głos mię odwiódł w inną stronę, —

16 Ujrzę, dostojne wojsko w swym pochodzieSkręca na prawo, ukąpane w złotemSłońcu i świecach sunących na przodzie.

19 Jak rota bronna puklerzy namiotemSkręca się, koło sztandaru zebrana,Aż front odmieni zupełnym obrotem,

22 Tak te zastępy niebieskiego PanaW mych oczach łukiem gięły się na szlaku,Zanim zawrócił kierownik rydwana.

25 Przy wozie poszły niewiasty orszaku;Gryf ciągnął ciężar swój, tak lekki w chodzie,Że jedno piórko nie drgnęło na ptaku.

28 A piękna pani, co mię zmyła w wodzieI Stacjusz i ja szliśmy w trop za kołem,Które łuk mniejszy kreśliło w obwodzie.

31 Tak snuł się pochód po gaju wesołym,Pustym z win Ewy, co węża uznała;W rytmach anielskich stąpaliśmy społem.

34 Bliżej, niż trzykroć wypuszczona strzałaPrzeleci, stanął pochód ze sztandary:Tam Beatrycze z wozu zstępowała.

37 »Adamie!« smutne rozebrzmiały gwaryW okół rośliny, co ogołoconaZ liści, nagimi sterczała konary.

40 Modłą przedziwną była jej koronaSzersza ku górze; rośliny tak sporejNie rodzą nawet indyjskie nasiona.

43 »Błogosławiony ty Gryfie, żeś koryZ drzewa nie uszczknął, choć w smaku miodowa;Ktoś inny od niej wił się z bólu chory«.

46 Pod krzepkiem drzewem taka brzmiała mowa,A zwierz dwukształtny wołał, gdy je zoczył:»Sprawiedliwości siemię tak się chowa«.

49 Tedy do wozu zwrócił się i toczył,Aż go przyciągnął do wdowiego drzewaI to, co z niego, do gałęzi troczył.

52 Jak w porze, kiedy słońce jasność zlewaZ inną jasnością, która to w koronieZodjaku po za Rybą rozelśniewa,

55 Pęcznieją zioła, aż każde zapłonieBarwą z bożego daną mu dekretu,Nim w innym znaku słońce sprzęże konie,

58 Podobnie, mniej niż barwą fioletu,Więcej niż róży, ów pień się odnowi,Stojący nakształt nagiego szkieletu.

61 Nie znam i nie wiem, czy gdzie słuch ułowiPieśń taką słodką, takjak ta, co tam biła;Zmysł mój nie zdołał zdzierżeć jej czarowi.

64 Gdybym mógł pędzlem oddać, jak uśpiłaOkrutne oczy powieść o Najadzie:Oczy, dla których czujność zgubą była,

67 To sztuką, co się w żywych barwach kładzie,Wyobraziłbym, jak wpadałem w ciszę;Niestety, niemoc stoi mi na zdradzie.

70 Zatem odrazu ocknienie opiszę:Pękła zasłona snu; blask poszedł po niej;»Wstawaj! co czynisz?« takie słowa słyszę.

73 Jak mając ujrzeć kwiateczki jabłoni,Której owocu anieli łakomiI która Niebo upaja w swej woni,

76 Piotr, Jan i Jakób padli niewidomiI znów powiekę podnieśli zemdlonąNa głos, co większe sny, bywało, skromi;

79 I zobaczyli uszczuplone grono,(Eliasz z Mojżeszem zniknęli w obłoku),A szatę Mistrza swego przemienioną,

82 Tak jam się ocknął i podniósł z widokuTej rozżalonej nad zbłąkaniem mojem,Która mię przedtem wiodła wzdłuż potoku.

85 »Gdzie Beatrycze?« pytam z niepokojem.»Patrz«, rzekła, »siedzi na drzewa korzeniuUmajonego nowych liści strojem.

88 Przypatrz się, w jakiem błyszczy otoczeniu;Reszta za Gryfem już jest wniebowzięta,Wzlatuje w słodszem i wznioślejszem pieniu«.

91 Czy jeszcze więcej mówiła ta święta,Nie wiem, bo w oczach mych już tylko gościOna i wszystkie moje zmysły pęta.

94 Sama siedziała na ziemi szczerości,W straż tej kolaski pięknej zostawiona,Którą Zwierz przywiózł jeden w dwuistności.

97 W okół się plotła z siedmi nimf korona:Każda z nich w ręce jasny lichtarz dzierży,Nietrwożny Austru ani Akwilona.

100 »Krótko zabawisz; ze mną ci należyObywatelstwo wieczne w onym Rzymie,Gdzie to sam Chrystus był pierwszym z rycerzy.

103 By świat poprawić, który zła się imie,Na rydwan patrzaj; co tutaj się stanie,Wróciwszy na dół, opiszesz w swym rymie«.

106 Tak Beatrycze; ja zawsze poddanieWypełniający, cokolwiek poleci,Wzrok i uwagę wieszam na rydwanie.

109 — Nigdy tak pędem gwałtownym nie leciPiorun z za gęstej obłoków osnowy,Skoro się w sferze płomienia roznieci,

112 Jak tutaj runął z góry JowiszowyPtak i obszarpał na jabłoni koręI omuskał z niej kwiaty i liść nowy.

115 Wtem całą mocą uderzył w komoręWozu; tak w okręt tłuką wodne masy,Rozkołysane w nawałniczną porę.

118 Do tryumfalnej następnie kolasyWkradł się Lis, cały wychudzony czczościąI na potrawę niezaznaną łasy.

121 Ale skarcony w swej brzydkiej chytrościOd pani mojej naganą surową,Pierzchł, ile znieść go mogły chude kości.

124 Po chwili Orzeł, skąd spadł, stąd nanowoRzucił się pędem na wozu rynsztunekI zasłał pierza białością puchową.

127 Jak z łona, w którem tłucze się frasunek,Tak z nieba ozwał zięsię głos i żałował:»O łódko moja, smutny twój ładunek«.

130 Między kołami grunt się rozstępował;Z głębi Smok wyszedł i kolcem oczosaZ pod spodu wiercąc dno, kolaskę psował.

133 A jak swe żądło w siebie ściąga osa,Tak je ściągała poczwara zjadliwa:Część dna wyrwała i uszła z ukosa.

136 Jak pulchna ziemia runią się okrywa,Tak rydwan puchem bożego sokoła,Co go chęć może przyniosła życzliwa.

139 Szczęt zatem wozu i dyszel i kołaOtuliły się w te puszyste strojeSzybciej, niżeli człowiek westchnąć zdoła.

142 Gdy tak sprzęt boży zmienił kształty swoje,Nagle mu z wnętrza siedem głów wynika:Czworo po krańcach, a na dyszlu troje.

145 Na trzech po parze rogów jak u byka,Na czterech jeden w czele; tak bajecznejStwory śród ziemi nikt nie napotyka.

148 Jako na góry szczycie głaz bezpieczny,Siedziała na niej, chyżemi oczymaStrzelając, postać Niewiasty wszetecznej.

151 A jako strażnik straż nad skarbem trzyma,Stał nad nią Olbrzym z ohydnem obliczem:I całował ją, a ona Olbrzyma.

154 Widząc, że ku mnie swem okiem zwodniczemStrzelała, srogi ów gach nielitośnieOd stóp do głowy siekł ją ostrym biczem.

157 Potem odrazu gniewnie i zazdrośnieOdwiązał potwór i powlókł do boru,Który tam jak tarcz dzieląca mię rośnie

160 Od nierządnicy i dziwnego stworu.

1 Boże, w dziedzictwo twe weszły pogany!Ten chórem raz trzy, raz cztery dziewicePsalm zawodziły, nucąc na przemiany.

4 Pani ma słucha, zapłakawszy lice,A mnie się zdaje, gdy tak głowę kłoni,Że widzę bożą pod krzyżem Rodzicę.

7 Kiedy skończyły, wstaje z pod jabłoni,Aby przemówić i cała w rozświcieMiłości barwą ognia się zapłoni.

10 »Maluczko«, rzecze, »a nie obaczycieMię; zaś maluczko przeminie, a onoSiostrzyczki lube, znów mię obaczycie«.

13 Przodem posłała drużek śpiewne grono,A ruchem dłoni stawiła w odwodzieMnie i Stacjusza i niewiastę oną

16 Litośną; tak szła po rajskim ogrodzie.Nie uczyniła dziesiątego kroku,Kiedy oczyma w oczy me ubodzie

19 I tak łagodnie rzecze: »Na widokuBądź mi, ażebyś słuchał, gdy ci wskażę;Pospieszaj prędzej i chodź przy mym boku«.

22 Tedy podbiegłem i stanąłem w parze,A ona: »Bracie, skąd te lęki zbytnie?Czemu nie wyznasz, co chowasz w zamiarze?«

25 Jak się podwładny zbliża czołobitnieI ledwie bąka słowa przed zwierzchnikiem,Bo mu się w ustach głos zalękły przytnie,

28 Tak ja niepewnym bąkałem językiem:»Ty wiesz, co na mój pożytek wypada,Bo tak jak ze mną, nie współczujesz z nikim«.

31 »Niechże cię«, rzekła, »trwoga nie owłada;Zbądź zawstydzenia; chcę, byś w tej krainieNie szedł jak człowiek, który we śnie gada.

34 Wiedz, że od smoka zepsute naczynieByło, lecz nie jest; niech się z pomstą liczyOlbrzym, która go pewno nie ominie.

37 Zrodzi się Orlik i rząd odziedziczyPo orle, co wóz obsypał swym puchem:Wóz-potwór, Drzewu zabrany w zdobyczy.

40 To wam oznajmiam, co oglądam duchem:Oto się w gwiazdach lepsza dola święciNiepowstrzymana przeciwieństw łańcuchem.

43 Gdy od Pięciuset pięci i dziesięciNa śmierć zdławiona będzie RozbójnicaI Olbrzym, co z nią w sprosnej grzeszył chęci.

46 Może cię miesza słów mych tajemnica,Jak Temidzinej lub Sfinksa zagadkiI dla twych oczu zakryte ma lica.

49 Lecz Najadami wnet będą wypadki,Wypełniające to, co słowa wróżą,Ani się tutaj użalą ich świadki.

52 Widzenie moje niech wiernie powtórząTwe usta ludziom, co żyją żywotemBędącym ciągłą w kraj śmierci podróżą.

55 A kiedy pisać będziesz, pomnij o tem,Żeś widział Drzewo, ku którego zgubieZamierzano się podwójnym nawrotem.

58 Kto zeń ukradnie lub kto go uskubie,Ten bluźni czynem przeciwko osobieBoga, co święcił je ku swojej chlubie.

61 Lat pięć tysięcy miał czekać w żałobieDuch utęskliwy waszego pradziada,By Zbawca winę jego mścił na sobie.

64 Śpi chyba duch twój, jeśli nie dobada,Czemu roślina tak wzwyż wystrzeliłaI swe konary tak w okół rozkłada.

67 Gdyby ci duszy nie zaskorupiłaNakształt wód elskich, płochość korą z głazu,Ni jej jak Piram morwę poplamiła,

70 Po tych znamionach poznałbyś odrazuW sensie moralnym, jakie prawo bożeTkwi w treści tego o drzewie zakazu.

73 Lecz widząc umysł twój w kamiennej korzeI przyciemniony jak owoc morwowy,Tak że jasności słów mych znieść nie może,

76 Chcę, byś obrazem, jeżeli nie słowy,Tę prawdę na swej zawiesił pamięci,Jak na pielgrzymiej lasce liść palmowy«.

79 Na to powiadam jej: »Nakształt pieczęci,Która się w wosku powtarza odbita,Mowę twą w duszy wyryły me chęci.

82 Lecz czemu wiedza twoja smakowitaTak nad mój rozum wylatuje zgoła,ZeŻe im ją bliżej goni, tem mniej chwyta?«

85 »Przeto, byś wiedział, jaka twoja szkołaI jak daleko jej bystrość domierzyI jak mych wyżyn doścignąć nie zdoła.

88 Od bożej drogi tak daleko leżyWasza, jaka jest odległość obręczy,Po której niebo najszczytniejsze bieży«.

91 »Nie pomnę«, rzekłem, »bym w dobie młodzieńczejZaniechał wiedzy, co mię dziś zachwyca,Ani mię o to me sumienie dręczy«.

94 A na to ona, śmiechem krasząc lica:»Ale ci przecież pamięć przypomina,Że cię poiła letejska krynica?...

97 Jako się z dymu ogień przypomina,Tak tu ze skutku ten wniosek się snowa,Że była zdrada i że była wina.

100 Odtąd już naga będzie moja mowa:Widzę, że muszę wyświecić ją z cienia,By jej dostrzegła źrenica surowa«.

103 Już też jaskrawiej i wolniej w płomieniaKręgu szło słońce torem południka,Co dla każdego miejsca się odmienia.

106 Siedm nimf stanęło nakształt przewodnika,Który na czele kompanii bieżyI nagle przedmiot nieznany spotyka.

109 Tam, gdzie cień konał na lasu rubieży,Ciemny, jak owy, co pod rosochatemDrzewem nad chłodną wodą w Alpach leży,

112 Ujrzałem, niby Tygrys z EufratemPłynące; jedne wydały je zdroje:Rozstawały się zwolna, jak brat z bratem.

115 »Chwało ludzkiego rodu, światło moje!«Pytam, »jak zwie się woda, co wypływaZ jednego źródła, a nurt dzieli w dwoje?«

118 Na to odrzecze mi ta dobrotliwa:»Spytaj Matyldy«. Więc ta przemówiłaJak człowiek, co się z zarzutu obmywa:

121 »Te tajemnice, oraz innych siłaJuż mu przezemnie były wyjawione:Chyba-ż ich woda letejska nie zmyła«.

124 A Beatrycze: »Może w inną stronęPodana baczność, w której pamięć ginie,Na oczy duszy rzuca mu zasłonę...

127 Lecz spojrzyj: Oto Eunoë płynie:Jako z innymi czynisz, wiedź go do niej:Niechaj się w swojej niemocy ochynie«.

130 Jako się dusza uprzejma nie broni,Lecz cudzej woli swą czyni obrazem,Skoro się w znaku widocznym odsłoni,

133 Tak ona dłoń mą z uprzejmym wyrazemWzięła i poszła naprzód, do StacjuszaZ pańskiem skinieniem mówiąc: »Chodź ty razem«.

136 Gdybym mógł spisać, ile mię poruszaTych chwil wspomnienie, śpiewałbym napoje,Z których-by wiecznie rada czerpać dusza.

139 Lecz oto pełne są już karty mojeMaterją na śpiew o czyścowym kraju,Więc cuglem sztuki ten zapęd pokoję.

142 Na brzeg wróciłem, w przeświętym ruczajuTak odrodzony, jak rośliny nowe,Okryte szatą zielonego maju:

145 Czysty i gotów wylecieć na gwiazdy.

1  Majestat wszystkich rzeczy wzruszycielaW przestwory wnika i na światów skronieUstopniowaną jasnością odstrzela.

4  W niebie, co sporzej bożych iskier chłonieByłem; widziałem, czego nie wyświęciSłowami człowiek, choć był w tamtej stronie.

7  Bo przybliżony do celu swych chęciRozum nasz tak w nim przepaściście ginie,Że nie pociągnie za sobą pamięci.

10  Ile z widzianych w przeświętej krainieCudów zaskarbić zdołał umysł gruby,Obecnie treścią mych pieśni uczynię.

13  Dobry Apollo, u kresowej próbyZrób mię naczyniem swej mocy i łaski,Abym wysłużył wawrzyn tobie luby!

16  Dotąd wystarczał jeden szczyt parnaski;Teraz, gdy w szranki mam wstąpić takowe,Z obudwu na mnie muszą spłynąć blaski.

19  Wnijdź w moje piersi, daj taką wymowę,Jak gdyś wyłuszczał w zwycięskiej zabawieZ pochwy swych członków ciało Marzjaszowe!

22  O boska Mocy, gdy przez ciebie sprawię,Że ów kraj święty, widny wyobraźni,Bodaj słów cieniem odbiję na jawie,

25  Pod twój pieszczony krzew podejdę raźniejWieńczyć skroń liściem, którym wyposażaDostojność treści i dank twej przyjaźni.

28  Tak rzadko, Ojcze, uszczknąć go się zdarza(O wstyd! — przez winę błędnej ludzkiej chuci)Na tryumf wieszcza lub tryumf mocarza,

31  Iż, pewnie tuszę, w radość się obróciBogowi z Delfu ta myśl, że krzewinaPenejska jeszcze w kimś pragnienia cuci.

34  Z małej się iskry wielki pożar wszczyna:Po mnie, skuteczniej ktoś, w późniejsze lataBędzie o łaskę prosił Apollina. —

37  Przez rozmaite bramy lampa świataWschodzi śmiertelnym, lecz onym zaworem,Co cztery kręgi w troje krzyżów splata,

40  Pod lepszą gwiazdą, ruchem bardziej skorymKrok swój posuwa; w naszej ziemskiej glinieUmiarkowańszym odbija się wzorem.

43  Tu więc był ranek, a wieczór w nizinie:Czarność zapadła w ziemskiej półkulicy,A świt wybielił przestworne pustynie.

46  Na Beatryczę spojrzę: ku lewicyZwrócona oczy ze słońcem potykaBystrzej, niżeli zdoła wzrok orlicy.

49  Jak jeden promień z drugiego wynika,Gdy załamany powrotnie ku górzeOdstrzela na wzór tęsknego pątnika,

52  Tak ja giestowi Beatryczy wtórzę,Który się odbił w moich źrenic szybieI w słońce patrzę wbrew ludzkiej naturze.

55  Snać tam mi wolno, czego tu pochybię,Dzięki przedziwnej mocy rozesnutejW rodu ludzkiego właściwej siedzibie.

58  I wytrzymałem słońce wzrokiem póty,Aż mi się nagle iskrami zaroiłJak od żelaza dobytego z huty.

61  Wtem zajaśniało, jakby się podwoiłDzień i jak gdyby Ten, co pięknem darzy,Niebiosa w słońce podwójne przystroił.

64  Zapamiętała w kół wieczystych zarzyStała Beatryx, ja zaś wzrok odjętyOd kręgu słońca utkwiłem w jej twarzy.

67  Tedym się począł od tej twarzy świętejMienić jak Glaukus, gdy zjadł pewne ziołaI między bogi — bóg skoczył w odmęty.

70  Przeczłowieczenie wyrazić się zgołaSłowami nie da; przykładem bądź syty,Nim Pan do takich przemian cię powoła.

73  Czym tam był w ciele, czyli duch dobytyZ powłok sam bieżał, — ty wiesz, niebem włodneKochanie, światłem rwące mię w błękity.

76  Wtem z koła, co się znieśmiertelnia, głodneUścisków bożych, w mym słuchu się zbiorąDźwięki miarowe i harmonią zgodne.

79  Zaczem niebiosa tak w łunach rozgorąOd blasku słońca, że strugi ni deszczeNigdy się w większe nie zlały jezioro.

82  Melodje nowe i blask takie dreszczeCiekawej żądzy obudziły we mnie,Że większych dotąd nie zaznałem jeszcze.

85  A ona widząc, com myślał tajemnie,Aby pragnienie me ukoić raźniej,Nim się ozwałem rzekła: »Nadaremnie

88  Zabawiasz myśli fałszem wyobraźni:Gdybyś otrząsnął z duszy widma mgliste,Czego nie dojrzysz, widziałbyś wyraźniej.

91  Nie jesteś więcej na ziemi, — zaiste!A grom mniej wartko ze swej sfery leciNiż ty, wracając w dziedziny ojczyste«.

94  Jak wprzódy czułem, że w mym mózgu nieciJej uśmiechnięta mowa pierwsze świty,Tak teraz nowe osnuły mię sieci.

97  »Jeden cud« — rzekę — »już mi jest odkryty;Obecnie rozum odgadnąć się biedzi,Jak mogę wzlatać ponad lekkie byty«.

100  Ona westchnęła w czułej odpowiedziI rozrzewniła swoje oczy hożeJak nad dziecięciem, co w gorączce bredzi.

103  Potem zaczęła: »Rzeczy na przestworzeSą we wzajemnym ładzie; to jest modła,Dająca światu podobieństwo boże.

106  Wtem twory wyższe dopatrują godłaMocy, co ma cel we własnym rozsądku,Gwoli któremu prawo swe wywiodła.

109  Słuchają tego wiecznego porządkuWszystkie istoty, wedle przeznaczeniaBliższe lub dalsze swojego początku.

112  Po oceanie bytu bez wytchnieniaDo swej przystani gna ich ta potęga,A każde z musu swego przyrodzenia.

115  Nią party, sfery księżycowej sięgaPłomień; zwierzęta ona ruchem darzy,Ona miąsz ziemi jednoczy i sprzęga.

118  Nietylko twory niestojące w strażyRozumu owy łuk swą strzałą godzi,Lecz te, gdzie miłość z umem się kojarzy.

121  Opatrzność, która takie sprawy godzi,Blaskiem pokoi do nieruchomościNiebo, pod którem z nieb najrętsze chodzi.

124  Do ukazanej dekretami włościNiesie nas siłą własną ta cięciwa,Co w szczęsne sedno swoje strzały prości.

127  Prawda, że często forma nie pokrywaUmyślonego od artysty wzoru,Bowiem materja jest nieposkromliwa.

130  Częstokroć także od prawego toruStworzenie samo odegnie swe chęci,A to za wiedzą wolnego wyboru,

133  — (Tak się i piorun z chmury na dół skręci) —Jeżeli duszę w przyrodzonym pędzieRozkosz fałszywa ku ziemi przynęci.

136  Niechże ci zatem w podziwie nie będzieTo że się wznosisz, jak że popędliwyStrumień w dół bieży przez skalne krawędzie.

139  Toby dopiero były istne dziwy,Gdybyś ty, wolen przeszkód, został w dole,Gdyby na ziemi usiadł ogień żywy«.

142  Rzekła i wzniosła swe oczy sokole.

1  Wy, co spragnieni słuchać, w wiotkim drewniePrujecie fale, poganiając biegu,W ślad barki mojej płynącej tak śpiewnie,

4  Wracajcie sobie do waszego brzegu,Ani puszczajcie się na wielkie morze,Bo zginie, który nie dotrwa w szeregu.

7  Nikt nie biegł nurtem, kędy ja się wożę;W żagl dmie Minerwa, Feb drogę odkryje,Muzy poznaczą gwiazdami bezdroże.

10  O wy nieliczni, co prężycie szyjePo chleb anielski, którym tu żywione,Lecz syte usta nie były niczyje:

13  Popchnijcie za mną na te nurty słoneŁódź waszę, nim się zamknie srebrna smugaI wyrównają wody rozdwojone.

16  Rzecz obaczycie, jakiej równa drugaDziwiła chyba owe bohateryW Kolchis, gdy naszli Jazona u pługa. —

19  Wrodzona człeku bogokształtnej sferyOskoma wieczna, jazdą taką żywąJak ruch niebiosów, niosła nas w etery.

22  Beatryx w niebo a ja w urodziwąTwarz jej patrzałem. Jako grot pociskuTkwi w sednie, ledwo że pchnięty cięciwą,

25  Jam nagle w dziwnym zawisnął zjawisku:Wzrok mi porwało; więc ona, co do dnaPrzegląda dusze w jednym myśli błysku,

28  Spojrzała na mnie piękna i pogodna.»Podziękuj, — rzekła, — »Dobroci przedwiecznej,Oto płaneta pierwszem niebem włodna«.

31  Wtem mię ogarnął jakby obłok mleczny:Tuman błyszczącej, gęstej, zbitej bieliSkrzącej jak klejnot w poświacie słonecznej.

34  W tę wiekuistą perłę my wpłynęli:Tak woda promień słoneczny połyka,Ale pod ostrzem jego się nie dzieli.

37  Jeślim tam żywy wszedł — (choć się wymykaZ pod zmysłów ten wlot w księżyca struktury,Bo wszak materja w materję nie wnika), —

40  Zważ, jak my winni żarliwemi pióryDążyć do bytu, na którym dostrzeżem,Jak się jednoczą w Chryście dwie natury.

43  Tam rozpoznamy, w co dziś tylko wierzem,Bez argumentów, lecz z samo-prześwitu,Jak pierwsze prawdy, z których wiedzę bierzem.

46  »O pani«, rzekłem, »do niebiosów szczytuŚlę korne modły i Panu dziękczynię,Który mię wyniósł z padolnego bytu.

49  Odpowiedz, proszę: Co za mgła to płyniePo owem ciele? na ziemi z niej klecąPowieść o ciernie noszącym Kainie«.

52  Ona się na to uśmiechnęła nieco:»Gdzie klucze zmysłów tępe, tam istotyŚmiertelne — widzisz, — prosto w obłęd lecą.

55  Niech cię nie rażą zadziwienia groty,Bo gdzie za wodze wybieramy zmysły,Tam rozum musi mieć podcięte loty.

58  Lecz ty jak sądzisz? Od czego zawisłyTe rzkome plamy?« »Sądzę, że je możeMiąsz wywołuje mniej lub więcej ścisły«.

61  A ona: »Zaraz ten błąd twój umorzę,Jeżeli zechcesz pójść prostymi szlakiTych argumentów, które ci wyłożę.

64  Tam w sferze ósmej liczne gwiazd orszakiOkólnym ruchem po przestworach płyną,Rozmiarów oraz jaśni niejednakiej.

67  Gdyby gęstości stopień był przyczynąOdmian, byłaby gwiazd na świecie władzaRóżna nie treścią, lecz wielkością ino.

70  Ale wpływ różny gwiazd się wyprowadzaZ podstaw formalnych, którym, oprócz samejRacji gęstości, twój wywód przeszkadza.

73  Jeśliby nadto tworzyła te plamyRzadkość materji, to albo-by w zwartejMasie płaneta posiadała jamy,

76  Lub jak śród mięsa jest tłuszcz rozpostarty,Takby i tutaj księżycowe ciałoCieniem i światłem przeplatało karty.

79  W pierwszym wypadku toby się wydałoPodczas zaćmienia słońca, bo przez rzadszyMiąsz-by natenczas światło przeświecało.

82  Teraz się drugi wypadek rozpatrzy;Gdy i ten zbiję w rozumnym wywodzie,Tedy błąd uznasz: Jeżeli wypadłszy

86  Ze słońca, promień na skróś nie przebodzieTego co masą księżycową zowiem,To, że grunt jakiś staje na przeszkodzie.

88  Od tego gruntu odbija się bowiem,Jak się odbija przedmiotu widziadłoOd szyby szklanej podbitej ołowiem.

91  Odpowiesz może, iż światło zapadłoBardzo głęboko w księżycowe lukiI że dlatego w tych miejscach przybladło.

94  Otóż w tym względzie zamiast mej naukiPospolitemu zawierz doświadczeniu:Ono jest źródłem dla dzieł waszej sztuki.

97  Ustaw dwa lustra w równem oddaleniu,A między niemi trzecie, dalej nieco;Z tyłu za sobą a na podniesieniu

100  Umieścisz lichtarz z zapaloną świecą;Niech blask wprost pada na zwierciadła oweI wszystkie razem niech ci w oczy świecą.

103  Choć stoi dalej zwierciadło środkowe,Ujrzysz, i o to nie stoczymy sporu,Odbicie wszystkich świateł jednakowe.

106  Jak płatek śniegu od słońca wigoruStaje się nagim bez postaci bytem,Bo pozbawiony chłodu i koloru,

109  Tak się z umysłem twym stało, obmytymZ błędu; więc teraz blask z mądrości zdrojuFałsz tobie światłem zastąpi sowitem:

112  — Pod niebiosami wiecznego pokojuToczy się sfera pewna; w możnym wpływieNa rzeczy mieści się treść jej ustroju.

115  W następnej, co tak błyszczy migotliwie,Ta treść na liczne byty jest dzielona,Różne, lecz mknące we wspólnym porywie.

118  Poniższe kręgi nadają znamionaRzeczom odmienne, a tocząc się kołem,Ku stałym celom sieją swe siemiona.

121  Owe narządy świata, wszystkie społemDziałają — widzisz — ze stopni na stopnie:Przyjmują z góry a oddają dołem.

124  Uważaj jeno, jak wiodę roztropnieMyśl twą ku mecie pragnionej ponęty,A już bezemnie reszty celu dopnie.

127  Ten obrót i wpływ kręgów rzeszy świętejJak dzieło młota ze sztuki kowala,Z błogosławionych bodźców jest poczęty.

130  Niebo, co tylą świateł się zapala,Kształty swe bierze w krążącym AnieleI w innych bytach jak pieczęć utrwala.

133  A jako dusza w waszem ludzkiem cieleWe wnętrze całej przenikłszy postaciPo wszystkich członkach swoje władze ściele,

136  Tak owa Intelligencja bogaciDobrocią swoją gwiazdy we wszechbycie:Dzieli się, jednak całości nie traci.

139  Moc różna, toż się wiąże rozmaicieZ mnogością cennych ciał, na które wpływa;Łączy się z niemi tak jak z ciałem życie.

142  Dzięki pogodzie miejsca skąd przybywa,Ta moc anielska skroś gwiazdy prześwieca:Tak się uciechą skrzy źrenica żywa.

145  Oto przyczyna, czemu tarcz księżycaNiejednostajna; i nie rozrzedzenieSprawia, lecz podstaw formalnych różnica

148  To, co wygląda jak światła i cienie.

1  Słońce, co pierwszy żar w mej piersi młodejZatliło, oto znowu mi odsłaniaSłodką twarz prawdy mądrymi wywody.

4  Więc z jego łaski pełen rozeznaniaA niepewności wolen, wzniosłem głowyIle się godzi dla potakiwania.

7  Wtem mi się nagle dziw ukazał nowy,Który na oczy parł się z tak widocznąChęcią, że w ustach zapomniałem mowy.

10  Jako przez szybę gładką i przeźroczną,Lub niegłębokie strumienie topieliKiedy jej fale od wiatru wypoczną,

13  Ku patrzącemu własna twarz odstrzeli,Lecz tak niepewna, że na czole białemPerła się plamą wyraźniejszą bieli, —

16  Taki tłum liców człowieczych ujrzałem:Zaczem popadłem w odwrotne złudzenieNarcyza, co go cień ogarnął szałem.

19  Zaledwiem spostrzegł te rzekome cienie,Aby rozpoznać skąd-li są i czyje,Szybko za siebie rzuciłem spojrzenie.

22  Ale nie widząc nic, wykręcam szyję,Ku mojej pani ślę wzroku narzędzieI uśmiech tlący w świętych oczach piję.

25  »Niech ci mój uśmiech w podziwie nie będzie«Rzekła; »nim prawdę słaby sąd odróżni,Stopa twa jeszcze waży się w obłędzie

28  I zmysły twoje zawiesza na próżni.Prawdziwie tutaj dusze ci się jawiąLudzi, co ślubem swym zostali dłużni.

31  Mów z nimi, słuchaj, wierz w to, co ci prawią,Bo zapatrzone w światło, które żywi,Wbrew jego blaskom kroku nie postawią«.

34  Zaczem jam w ducha, który utęskliwiejPragnął przemówić, oczy moje wszczepiłJak ludzie chęcią przemożną lękliwi.

37  »O duchu błogi, coś się już pokrzepiłSłodyczą blasków wiecznego żywota,Której nie pojmie ten, co sam z nich nie pił,

40  Niechaj pozwoli łaska i ochotaPoznać twe własne i innych koleje«...Z uśmiechem rajska odrzekła istota:

43  »Przychylność nasza otwiera wierzejeSłusznym życzeniom i tak jest im skłonna,Jak boża: boży dwór myśl pańską sieje.

46  Jam była w świecie siostrzyczka zakonna;Jeśli się swojej poradzisz pamięci,Nie zakryje mię uroda pozgonna.

49  Jestem Pikarda; tu, gdzie inni święci,W błogosławieństwie siedzę, sama święta,W sferze, która się najpowolniej kręci.

52  Władzę uczucia jedyna nam pętaMiłość świętego Ducha; w naszym bycieW taką rozkoszy normę jest ujęta.

55  Los nasz pozornie uboższym widzicie,A jest nam dany, bośmy zaniedbaliLub nie spełnili ślubów należycie«.

58  A ja: »W tych waszych postaciach się paliJakiś blask boski i twarz waszę cudnąOd ziemskich stawia w nieskończonej dali.

61  Więc z razu pamięć była mi obłudną;Ze słów twych dzieje zdołałem odtworzyćI rysy teraz przypomnieć nie trudno.

64  Lecz powiedz: Szczęśni, którym dano z-bożeć,Czy pożądacie wyższego mieszkaniaBy widok albo użycie pomnożyć?«

67  Na to uśmiechnie się duchów kompania,A zaś Pikarda, szczęsna anielica,Jakby w zapale pierwszego kochania:

70  »Bracie« — powiada — »chęć naszę nasycaZupełnie miłość, która chcieć nam radziCo posiadamy: i to jest granica

73  Żądz naszych. Byśmy wyżej byli radzi,Znalazłaby się wola nasza w sporzeZ wolą Onego, który los nasz ładzi.

76  Nieradość w sferach nieba być nie może:W kochaniu Boga żywie, kto tu gości,A miłość stąpa po zgodliwym torze.

79  Raczej jest formą naszej szczęśliwościBiec, kędy boża wodzi nas potęga,Z wolą się bożą skupiać do jedności.

82  Ilu nas tu jest, od kręga do kręga,Duch żaden na chęć inną się nie poda,A Pan je wszystkie w swoję wolę wprzęga.

85  Bo wola Pana to nasza pogoda:Ona jest morzem dokąd spływa życie,Które on tworzy lub przezeń przyroda«.

88  Teraz mi nagle wybłysło odkrycie,Że w całem niebie — raj, lecz łaska rosiTutaj obficiej, a tam mniej obficie.

91  A jak gdy służba potrawy obnosi,Kto syty jednej, drugiej patrzy chutnie:Tutaj dziękuje, a o tamtę prosi,

94  Tak ja spragniony i ciekaw okrutnieProszę słowami i giestami przytemPleść nici na tem niedotkanem płótnie.

97  »Większą nagrodą, doskonalszym bytemJest obdarzona Ta, co w swym klasztorzeMniszki welonem stroi i habitem,

100  Aby gotowe były w każdej porzeDla oblubieńca, co jest ślubom chętny,Byle składanym w miłosnej pokorze.

103  Dzieweczce już świat wydał mi się wstrętny;I poszłam za nią, jej przybrałam stroje,Przyrzekłam żywot z jej świętemi piętny.

106  Ale przywiedli na mnie niepokojeŹli ludzie; z cichych murów mię wyrwali:Bóg wie, czem odtąd było życie moje...

109  Ta wtóra jasność, co w świetlanej faliObok mnie błyszczy i wszystkimi blaskiTej naszej sfery płomiennej się pali,

112  Od losu równej doznała niełaski:Mniszeczką była; jej też ludzie śmieliZedrzeć ze skroni cień świętej przepaski.

115  Lecz chociaż na świat wywlekli ją z celiI wbrew jej ślubom welon zdarli z twarzy,Z serca jej zasłon raz wziętych nie zdjęli.

118  To Konstancyji wielkiej duch się jarzy,Co z Szwabii wichru wtórego na tronieWydała trzeci, kres rzymskich cesarzy«.

121  Tak rzekła. Potem — słucham — z ust jej wionieAve Maria i nucąc przepadnieNiby rzecz ciężka rzucona na tonie.

124  Wzrok mój, dopóki mógł ją ścigać snadnie,Biegł za nią; skoro kształty jej się zwiały,Na celu pragnień swoich znów się kładnie

127  Ku Beatryczy obrócony cały.Lecz grom piękności jej mię zpiorunowałTak, że źrenice zrazu nie zdzierżały

130  I usta moje pytające skował.

1  Prędzej człek wolny głodem się zamorzy,Nim z dwojga potraw równo podniebienieNęcących jednę na zębie położy.

4  Śród pary wilków równe zalęknienieUczuwa jagnię; z takimże namysłemStaje pies czwany między dwa jelenie.

7  Jeślim więc milczał i w źródle wytrysłemWiedzy nie czerpał, ni wstyd, ni się szczycę:Bo między dwiema chęciami zawisłem.

10  Milczałem, ale wydawało liceJaśniej niż gdybym chciał użyć słów wiela,Moje pragnienia i moje tęsknice.

13  A Beatrycze na sposób Daniela,Co gniew ugłaskał NebukadnezoraI pohamował wróżków karciciela,

16  Odgadłszy rzekła: »Widzę, jak się poraW tobie podwójna chęć i jak się stawaHamulcem myśli odmiennych przekora.

19  Wszak rozumujesz: Jeśli wola prawaTrwa w człeku, przecz-że gwałt co ją pokona,Ma jej ujmować do zasługi prawa?

22  Powtóre: myśl twa jest zastanowionaDusz powracaniem do gwiazd, skąd ród wiodąWedle pewnego twierdzenia Platona.

25  Te dwie zagadki równo ciebie bodą,Lecz przedewszystkiem tobie się wyłożyMniemanie, które większą grozi szkodą.

28  Serafin choć się najwewnętrzniej w-boży,Mojżesz, Samuel i święci Janowie,Nawet majestat Marji, Matki bożej

31  Nie wyższe dzierżą krzesła w tej budowieRaju, ni dłuższą mierzą szczęście dobą,Niż ci, w tej chwili zjawieni duchowie.

34  Wszyscy pierwszego kręgu są ozdobą;Większej lub mniejszej zaznają słodyczy,W miarę jak na nich tchnie Bóg swą osobą.

37  W niebie, które się niniejszym graniczyKręgiem, jawią się, by wskazać tym znakiem,Że się ich szczęście do mniej szczytnych liczy.

40  Do was potrzeba gadać słowem takiem,Bo wasza wiedza przez zmysły się wszczyna,Rozum zmysłowym jeno kroczy szlakiem.

43  Do pojęć waszych Pismo się nagina,Gdy Panu Bogu daje kształt człowieczy,Choć, czem naprawdę jest, nie zapomina.

46  To samo Kościół święty ma na pieczy,Gdy Gabryela lub Michała kreśliAlbo Anioła co Tobiasza leczy.

49  Co o człowieczych duszach Platon myśli,Nie jest symbolem, jak w tutejszym bycie,Gdyż co powiada, to rozumie ściślej.

52  Mówi, że dusza na gwiazdę w błękicieWraca, skąd była odjęta — jak wierzy, —By stać się formą na cielesne życie.

55  Może też inna w jego słowach leżyMyśl i rzekoma sprzeczność nią się godzi,Wtedy powagę jej uznać należy.

58  Jeśli rozumie, że od gwiazd pochodziWpływ zły i dobry, z naganą i chwałą,Może łuk jego w cząstkę prawdy godzi.

61  Fałszywy wykład sprawił zła niemało:Przezeń Jowisza, Marsa, MerkuregoImiony gwiazdy się ponazywało.

63  Wtóre wątpienie, skróś którego biegąTwe myśli, słabszy jad wysącza z czary,Nie zdolen odwieść cię od boku mego.

67  Kiedy-ć się krzywdą wydadzą zamiarySprawiedliwości bożej na padole,To nie kacerstwa się imaj, lecz wiary.

70  Ponieważ jednak rozsądek wasz zdoleWniknąć w tej prawdy głębiny przejrzyste,Jako pożądasz, tak cię zadowolę:

73  Jeśli przemocą zwać się ma zaisteTen gwałt, co wolę przeciw woli zmaga,To nie ze wszystkiem te dusze są czyste.

76  Wola prawdziwa wytrwa, gdy się wzdraga;Tak płomień ognia swego nie uroni,Choć wiatr tysiąckroć kręci go i smaga.

79  Jeśli się wola choć cokolwiek skłoni,Już służy sile; ich w tem wina głównie,Że nie wróciły do świętej ustroni.

82  Gdyby w swej woli trwały tak hartownieJako Wawrzyniec brany na katuszeLub Mucjusz gdy kładł dłoń w płonącą głownię,

85  Wyrwałyby się światu i w otuszePoszły po dawno przedsięwziętej drodze:— Ale są rzadkie takie silne dusze.

88  Jeśli wykładem moim trafnie godzęW twoję pojętność, błąd ci się umyka,Coby ci nieraz jeszcze dojadł srodze.

91  Teraz innego obłęd matecznikaZagraża tobie: z jego kotłowiskaNigdy nie wyszedłbyś bez przewodnika.

94  Już ci mówiłam, że duch gdy pozyskaRaz świętość, kłamstwem brzydzi się koniecznie,Jako że pierwszą Prawdę ujrzał z blizka.

97  Zaś od Pikardy wiesz, jak to statecznieWelon w czci miała Konstancja pobożna,Stąd możesz mniemać, że myślimy sprzecznie.

100  Padnie-li, iż się inaczej nie możnaWiększej uchronić szkody, człowiek zatemWbrew chęci czyni rzecz, która jest zdrożna.

103  Almeon ojca mszcząc, matki szkarłatemSplamił się, ale z powinności syna:Miłość synowska zrobiła go katem.

106  Kiedy więc wola sama się naginaDopomagając sile, wtedy snadnieUsprawiedliwić już się nie da wina.

109  Wola bezwględna zawsze sobą władnie,Ulega jednak, kiedy strach zagraża,Iż przez oporność w złe większe popadnie.

112  Pikarda w swojej powieści wyrażaTę wolę czynną, gdy ja opór bierny:Najdzie wtem zgodę, kto dobrze uważa«.

115  Tak to płynęła z przeświętej cysternyPrawd wszelkich struga pięknego ponika,Mir niosąc mojej tęsknocie niezmiernej.

118  »O ty, pierwszego ze wszech, MiłośnikaOblubienico«, tak rzekłem, »w poświatęSłów hojna, co mię do głębi przenika,

121  Jestestwo moje jest niedość bogateBy opłaciło łaskę należycie:Ten, który może i wie, da zapłatę.

124  Nigdy nasz rozum nie będzie w dosycie,Jeśli go prawda boża nie ucieszy,Nad którą niema prawdy we wszechbycie.

127  W niej kwapi spocząć jako zwierz w pieleszy,Ledwie tam wróci; a powrócić zdoła,Boć przyrodzona chęć ku wiedzy spieszy.

130  W krąg prawd wątpienia rosną jak dokołaPnia młode pędy, a natura świętaZe szczytu na szczyt wstępować nas woła.

133  W tem ma otucha leży i zachęta.O pani! pytać chcę pokornie dalejO inną prawdę, co mi zasłonięta.

136  Chcę wiedzieć: Śluby chybione, ażaliMożna zastąpić czem, co równo ważyI czyli można takie kłaść na szali?«

139  Spojrzałem na nią, a jej wzrok się żarzySkrami miłości tak wielce boskiemi,Że nie zdzierżyłem, odwróciłem twarzy

142  I stałem błędny, z oczyma ku ziemi.

1  »Jeśli ja w ogniu miłości jarzącaTak gaszę ziemski blask, iż władza wzrokuW nadmiarze moich żarów się zamąca,

4  Nie dziw, albowiem moc mego urokuBierze początek z pełni rozeznaniaPrawd jasnych, których używam widoku.

7  Widno mi, jak już tobie się odsłaniaWieczyste źródło, co gdy raz uświęciDuszę, wiecznie ją do miłości skłania.

10  Jeśli was kiedy inny powab nęci,To że skroś niego odbłysk nierozwianyPierwszego piękna tkwi w waszej pamięci.

13  Pytasz, czy można sposobem zamianyOkupić i ślub zastąpić jałowyTak aby duszę zbawić od nagany?«

16  Tem Beatrycze zaczęła śpiew nowyI jako człowiek co go prze natchnienie,Wiodła rozprawę świętą temi słowy:

19  »Największe dobro, którem Bóg stworzenieDarzy, litości Jego odpowiedneI które stawia sam w najwyższej cenie,

22  Jest wolność woli, którą samowiedneIstoty były i są na przestworzeObdarowane tylko one jedne.

25  Samo to już ci zrozumieć pomoże,Jak wielce waży ślub, gdzie do twej chęciPrzyłączyło się pozwolenie boże.

28  Człowiek umowę z Panem Bogiem święci,Ofiarę składa przed najwyższym tronem,Znak dobrej woli kładąc miast pieczęci.

31  W zamian, cóż można? I jest równie płonemChcieć dobrze użyć raz oddanej rzeczy,Jak dobrze czynić nabytkiem kradzionym.

34  Oto się błąd twój najważniejszy leczy:Ale bywało, Kościół ślub odwoła,A to powyższej prawdzie rzkomo przeczy.

37  Więc trzeba tobie jeszcze trwać u stoła,Bo karmi ciężkiej, którąś teraz spożył,Umysł twój strawić odrazu nie zdoła.

40  Trzeba byś słowom mym posłuch otworzyłI przejął w siebie, bo źle wiedzę chowaTen, który słyszał, a w rozum nie wdrożył.

43  — Dwie rzeczy w sobie zawiera osnowaOfiary, która ślubu nosi miano:Jedną jest przedmiot a drugą umowa.

46  Druga nie może nigdy być zmazaną,Lecz się wypełnić musi; o dekrecieOwym dokładnie wyżej powiedziano.

49  Żydom kazano w ustawnej objecieDziękczynić Bogu, lecz Stare przymierzeOfiar zastępczych dozwalało przecie.

52  Przedmiot zastępczy można w pewnej mierzePodstawić, jeśli tem się nie ukróciWartości ślubu danego w ofierze.

55  Lecz samowolnie jarzma nikt nie zrzuci:Czekać potrzeba, aż ręka kapłanaSrebrny i złoty klucz w zamku obróci.

58  Jeśli nie będzie ustosunkowanaWartość dwu danin jak cztery do sześci,Nieważna będzie wszelaka zamiana.

61  Więc gdy ślub tyle ceny w sobie mieści,Że każdy ciężar na szali przeważa,Nie lza zastąpić niczem jego treści.

64  Nie czyńcie ślubów płocho, jak się zdarza:Trwajcie w przysiędze, lecz nie bądźcie ślepiJak Jefte, gdy wiódł córkę do ołtarza.

67  Omyłkę wyznać było jemu lepiej,Niż być jak Greczyn u Aulidzkiej fali,Gdy na uczciwym ślubie głupstwo szczepi.

70  Stąd Ifigenia młodości się żaliI wszyscy się jej użalą urody,Co o szalonym obrzędzie czytali.

74  Bądźcie chrześćjanie ważniejszej przyrody,A nie jak wiotkie na wiatr każdy pierze:Was nie opłóczą ladajakie wody.

76  Toć macie stare i nowe Przymierze,Wodza, który wam prawo przypomina;To was wybawi i zguby ustrzeże.

79  Gdy się zła żądza w sercu waszem wszczynaNie zwierzę w sobie czujcie, lecz człowieka:Niech was nie potka pośmiech Żydowina.

82  Toć tylko jagnię poniechawszy mlekaMacierzy, głupie uskoczy w komysze,Gdzie się, igrając, nieszczęścia doczeka«.

85  Tak więc mówiła do mnie, jak tu piszę;Potem ku stronie jutrzenkowych świtańTęsknie zwrócona, podała się w ciszę.

88  Jej oniemienie, brzask nowych rozkwitańZ liców bijący nadziemską naturą,Zahamowały żądzę moich pytań.

91  Jak grot z cięciwy poderwawszy pióroW cel wpadł, nim jeszcze struna się ułoży,Tak myśmy w sferę wystrzelili wtórą.

94  W twarz mojej pani wpłynął taki hożyBlask, ledwie w sferę oną przeleciała,Że sam płaneta rozpogodniał w zorzy.

97  A jeśli taka gwiazda się zaśmiała,Jakże jam musiał rozpogodzić oczy,Zdolen odmiany i z duszy i z ciała! —

100  — Jako w sadzawce cichej i przeźroczejŚród potworzonych od żeru pierścieniTysiące rybek ściąga się i tłoczy,

103  Taką ujrzałem rzeszę jasnocieni;A głos dolatał z każdego zjawiska:»Oto, który w nas miłość rozpłomieni«.

106  W każdej jasności, gdym się przyjrzał z blizka,Tkwił cień; ja przedtem rzeczy nieświadomyPoznałem, że to z niego radość tryska.

109  Pomyśl, jakbyś sam wiedzieć był łakomy,Gdybym ja, co cię tą powieścią dziwię,Nie zaspokoił twej słusznej oskomy,

112  A zgadniesz łacno, czylim czekał chciwieZrozumieć duchów ten stan niepojęty,Gdym okiem spoczął na jarzącym dziwie.

115  »O ty, któremu mocą łaski świętejWiecznych tryumfów trony są odkryteNim — żołnierz — ziemskieś rzucił regimenty,

118  Blaskami, co w tem niebie rozpowite,My zapaleni; więc naszymi żaryPaś się, aż oczy twoje będą syte«.

121  Taki mi wionął głos od jasnej mary.A Beatrycze; „Powiedz, powiedz śmieleI daj tym boskim posłuch pełen wiary«.

124  »Widzę, jak postać twa w gnieździe się ścieleWłasnego światła, co-ć się z ócz dobywa:Snać niemi twoje wybłyska wesele.

127  Lecz niewiem, kto ty, duszo urodziwa,Czemu w tej gwiazdy mieszkasz kołowrocie,Co nam ją światłość słoneczna zakrywa«...

130  Tak się ozwałem przejasnej istocie,Co pierwsza do mnie obróciła słowa:Zabłysła, świadcząc wewnętrznej ochocie.

133  A jak na niebie żarkość południowa,Gdy łagodzącym niekryte oparemW białości własnej oczom słońce chowa,

136  Tak znikła, skryta radości nadmiaremŚwięta istota w jarzącej oponieI niewidoma poiła mię czarem

139  Słów, które w pieśni następnej wydzwonię.

1  »Odkąd Konstantyn na wstecz słońca bieguEneaszowej zwrócił lot orlicy,Co przyleciała od wschodniego brzegu,

4  Lat przeszło dwieście na lądów granicyPtak boski skrzydła roztoczyste ważyłW rodzimych swoich szczytów okolicy.

7  W cieniu piór świętych światu gospodarzyłCoraz oddając władzę w ręce nowe,Aż mnie nakoniec berłem wyposażył.

10  Tam Cezar, tutaj Justynian się zowę;Ja to z praw księgi, Pramiłością tkniętyPowypleniałem zbytnie i jałowe.

13  Zanim ten zamiar we mnie był poczętyW Chryście naturę jednę uznawałemPokojącymi złudzon argumenty.

16  Kiedym był takim ogarnięty szałem,Papież Agapit prawdę mi do sednaOdkrył i moim uczynił udziałem.

19  Jam w to uwierzył co mi dobył ze dnaTajni tak pewnie, jak jest pewnem zgoła,Że śród dwu sprzecznych prawda tylko jedna.

22  Gdym stopy zrównał z krokami Kościoła,Bóg owej księgi plan mi kreślił w łonie;Oddałem mu się, ile duch podoła.

25  Belizarowi odstąpiłem bronie,A tryumf jego był bożem wskazaniem,Że mi już pora odpocząć na tronie.

28  Tak więc skończyłem z tem pierwszem pytaniem,Ale natura jego mię pozywaKilką gloss jeszcze poszlakować za niem.

31  A to, byś wiedział, jak jest obelżywaRzecz, którą czyni orłu ku zniewadzeTen co go zwalcza i co nadużywa.

34  Patrz jaki szereg cnót jego powadzeStawał podporą od tej pierwszej chwili,Gdy Pallant konał, aby zdać mu władzę.

37  Przeszło trzy wieki w albańskiej bastyliMiał swoje gniazdo aż do dnia rozprawy,Gdzie to trzej bracia przeciw trzem walczyli.

40  Od łez Sabinek aż po krzywdę prawejLukrecji, wiesz to, co pod siedmią panówZdziałał, sąsiednie zgarniając dzierżawy.

43  Wiesz, czego dopiął w ręku kapitanów,Przeciwko hufcom niesion przed Rzymiany:Brena, Pyrrhusa, królów, partyzanów.

46  Stąd Torkwat, Kwincjusz »Czupurnym« przezwanyI Decyjuszów i Fabiuszów zbroje,Godnych by mirrhą owiać im kurhany.

49  On to arabskie zdeptał pyszne woje,Co z Hannibalem zdobyły przełęczeAlp, gdzie ty Padzie, masz krynice swoje.

52  Pod nim święcili tryumf dwaj młodzieńce:Scypion i Pompej; on miasto na stokuPod którym wzrosłeś, wydał gorzkiej męce.

55  A potem blizko szczęśliwego roku,Gdy świat miał zakwiść w niebieską pogodę,Po woli Rzymu Cezar niósł go w toku.

58  Od Varu po Ren jak wiódł orły młode,Wiadomo Sônie, Sekwanie, IzarzeI rzekom, kędy Rodan czerpie wodę.

61  Co po Rawennie, co po RubikonieDziałał, przybrało tak wysokie loty,Że tego piórem ni słowem nie zgonię.

64  To do Hiszpanii powiódł rzymskie roty,To na Durazzo i Farsalę runął,Aż z bólu jęknął Nil pełen spiekoty.

67  Antandros, Simois zwiedził, skąd wyfrunąłPisklęciem; z grobu Hektora na zgubęPtolomeusza dalej się posunął;

70  Stamtąd piorunem uderzył na JubęI znowu nagle nad Zachodem krąży,Kędy usłyszał Pompejańską tubę.

73  Nad tem co zdziałał następny chorąży,Brutus z Kassjuszem z żalu w piekle wyje,W smętek Modena z Perugią się grąży,

76  A Kleopatra łzami lica myjeUciekająca przed jego legionyI śmierć biorąca od okropnej źmije.

79  Z nimże poleciał aż na brzeg czerwony:Wtedy świat zaznał takiej spokojności,Że Janusowy chram został zamkniony.

82  Ile wprzód zdziałał i jeszcze w przyszłości,Miał zdziałać znak ten, co mówić mi każe,Pośród podległych jemu ziemskich włości,

85  Małem i ciemnem w jawie się okaże,Gdy serce czyste i wzrok odsłoniętyZatrzymają się na trzecim cezarze.

88  Bo Sprawiedliwość, którą wniebowziętyJestem, zleciła jemu w misji szczytnej,By się narzędziem zdziałał zemsty świętej.

91  Słuchaj i niżej kłoń się, czołobitny:Orzeł z Tytusem leciał mścić się Męki,Co była pomstą za grzech starożytny.

94  A gdy się w Kościół lombardzkie paszczękiWgryzły, Karloman w orlich skrzydeł cieniuWsparł go pomocą swej zwycięskiej ręki.

97  Patrz czy mam słuszność w jednem oskarżeniuŁączyć tych wszystkich, na których grzech cięży,Iż są przyczyną waszemu strapieniu?

100  Ten przeciw godłu wszechcesarstwa prężyZłote lilije, ów dla własnej chuciUżywa; — nie wiem, kto z nich grzeszy ciężej.

103  Niech się Ghibellin pod inny znak rzuciCzyniąc swe sztuki, bo złej to naturySłużba, co z Orłem sprawiedliwość kłóci.

106  Niech nań z Gwelfami swymi Karol wtóryNie godzi, a lew siłę orła ceni:Tęższe on grzywy bierał pod pazury.

109  Wielekroć byli synowie karceniZa winy ojców; nie myśli on przecie,Że Pan Bóg herb swój na lilie odmieni.

112  Ta drobna gwiazda pąsowi się w kwiecieDuchów szlachetnych, co czyniły pilnie,By po nich trwały cześć i sława w świecie...

115  Że chęci nasze dążyły omylnie,Słabiej z nas boże utęsknienie bieżyI promieniuje ku szczytom mniej silnie.

118  Lecz że tu każdy z nas nagrodę mierzyZasługą, a z jej wymiarem się godzi,W zadowoleniu nasza rozkosz leży.

121  Tu sprawiedliwość tęsknotę łagodziI tak do pełna zaspokaja wolę,Że jej myśl żadna zdrożna nie odwodzi.

124  Śpiew słodki w dźwięków powstaje zespole:Tak byty nasze rozmaitej skaliWdzięczną harmonię tworzą w niebios kole.

127  A oto w pierwszej tej perle się paliBlask z Romeowych złożony promieni:Złem jemu niegdyś za dobre oddali.

130  Płaczą dziś przeciw niemu sprzysiężeniProwensalowie, bo w złe wpada tonie,Kto cudzą cnotę swoją krzywdą mieni.

133  Cztery miał córki — a wszystkie na tronie,Rajmond Berlinghier: w takie ornamentySkromny mu pielgrzym przyozdobił skronie.

136  Potem z poszeptów nieufnością tkniętyCnego włódarza pozywał o zyski:On mu wykazał dwudzieste procenty.

139  Sam zaś ubogi, zgrzybiałości blizkiDwór pański żegnał; a gdyby wiedziano,Jak mężnem sercem jadł z żebraczej miski,

142  Toby go bardziej jeszcze uwielbiano.

1 »Hosanna, święty Pan Bóg wojowników!On wśród tych królestw, na aniołów czoleZapala sobą skry szczęsnych płomyków«.

4 Tak nie ustając krążyć w swojem koleZaczęła niebios bogomyślne pienieDusza w podwójną strojna aureolę.

7 W tan poszły razem wszystkie jasnocienie,Mignęły niby iskier pobłysk rączyI nagle skryło mi je oddalenie.

10 A ja mówiłem do się wahający:Powiedz — mówiłem — powiedz twojej świętej,Która ci w duszę słodki napój sączy.

13 Ale szacunkiem wszystek owładnięty,Co sprawia że drżę, słysząc B lub ICE,Schyliłem głowę jak człek snem ujęty.

16 Ulitowała się mnie BeatryczeW krasie uśmiechu taka urodziwa,Że osłodziłaby katusz gorycze.

19 Rzekła: »Głąb duszy twej mi się odkrywa:Myślisz, jakim to prawem spadać możeZa słuszną pomstę kara sprawiedliwa.

22 Ja ci wątpliwość tę rychło wyłożę,Jeno uważaj pilnie: to są rzeczyZawierające wielkie prawdy boże.

25 — Zrywając uzdę która ma na pieczyPrawy bieg woli, człek nienarodzonyGubiąc się, zgubił cały ród człowieczy.

28 Odtąd lud ziemi niemocą złożonyPrzez liczne wieki w obłędzie się mroczył,Aż zeszło Słowo na ziemskie zagony.

31 A byt cielesny, który był odskoczyłOd swego stwórcy, w jedynej osobieAktem miłości z Bóstwem się zjednoczył.

34 Teraz bacz na to, co odkrywam tobie:Ow byt złączony ze swoim PodmiotemDobry i szczery był w stworzenia dobie.

37 Lecz własnowolnie był wygnany potemZ raju, stawszy się Bogu nieposłuszny,Który jest drogą prawdy i żywotem.

40 Zatem na krzyżu skon Chrysta katuszny,Jeśli się zważy naturę przybraną,Był po nad wszystkie godziwy i słuszny.

43 Ale też większej krzywdy nie widziano,Zważywszy godność cierpiącej Osoby,Która człowiecze wzięła na się miano.

46 Skutek podwójny wynikł z tej żałoby,Bóg i Żydowie sąd przyjęli radzi;Niebo się śmiało, pękały się groby.

49 Teraz cię pojąć rozum doprowadzi,Jak się to stało, że słusznie przyjętaKara słuszną się znowu pomstą gładzi.

52 Lecz widzę, myśl twa jeszcze zaprzątniętaTokiem wywodu w klubę weszła ciasnąI czeka, rychło węzeł się rozpęta.

55 Myślisz: Com słyszał, to pojmuję jasno;Nie pojmę, czemu dobroć boża chciałaZbawienie nasze krwią okupić własną.

58 Ten dekret, bracie, przed oczyma ciałaSkryty jest temu, czyja mroczna duszaW ogniu miłości jeszcze nie dojrzała.

61 Tej tajemnicy wielu się pokusza,Nie każdy pojmie, czemu odkupieniaŚrodkiem wybrana została katusza.

64 Wiedz: Łaska boża, w której nie masz cienia,Pała i błyszczy, a kędy zaświeci,Tam wieczne piękno z siebie wypromienia.

67 Wszystko, co się z niej bezpośrednio nieciJest nieśmiertelne; żadna moc nie zmywaCechy, która się raz na niem wykwieci.

70 Wszelaka istność, która z niej wypływa,Jest na wszem wolna, bo jej nie uciskaSwą doczesnością żadna rzecz pierzchliwa.

73 Bardziej jej luba dlatego że blizka;Bo ogień święty, co nad światem dnieje,W podobnem sobie jaskrawiej wybłyska.

76 Te są natury ludzkiej przywileje;Jeśli jej tylko jednego zabraknie,Już dostojeństwo jej karłowacieje.

79 W grzech wpadłszy, rychło wolności ułaknieToż grzech w niej boże podobieństwo skłóci;Nierozjaśnione bożem światłem, blaknie

82 I do godności swej póty nie wróci,Póki przez skruchę nie odzyska majuŁask, uwiędłego w gorącościach chuci.

85 Natura wasza we wszystkim rodzajuSwoim zgrzeszyła i z tego powoduStraciła prawa swe i rozkosz raju.

88 Zważ teraz pilnie: Pomimo zachoduNie odzyskałaby straconych włości,Wprzód nie przeszedłszy dwojakiego brodu:

91 Albo że Pan Bóg w swej wielkiej litościOdpuściłby jej słuszne pokaranie,Lub by sam człowiek odkupił swe złości.

94 Teraz-że zapuść źrenice w otchłanieTajników, ile zdołasz, człek padolnyI daj mym słowom baczne posłuchanie:

97 W granicach władz swych nigdy nie był zdolnyCzłowiek win zmazać, ni zniżyć się pótyW upokorzeniu, niebiosom powolny,

100 Ile wprzód w górę piął się, pełen buty;I to jest powód, czemu płód człowieczyZ mocy zgładzenia grzechu był wyzuty.

103 Więc sam Bóg musiał spieszyć pełen pieczy,By człeku pełnią przywrócić żywota,Z jednym lub dwojgiem tych środków k’odsieczy.

106 A że tem milsza jest mistrza robota,Im się w niej żywiej jego duszy tętnaI jego uczuć odbija szczodrota,

109 Więc dobroć boża, która swoje piętnaNadaje światu, obiema sposobyLudzkość z upadku dźwigać była chętna.

112 Od pierwoświtu po noc kreśnej dobyNie było sprawy tak nad wszelką miaręSzczytnej. Bo oto Bóg z własnej osoby

115 Człeku hojniejszą uczynił ofiaręAby go dźwignął i znowu wanielił,Niż gdyby z łaski odpuścił mu karę.

118 A darmo innym sposobem by celiłWyrokom zadość uczynić do syta,Gdyby sam w ludzką postać się nie wcielił.

121 Teraz chcę jeszcze, by-ć była odkrytaZasłona jednej tajemnicy świętej:Niech w niej twe oko równo z mojem czyta.

124 Powiadasz w sobie: Cztery elementyI elementów rozliczne złożeniaSą skazitelne a byt ich ujęty.

127 W granice czasu; jednakże istnieniaSą tworem ręki bożej; dla tej cnotyByćby powinny wolne od zniszczenia.

130 Anioły — bracie — i te kołowrotyW których szybujesz, czyste i świetlane,Były stworzone z pełnią swej istoty.

133 Ale pierwiastki żywiołami zwaneI wszystkie rzeczy, które z nich się biorą,Z mocy pochodnych są uformowane.

136 Stworzone ciało, które jest ich korą,Stworzona jest moc, w kształtowaniu czynnaA tkwiąca w gwiazdach, które tutaj gorą.

139 Dusza zwierzęca i dusza roślinna,Która jest z miazgi zrodzona pośledniej,Błyskom i ruchom gwiazd swą istność winna.

142 Lecz życie wasze w sposób bezpośredniTchnie łaska boża i rozmiłowywaTak, że już do niej tęsknicie po wsze dni.

145 Z tego się dla was argument dobywaO zmartwychwstaniu, jeżeliś rozważał,Z czego się wzięła cielesna pokrywa,

148 Gdy Pan Bóg waszych prarodziców stwarzał.

1 Mniemał świat, w zgubnej obłąkany wierze,Iż piękna Kiprys miłością skalanąWłada, po trzeciej rozpędzona sforze.

4 Zatem nietylko jej samej składanoKorne modlitwy i ofiarne wonieW owe obłędne człowieczeństwa rano:

7 Kupidynowi także i Dionie;Czczono jej matkę i czczono łucznika,Co na kolanach siadywał Dydonie.

10 Po niej, która pieśń niniejszą odmyka,Nazwano gwiazdę co się słońcu wdzięczy,Pląsa-li przed niem, czy za niem pomyka.

13 Jak w nią wpłynąłem, nie wiem, lecz mi ręczyZa prawdę cudu to, iż się na twarzyMej pani wybił blask piękniejszej tęczy.

16 A jak w płomyku iskierka się żarzy,Lub ton wibruje wśród akordu brzmieniaI na harmonii strun niby się waży,

19 Tak ja ujrzałem iskry wśród płomieniaŻwawsze, wolniejsze, to bliżej, to dalej,W miarę pełności ich jasnowidzenia.

22 Wiatr, co się z zimnych obłoków przewaliNiosąc chłód, albo pyły piasku wzdęte,Pewnie wygląda w locie opieszalej

25 Temu kto patrzał na płomyki święte,Jak swe taneczne porzuciły rotyU Serafinów wysokich poczęte.

28 W trop tych co niosły najbliżej swe loty,Brzmiało »hosanna« tak słodkiej kapeli,Żem po niej nigdy nie pozbył tęsknoty.

31 Wtem jeden płomień szybciej ku nam strzeliI pocznie: »Na twą zdajemy się wolę;Patrz w nas i niech cię nasz widok weseli.

34 Z Księstwami nieba w jednem lecim kole,Zjednani ruchem, celem, pożądaniem.O nich śpiewałeś niegdyś na padole,

37 Że pędzą trzecie niebo pojmowaniem:A tak cię lubim ja i me siostrzyce,Że będziem szczęśni, gdy chwilę postaniem.

40 Ku pani korne podniosłem źrenice,A gdy ucieszę je i gdy posilę,Do światła, co mi taką obietnicę

43 Z siebie czyniło, cały się wychylę:»Kto jesteś«, pytam, »duszyczko ogniowa?«A głos swój wielką czułością umilę.

46 O, jakie świetne blaski radość nowaSłońc aureolą kładła zolbrzymiałąNa duchu, gdy te wymawiałem słowa!

49 »Śród ziemi waszej, »odrzekł, żyłemwaszej«, odrzekł, »żyłem mało;Bogdajbym dłużej tam pomieszkał żywo,Wieleby złego pewnie się nie stało.

52 Uciecha duszna osłania pokrywąPromieniejącą kształty mej postaci,Jak jedwabnicę kokonu przędziwo.

55 Tę miłość, jaką za miłość się płaci,Dałeś mi; gdybym trwał między ziemiany,Byłbyś z niej ujrzał coś więcej prócz naci.

58 Owy brzeg lewy, falami oblanyRodanu, gdzie się z Sargi nurtem godzą,Miał niegdyś berłu memu być poddany.

61 Z nim róg Auzonii, który wokół grodząZamki Gaëty, Bari i Krotony,Gdzie Tronto z Verdem do morza uchodzą.

64 Jużem na czoło przymierzył koronyZ tej ziemi, co ją swym strumieniom płóczeDunaj, niemieckie porzuciwszy strony.

67 Piękna Trynakria, — nad którą mgły kruczeNie Tyfej wzdyma, lecz siarka pod korąGruntu zatoki, gdzie się Eurus tłucze

70 Między Paquino wiejąc i Peloro, —Raczejby prawych Rudolfa i KarłaNastępców na tron czekała. Cóż, skoro

73 Tyrania, która tylekroć otwarłaWrota niesnaskom, w sykulskiej stolicyOkrzykiem: Śmierć! śmierć! rozjuszyła garła.

76 Gdyby brat przejrzał, że mu namiestnicy— Ta katalońska łapczywa hołota —Lud krzywdzą, byłby zapobiegł krwawicy.

79 Kto państwem rządzi, niechaj się kłopotaO jego dobro: gdy z ładunkiem płynieZbyt ciężkim, zbędzie mienia i żywota.

82 Szczodrość rodzica zwyrodniała w synie:Winienby takich wybierać włodarzy,Co nie zgarniają pieniędzy do skrzynie«.

85 »Miło mi wierzyć, że ty twarzą w twarzyPogrążon bożej, oddychasz weselem,Co dzięki tobie i na mnie się żarzy

88 I co dóbr wszelkich jest źródłem i celem;Milej, że słów mych szczere znasz oblicze,Boś jasnowidny duch przed Stworzycielem.

91 Ucieszyłeś mię, teraz przeto życzęAbyś oświecił, bo mię podziw ima,Jak miód się może wyrodzić w gorycze«.

94 Tak rzekłem, a on: »Niech się myśl zatrzymaNa tem co powiem, a ku prawd powadzeBędziesz stał twarzą, tak jak dziś plecyma.

97 Dobro sycące i dzierżące w wadzeŚwiaty, po których wstępujesz do szczytu,Opatrzność swoję zmienia w nich na władze.

100 A dba nie tylko o naturę bytuWszego przezorność boża doskonała,Lecz o ład jego i pełnię dosytu.

103 Rzecz, która z tego łuku wybieżała,Tak niezawodnie do swej mety chynie,Jako do celu przejrzanego strzała.

106 Inaczej nieba, po których drabinieStąpasz, zmieniłyby ten świat ogromnyW twór nie cudowi rówien, lecz ruinie.

109 Co niepodobna, chyba że ułomnyDuch mają Wiedy, tych gwiazd wzruszycieleI ów Pierwowied, mocą w nich przytomny.

112 Chcesz-li, tę prawdę jaśniej ci wybielę«.A ja: »Nie trzeba, wierzę bez dowodu:Natura chybić nie może w swem dziele«.

115 »Byłożby«, dodał »dla ludzkiego roduGorzej, gdyby żył nie w społecznym stanie?...«»Tak«, rzekłem, »ani nie pytam powodu«.

118 »A istniałby ten stan, gdyby ziemianieZa rozmaitem powołaniem nie szli?«»Nie, i w tem jasne stoi mistrza zdanie«.

121 Te racje podał i dołożył: »JeśliTak jest, to przeto, że na przeznaczonemSą miejscu, jak je na świat z sobą wnieśli.

124 Ten się Kserksesem rodzi, ten Solonem,Melchizedechem lub tym, czyj junaczySyn chciał się w chmury wzbić lotem szalonym,

127 Siła okrężna niebios własnem znaczyPiętnem wosk ziemski z odwiecznego prawa,Lecz na stan, ani krewieństwo nie baczy.

130 Jakób się rdzennie różni od Ezawa,Romulus idzie z tak ciemnego rodu,Że mu się Marsa za ojca podawa.

133 Nie byłby różny płodzący od płoduI twórca zawsze odbiłby się w tworze,Gdyby nie czujność bożego zachodu.

136 Na prawowitym stoisz teraz torze;Aby zaś dowieść, żem ci jest po woli,Na domiar jeszcze jednego dołożę:

139 Jeśli z przyrodą los się nie zespoli,Płód wyda lichy dobrocią i trwaniem,Jak ziarno siane w niewłaściwej roli.

142 Gdyby świat chodził w parze z przykazaniemNatury ową przejrzaną koleją,Samiby dobrzy rodzili się na nim.

145 Lecz tam przyrody słuchać nie umieją,Czyniąc kapłanem kto stworzon do miecza,A królem kto miał zostać kaznodzieją.

148 Na błędnych ścieżkach jest stopa człowiecza«.

1 Tak mię pouczał twój Karol zwycięskiPiękna Klemencjo, a potem przed oczyPrzesunął przyszłe domu swego klęski,

4 Lecz ostrzegł: Zmilcz je, niech się dola toczy.Więc milczę, — tyle jednakże odsłonię:Za krzywdy wasze słuszna zemsta kroczy.

7 Nakoniec istność mieszkająca w łonieŚwiętego blasku zapadła wesołaW słońce dobroci, co dla wszystkich płonie.

10 O wy stworzenia bezbożne i zgołaOmylne, które tem dobrem gardzicieI ku próżności podajecie czoła!

13 A oto druga z tych dusz w błogim bycie,Na okazanie że jestem jej miły,Błyśnieniem ognia przebiła spowicie.

16 Oczy mej pani, które we mnie tkwiły,Uśmiechnęły się jak wprzód; po nich zgadłem,ZeŻe każe ustom, aby przemówiły.

19 »O szczęsny duchu! skoro twą posiadłemŁaskę, wynagródź moję chęć i dowiedź,ZeŻe mych pożądań raczysz być zwierciadłem!«

22 Tak rzekę. — A duch ze swych jasnych powićŚród których nucił, jak człek w dobrem żwawyTę na wezwanie moje dał odpowiedź:

25 »W owym zakącie nierządnej dzierżawyItalskiej, która Rialtem jest zawarta,A wraz źródłami Brenty i Piawy,

28 Stanęła góry niewysokiej warta,Gdzie to zatliła się głównia, w pożodzeRychło na cały kraj ów rozpostarta.

31 Z jednej z nią iskry — masz wiedzieć — pochodzę:Cunizza zwałam się; tu w blaskach żywię,Bom za tą gwiazdą stąpała w swej drodze.

34 Radośnie patrzę dziś i pobłażliwieNa przeszłość moję; iż mię to nie dręczyŻem w niższem niebie, będzie wam w podziwie.

37 Ów cenny klejnot, który na obręczyNaszego nieba blizko mnie się złoci,Wielką się sławą na padole wieńczy

40 I będzie, zanim wiek się zpięciokroci.Patrz-że: by pamięć swą przekazać wiekom,Do jakiej trzeba podnieść się dobroci!

43 Od tak poważnych myśli jest dalekoRzesza sieczona katorżnymi chrustyNad Tagliamentu i Adygi rzeką.

46 Rychło znów Padwa otworzy upusty,Aby Viczenzę grześć w wodnej mogile,Bo jest niekarny lud i twardousty.

49 Tam gdzie z Cagnanem jednoczy się Sile,Włada i głową niebiosów domierzaKtoś, komu pętlę plotą pod tę chwilę.

52 Feltro powtórnie na złego pasterzaZdradę zapłacze; będzie tak mizerna,Że nie widziała lichszych Malty wieża.

55 Byćby musiała pojemną cysterna,Coby zmieściła wszystką krew Ferrary— (Na uncje mierzyć, praca niepomierna) —

58 Którą wytoczy ten grzeczny wikary,Gwoli stronnictwu swemu umilony;Snać są w zwyczaju ówdzie takie dary.

61 Wyżej są Żrzadła, — wy mówicie Trony,W których sądzący Pan Bóg nam odsłaniaPrzyszłość; uwierz więc wróżbie przerzeczonej«.

64 Zmilkła i żeby dać mi do poznania,Że w innych myślach chce utonąć ninie,Wpłynęła w sferę krążącą kochania.

67 A duch radosny, co tak w świecie słynie,Nagle mi błysnął w zachwycone oczyWłaśnie jak słońce jarzące w rubinie.

70 W niebie uciecha z blaskiem się jednoczyJak tu z uśmiechem; za to tam w GehennieIm duch smutniejszy, tem się bardziej mroczy.

73 »Widzi Bóg«, mówię, »i tobie promiennieWid swój odsyła, duchu rajem syty;Więc znasz pragnienia moje nieodmiennie.

76 Dlaczegoż głos twój, cieszący błękityWraz z pobożnymi ogniami na niebie,Co z sześci skrzydeł wkładają habity,

79 Tak jest niełaskaw mej dusznej potrzebie?Jabym nie czekał twojego proszeniaGdybym tak samo umiał wnikać w ciebie«.

82 A na to były słowa jasnocienia:»Największa z dolin, wody schłaniającaPo oceanie co świat opierścienia,

85 Śród wrogich brzegów, przeciw biegu słońcaTak się wydłuża, iż u wschodniej ścianyPołudnik czyni z widnokręgu końca.

88 Na tem wybrzeżu byłem ja chowany,Wpół między Ebru u Makry strumykiem,Który Genuę dzieli od Toskany.

91 Prawie pod jednym leżą południkiemBuggia i gród mój, co nurt swej przystaniWidział krwawiący pod Rzymianów szykiem.

94 Folco mię zwali ziomkowie wsłuchaniW me pieśni; dziś mię sfera trzecia chowa:Czem ona dla mnie wprzód, jam dziś jest dla niej.

97 Mniej rozgorzała córa BelusowaZ duchem Sycheja i Kreuzy zwaśniona,Niż ja, póki mi nie zsiwiała głowa.

100 Ni Rodopeja, niegdyś uwiedzionaOd Demofonta, ni Alcyd, gdy JoliObraz kochany zamknął w głębi łona.

103 Tutaj się cieszym, nie że nas nie boliWina, bo ta nam już się nie odzywa,Ale że żyjem tak po bożej woli.

106 Tutaj nam jawią się najwyższe dziwaStworzone sztuką; poznajem ustroje,Przez które wyższy świat na niższy wpływa.

109 Lecz by poczęte tu pragnienia twojeUciszyć pełną wiedzą doskonalej,Dalszem cię jeszcze słowem zaspokoję.

112 Chcesz wiedzieć, kto się w tem światełku pali,Które tu blizko swój płomień kołyszeJak smuga światła w przeźroczystej fali?

115 Oto wiedz, że w niem przyucza się w ciszęRaab pośród nas, a gwiazda WeneraNajwyższe piętno na jej bycie pisze.

118 Do tego nieba, gdzie się cień opieraZiemią rzucany, pierwsza przed innemiW chwale boskiego weszła Bohatera.

121 Bo należało dźwignąć ją z podziemiNa jednę z tych sfer, ją, zwycięstwa znamięWywalczonego dłońmi złożonemi.

124 Ona to wsparła Jozuego ramię,Kiedy dobywał sławnie ziemi świętej,Nad którą papież dzisiaj rąk nie łamie.

127 Twój gród, od ducha pysznego poczęty,Co pierwszy stanął przeciw MajestatuI niekarnością wszczął świata lamenty,

130 Jest rozsadnikiem nieszczęsnego kwiatu,Który obłąkał trzodę śród bezdroży,Z pasterza wilka czyniąc na złe światu.

133 Więc Ewangelia i wielcy DoktorzyW pogardzie; górą za to Dekretały,Na których pismak swoje glossy mnoży.

136 Niemi się para papież, kardynały;Do Nazaretu ich myśl nie popłynie,Gdzie archanielskie skrzydła powiewały.

139 To też Watykan i inne świątynieRzymu, które się zmieniły w cmentarnąSadybę Piotra świętego drużynie,

142 Rychło się z tego nierządu wygarną.

1 Niewysłowiona Moc patrząc na SynaOczyma tego świętego Kochania,Które się z obu od początku wszczyna,

4 Wszystko co na wzrok albo myśl się skłaniaWprawia w ład taki, że rozkosz bez likuPłynie z samego tych praw oglądania.

7 Więc czoło teraz podnieś czytelnikuI wzrok twój niech się w tem miejscu zatrzyma,Kędy przechodzi Zodjak po Równiku.

10 I niechaj pierś twa zachwytem się wzdymaNad sztuką Mistrza co tak swego tworuStrzeże, iż tkwi w nim ustawnie oczyma.

13 Patrz jak się odgiął od prostego toru,Przeto że ziemia jego władz przyzywa,Owy zwierzyniec niebieskiego dworu.

16 Gdyby nie była droga jego krzywa,Wiele sił nieba zeszłoby na niceI mocby żadna nie została żywa.

19 Gdyby choć nieco zboczyła z graniceW prawo lub lewo, ładby znikł w dzierżawieŚwiata, zczezłyby ziemskie półkulice.

22 Siedź-że słuchaczu teraz na swej ławie,Rozpamiętywaj nad uczty przedsmakiem:Ja zanim znużę, wprzódy cię zabawię.

25 Pchnąłem cię naprzód; idź wskazanym szlakiemBo oto chłonie wszystkie me zachodyMaterja, której zostałem śpiewakiem.

28 — Owy najwyższy namiestnik przyrody,Który odstrzela światu boże rajeI blaskiem swoim znaczy godzin chody,

31 Przyszedłszy na te dwu kręgów rozstajeZaczął posuwać się spiralnem kołem,Po którem chodząc, co dzień raniej wstaje.

34 Już byłem w słońcu, lecz jak w nie wpłynąłem,Tegom nie dostrzegł; tak człowiek nie zbieżyWybłysku myśli, jeno z myślą społem.

37 O! w jaki blask się ustroiła świeżyOna, po stopniach piękności wodzącaSzybciej, niż miarą czasu się wymierzy

40 I jaka była cała jaśniejąca!A już mi sztuki i dowcipu braknie,By rzecz opisać, widną wewnątrz słońca

43 W blasku nie barwie; pod piórem mi blaknieObraz i słowa stają się nieskładne;Lecz ten uwierzy, kto oglądać łaknie.

46 Nie dziw, że w takich wyżynach nie władnęPamięcią, by z niej mieć wiernego świadka:Wzwyż słońca oko nie wybiegło żadne.

49 Tam mi jawiła się czwarta czeladkaBoża, którą już wieczyście nasycaOdkryta Trójcy najświętszej zagadka.

52 Więc Beatrycze: »Wznieś dziękczynne lica,Słońce aniołów chwal, że szczęsnej poryTym dotykalnym cudem cię zaszczyca«.

55 Nigdy człek w sercu nie był taki skoryDo uwielbienia Boga, ni tak chętnyDank mu wdzięczności składać i pokory,

58 Jak ja, kiedy mię w jakiś żar namiętnyBożej miłości pchnęła jej zachęta:I trwałem, pani mojej niepamiętny.

61 Nie zadąsała się, lecz uśmiechniętaSpojrzała: od jej uśmiechów urokuZnów się skupiona moja myśl rozpęta.

64 Rój świateł widny w słonecznym otokuOgniskiem czynił nas swojego kręga,Słodszy dla ucha niż widny dla wzroku.

67 Czasem wygląda tak Dyjany wstęga,Gdy z pary wodnej splecioną obrożęWokoło tarczy księżycowej sprzęga.

70 »Tam, skąd wróciłem, na niebieskim dworzeJaśnieją piękno i drogie klejnoty:Nie lza ich wywieść za królestwo boże.

73 Tak wyglądały te śpiewacze roty:Ten chce w niemowie mieć nowin zwiastuna,Kto ku nim nie wzbił się własnymi loty.

76 Słońc gorejących rozśpiewana łunaTrzykroć nas brała w swoje błyskawice,Krążąc jak gwiazdy wokoło bieguna.

79 Tak rozpędzone w pląsach taneczniceRazem przystaną i pełne skupieniaUchem chwytają nowy rytm w muzyce.

82 A z wewnątrz ten-ci brzmiał głos jasnocienia:»Gdy promień łaski który miłość płodzi,Co się w kochaniu jeszcze rozpłomienia,

85 Do takich granic swą czułość przywodzi,Że ci pozwala stąpać po drabinie,Po której nikt bezpowrotnie nie schodzi.

88 Ktoby ci bronił zmaczać usta w winieZbawienia, byłby tak wolności próżny,Jak woda która do morza nie płynie.

91 Chcesz-li usłyszeć, jaki kwiat przeróżnySkłada girlandę, rozwitą w urodziePani, co krzepi w tobie trud podróżny?

94 Wiedz-że: owieczką byłem w świętej trzodzieDominikowej, co jeżeli czynuNie zaniedbywa, nie sypia o głodzie.

97 Ów z prawej strony duch jasny — o synu —Bratem i mistrzem mi był; to z KoloniiAlbertus Wielki; — jam Tomasz z Akwinu.

100 Jeżeli pragniesz, że ci się odsłoniInne w tym wieńcu nieśmiertelne miana,Obracaj oczy za wodzą mej dłoni.

103 Ów blask pochodzi z uśmiechu Gracjana,Co tak skutecznie praw pogodził dwoje,Że stąd uciecha była w Raju Pana.

106 Czwarty, zdobiący te święte pokojeJest ów Piotr, który jak wdowa ubogaZdał Kościołowi wszystko mienie swoje.

109 Ta piąta jasność, nad wszystkie tu drogaZ takiej miłości tchnie, że w ziemskiej stronieKażdy rad wiedzieć, jak żywie u Boga.

112 Taka w niej mądrość przepaścista płonie,Że póki prawda prawdą, równej sławyMąż się nie rodził na ziemskim wygonie.

115 Po za nią widzisz tu blask co pojawyWziąwszy cielesne, śród ludzi najręczejPoznał naturę anielską i sprawy.

118 A w tem maleńkiem światełku się wdzięczyOwy obrońca chrześcijańskich ołtarzy,Którym się — było — Augustyn wyręczy.

121 Jeśli po blaskach innych luminarzyMyśl twoja tropem mych pochwał śladuje,Zapragniesz poznać, co się w ósmem żarzy.

124 W nim oglądaniem Boga się radujeDuch mędrca, który sercu co go słyszy,Marności świata tego ukazuje.

127 Ciało, skąd został wygnany, tam w niszyLeży Cieldauru; z wygnania, z mozołuTutaj się dostał do miru i ciszy«.

130 W ognistym wieńcu krążyli pospołuIzydor, Beda i ów Ryszard z nimi,Który był więcej niż człekiem padołu.

133 Ostatni z duchów jasnych tak szczytnemiZadumaniami miał zajętą głowę,Że mu dłużyło się ulecieć z ziemi.

136 To jest wieczyste światło Sigierowe,Co nauczając w Słomianej ulicyGłosił budzące zawiść prawdy nowe.

139 Wtem jak o świcie gdy oblubienicyBoskiej spragnionej świętego kochaniaŚpiew budzi męża miłego w łożnicy,

142 A zegar kółka toczący, wydzwaniaDzień, dzień, tonami pieszczoty tak słodkiej,ZeŻe się w niej sam duch od lubości słania,

145 Tak krążąc w świateł wirownicy wiotkiejGrali pieśń swoję przesławni lutniści,W której nikt jeszcze nie pochwycił zwrotki,

148 Chyba tam, gdzie się rozkosz wiekuiści.

1 O bezrozumne zabiegi człowiecze,Jakaż tkwi w waszych syllogizmach wada,Że się wam skrzydło tak poziomo wlecze!

4 Ten księgi prawne, ów lekarskie bada,Ten chce w kapłańskiej pysznieć świętej krasie,Ten sztuką rządzi, a ów siłą włada.

7 Ten się rozbojem, ów urzędem pasie,Znów inny zmysły rozkoszą mozoli,Inny w gnuśności żyje i wywczasie.

10 A ja wyrwany z tej wszystkiej niewoliOtom był w raju, gdzie mię BeatryczeWyniosła z sobą w gwiezdnej aureoli.

13 Już też duchowie na swoje stanicePo kręgach blasku wróciwszy, stanęliW miejscu, jak w swoich lichtarzach gromnice.

16 Potem z pośrodka ogniowej topieliGłos mi się ozwie, już słyszany skorzejI w znak radości światłem jaśniej strzeli:

19 »Wszystko ja«, mówił, »widzę w łunie bożej«.Toż zapatrzony w to wieczyste płomięWiem, jaki teraz niepokój cię trwoży.

22 Wątpisz i czekasz, że ci uświadomięI nieomylnym wywodem rozjaśnięTak, że w nim przejrzysz, wątpliwości kromie,

25 Znaczenie słów tych, że »głodnym nie zaśnie«I o tym co był »niezrównany wiedzą«:Oto rozróżnić tutaj trzeba właśnie.

28 Opatrzność, która nad tą ziemską miedząCzuwa rozumem takim, że źrenicyMoce się zwichną, zanim dna dośledzą,

31 Chcąc oto miłość wzmóc OblubienicyKu małżonkowi, który z nią weseleOdprawiał w jęku i świętej krwawicy,

34 Pragnąc by szła doń i ufnie i śmiele,Dwu książąt wybrał w ziemskich mężów gronieNa przewodników jej w podwójnem dziele.

37 Jeden miał ogień seraficki w łonie,A w drugim taka mądrość się zebrała,Że od niej blaskiem cherubina płonie.

40 O jednym powiem, bo jednego chwałaObu dotyczy, a ich powołanieW jednym kierunku i znaczy i działa.

43 Między Tupinem, a wodą, co kanieZe wzgórz, gdzie pamięć Ubalda jaśnieje,Stok żyzny kłoni się po górskiej ścianie.

46 On to Perugię raz ziębi, raz grzejeOd strony Porta Sole; w tyłach wzgórzaGualdo z Nocerą pod uciskiem mdleje.

49 W miejscu, gdzie stromość z lekka się wydłuża,Słońce tam wzeszło człowieczego rodu,Jak owo, co się z Gangesu wynurza.

52 Kto więc wspominać chce owego grodu,Nie mówże: Assyż, bo rzekłbyś za mało,Lecz Wschód, bo słuszna zwać go mianem Wschodu.

55 Na niebie jeszcze nie wysoko stało,Gdy plemię ludzkie z zasług jego cnotyJuż pierwszych błogich skutków doznawało.

58 Bo on chłopięciem, wbrew ojcu, w zalotyBiegł do tej pani, co nie wszystkich nęci,Podobnie jak śmierć, dla swojej brzydoty.

61 Przed trybunałem duchowym swe chęciZgłosił et coram patre dał jej słowo,A potom co dnia kochał ją goręciej.

64 Po pierwszym mężu swoim była wdowąTysiąc, więcej stu i kilkoma laty,Aż ją ten oto poślubił na nowo.

67 Bo nie pomogło, aby zwabić swaty,To, że w rybaka chacie nie zadrżałaNa głos Cezara straszącego światy.

70 A taka była wierna i wytrwała,Że razem z Chrystem zawisła na krzyżu,Gdy nawet matka u stóp pozostała.

73 Lecz byś nie błądził, będąc już w pobliżuPrawdy, odkryję myśli osłonięte:To z panią Biedą Franciszek z Assyżu.

76 Zgoda małżonków, lica uśmiechnięte,Miłość przedziwna, wzrok pełen pogodyBudziły wkoło zadumania święte.

79 Pierwszy się rozzuł bieżący na godyBernard Czcigodny i jeszcze się wstydzi,Że spieszy mało... O dobro bez szkody,

82 O skarbie wieczny! Więc rozzuł się Idzi,Rozzuł Sylwester za pierwszym małżonkiem,Taka im luba małżonka się widzi.

85 Tak poszedł ojciec i mistrz ze swem gronkiemDobranem: z panią i czeladką chętną,Już opasaną pokornym postronkiem.

88 Ni mu chmurzyło czoła wstydu piętno,Choć się urodził synem BernardonaI że miał postać oczom nieponętną.

91 Lecz po królewsku zamiarów dokona,Odkrywszy trudny plan przed InocentymI bierze pierwszą pieczęć i znamiona.

94 Gdy trzódka rosła, w trop za mistrzem świętymKrocząc, którego żywot nad pojęcieGodzien, że sławią go nad firmamentem,

97 Papież Honorjusz, na Ducha zaklęcieOzdobił chwałą powtórnej koronyArcypasterza szczytne przedsięwzięcie.

100 A że był palmy męczeńskiej spragniony,Chrystusa głosić jął i Apostołów,Przed sułtańskimi nie zadrżawszy trony.

103 Lecz widząc próżne owoce mozołówA lud ów twardym i wierze niezdarnym,Wrócił brać żniwo z italskich padołów.

106 Pośród skał, które Tybr okrąża z Arnem,Ostatnią pieczęć od Chrystusa wziętą,Dwa lata nosił na ciele ofiarnem.

109 Gdy Bóg, który mu taką pracę świętąWyznaczył, po tej ziemskiej poniewiercePrzygotowywał mu wieczyste święto,

112 Na brać swą, mienia słuszne spadkobiercęZdał opiekuństwo swej małżonki miłej,Każąc, by wierne jej chowali serce.

115 Z jej łona zstąpił potem do mogiły;Gdy dusza do swej wzlatała dzierżawy,Zwłoki mar innych sobie nie życzyły.

118 Pomyśl, jakim był drugi sternik nawyPiotrowej, którą z nim razem prowadziPrzez dzikie morza do przystani prawej.

121 To patryarcha nasz; o kim on radziI kogo służba i trud nie przestrasza,Dobry ładunek na swą barkę ładzi.

124 Lecz trzodę nowa ponęciła pasza,Więc tak się stała łakoma bez miary,Że po manowcach za nią się rozprasza.

127 A gdy odbiegnie w gąszcze i czaharyPrecz od pasterza co tak o nią stoi,Z pustem wymieniem wraca do koszary.

130 Niejedna przy nim trwa; szkody się boi;Lecz tak ich mało, że się wszystkim łacnieZe sztuki sukna kaptury wykroi.

133 Jeśliś za myślą mą nie szedł omacnie,Jeżeli słowa moje masz w pamięci,Jeśli słuchając, roztrząsałeś bacznie,

136 Już w części swojej dopełniłeś chęci:Widzisz, z jakiego drzewa strugam wióryI co się w słowach Rzemiennika święci

139 Gdy mówi: »Syty, kto do dzieła skory«.

1 Zaledwie przerzekł swe ostatnie słowoBłogosławionej ognik aureoli,Święty krąg począł wirować na nowo.

4 Lecz zanim jeszcze pełną odbył kolej,Już się krąg drugi w pierwszą tęczę wplataI słowo z słowem, dźwięk z dźwiękiem zespoli.

7 Dźwięk, do którego w tych nadniebnych świataOrganach tak się mają ziemskie tony,Jak do pierwo-słońc ich ziemska poświata.

10 Taki jest właśnie, na rozkaz JunonyZ barw równoległych wity łuk dwutęcznyNa wiotką chmurę w powietrze rzucony.

13 Ze środkowego wystrzela zewnętrznyJak głos tej nimfy, co niby oparyW słońcu, zmarniała w miłości niewdzięcznej.

16 Weń poglądając ludzie są tej wiary,Że to znak boży pisany na chmurze,Jako nie spuści więcej równej kary.

19 Tak więc naokół nas wieczyste różeW girlandzie toczą swoje korowody,Zewnętrzna średniej wtórując w tym chórze.

22 Aż gdy te wielkie i radosne gody,Owe migoty i owa muzykaŚwiateł, lubości pełna i pogody

25 Za zgodną wolą, która w ruch przenikaZmilkły tak razem, jak obie połowyPowiek się razem zwiera i odmyka,

28 Znienacka łono jednej jaśni nowejSprawiło, pieśnią nagle się rozpększy,Żem się k’niej nakształt igły magnesowej

31 Zwrócił. Śpiewała: »Miłość co mię piększy,O drugim wodzu powiadać mi każe:Przez niego pierwszy w czci zajaśniał większej.

34 Słuszna by z jednym drugi chodził w parze,Bo jak walczyli pod sztandarem wspólnie,Niech się i sława ich razem pokaże.

37 Wojsko Chrystusa zebrane mozolniePo pierwszych klęskach, formowało cugiChwiejne, nieliczne, ciężko i powolnie.

40 Więc Władca wieczny opatrzył swe sługiI podparł słabe Kościoła obrońceWedług swej łaski, nie zaś ich zasługi.

43 I jak już rzekłem, posłał swej małżonceZ odsieczą tych dwu przedziwnych szermierzy,Aby skupili wojska błąkające.

46 W tej ziemi, kędy wstaje Zefir świeżyRozwijać zioła na poczęciu roku,Z których Europa ma ruń swej odzieży,

49 W pobliżu Oceanowego skokuZa którym słońce, zszedłszy w dal od progaLądów, z ostatnich ziem ginie widoku,

52 Błogosławiona leży CallarogaPod czułą strażą tej tarczy potężnej,Gdzie się na wieże lwia wspina załoga.

55 Tam się urodził ten nowozaciężnyMiłośnik wiary, ten zapaśnik święty.Dla swoich słodki, na wrogów orężny.

58 A w duszy taką mocą był zaklęty,Że matka ogniem proroczym owianaSny o nim śniła, ledwie był poczęty.

61 Gdy wziął ślub z Wiarą i tytułem wianaObojej stronie u świętej krynicePewność zbawienia była warowana,

64 Niewiasta co zań składa obietnicę,We śnie ogląda owoc ów dostałyCo miał wzróść z niego i przejść na dziedzice.

67 Aby w imieniu samem się streszczałyDuszy znamiona, Anioł go w swej zjawieKazał zwać »pańskim«, bo w Panu był cały.

70 Zwał się Dominik, a ja o nim prawięJak o rataju wezwanym od CHRYSTA,By mu pomagał w ogrodu uprawie.

73 I widno, że był pracownikiem CHRYSTA,Bo pierwszą miłość i pierwszą swą wolęZwrócił ku myśli zesłanej od Chrysta.

76 Nocą piastunka trafiała pacholęNa ziemi, pełne niemego skupienia,Jakby mówiło: Na tę-m skazan dolę.

79 Rodzicu jego »Szczęsny« bez wątpienia,O matko jego, w istocie »Joanno«,Jeżeli los wasz wykładać z imienia.

82 Nie żądzą ziemskiej mądrości nagannąWiedzion za głośnych kanonistów wzorem,Lecz by prawdziwą nasycić się manną

85 Rychło zasłynął przedziwnym doktoremI począł chodzić około winnicyPod złym hodowcą nawiedzanej morem.

88 Nie o to prosić szedł świętej stolicy,Która spełniała miłosierdzia cnotęGdy szafarzyli w niej lepsi skarbnicy, —

91 By pozwalała brać z sześci trzy złote,Albo zagarniać kościelne prebendy,Albo z dziesięciu obdzierać biedotę;

94 Lecz by posłała go karczować błędy,Ratować ziarno, skąd na naszej roliDwudziestu czterech drzew wyrosły pędy.

97 Potem jak strumień, nim się z gór wyzwoliZ swą apostolską misją czekał do pórKiedy się poczuł i w wiedzy i w woli.

100 Do heretyckich krzów przykłada topórA usilnością tam żywiej nastaje,Kędy zaciętszy napotyka opór.

103 Z niego rozliczne wytrysły ruczaje:Tak katolicka zagroda skrapianaDrzewka swe stroi w zawsze jasne maje.

106 Gdy tak ci kreślę jedno z kół rydwana,Z którego Kościół w domowej rozprawieBronił się i skąd gromił wrogów Pana,

109 To ci tem samem przed oczyma stawięCzem był ów drugi niebieski najmita,O którym Tomasz mówił tak łaskawie.

112 Lecz kolej przezeń w szczycie kół tych rytaPrzemieniła się na manowce kręte,A gdzie był winny osad, pleśń zakwita.

115 Rodzina jego porzuciwszy święteTropy już dzisiaj tak opacznie czyni,Że stawia palce gdzie on stawiał piętę.

118 Sama się lichej uprawy obwiniW dniu owym, gdy to zapłacze wydartyKąkol, że się go nie daje do skrzyni.

121 Prawda, że waszych ksiąg przejrzawszy kartyZnajdę takiego, którego pochwalę,Że dziś jest tyle co i dawniej warty.

124 Nie z Acquasparta jednak, nie z Casale,Bo tam spaczona reguły istota:Ten ją zaostrza, ów pełni niedbale.

127 Ja z Bagnareggio jestem: duch żywotaBonawentury, dostojnik w kościele;Przed ziemską wrzawą zamykałem wrota.

130 Z Illuminatem swoje szczęście dzielęI z Augustynem; to pierwsi w pokoręŻebraczą strojni Boga przyjaciele.

133 Hugo z San Victor i Piotr Mangiadore,Piotra Hiszpana duch cię tutaj wita:W dwunastu księgach jego słowo gore.

136 I Natan prorok i MetropolitaChryzostom, Anzelm, Donat blaski toczy,Z którego dzieł wam pierwsza wiedza świta.

139 Rabanus tu jest, a obok rwie oczyDuch Joachima, Kalabrji opata,Co mowę pełną miał mocy proroczej.

142 Wysławiać tylu paladynów świataOto żarliwa uprzejmość mię skłania,Oraz wymowność przeroztropna brata

145 Tomasza, a z nim ta święta kompania.

1 Kto chce oglądać własnemi oczymaCom teraz ujrzał, niech w myśli posplataI jak kształt ryty w pamięci zatrzyma,

4 Te piętnaścioro gwiazd najżywszych świataTak gorejących, że śród mgławic mętuMrok się najgęstszy przed niemi odmiata.

7 Niech wyobrazi wóz, który zakrętuPełnego w jednej dokonywa dobieNie schodząc nigdy za skraj firmamentu.

10 Niech uście rogu wyobrazi sobieKtóre w pobliżu tego punktu płonieKędy tkwi biegun w lazurowym globie.

13 Niech je pomyśli w podwójnej koronieTak ułożone między gwiazd kurzawą,Jak się złożyły po Ariadny skonie.

16 Niechaj przedstawi sobie taką sprawąZeśrodkowane te niebios ozdoby,Że jedna w lewo, druga bieży w prawo, —

19 A ujrzy duszy oczyma jakobyW widmie obrazu te pląsy i tanyCo się toczyły wokół mej osoby.

22 Widok z ziemskimi tak nieporównany,Jak pierworuchu szalone wichuryZ powolnym chodem naszej swojskiej Chiany.

25 Tam nie Apollem, nie Bachem brzmią chóry:Sławi się Osób trzech przyrodę bożą,Sławi w Osobie jednej dwie natury.

28 A wtem się tańce i śpiewy ułożą:Duchy skłonione z kolistego szlakuKu nowej trosce myśl zwracają hożą.

31 Potem milczenie zgodnego orszakuPrzerwie ów płomień świętego ogniskaCo mi powiadał o bożym żebraku.

34 »Gdy jedna słoma sprzątniona z boiskaI do szpichlerza ziarno już zesute,Miłość mi drugi snop pod cepy ciska.

37 Myślisz tak: W łonie, skąd było wypruteŻebro na zaczyn owej gładkiej twarzyCeCo świat na taką przywiodła pokutę,

40 I w owem skłótem włócznią dzikiej straży,Które ściągając na się pomsty ramię,Przeszłą i przyszłą winę równoważy, —

43 W nich obu, to jest w Chryście i w AdamieTyle wmieściła wiedzy twórcza władza,Ile dopuszcza człowieczeństwa znamię.

46 Przeto też dziwno tobie, jak się zgadzaZ tą prawdą moje rzeczenie poprzednie,Że niema równia światło, które chadza

49 W piątym płomieniu. Utkwij wzrokiem w sednieMej myśli; tak z nią twoję wiarę złożę,Iż będą jako dwa koła spółśrednie:

52 To co umiera i co mrzeć nie możeJest jeno ziemskie idei odbicie,Którą kochaniem rodzi tchnienie boże.

55 Bo światłe Słowo, które bierze życieOd swej Prajaśni, a zawsze się jednaZ nią i z Miłością, złączone w trójbycie,

58 Promienie rzuca z dobroci bezednaNa dziewięciorga sfer wiry okolneUstawnie trwając jako istność jedna.

61 Potem zstępuje w tworzywa padolneStopień po stopniu, — aż na byty schodziKrótkotrwałego jeno życia zdolne.

64 Przez byty owe rozumieć się godziTe, co je wirem pierworuchu sferaZ nasienia albo i bez niego płodzi.

67 Lecz miazga bytów i moc co ją zbieraW kształt, są nierówne, toż z pod ich osnowyTyp idealny nierówno przeziera.

70 Stąd też pochodzi, że niejednakowyOwoc, gdzie drzewa gatunek jednakiI że są tępsze i bystrzejsze głowy.

73 Gdyby ta miazga była bez poszlakiI pełnia wpływów szła z niebiosów toni,W bytach by żadne nie istniały braki.

76 Ale natura dużo blasku roniTworząc swe dzieło, właśnie jak artysta,Który zna kunszt swój, lecz jest słabej dłoni.

79 Zato jeżeli Miłość płomienistaW dzieło jasnością pierwomocy tchnęła,To się w niem jawi doskonałość czysta.

82 Tak w owej glinie stworzonej do dzieła,W które spłynęły wszystkiej krasy zdroje;Tak w płodzie Panny, co z Ducha poczęła.

85 Słuszne jest zatem powiedzenie moje,Że nigdy dotąd nie było śród ziemiTak doskonałych tworów, jak ci dwoje.

88 Gdybym nic nie rzekł więcej, słuszna, że miZadasz pytanie, co znaczyło ono:»Iż niema równia między żyjącemi.

91 By ci nie taić prawdy pod zasłoną,Uważ kim on był i czego to w darzeŻądał, kiedy mu żądać dozwolono.

94 Mniemałem, że ci w mych słowach ukażę,Iż on był królem i mądrości życzyłOd Boga, by był władcą nad mocarze,

97 Nie zaś, by niebios ruchadła policzył,Lub dwu przesłanek co są sobie sprzeczne:Musu z przypadkiem następstwo wytyczył;

100 Zgadł, są-li dźwignie ruchu ostateczne,Wkreślił w półkole trójkąt, gdzieby wcięcieKąta prostego nie było konieczne.

103 Zebrawszy wszystko wiesz, żem w tym momencieMądrość królewską przez ową wspaniałąWiedzę rozumiał, godząc w twe pojęcie.

106 Jeśli się słowo »wzniósł się« pomieszało,Wiesz, że na celu miałem ukazanie,Iż królów wielu jest, lecz dobrych mało.

109 Z tem objaśnieniem przyjmij i patrz na nieI niech w pamięci twojej tak ostanąNasz pierwszy Rodzic i nasze Kochanie.

112 A miej u nogi kulę ołowianąI stąpaj zwolna jak człowiek znużony,Zanim osądzisz rzecz nieoglądaną.

115 Bo gorzej głupca będzie poniżony,Kto zbyt dorywczo rozstrzyga i sądzi,Nie odróżniwszy wprzódy lepszej strony.

118 Taki się zmiesza zwykle i pobłądzi:Nazbyt pochopnie bieży ku fałszowi,Przyczem uczucie już rozumem rządzi.

121 Kto swej nie znając sztuki, prawdę łowi,Próżno zarzuca na głębinach wędy,Bo wynik jego chęciom nie odpowie.

124 W takie to właśnie popadli obłędyParmenid, Melis, Brissos, inny taki,Którzy kwapili się, nie wiedząc kędy.

127 Sabeljusz, Arjusz i owe pismaki,Którzy dla Pisma byli jak te mieczeCzyniący z twarzy dorodnych — pokraki.

130 Nie bądź więc w sądach zbyt rączy, człowiecze,Ani nie szacuj zboża na rozłogu,Zanim się ziarno na słońcu wypiecze.

133 Widziałem nieraz wiosną badyl głogu,Który wyglądał suchy i chropawy,A potem kwieciem róż wdzięczył się Bogu.

136 A znów widziałem szkut piękny i żwawyJako po fali szedł w wielkiej paradzie,A potem tonął przy końcu wyprawy.

139 Niech więc nie sądzi lada kto w gromadzieMówiąc: ten darzy Kościół, ów okrada,Iż już do wnętrza zajrzał bożej radzie,

142 Gdyż ów się może podnieść, gdy ten pada.

1 W krągłym naczyniu dwojgiem fal się mąciPłyn, które na się zachodzą wzajemnie,Gdy się go z zewnątrz i z wewnątrz potrąci.

4 Podobny obraz ujawnił się we mnie,Gdy duch żywota niegdyś TomaszowyZapadł w milczenie; bo się tak foremnie

7 Układał teraz pogłos jego mowy,Ku nam falując, z głosem Beatryczy,Która więc temi ozwała się słowy:

10 »Choć on nie wyrzekł jeszcze czego życzy,Ani chęć nawet w głowie mu nie świta,Potrzeba jemu nowych prawd zdobyczy:

13 Blask, którym wasza substancja zakwita,Wiecznie-li będzie trwał, czy też docześnie,Póty aż się wiek wypełni do syta?

16 A jeśli przetrwa dzień, gdy człowiek wskrześnie,Jakim sposobem w ciele cierpiętliwemPłonąc, nie będzie ócz raził boleśnie?«

19 Jak uniesiony radosnym porywem,Pląsając w kole cały chór tanecznyObjawia afekt swój giestem i śpiewem,

22 Tak po tej prośbie naglącej i grzecznejZawirowały z radosnymi głosyDwa święte kręgi obręczy słonecznej.

25 Kto z was się skarży na śmiertelne ciosy,Które raj dają po ziemskiej rozłące,Nie wie, jak luby chłód niebieskiej rosy.

28 Jedność i z Dwójcą Trójca, wiecznie tchnąceA władne w Trójcy, w Dwojgu i w Jedności,Nieogarnięte, wszechogarniające

31 Trzykroć śpiewane były pośród włościNiebios tak słodko, że najlepszy zgołaDo większych nagród prawa nie urości.

34 I usłyszałem śród mniejszego kołaW zbożniejszem świetle pełen umileniaGłos, jak ów Marji zwiastuna — anioła:

37 »Dopóki w Raju te pląsy i pieniaTrwać będą, póty miłość co w nas tlejeWyiskrzać będzie te szaty z płomienia.

40 W miarę zapału blask nasz potężnieje,A zapał w miarę patrzenia, tem silniej,Im więcej Łaska na nas mocy zleje.

43 Gdy dawne ciała mieszkańce mogilniPrzywdziejem, wtedy w tej chwalebnej korzeBóg będzie na nas poglądał przychylniej.

46 Przez to się równie nasza jasność wzmoże,Którą wysiewa niebieska skarbnicaI dzięki której patrzym w lica boże.

49 Widzeń się naszych rozszerzy granica,Roztleje ten żar, który z nich się nieci,Posili promień, co się w nich nasyca.

52 Jak węgiel, kiedy płomień go ukwieci,Swoję łupinę ogniową przebijaI pośród światła czerwonością świeci,

55 Tak przez tę jasność, która nas spowija,Kształt nasz cielesny lśnić będzie z pożaru,Dziś jeszcze skryty w grobie co przemija.

58 Ani nie będziem zmęczeni od skwaru:Organ cielesny będzie dosyć silnyAby nie zemdleć z rozkoszy nadmiaru.«

61 Tedy słyszałem, jak bardzo był pilnyZawołać — Amen — każdy ognia płatekSpragnion dostania swej szaty mogilnej.

64 Nie tyle dla się, ile dla swych matek,Ojców i wszystkich, których w tamtym bycieKochali, zanim zbyli ziemskich szatek.

67 A oto mi się zjawiły w rozkwicieNowe jasności nad tęcz pierwszą parą,Niby na rąbku niebiosów o świcie.

70 Jak na sklepieniu nieb godziną szarąZamajaczeją coraz błyski noweWidniejąc w oczach ni jawą, ni marą,

73 Podobnie błysły przez mgielną osnowęŚwiatła i jęły toczyć swe obrotyPonad dwie inne obręcze tęczowe.

76 O szczere Ducha świętego błyskoty!Utkwiony w waszej ognistej koronieWzrok mój lśnął, rażon gwałtownymi groty.

79 Wtem Beatryczy piękność mi rozpłonieUśmiechem między światłości ruczajeTak, że mej wizji opisem nie zgonię.

82 Czułem, że wzrok mój nowych sił dostajeI że jak gdyby potężnemi pióryJestem z mą panią rwany w wyższe raje.

85 Czułem to, żeśmy lecieli do góry,Po roześmianiu gwiazdy purpurowem,Czerwieńszem niż ton jej zwykłej purpury.

88 Modlitwą serca, tym wspólnym duchowymJęzykiem Bogu składałem ofiaryPo Jego łaski objawieniu nowem.

91 A nie ostygły jeszcze we mnie żaryCałopalenia, gdym miał niewątpliwyDowód, że przyjął Bóg me korne dary.

94 Bo tak szkarłatny, światły nad podziwyBłysnął kształt w głębi tęczowego kręga,Żem wołał: Helios! jakżeś urodziwy!

97 Jak owa, która dwa bieguny sprzęga,Gwiazdami siły różnej świecąc światu,Niewybadana wiedzą mleczna wstęga,

100 Tak pośród Marsa pełen majestatuZnak mi się jawił, złożony w te linie,Co razem tworzą przekątnię kwadratu.

103 Tutaj ma sztuka z pamięcią się zminie,Bo oto w krzyżu lśniła postać CHRYSTA:Wobec niej wszelkie porównanie ginie.

106 Lecz kto krzyż bierze naśladując CHRYSTA,Przebaczy mowie mojej niedojrzałej,Gdy kiedyś ujrzy sam łyskanie CHRYSTA.

109 W ramionach krzyża, tam gdzie się mijałyLub gdzie schodziły święte błyskawice,Zaraz się skrzyło żywszymi zapały.

112 Jako przez niedość szczelne okienniceWciska się iskier gromada drgającaPasem świetlanym w komnaty ciemnicę

115 I cząsteczkami ognia cień roztrącaCo go człek sobie sztucznie dla osłonyUczynił, chroniąc się nadmiaru słońca;

118 Lub jako w gęśli albo wielostronejHarfie ze zgodnych uderzeń wykwitnąMiłe, choć w słowa nieubrane tony,

121 Tak ja w me zmysły przejmowałem szczytnąMuzykę świateł, która się zbierałaW ramionach krzyża melodją niechwytną.

124 Śpiewana była snać najwyższa chwała:»Powstań«, — »zwyciężaj« — jeno mię doleciZ pieśni, która się w swoim wątku rwała.

127 Zatem się we mnie taka miłość nieci,Że owładnęła całą duszą moją:Nigdy nie byłem brany w słodsze sieci.

130 Może te słowa nieopatrznie roją,Mając przepiękne oczy w niepamięciCo były dotąd mych tęsknot ostoją.

133 Ale kto zważy, iż żywe pieczęciPiękna, im wyżej, tem działają żywiejI że w tej chwili do nich wszystkie chęci

136 Miałem zwrócone, ten usprawiedliwiW czem uchybiłem, albowiem dowiodę,Iż się jednemu drugie nie przeciwi:

139 Wszak ona wzrosła tymczasem w urodę.

1 Ta dobra wola, w której się wykrywaMiłość, będąca z wolą boską w mirze,Jak jest w rozterce wola niegodziwa,

4 Milczenie słodkiej nakazała lirze,Pokojąc struny w szczytnym instrumencie,Na których sam Bóg swoje nuty niże.

7 Mogłybyż modłom moim stać na wstręcieIstoty, które zgłuszyły swe pienia,Ażeby moje usłyszeć zaklęcie?

10 Taki doczeka duszy potępienia,Kto się pozbywa sam miłości czystejDla rzeczy marnej, dla rozkoszy cienia. —

13 Jako przez lazur cichy i przejrzystyCiągnąc za sobą zadumane oczyNagle przebieży lotem smug ognisty,

16 I zda się gwiazdą która z drogi zboczy,Tylko że tamta, w miarę jak się zniżaGaśnie, a ta trwa, ani się nie mroczy,

19 Tak porzuciwszy prawe ramię krzyża,Od konstellacji gdzie mieszka, jak strzałaDo stóp krzyżowych zbiegła iskra chyża.

22 Ni się od wstęgi perła odrywała:Z bieli jarzącej swój ognik wyłoniI jak za płytą alabastru pała.

25 Potem się ku mnie jak Anchiz przykłoniWedle powieści poety, tą chwilą,Gdy syna ujrzał na Elizjum błoni.

28 »O ty krwi moja, obsypana tyląŁask bożych, komuż tak szczęśnie jak tobiePo dwakroć wrota niebios się odchylą?«

31 Tak rzekła światłość. Więc w jasnej osobieWzrok utkwię i znów pani mojej licePodziwiam; dwojgiem kras swój zachwyt zdobię.

34 Takim uśmiechem grały jej źrenice,Żem się swojemi zdał zapadać do dnaPo łask i rajów ostatnie granice.

37 W słuchaniu słodka, w widzeniu pogodnaPostać zaczęła mówić dziwne rzeczy:Ich sensu moja myśl była niewłodna

40 Nie przeto, by duch tajność miał na pieczy,Ale że nabył przez swe wniebowzięcieZnamion szczytniejszych nad umysł człowieczy.

43 Lecz gdy gorącej miłości napięcieTak odtężało, że tajników zjawaZdołała w moje utrafić pojęcie,

46 Pierwsze, co mi się wyrozumieć dawaByło: »Sławię cię, trójjedną Istotę,Żeś była dla mej krwi taka łaskawa«.

49 A dalej: »Słodką i dawną tęsknotę,Wyrosłą z wróżby zapisanej w księdze,Kędy konieczność nie chybia na jotę,

52 Koisz przechodząc za jasne wrzeciędzeBytów niebiańskich, dzięki tej co z twegoŚwiata wyniosła cię nad ludzką nędzę.

55 Ty wiesz, że ku mnie myśli twoje biegąOdbite z Boga i obraz zeń wstajeTwych chęci, jako cyfr szereg z jednego.

58 Nie pytasz zatem, ktom ja, przecz się zdajęPłonąć jasnością czerwieńszych korali,Niż inne duchy zdobiący te raje.

61 I wiesz prawdziwie, bo wielcy i maliTych nieb są jeno odbiciem zwierciadła,Gdzie, ledwie błyśnie ich myśl, już się pali.

64 Lecz aby miłość, która mną owładłaI ma wnet moję tęsknotę uzdrowićZa twą osobą, w pełni cię posiadła,

67 Szczerze, wesoło, ufnie spiesz wysłowićJaka się w tobie myśl i chęć poczęła;Wiedz, że gotowa już im jest odpowiedź«.

70 Na Beatryczę spojrzałem; pojęła,Nim rzekłem słowo; uśmiechu wymowaWraz prędkie skrzydła mym chęciom przypięła.

73 Potem zacząłem: »Odkąd Pierwsza owaRówność wam błysła, wszak się w was kochaniaI wiedzy zdolność stała jednakowa?

76 Bowiem je Słońce grzeje i rozsłaniaCiepłem i światłem w takiej równej mierze,Iż między niemi niema stopniowania.

79 Zato chęć a moc w naszej ziemskiej sferze,Z powodów, które poznali niebianie,Mają w swych skrzydłach różnej mocy pierze.

82 W tym ja śmiertelny znajduję się stanie,Przeto jedynie sercem niosę do cięZa twój ojcowski afekt dziękowanie.

85 Topazie żywy, który w tym klejnocieNiezrównanymi blaskami wykwitasz,Mów mi, jak zwałeś się w ziemskim żywocie«.

88 »Szczepie mój miły, że tu wnet zawitasz,Czekałem. Jam jest twego rodu korzeń«.Tak począł mówić niebieski dygnitarz.

91 Ten, który żyjąc śród padolnych stworzeńDał ci nazwisko i sto lat z okłademJuż błądzi w pierwszym kręgu upokorzeń,

94 Był synem moim a twoim pradziadem;Słuszna żebyś mu w tej ciężkiej przygodzieModłami rajski wypraszał dyjadem.

97 — Florencja w starym mieszcząca się grodzie,Skąd jej jak dzisiaj wydzwaniały wieże,Podówczas żyła w skromności i zgodzie.

100 Nie były modne kosztowne odzieże,Manele, wieńce, trzewiczki i pasy:Jeszcze je liczka zaćmiewały świeże.

103 Córka rodząc się, rodzica nie straszyŻe wyjdzie za mąż, nim doczeka pory;Zamiast posagu wystarczało krasy.

106 Nie stały pustką pałace i dwory,Ani był znany kunszt Sardanapala,Który znieprawia małżeńskie komory.

109 I nie prześcigał jeszcze MontemalaUccellatoio, a nie tak upadłaRoma, jak on się upadkiem pokala.

112 Szlachta jak Berti pas rzemienny kładłaZ kościaną sprzączką; niewiasty wstawałyZ nieubieloną twarzą od zwierciadła.

115 Nerli, Vecchietti w proste samodziałyChodzili strojni; żony u wrzecionaSiedząc, z kądzieli nitki wysnuwały.

118 Szczęsna z nich każda, że w ojczyźnie skona,Lub że od męża, samotna w izdebceDla dziewek z Francji nie będzie rzucona.

121 Inna, bywało, ślęczy przy kolebceI ową gwarą właściwą dziecinie,Kołysząc, słowa pieszczotliwe szepce.

124 Ta u przęślicy długą nitkę winieSnując powieści, — tak wieczór ulata, —O Troi, Rzymie, fiesolskiej dziedzinie.

127 Tak trudno było spotkać w owe lataCianghellę, albo Lapa Saltarella,Jak dziś Kornelę albo Cyncynata.

130 Do tej siedziby miru i wesela,Do tego cnego, wiernego naroduPowołała mię na obywatela

133 Marja, od matki mej w bólach poroduWzywana; imię i chrztu szatę nowąBrałem w kościele chrzcielnym twego grodu.

136 Bracia się moi Elizeusz zowąI Moront; żony ojczyzna nad Padem:Od niej wywodzisz swą nazwę rodową.

139 Potem chadzałem z cesarzem Konradem;On mię pasować raczył na rycerza,Tak za mą prawą służbę był mi radym.

142 Lud wojowałem, co święte wybrzeżaFałszywą wiarą plugawi, w zdobyczyZabrane z winy niecnego pasterza.

145 A potem byłem od szkaradnej dziczyZbawion żywota, który w mętnym zdrojuDa czerpać duszom ułudnej zdobyczy

148 I z męki wszedłem do niebios pokoju.

1 O krwi człowieczej dostojeństwo liche!Pytam ja, czyli dziwić się wypada,Że tu na ziemi wzbijasz człeka w pychę,

4 Gdy porywami swych uczuć nie włada,Skoro tam, gdzie mu prosto dano latać,Jam zaczął pysznieć świetnością pradziada!

7 Jesteś jak ten płaszcz, co go ciągle łataćPotrzeba, bowiem czasu go nożyceKrążąc wokoło, nie przestają płatać.

10 »Was« — (tym wyrazem tok mowy pochwycę,Który był czczony w twem mieście, o Tewrze!Lecz zaniechali go Rzymian dziedzice.

13 Tu Beatrycze uśmiechem odewrzeUsta, znak dając na porozumienie,Jak niegdyś owa służebna Ginewrze). —

16 »Was« — tak powiadam — »swoim ojcem mienię;Przez was mi wzrasta mówienia otucha,Przez was podnoszę się nad przyrodzenie.

19 Radość mi pełnią strug napełnia ducha;I znów się cieszę, że pod tak bogatymPlonem nie pęka ta skorupa krucha.

22 Szczycie dostojny, powiedzcie mi zatem,Kto dziady wasze; do winnicy pańskiejDuch wasz z prabytu którem zstąpił latem?

25 Mówcie mi, ile trzody świętojańskiejByło podówczas? jacy luminarzePrzyozdabiali w chwałę gród mieszczański?«

28 Podczas kiedy ja tak pochlebnie gwarzę,Coraz się jasność jego rozrumieniaI jak od wiatru węgiel, staje w żarze.

31 A jak w mych oczach piękniej się przemienia,Tak mi łacińską mową ucho pieści,Pełną słodszego i milszego brzmienia:

34 »Od dnia gdy Marji Anioł przyniósł wieści,Do dnia gdy matce mojej, dzisiaj świętej,Przyszło mię rodzić w lęku i boleści,

37 W obiegu po raz pięćset pięćdziesiątyTrzydziesty gwiazda co przed tobą płonieGłowicą swoją lwiej dotknęła pięty.

40 Dom nasz stał w miejscu, gdzie w dorocznym gonieNa ostateczną trafiają dzielnicęDo swojej mety rozpędzone konie.

43 Kto byli moich rodziców rodzice,O tem zamilczeć tutaj skromność każe:Tem, com rzekł dotąd, niech cię już nasycę.

46 Od chrzcielnic po most, gdzie Mars trzyma straże,Mieszkańców zdatnych do walnego szykuPięćkroć mniej niż dziś było na obszarze.

49 Lecz krew ludności co dziś jest na znikuZlana z krwią Campi, Certalda, Figghiny,Czysta w najlichszym była rzemieślniku.

52 Bogdaj nie były wcielone do gminy!Galluzzo albo Trespiańska przykopaBogdajby nasze kończyły dziedziny.

55 Nie trzebaby wam znosić odór chłopaZ Aguglion, albo rodzonego w Signie,Co rad brać cudze do swojego snopa.

58 Gdyby ten co dziś ku przepaści chynieNie był dla swego Cezara macoszy,Lecz się w nim kochał jako matka w synie,

61 Taki Florentczyk, co się dziś panoszyHandlem, powracałby do Simifonti,Gdzie to dziad żebrał do torby trzech groszy.

64 Trzymaliby się w Montemurlo Conti,Cerchi by żyli w prowincji AconeA w Valdigreve może Buondelmonti.

67 Stadła małżeńskie źle postanowione,To złe, skąd czyha na państwo zagłada,Jak z potraw, gdy są w żołądku skłócone.

70 Ślepy byk prędzej, potknąwszy się, pada,Niż ślepe jagnię: byle z dobrej stali,Lepiej niż pięć szpad, siecze jedna szpada.

73 Przyjrzej się Lunie, przyjrzej Urbisaglii,Jako zginęły; patrz, śmierci zarodyNie od dziś w Chiusi tkwią i Sinigaglii.

76 Że z biegiem czasu upadają grody,Niechaj ci dziwne nie będzie odkrycie;Mają swój koniec państwa i narody.

79 Wszystko ma swą śmierć, lecz ta czasem skryciePrzychodzi i kres przed oczyma chowa,Gdy jest leniwsza, niźli ludzkie życie.

82 A jak wirując, sfera księżycowaRaz wraz to zniża, to podnosi fale,Tak się Florencji dola różnie snowa.

85 Przeto nie będzie tobie dziwno wcale,Że się tu mężów florenckich przypomni,Pokłoni skrytej w łonie czasu chwale.

88 Catellinowie, Ughi mi przytomni,Filippi, Greci, Ormanni, Albrichi:Już wyrodzeni, a jeszcze ogromni.

91 Wielcy dziadowie, rodów naczelniki:Owi z Sannella oraz owi z Arki,Toż Soldanieri, Ardinghi, Bostichi.

94 Nad bramą, która obciążyła barkiDźwigając takiej podłości brzemiona,Że wróżą zgubę przepełnionej barki,

97 Ród Ravignanów siadł, skąd rozplenionaFamilia Guida i liczni dziedziceSławnego niegdyś mianem Bellinciona.

100 Pan z Pressy znał już wtedy tajemnicęRządów pomyślnych; już dom GaligaioOzłocił miecza gardę i głowicę.

103 W górę wyrosła już kolumna z Vajo,Sacchetti, Giuochi, Fifanti, Basucci,Galii i ci co korca się sromają.

106 Ow szczep, z którego wyrośli Calfucci,Strzelił wysoko; do krzeseł się wspięłyKurulnych: Sizich ród i Arrigucci.

109 Niejedne własną dumą się zwichnęły,Podczas gdy w złotych kulach było ładnieFlorencji, strojnej przezacnemi dzieły.

112 Takimi czyny doszli chwały snadniePrzodkowie onych, co dzisiaj w kościeleSierocym spadłszy, pasą się gromadnie.

115 Zgraja zuchwała, co się smoczy śmieleNa pierzchających, lecz gdy jej kto kłamiLub kieską błyśnie, jak owca się ściele.

118 Już się wznosili — drobni ludzie sami:Na teścia dąsał się Ubert Donati,Że mu ród lichą parentelą plami.

121 Już Caponsacco osiadł się bogatoZszedłszy z Fiesole; już wzmogła uczciwaPraca ród Giudi i ród Infangato.

124 Rzecz to zaiste dziwna, lecz prawdziwa:Do miasta wrota ubożuchne wiodły,Co je od rodu Pera lud nazywa.

127 Kto tylko zdobił tarcz pięknemi godłyCnego barona, któremu brzmi sławaWłączona w święto — Tomaszowe modły,

130 Szlachectwo razem brał i wszystkie prawa.(Choć dziś się z ludem brata ktoś, co złotejFrendzli do belek na herbie dodawa).

133 Już Importuni kwitli, Gualterotti;Już wreszcie Borgo żyłoby spokojnie,Gdyby przybysze zostali za wroty.

136 Dom, co początek dał zabójczej wojniePrzez pomstę słuszną za niecne zachody,A was przymusił czuwać ciągle zbrojnie,

139 Cny był sam i cne związane z nim rody;O Buondelmonte, czemuż cię widzieliNa inne stamtąd spieszącego gody!

142 Ci co dziś smutni, byliby weseli,Gdybyś do miasta jadąc, spoczął w EmiePrzez dopust boży na wodnej pościeli.

145 Lecz było trzeba, by florenckie plemięPoświęciło cię w miru dni ostatnieGłazowi, który u stóp mostu drzemie...

148 Widziałem zatem w jedno plemię bratnieCzule spojoną Florencję w tej porze,Zanim się nad nią pomsta boża zatnie.

151 Z onymi rody w jednym sławnym zborzeLud sprawiedliwy tak, że lilii kwiatyNa drzewcu lancy zawsze były w górze,

154 Ni odmieniały bieli na szkarłaty.

1 Jak ten, co bieżał, dawszy słuch obmowie,Badać Klimenę o swe pochodzenie— Odtąd są skąpsi dla synów ojcowie, —

4 Tak jam się kwapił i tak me pragnieniePojęli ona i duch świętej chęci,Co ku mnie zstąpił po krzyżowej ścienie.

7 Więc Beatrycze rzekła: »Tchnij goręciejPożądań twoich wewnętrznymi żary,Znacząc je cechą serdecznej pieczęci.

10 Bo choć nam nie są tajne twe zamiary,Chcę byś się uczył, sam będąc niesytym,Prosić, aby ci dopełniono czary«.

13 »O pniu ojczysty, coś nieb dosiągł szczytemI rzeczy przyszłe leżące w bezkresieOglądasz, jaźnią złączony z prabytem;

16 Któremu każdy dzień dzisiejszym zwie sięTak nieomylnie, jako jest niemylneTo, że rozwartych dwóch trójkąt nie zniesie;

19 W czas gdy mię ramię Wirgilego silneWiodło ku górze co lekuje skazyI gdym zstępował w ciemnie zamogilne,

22 O losach swoich słyszałem wyrazySrogie, choć dusza jak skała ciosanaW sześcian nie baczy na fortuny razy.

25 Oto chcę wiedzieć od samego rana,Jaka się dola stanie mym udziałem,Bo mniej dokucza strzała przewidziana«.

28 Tak się do iskry świętej odezwałemI jak mi jasna moja pani każe,Pragnienia duszne otwarcie wyznałem.

31 Nie w tej dwuznacznej dawnych wieszczków gwarze,Jak nią wróżyli, zanim był zabityBaranek, który grzechy świata maże,

34 Lecz w mowie prostej, jasnej i niekrytejDziad mój najmilszy ozwał się łaskawie,Widny mi, chociaż w uśmiechu spowity.

37 »Wszelkie zdarzenie, co w świata ustawieZa pojęć waszych materyją leży,W oczach się boskich kreśli jak na jawie.

40 Lecz się z przedwiedzą boską nie przymierzyZdarzeń konieczność; tak wzroku narzędziePrzez się nie sprawia, że łódź z falą bieży.

43 Jak ucho słyszy organ, który gędzieSłodką harmonię, tak i wzrok mój chwytaNa toni czasów to, co z tobą będzie.

46 Więc jak wygnały niegdyś HipolytaZ Aten macochy niecne obyczaje,Tak i ty wyjdziesz z Florencji banita.

49 Już tego pragnie ktoś i już nastajeNa cię i wnet się twą krzywdą nasyciPan ziem, gdzie codzień Chrysta się sprzedaje.

52 Winę, jak zwykle, poniosą pobici,Lecz pomsta, która za zbrodnią ugania,Wyda, po której stronie prawowici.

55 Naprzód porzucisz najsłodsze kochania:To pierwsza będzie z twych losów przygodyStrzała puszczona po łuku wygnania.

58 Poznasz następnie, jakie gorzkie godySpożywać cudzy chleb; jak uciążliwaDroga wstępować na nieswoje schody.

61 Lecz co ci bardziej dopiecze do żywa,Będzie kompania, którą zły los wnęciW twe obcowanie, dzika i złośliwa,

64 Niewdzięczna, głupia, bez czci i pamięciNieprzyjacielsko stanie przeciw tobie,Ale też nie ty, lecz ona kark skręci.

67 Jej zbydlęcenie poznasz po sposobieJakim ci będzie czynić swoje wstręty:Chwała-ć, bo stworzysz stronnictwo sam sobie.

70 Pierwsza gościna gdzie będziesz przyjęty,W czesnej wielkiego Lombarda ostoi:Ponad schodami u niego ptak święty.

73 Taka go hojność i uprzejmość stroi,Taka łaskawość w dobrodziejstwie skrzętna,Że nim poprosisz, już prośbę ukoi.

76 Z nim ujrzysz chłopię, które wzięło piętnaOd szczęsnej gwiazdy w urodzin godzinie,Iż wiekom będzie jego cześć pamiętna.

79 Nie wiedzą jeszcze dzisiaj o chłopczynie,Bowiem zaledwie lat dziesięć, nie dłużej,Jak wokół niego słońca krąg się winie.

82 Gaskon wielkiego Henryka nim zdurzy,Blask cnót młodzieńca światu się objawi:Złota nie chciwy, przed trudem nie stchórzy,

85 A dobroć jego tak się rozesławiPrzez usta wielu po świata połaci,Że jej wróg nawet milczeniem nie zdławi.

88 On cię też kiedyś wesprze i wzbogaci:To zdziała jego nad ludem opieka,Że stan zamienią biedni i bogaci.

91 Słuchaj, co niesie przyszłość niedaleka,Lecz nie głoś...; rzeczy dodał niesłychane:Cudem się zdadzą temu, co doczeka.

94 Oto są — mówił — glossy przypisaneDo wróżb o tobie; oto niekorzyści,Których masz doznać przez losów odmianę.

97 Nie przeto oszczędź bliźnim nienawiści;Trwalsze po tobie wieńce wawrzynowe,Niż pomsta, co się na twych wrogach ziści«.

100 Gdy dusza święta zakończyła mowęI tak ucięła nić w onem przędziwie,Skąd snuła wątek na moję osnowę,

103 Zacząłem jak ktoś, co wygląda chciwieJakowejś rady od osoby drogiej,Która wie i chce i kochaniem żywie.

106 »Ojcze mój, widzę, czas w pełne ostrogiPędzi przeciw mnie, a cios tem boleśniejUderza, im kto jest pełniejszy trwogi.

109 Toż muszę tarczą osłonić się wcześniej,Bym, skoro los mi ojczyzny nie życzy,Reszty nie stracił z winy moich pieśni.

112 Tam, w owym świecie bezmiernej goryczyI na tej góry pięknej krętym szlaku,Skąd mię porwały oczy Beatryczy

115 I tutaj w niebie z gwiezdnego orszakuSzły mi w słuch rzeczy, które gdy powtórzę,To niejednemu będą przykre w smaku.

118 Gdy zaś przed prawdy oznajmieniem stchórzę,Lękam się stradać przyszłego żywotaŚród tych, dla których zmiany losu wróżę«.

121 A wtem klejnotu mojego jasnotaUśmiechem w snopy wybłyśnie ognisteJako od słońca tarcz zwierciadła złota.

124 I doda: »Tylko sumienie nieczysteZ własnych lub cudzych win, twoich orędziSurowość przykro poczuje — zaiste!

127 Ty jednak z prawdy dróg nie schodź ni piędzi:Opowiedz w pieśniach wszystką twoją zjawę,A niech się taki skrobie, kogo swędzi

130 Chociaż użali się na cierpką strawęPosmakowawszy, potem z jej dosytuSoki wynikną na zdrowia poprawę.

133 Wołanie twoje będzie wiatr u szczytuGór, co najwyższe potrząsa konary,A to ci doda nielada zaszczytu.

136 K’temu to w niebie i w wieczystej karyDolinie i tam na górze umorzeńUkazano ci sławne w świecie mary.

139 Bo nie buduje się duch ludzkich stworzeń,Ani przykładom wierzyć nie jest zwykły,Co mają skryty i nieznany korzeń

142 I nie znęci ich żaden dowód nikły«.

1 Już zadumaniem własnem się ukoiłBłogosławiony wid, a jam radościZe smutkiem plotąc, swe marzenia roił,

4 Gdy pani co mię wiodła ku boskości,Rzekła: »Myśl odmień; bacz, jak niedaleceSiedzę tej mocy, która krzywdy prości«.

7 Na głos ten spojrzę ku mojej Opiece:Jaką miłością wzrok jej święty gore,Niecham rzec, bowiem mową nie dolecę.

10 Nie tylko przeto, że słów nie dobiorę,Lecz że nie zdołam odwołać w pamięci,Jeżeli ktoś mię nie podeprze w porę.

13 Tyle rzec jeno wspomnienie mię nęci,Że gdym poglądał na nią, w tym zachwycieRoztopiły się wszystkie inne chęci.

16 Aż z jej lic piękna wiecznego odbiciePośrednie ku mnie odstrzelone, dajeMym zachwyconym zmysłom nowe życie.

19 Gdy tak od światła jej uśmiechu taję,Rzekła mi: »Obróć się i spójrz po stronie:Nie tylko w moich oczach błyszczą raje«.

22 Gdy duszę wszystką jakaś myśl pochłonie,To się ją łacno odgaduje z twarzy,W której jak gdyby jasnym ogniem płonie.

25 Toż widząc, jak się płomyk święty żarzyI tem zarzewiem w uśmiech przyodziewa,Znak w tem poznałem, że ze mną pogwarzy.

28 Płomień rzekł: »Na tem piątem piętrze drzewaCo z góry czerpie sok, nie traci liści,A owoc na niem ustawnie dojrzewa,

31 Siedzibę mają duchowie ogniści,Co zasłużyli, nim doszli podwyżaTych sfer, by już ich sławili lutniści.

34 Lecz spojrzyj teraz na ramiona krzyża:Kogo zawołam, zleci takim ruchem,Jak po obłoku spada iskra chyża«.

37 Gdy patrzę, ognia wyrwie się okruchemNa wzew: »Jozue!« jedna jasna dusza;Prędzej ją okiem pojąłem niż uchem.

40 Potem na wtóry wzew MachabeuszaDruga zaczęła w lot okrążać polem:Jako bicz frygę, radość ją porusza.

43 Więc za Rolandem i Wielkim KarolemBiegła mi w tropy źrenica rozwarta,Jak po powietrzu za lotem sokolim.

46 Potem widziałem Wilhelma, Renwarta;Goffreda dusza mknęła świętym szlakiemI Gwiskardzina, od krzyża oddarta.

49 Zjednany z duchów krążących orszakiemÓw wid mówiący pokazał nareszcie,Jak dzielnym w chórze niebian był śpiewakiem.

52 Obróciłem się ku świętej niewieściePo mej prawicy, tusząc, że pochwycęRozkaz zjawiony w słowie albo gieście.

55 Ujrzałem wtedy jej czyste źrenice:Nigdy nie była strojniejsza w pieszczotęAni weselej jaśniały jej lice.

58 Jak dobrze czyniąc, wzmaga się ochotęI rozkosz dobra, a śród tego społemCzłowiek spostrzega, że urasta w cnotę,

61 Tak zapatrzony w piękny cud, pojąłem,Że ja i ze mną wszystka niebios chwałaCoraz to szerszem toczymy się kołem.

64 Jak w jednej chwili rumieńcem zapałaI znowu, skoro ze wstydu ochłonie,Szkarłaty zwiewa niewieścia twarz biała,

67 Tak ją ujrzałem obróciwszy skronie;Nagle w jasności złagodzonej zbladła,Gdy szósta gwiazda wzięła nas w swe tonie.

70 W tej Jowiszowej żagwi się układłaMiłość, błyszcząca płomiennymi znakiW kształcie łacińskiej mowy abecadła.

73 A jak siedzące po wybrzeżu ptakiCiesząc się swojej wygrzebanej strawieZlatują w chmary lub w długie orszaki,

76 Tak pośród świateł migocą jaskrawieDuchy pieśń nucąc, aż sobą wypisząD. I. L. na mgieł jarzącej kurzawie.

79 Naprzód w takt śpiewu chwilę się kołyszą,A potem w każdej literze zatknionejNa niebie cicho, nieruchomie wiszą.

82 O boska Muzo, która bijesz w dzwonyGeniuszom, długi wiek im niosąc w darze,Gdy oni darzą nim państwa i trony; —

85 Pokrzep me siły, niechaj się odważęSkreślić tę ogniów mowę jasnowzorą:Niech w szczupłych wierszach twa moc się ukaże.

88 — Ujrzałem tedy pięć razy siedmioroGłosek wiązanych ognistym zaplotem:Rozpalają się kolejno i gorą.

91 Diligite justiciam: z swym przedmiotemSłowo wybłysło w tej pierwszej kwaterze;Qui judicatis terraM stało potem.

94 Gdy wiersz dopełnił kresu na literzeM, wtedy Jowisz zdał się srebrny cały,A tylko złotem tkane miał obrzeże.

97 Na szczyt owego M pozlatywałyIskry i pieśnią zaczęły wymownieSławić moc, co je wiodła do swej chwały.

100 Jak gdy potrącisz zapaloną głownię,Tysiąc się iskier zaraz z niej rozleci,Z których gmin ciemny wróży, — tak ponownie

103 Trysła kurzawa ognistej zamieci:Tutaj opada, tam się w górę wzbije,W miarę jak skinie słońce co ją nieci.

106 A gdy iskrami całe tło wyszyje,Tedy patrz: gwiazda utkana przy gwieździeZłożyły głowę orlicy i szyję.

109 Ten kto tam jeździ, wodza swojej jeździeNie zna; sam wozi, wydzielając onęMoc, co się formą czyni w każdem gnieździe.

112 Chór co skwapliwie układał koronęZ lilij ponad M, kilkoma obrotySpłynął w orlicy kształty spłomienione.

115 O słodka gwiazdo, iloma-ż klejnotyŚwiadczysz, że Prawo ziemskie się wywodziZ nieba, zdobnego twojemi błyskoty.

118 Więc błagam kornie Myśl, z której się rodziTwój ruch i władza, niech odpędza chmuręZłości, bo cień jej twoim łunom szkodzi.

121 Niechaj zapłonie gniewem po raz wtóryNa tych, co hańbią kupczeniem dom boży,Z męczeństw i cudów mający swe mury.

124 Wojska niebieskie! przed wami się korzyDuch mój: módlcie się za ten ród człowieczy,Co pod złym wodzem błądzi śród bezdroży.

127 Dawniej się w wojnie używało mieczy;Dziś się odkrada od ust chleb prawdziwy,Którego ojciec nikomu nie przeczy.

130 Ty klątw miotaczu, któreś mazać chciwy,Wiedz: żywie Paweł, i Piotr za winnicęKtórą pustoszysz, umęczon, — też żywy.

133 Odpowiesz: Ja się wizerunkiem sycęŚwiętego, który zamieszkał pustkowieI na śmierć wydan był przez tanecznicę,

136 — A jacyś Paweł i Piotr mi nie w głowie!...

1 Lśniło przedemną z rozwartemi pióryPiękne zjawisko; pośród słodkich pieniRadowały się w niem niebiańskie chóry.

4 Każda duszyczka, rubinek w czerwieni,Słońcem odbitem tak gorzeć poczęła,Że miałem pełne źrenice płomieni.

7 Co tutaj wejdzie do mojego dzieła,Nie było z pisma znane, ni ze słuchu,Ani go ludzka fantazja powzięła.

10 Orzeł przemawiał; w powietrznym podmuchu»Ja« »Moje« brzmiało powiadano głośno,Gdy »My« i »Nasze« brzmiało w jego duchu.

13 »Żem sprawiedliwą czynił i litośną,Ku wielkiej jestem podniesiony cześci,Dokąd pragnienia żadne nie dorosną.

16 Pozostawiłem czyny takiej treści,Że je człek lichy bliźniemu zachwala,Choć w ślad nie kroczy tych o mnie powieści«.

19 Jak z mnóstwa głowni jeden się rozpalaŻar, tak z miłości wielu w tym płanecieJedna się z głosów dobywała fala.

22 Więc się ozwałem: »Nieśmiertelne kwiecieWiecznej radości, wy, co wszystkie wonieW jedno zebrane wdychać mi dajecie,

25 Tchnieniem ukójcie głód, co w mojem łonieWciąż się odzywa od młodości rana,Bo dlań pokarmu niema w ziemskiej stronie.

28 A gdy tu w niebie sprawiedliwość PanaInne królestwa czyni swem zwierciadłem,O ileż jaśniej wam jest ukazana.

31 Wiecie, jak chciwie tu słuchać przypadłemCo mi rozjaśniać raczycie, i któraTo strawa, co jej tak dawno nie jadłem«.

34 Jak sokół, kiedy pozbywszy kapturaWykręca głowę i krasą się chwaliI okazuje wigor, bijąc w pióra,

37 Tak wstrząsnął sobą znak, w którym się paliŁask bożych chwała i zabrzmiał w muzyce,Której klucz owi tylko święci znali.

40 »On, co przyłożył cyrkiel swój w graniceŚwiata, — tak brzmiało, — i na jego scenieRozmieścił wszystkie jawy i tajnice,

43 Nie mógł swej mocy znamion na stworzeniePrzenieść do tyla, aby jego słowoNie było zawsze wyższe nieskończenie.

46 Dlatego duch ten, co był stworzeń głową,Upadł przez pychę jak owoc zielony,Bo nie chciał czekać na chwilę wschodową.

49 Więc temże bardziej twór niedokształconyNigdy wielkiego Skarbu nie doceni,Co sam jest miarą sobie — niezmierzony.

52 Wzrok nasz, jakkolwiek jest jednym z promieniTej myśli, która wypełnia krawędzieWszelakich bytów na świata przestrzeni,

55 Z natury własnej tych sił nie dobędzie,By się mu jawił w pełni Bóg przestworza:Zawsze dlań mniejszy, niż istotnie będzie.

58 Tem bardziej waszym sprawiedliwość bożaTak płytko właśnie odsłaniana bywa,Jak płytko sięga w głębokości morza.

61 Dno widzi z brzegu, tam gdzie fala spływa,Lecz go nie widzi na morzu szerokiem:A przecież dno jest, lecz je głąb zakrywa.

64 Nie jest światłością, co nie płynie tokiemNiezamąconej jaśni; jest ciemnościąI jadem ciała, albo jego mrokiem.

67 Oto że tobie nad sprawiedliwościąPrawdziwą sklepień zasłona odkryta,Coś jej dociekał z taką usilnością,

70 Mówiąc: »Mieszkaniec z nad Indu koryta,Z nieuznającej Chrystusa dziedziny,Kędy nikt o nim ni pisze, ni czyta:

73 Sądząc rozumem pobudki i czyny,Przypuśćmy, że jest bez wszelkiej przywary,Żywot i mowa jego są bez winy.

76 Jakiż sąd słusznej nań dopuści kary,Jeżeli umrze w pogańskim obłędzie?Gdzie wina, skoro nie był naszej wiary?...

79 A któż ty jesteś, co siadasz za sędzięI badasz tysiąc mil odległe sprawySądem, mierzącym zaledwie na piędzie?

82 Gdyby nie Pisma świętego ustawy,Zaiste, miałby powód do wątpienia,Ktoby się ze mną w takie wdał rozprawy.

85 O twory ziemskie, o mózgi z kamienia!Najwyższa Wola, Dobroć pierworodna,W swem dobru trwając, dróg swych nie odmienia.

88 Ta rzecz jest słuszna, która z nią jest zgodna;Promieniowaniem ziemskie byty płodzi,Jej zaś nie ciągnie żadna rzecz przygodna«.

91 Jak tuż nad gniazdem krążący się wodziBocian, gdy swoje wykarmił pisklęta,A ród bocianków za nim wzrokiem chodzi,

94 Tak poruszała się figura świętaMemi tęsknemi oczyma ścigana,Na tylu chęciach zjednanych rozpięta.

97 Krążąc nuciła: »Jak jest nieprzejrzanaPieśń nasza, której nie zgadniesz tajników,Tak dla śmiertelnych sprawiedliwość Pana«.

100 Gdy się uciszył rój światłych płomykówDucha świętego, nie burząc figury,Co świat pod stopy kładła rzymskich szyków,

103 Głos mówił: »Nie siadł między orła pióryNigdy człek ziemi niewierzący w CHRYSTA,Przed czy po wzięciu człowieczej natury.

106 Lecz patrz: niejeden wykrzykuje CHRYSTA,Co go w dzień sądu będzie tak daleki,Jak blizkim inny, chociaż nie znał CHRYSTA.

109 Chrześcian zawstydzi syn Nilowej rzeki,Kiedy się obie rozdzielą drużyny:Tu bogacz wieczny, tam nędzarz na wieki.

112 Co królom waszym wytkną Tatarzyny,Kiedy się zjawi w księdze prawda naga,Gdzie wypisane będą ich złe czyny?

115 Tam z rąk Alberta zadana zniewagaWnet piórem bożem będzie zapisana:Przez nią boleje spustoszona Praga.

118 Tam fałsz, na który żali się Sekwana,Cierpiąca że jej znieprawia pieniądzeKtoś, kogo czeka śmierć kłami zadana.

121 Tam się obaczy tę wyniosłą żądzęNadymającą Anglika i Szkota,Która ich kusi za swych bram wrzeciądze.

124 Tam też rozpusta i gnuśność żywotaKrólów hiszpańskiej i czeskiej dzierżawy,Którym nieznana i niemiła cnota.

127 Jeruzalemu monarcha kulawyM-tą mieć będzie znaczone swe złości,A tylko Jotą swoje zacne sprawy.

130 Tam znajdzie wyrok chciwstwa i podłościTen, co ognistą wyspę ma pod stróżą,Gdzie leżą w ziemi Anchizesa kości.

133 Jego przepychy nikogo nie zdurzą:Będzie miał żywot kreślony tytłami,Które na małem wypisują dużo.

136 Wuj jego i brat żyw stanie przed wami,Których nieczyste dzieło antenatyZacne i piękne dwie korony plami.

139 Król Portugalu w niecnotę bogatyI Król Norwegii i ten król Dalmata,Co źle fałszował weneckie dukaty.

142 O szczęsne Węgry, gdyby w ręce kataWięcej nie wpadły; szczęsny kraj Nawarry,By jej ustrzegła Pyrenejów czata.

145 W zapowiedź tego, co tamtej na barySpadnie, Nikozja łka i Famagosta,Uciemiężona od własnej poczwary,

148 Której złość innych okrucieństwu sprosta«.

1 Kiedy ta gwiazda, co jest lampą świataZa widnokręgu zasunie się ścianęTak, że brzask za nią ostatni ulata,

4 Wprzód jednym jasny, przez taką odmianęStrop tysiącznymi błyska ornamenty,Które są wszystkie słońcem malowane.

7 Tom miał widzenie, gdy zamilkł dziób świętyW godle, które się rozpostarło chwałąNad nizkim światem i jego książęty.

10 Bo nagle mrowie ogników zadrżałoI zabłysnąwszy wzniosło antyfonę,Już dzisiaj w mojej pamięci zwątlałą.

13 Kochanie słodkie, w uśmiechu oponęZasnute! jakie rzucałoś płomienieSkroś pieśni duchów tchnących w bożą stronę!

16 Skoro już drogie, jarzące kamienie,Którymi iskrzy się płaneta szósty,Na rajskich nutach pokładły milczenie,

19 W słuch mi uderzą niby wód upusty,Które ze skalnych, nabrzmiałych garłuszyWyrzucają się kamiennemi usty.

22 A jak gitary dźwięk nabiera duszyU rękojeści lub wiatr wydmuchniętyStaje się tonem w otworach pastuszej

25 Fletni, tak rozgwar tej orlicy świętejNatychmiast szumem dziwnym zaszeleściłPrzez gardziel szyi jak gdyby wydętej.

28 W głębi się począł i głosem obwieściłPrzez dziób i słowy przemówił takiemi,Jak pożądało serce gdziem je mieścił:

31 »Na ten mój narząd, którem orły ziemiWzierają w słońce«, — głos do mnie powiada,»Ile potrafisz bystro, patrzaj-że mi«.

34 Śród iskier, z których mój kształt się układa,Owy rój duchów, co nim w oku świécę,Stopień i godność najwyższe posiada.

37 Ognik co moję stanowi źrenicę,Był niegdyś Ducha świętego lutnista:Ze świętą skrzynią obchodził stolice.

40 Teraz wie, skoro z zasługi korzysta,Jaka jest wartość w jego pieśni czynie,W tej części, co jest jego osobista.

43 Z piątki, która brwią nad okiem się winie,Duch co nad samym mym dzióbem się żarzy,Jest ten, co cieszył wdoweńkę po synie.

46 Teraz wie, kiedy wspomnieniem kojarzyZ dolą dawniejszą to dziś słodkie życie,Jak ciężko Chrysta niepoznanie waży.

49 Ta iskra, co się sadowi na szczycieBrwi, umierając dopraszała zwłoki,Aby pokutę odbyć należycie.

52 Teraz wie, jak są niezłomne wyrokiBoskie, choć z łaski szczerego pacierzaOd dziś do jutra zatrzymają kroki.

55 Ów trzeci, pewny, iż dobre zamierza,Zabrawszy z sobą znak mój i statuty,Zgreczył się, miejsce czyniąc dla pasterza.

58 Teraz wie, jako zły skutek wysnutyZ dobrych zamiarów nieba mu nie wzbroni,Choć przezeń świata mir został popsuty.

61 Ów, co po łuku brwi schodzi ku skroni,— Wilhelm; ten sam kraj płacze nad nieżywym,Co przez dwu innych żyjących łzy roni.

64 Teraz wie, jak się w królu sprawiedliwymKochają nieba, bo swą czułą wolęRozpłomienieniem wskazują żarliwem.

67 Któżby chciał wierzyć na błędnym padole,Że tu Ryfeusz trojański się złożyPiątym ognikiem w owem duchów kole?

70 Teraz wie, że się w głębiach łaski bożejTak niezbadana tajemnica mieści,Że jej, choć święty, przecież nie otworzy.«

73 Jako skowronek naprzód się obwieściPieśnią na skrzydłach drgając — i odrazuZcichnąwszy, dźwiękiem ginącym się pieści,

76 Takie więc miałem widzenie obrazuWieczystej woli, która wszelkie ciałoWedle swojego formuje przykazu.

79 A choć wątpienie moje przezierałoPrzez mą istotę jak barwa przez szkliwo,Na pouczenie milczkiem nie czekało,

82 Lecz z ust słowami: »A co to za dziwo?«Wypadło mocą własnego ciężaru— I zaraz iskry jęły błyszczeć żywo.

85 A potem w oczach swoich pełne żaruTak przemówiło znamię orła święte,By mię wyzwolić z osłupienia czaru:

88 »Widzę, twej wierze daje to zachętę,Że ja powiadam: wewnętrzne znamiona,Chociaż i wierzysz, są ci niepojęte.

91 Czynisz jak człowiek, co poznał imionaRzeczy, lecz nie treść; gdy kto nie pokaże,Znana mu tylko ich zewnętrzna strona.

94 Królestwa niebios hart w miłości żarzeI w tej otusze żywej się odpręża,Co samej woli bożej giąć się każe.

97 Nie tak, jako mąż w bitwie zgina męża,Ale poddaje się z własnej ochotyI zwyciężona, litością zwycięża.

100 Podziw sprawiły tobie dwa żywoty:Pierwszy i piąty, które w naszej sferzeMalują sobą anielskie namioty.

103 Z ciał swych nie wyszły, jak mniemasz, w niewierze;Chrześcijanami grzebła ich mogiła:Ten ufał w przyszłej, ów przeszłej ofierze.

106 Bo jeden z piekieł, skąd nie wiodła siłaWłasna nikogo, wrócił do swych kości,A to mu żywa ufność wyprosiła.

109 Ufność, pacierzom która drogę mościKu Panu; a On folgi mu udziela,By mógł akt spełnić wiary i miłości.

112 Więc się w swój zewłok sławna dusza wciela:Tak długo bawi między ziemskie rzesze,Aż uwierzyła w swego Cieszyciela.

115 A wiara taki ogień z niej wykrzeszeMiłości szczerej, że po wtórym skonieOkazała się godna tej uciesze.

118 Wtóry duch z łaski, tryskającej w łonieKrynic tak tajnych, że żadne stworzenieNie zajrzy głębiej niż po zwierzchnie tonie,

121 W sprawiedliwości skupił wszystko chcenie;Więc z łaski w łaskę Bóg go tak nawidził,Iż mu ukazał przyszłe odkupienie.

124 On w nie uwierzył i zaraz obrzydziłZaduch pogaństwa, a ludziom ujętymW niewolę błędu, jego fałsz zohydził.

127 Z trzech niewiast brał moc przy swoim chrzcie świętym;Widziałeś wszystkie na prawo Rydwana:Istniały tysiąc lat przed sakramentem.

130 O przeznaczenie, głębia nieprzebranaDzieli twój korzeń od wzroku mieszkańcówGlobu, któremu pierwsza jaźń nieznana!

133 Nie sądźcie-ż rącze, — wy do ziemi krańcówPrzykuci, gdy my, oglądacze BogaZliczyć niezdolni ćmy jego wybrańców.

136 Ale niewiedza bytom naszym błoga,A dobro nasze w tem dobru ma zdroje,Że z wolą bożą jest nam wspólna droga«.

139 Oto jak lecząc słabe oczy mojeOwy uroczy wizerunek PanaPić mi podawał miodowe napoje.

142 A jak trącając struny teorbanaDobrym śpiewakom dobre grajki wtórzą,Skąd pieśń pięknieje sharmonizowana,

145 Tak podczas mowy orła, iskier różąRozogniały się dwie święte pochodnieI jako razem powieki się mrużą,

148 Iskry i słowa falowały zgodnie.

1 Ja tedy oczy znów wiążąc z obliczemWładczyni, ducha mego za nią wodzę,W zachwycie myśleć nie mogę o niczem.

4 Zahamowała swego śmiechu wodzeI mówi do mnie: »Jeśli się zaśmieję,Zginąłeś, jako Semele w pożodze.

7 Bo piękność moja krocząc przez wierzejePałaców wiecznych, wciąż rośnie widomieI jako widzisz, coraz potężnieje.

10 A gdy jej wielkich żarów nie uskromię,To moc twa ziemska w ostrzu jej promieniBędzie jak gałąź w piorunowym gromie.

13 Do siódmej gwiazdy jużeśmy wzniesieni,Co pod piersiami Lwa gorejącegoSwoim i jego żarem się płomieni.

16 Zatem w trop oczu niechaj myśli biegą;Źrenice uczyń tych widzeń zwierciadłem,Co się w zwierciedle płanety zażegą«.

19 Gdy kto pomyśli, jakiem słodkiem jadłemKarmiłem zmysły tonąc w cudnej twarzy,Kiedy to duszą gdzieindziej przypadłem,

22 Pojmie, skoro to dwie rozkosze zważy:Wzroku i słuchu, jak chętnie i szczérzeOddawałem się mej niebiańskiej straży.

25 Wewnątrz kryształu, który w świata wirzeKrąży, a zwie się, jak król pierwobytu,Co pod nim człowiek odpoczywał w mirze,

28 Z barw złota pełnych słonecznego śwituWysnuta, biegła ku górze drabinaTaka, że wzrok mój nie dobiegał szczytu.

31 Patrzę, po szczeblach zstępuje drużynaŚwietlana: rzekłbyś, że w swe kształty bierzeWszelaką jasność, co się w niebie wszczyna.

34 Jak kawki, nocne porzuciwszy leże,Swoim zwyczajem kupiąc się u sioła,Aby się rozgrzać potrząsają pierze;

37 Te odlatują, by nie wrócić zgoła,Te, skąd wzleciały, ściągają powrotem,Inne na miejscu zataczają koła: —

40 Takim przedemną wzlatywały lotemGromadnie owe migotliwe roje,Aż na swych szczeblach przystanęły potem.

43 Wtem duch najbliższy mnie w cudowne strojePrzejasnych blasków ubrał się odrazu:Snać chciał okazać mi kochanie swoje.

46 Lecz ta, od której czekałem rozkazuSłów czy milczenia, zcichła nieruchoma,Więc ja wbrew chęci stałem bez wyrazu.

49 Potem snać życzeń mych dusznych wiadoma,Widnych w Nim, co mu widne tajń i jawa,Rzekła: »Mów śmiało, jaka twa oskoma«.

52 A ja: »Zasługą nie zdobyłem prawaProsić, byś do mnie obrócił orędzie;Lecz przez tę, co chce, by mię rajska strawa

55 Karmiła, duchu, żyjący w oprzędzieWłasnej uciechy co się blaskiem wieńczy,— Mów: schodząc ku mnie, co miałeś na względzie

58 I czemu w światów tych jasnej obręczyNiechają śpiewu rajskie służebnice,Gdy indziej pieśń ich tak nabożnie dźwięczy?«

61 On na to: »Ziemski twój słuch i źrenice;Śpiew zmilkł przed tobą z tej samej przyczyny,Dla której uśmiech wściąga Beatrycze.

64 Ja sam po szczeblach tej świętej drabinyWitać cię blaskiem i słowem łaskawszemZstąpiłem z pośród uciesznej drużyny.

67 Nie większa miłość czyniła mię żwawszym;Równa lub większa tam górą się żarzy,Strojąc duszyczki płomieniem jaskrawszym.

70 Lecz szczytna Miłość, co nas ma we strażyPosłami woli, która światom włodnie,Tem oto do cię poselstwem mię darzy«.

73 Na to ja: »Wiem już, w twą świętą pochodnięPatrząc, iż wolna wola na tym dworzeZ boskim rozkazem może stąpać zgodnie.

76 Lecz jeszcze rozum mój pojąć nie może,Czemu na tego radosnego gońcaCiebie wybrało przeznaczenie boże?«

79 Jeszczem nie dobiegł mowy mojej końca,Gdy zatoczyła krąg świetlny oponaDuszy, jak młyński kamień wirująca.

82 A głos miłosny wyleciał z jej łona:»Upadłszy na mnie, promień łaski bożejPrzez szaty we mnie wnika; a gdy ona

85 Potęga światła z mym wzrokiem się złoży,Dotąd mię wznosi, aż mi się ukażeÓw byt najwyższy, który światło tworzy.

88 Z niego radosny blask, co się nim żarzę,Bowiem z jasnością mojego widzeniaJasność ogniowej szaty staje w parze.

91 Lecz najświatlejszy nawet duch płomienia,Najzapatrzeńszy w Bogu Seraf świętyPytaniu twemu nie da rozstrzygnienia.

94 Bo tajemnica ta w takie odmętyZapada wiecznych niebieskich wyroków,Że wzrok stworzenia jest od niej odcięty.

97 Skoro znów staniesz pośród ziemskich mroków,Powiedz swej braci: niechaj po próżnicyKu takiej mecie nie ruszają kroków.

100 Myśl, co tu świeci, tam jest we mgławicy.Więc uważ: który śmiertelnik odpowie,Gdy tu nie mogą boży namiestnicy?«

103 Tak skoro tamę naznaczył mej mowie,Musiałem zmilknąć, pokarmu niesyty;Jednak pytałem kornie, jak się zewie.

106 »W pośród Italii ciągną się granityGór stromym grzbietem, twej ojczyzny blizko;Grom bije niżej, niż sterczą ich szczyty.

109 Przełęcz tam leży, Katrji ma nazwisko;Pod nią święcona pustelnicza grota,Jedyno-bożych wyznawców siedlisko«.

112 W ten sens poczęła raz trzeci istotaŚwięta i wiodła dalej: »Tak żarliwieCzyniłem Bogu ofiarę z żywota,

115 Że na potrawach przyprawnych w oliwie,Było, przeżywam upały i chłodyI zapatrzeniem bożem jeno żywię.

118 Plon wydawały nabożne ogrodyNiebu obficie; dziś są pustem mianem,Ich marność prędko poznają narody.

121 Na świecie byłem Piotrem Damianem(Zaś Piotr Pokutnik w domu bożej MatkiMieszkał, nad falą Adrji zbudowanym).

124 Gdym już przeżywał żywota ostatki,Powołano mię do tego honoru,Co wiedzie w coraz groźniejsze upadki.

127 Wszak Cefas, a z nim Naczynie wyboruDucha świętego szli bosi i chudzi,Żebrzący strawy od dworu do dworu.

130 Dzisiejszy pasterz tak się nie utrudzi:Ma po pachołku z tyłu i na przedzie,Z prawej i lewej wspiera go dwóch ludzi.

133 Pod jednym płaszczem koń i jeździec jedzie,Tak że dwie bestje chodzą w jednej skórze:O cierpliwości, gdzie nas to zawiedzie!«

136 Gdy mówił, światła wyiskrzone w górzeSchodziły krążąc i przez szybkie ruchyW coraz jaśniejsze zmieniały się róże.

139 Otoczywszy go, przystanęły duchy:Wraz runął okrzyk w wyższe regiony,Jakich człowiecze nie słyszały słuchy...

142 Nie zrozumiałem, hukiem zwyciężony.

1 Pochyliłem się przerażony wielceKu mojej pani; tak dziecię się wieszaU ramion swojej czułej rodzicielce.

4 Ona jak matka, gdy pomóc pospieszaSwemu blademu, zlękłemu chłopięciuI pieszczotliwym głosem je pociesza,

7 Rzekła: »Czy nie wiesz, żeś w rajskiej krainieI czyli nie wiesz, że Raj wszystek świętyI że tu wszystko z żarliwości płynie?

10 W coby cię mego uśmiechu ponęty,W coby cię śpiewy szczytne obróciły,Gdy cię krzyk jeden w te wprawia zamęty?

13 Gdyby ci modły ich odkryte były,Poznałbyś, że już pomsta niedaleka:Ujrzysz ją, zanim zstąpisz do mogiły.

16 Miecz boży bowiem ni spieszy, ni zwleka:Temu się żmudny wydaje, lub żwawy,Który go trwożnie albo chciwie czeka.

19 Teraz uwagę zwróć na inne zjawy:Duchów dostojnych tu obaczysz roje,Gdy za mym giestem wzrok podasz ciekawy«.

22 Gdzie chciała, oczy obróciłem swoje;Ujrzałem krążków sto, co na się wzajemRzucały świateł promieniste stroje.

25 Stałem, jak kiedy zawahani stajem,Tłumiąc pragnienie duszne i w obawieNatręctwa z siebie wyniść mu nie dajem.

28 A w tem największy z błyszczących jaskrawieRajskich klejnotów ku mnie się przywionie,Aby mię sobą nacieszyć łaskawie.

31 »Gdybyś to widział« — mówi — »jaki płonieOgień w mieszkańcach naszego płanety,Jużbyś chęć wydał, którą nosisz w łonie.

34 Lecz byś zwlekając, do wysokiej metyNie spóźnił lotu, ja twej niewyznanejChęci oznajmię mych losów sekrety:

37 Wierzchołek wzgórza, gdzie u stromej ścianyPrzylgnęło drobne murami Cassino,Lud zamieszkiwał krnąbrny a zbłąkany.

40 Jam pierwszy dobrą darzył go nowinąO Nim, co światu głosił prawdy dziwo,Za którem dusze dziś w górę się winą.

43 Bóg mi dozwolił widzieć trudu żniwo,Bom ponawracał grody okoliczneSpętane wiarą zwodną i fałszywą.

46 Owe ogniki, to są duchy liczneKontemplatywne; pod świętymi żaryWydały kwiaty i owoce śliczne.

49 To jest Romuald, a tamten Makary;Bracia to moi, co trwali w klasztorze,Stopą tam wrośli i duchem ofiary«.

52 A ja do niego: »Czułość, co w ferworzeSłów twoich tętni i ochota szczera,Którą tu płoną na niebieskim dworze,

55 Serce me taką ufnością otwiera,Jak słońce różę, aż się całkowitąKoroną w blaskach jego porozpiera.

58 Więc proszę ojcze i pytam cię, czy toDoznam tej łaski, aby lico w liceOglądać istność twoję niezakrytą?«

61 On na to: «Bracie»Bracie, niebiańskie tęskniceUkoi w tobie sfera ostateczna,Gdzie wszechstworzenie i gdzie ja się sycę.

64 W niej pełna, źrzała, całości bezpiecznaWszelaka żądza; ona nie odmieniaMiejsca, w niej każda cząstka jest stateczna.

67 Biegunów nie zna, ni rozprzestrzenienia;Nasza drabina tonie w jej bezmiarzeZa granicami twojego widzenia.

70 Już patryjarcha Jakób w sennej marzeWidział wierzchołek tej samej drabiny:Stąpały po niej uskrzydlone straże.

73 Dzisiaj brać moja piąć się na wyżynyNie spieszy, jeno regułę z ferworemKopiując, psowa drogie pergaminy.

76 Mury, co niegdyś miały być klasztorem,Są dziś jaskinią, a kaptury mniszeStały się mąki zapleśniałej worem.

79 W obliczu Boga lichwa się zapiszeMniej ciężej, niźli kościelne bogactwa,Do których serce zakonników dysze.

82 Bo ten depozyt, to własność biedactwa,Ilekroć żebrać w imię boże będzie;Nie krewnych, ani różnego plugactwa.

85 Mdłe ludzkie ciało: choć w zacnym zapędziePoczyna, prędzej mija mu ochota,Nim młody dąbek urodzi żołędzie.

88 Piotr rozpoczynał bez srebra i złota,Jam stawiał zakon modlitwą i postem,Franciszek swoje pokorą żywota.

91 Ty, coś znał prątek, widzisz, jak ze wzrostemKarłowacieje konar na krzewinieI wykrzywia się to, co było prostem.

94 Lecz Jordan, kiedy cofnął się w pustynię,Morze, gdy pierzchło z bożego wyroku,To był cud większy, — więc i tu nie minie«.

97 Rzekł i spłynął się na drabiny stokuZe swą drużyną; zbite w jasną chmuręFrunęły w szczyty i znikły z widoku.

100 A słodka pani popchnęła mię w góręPo szczeblach owych za świateł orszakiem;Moc jej przemogła mą ziemską naturę.

103 Nie wstępowały wstępowaniem takiemNa żaden ziemski schód stopy niczyje,Jak moje, com się stał nadziemskim ptakiem.

106 Że prawdę mówię, niechaj tak zażyjęRajskich tryumfów, dla których bez likuŁzami się zlewam i w piersi się biję.

109 Bo oto palec sparzony w płomykuMniej prędko zemknie, niźli ja wleciałemW znak konstellacji świecący po Byku.

112 Gwiazd świetna paro, o blasku nabrzmiałymPotężną mocą; z was był formowanyGeniusz, który się moim stał udziałem.

115 Z wami wstępował i schodził w rumianejZorzy rodziciel śmiertelnego bytuW dniu, gdym tchnąć zaczął powietrzem Toskany.

118 Potem, gdym zaznał łaski i zaszczytuPrzejęty w sferę, która z wami krąży,Los mi was zdarzył na drodze do szczytu.

121 Ku wam nabożnie dusza moja ciążyI mocy swoje posila i wzwyża,Zanim się w wielkim zachwycie pogrąży. —

124 »Pora ostatnich wyzwoleń się zbliża«Rzekła Beatryx; czujna w przyszłem dzieleŹrenica twoja niech tu leci chyża.

127 Zanim cię przecież w ten świat nowy wcielę,Przypatrz się, oczy potoczywszy dołem,Jakie to światy pod twe stopy ścielę,

130 Abyś pogodnem sercem i wesołemWitał wspaniałą rzeszę planetarną,Co tu radosnem polatuje kołem«.

133 Zaczem sfer siedem oczy me ogarnąI glob tak nikły w swojej ziemskiej zjawie,Żem śmiechem cisnął w jego bryłę marną.

136 Temci ja wyżej człowieka postawięIm mniej go ceni; lecz kto w wyższe stronyPatrzy, takiego iście zbożnym sławię.

139 Spostrzegam córę płonącą Latony,Lecz bez plam ciemnych, co była przyczyna,Żem dopatrywał tam miazgi zgęszczonej.

142 Na twego patrzę, Hyperionie, synaNie mrużąc oczu; i jak się świetlanyMaji i Diany krąg w niebie rozpina.

145 Tam mi się jawi Jowisz miarkowanyPomiędzy ojcem a synem; tam widzęIch położenia kolejne odmiany.

148 Zaczem oglądam siedem płanet w lidze,Jak która wielka, jakim torem biega,W jakiej oddali. Ta, której się wstydzę,

151 Bryłka, co ziemską dzikość w nas zażega,Kiedym tak krążył z wiecznemi Bliźnięty,Była mi widna od brzega do brzega.

154 — A potem w oczy spojrzałem mej Świętej.

1 Jak ptak w osłonie lubionych gałęziSiedzi na gnieździe pośród miłych dziatekKiedy noc jeszcze ziemię w cieniach więzi

4 I żeby zebrać pokarmu dostatek— Słodkim trud wszelki dla takiej korzyści, —Pragnieniem z głębi zielonych komnatek

7 Czas wyprzedzając, który światło ziści,Patrzy czy zorza wschodu nie roztrącaI czeka świtu przez gęstwinę liści; —

10 Tak moja pani stała czekająca,Utkwiwszy oczy w niebios okolicę,Gdzie najmniej chyżym zdaje się bieg słońca.

13 Widząc że się jej zapalało lice,Byłem jak człowiek, który się wysila,Aby nadzieją uciszać tęsknice.

16 Niedługo jeszcze trwała owa chwilaCzekania, kiedym ujrzał, że pożarnąZorzy jasnością niebo się rozchyla.

19 A Beatrycze: »Oto już się garnąRzesze z tryumfu Chrysta; oto w tokuSfer wirujących wyłuskane ziarno«.

22 Twarz swą ubrała w płomienie, a w okuZatliła takiej radości kagańce,Że nie potrafię skreślić jej uroku.

25 Jak na księżyca pełni Diana tańceWyprawia z nimf swych nieśmiertelnem gronemCo rozpogadza wszystkie nieba krańce,

28 Tak obaczyłem nad iskier milionemSłońce; tamtejsze światy tak niem płoną,Jak naszem gwiazdy w stropie wyiskrzonym.

31 Pod przeźroczystą i jasną przeponąLśniła substancja światłości tak wielka,Żem nie mógł oczu obrócić tą stroną.

34 O Beatrycze, luba wodzicielka!...Oto mi rzekła: »Władze twe rozprzęgaTa Moc, przed którą mdleje władza wszelka.

37 To owa Mądrość i owa Potęga,Co szlak otwarła od ziemi ku górze,Po którym niebios tęskna dusza sięga«.

40 Jak ogień rwie się, uwięziony w chmurzeCo go nie zdoła objąć, więc wyprutyW dół się przewala, wbrew swojej naturze,

43 Tak duch mój pasion na biesiadzie sutejZolbrzymiał w sobie i tak wybiegł z ciała,Że już nie pomni zdarzeń tej minuty.

46 »Podnieś powieki, spójrz jaka-m się stała;Z wielkich widoków nabrałeś tej mocy,Że zdzierżysz patrzeć, jak mój uśmiech pała«.

49 Czekałem czegoś, jak ten, co po nocyBył nawiedzony cudną senną marąI pragnie włudzić ją znowu na oczy,

52 Gdy ucieszyła mię piękną ofiarąWartą wdzięczności tak wielkiej i trwałej,Że jej nie zgubi pamięć żadną miarą.

55 Choćby języki wszystkie pomagały,Które Polymnia z siostrami na mlécznymNapoju w niebie swojem wychowały,

58 Trudnoby pieniem tem wielojęzycznemRzec, czem był uśmiech kraszący jagodyMej świętej i czar w tym uśmiechu ślicznym.

61 Więc opisując owe rajskie grody,Święcone dzieło przeskokami biegnieJak ktoś, co w drodze spotyka przeszkody.

64 A ty zważywszy ciężar, który zegnieNajtęższe siły w każdym ziemskim tworze,Nie gań, że duch mój niekiedy przylegnie

67 Nie dla maleńkich łódek jest to morze,Gdzie płynie barka moja niespożyta;Lękliwy żeglarz wiosłem go nie porze.

70 »Czemu twarz moja tak cię czarem chwyta?Patrz indziej, gdyżeś u ogrodu proga,Który w Chrystusa promieniach zakwita.

73 Tu rośnie Róża, w której słowo BogaCiałem się stało; tu lilije wonneZapachem wiodą, kędy prawa droga«.

76 Tak Beatrycze; a myśli me skłonneK’jej woli, nowe widowisko chłoną;Na żar obracam źrenice niebronne.

79 Jak pod obłoku spękaną zasłonąW słońca kurzawie, która przez nią leci,Z oddali widno łąkę umajoną,

82 Tak się przedemną mrowie iskier kwieciPooświecanych blaskiem gdzieś z wysoka;A niewiem, jakie ognisko je nieci.

85 O szczytna Mocy, co kształtem obłokaWzniosłaś się w górę, ażeby, zbyt nizkoPałając mego nie oślepić oka!

88 Słysząc to kwiecia pięknego nazwisko,Którego wzywam zmierzchem i o świcie,Spojrzę w największej iskry palenisko.

91 A ledwo, że się w oczach mych odbicieŻyjącej gwiazdy odmalować zdoła,Co tam króluje tak jak w ziemskim bycie,

94 Gdy wtem żagiewka gdzieś od niebios czołaZleci i w jasny wieniec się zaplataI w lot osnuwszy ją, krąży dokoła.

97 Nawet najsłodsza melodyja świataCo dusze więzi w zgodnych dźwięków mirze,Zgrzytem się wyda który z chmur wylata,

100 Przeciwstawiony tej niebiańskiej lirze,Co tu klejnoty świetnymi jaśniejeW najprzeźroczystszym niebiosów szafirze.

103 »Ja jestem radość anielska, co siejeGórną uciechę, a z żywota płynie,Który gospodą był naszej Nadzieje.

106 I będę krążył, pókiś ty przy Synie,Pani niebieska i póki w obręczyNajwyższej blask twój ponad inne słynie«.

109 W ten sens okrężna melodyja dźwięczy,A inne światła imieniem »Maryja«W chórze śpiewały za tym, co ją wieńczy.

112 Ów płaszcz królewski, co sobą spowijaWszechświata warstwy i żar w siebie bierzeBoski i jego tchnień najwięcej spija,

115 Tak swoich ogni najniższe obrzeżeKreślił wysoko ponad świata zwoje,Żem poznał, iż go oczyma nie zbieżę

118 I że nie zdołam w niebieskie pokojeZdążyć dość szybko, gdzie się uwieńczonaJasność podniosła, śledząc plemię swoje.

121 A jak dziecina, kiedy nakarmiona,Giestem wskazując co jej w duszy świta,Do matki swojej wyciąga ramiona,

124 Tak owa duchów rozgorzałych świtaPrężyła w górę swych płomieni kiście,Miłością Marji cała rozpowita.

127 Na oczach moich gorzała rzęsiście,Regina caeli nucąc, trzódka gwarna:Tak mi w pamięci została wieczyście.

130 O jakże dobrym plonem jest ciężarnaKażda z skrzyń owych, co na ziemskiej roliRozsuła niegdyś takie zdrowe ziarna!

133 Tutaj się żyje i czerpie dowoliZ uskładanego umartwieniem plonu,Co w babilońskiej powschodził niewoli.

136 Tak u stóp Chrysta i u Marji tronuZwycięstwa swego używa bezpiecznyPospołu z Radą obojga zakonu

139 Ten, co ma klucze od radości wiecznej.

1 »Bractwo wezwane na wielką wieczerzęBaranka, co tak waszych łaknień baczy,Iż wam wydziela wszystko w pełnej mierze;

4 Skoro za łaską bożą on się raczyTem, co się z chleba waszego odkruszyWcześniej, niż się mu z Opatrzności znaczy,

7 Niech was niezmierny głód jego poruszy:Otrzeźwijcie go rosą; wszak czerpiecieZ krynic, skąd trysła istność jego duszy«.

10 Tak Beatrycze. Wtem każdy w tym świecieUweselony duch stał się jak frygaI skrą błysł żywszą, podobny komecie.

13 Jak się rząd kółek zrzeszonych prześcigaW zegarze: małe zda się w miejscu stoi,Duże wiruje, że tylko się miga, —

16 Podobnie duchy niebieskiej ostoiObracały się to wolno, to żwawiej,Wedle wymiaru niebiańskości swojej.

19 Z wieńca co mi się najpiękniejszy jawiWytrysnął promień tak szczęsnej ekstazy,Że żaden wokół nie błyszczał jaskrawiej.

22 W krąg Beatryczę owionął trzy razy,A brzmiało z jego ust tak boskie pienie,Że nie opiszę żadnymi wyrazy.

25 Ominę piórem rzecz nad przyrodzenie;Nie głos, fantazję nawet zbyt mam ostrą,By odmalować gry wiotkie odcienie.

28 »O ty nabożna, czuła, święta siostro!Patrz, jak mię wabią za szczytne regionyProśby twe, gdy się przedemną rozpostrą«.

31 Tak przystanąwszy, wid błogosławionyW twarz Beatryczy z ognia błyskawicyTchnął i takimi odezwał się tony. —

34 A ona: »Wielki cieniu jasnolicyMęża, co klucze pańskie w swe władaniePrzyjął, zniesione z tej uciech stolicy;

37 Zadaj mu łatwe lub trudne pytanie:Dowiedz się, czy-li w wierze nie szwankuje,Z którą tyś stąpał przez morskie otchłanie.

40 Wprawdzie, wierzy-li, ufa-li, miłuje,Nie skryte tobie, gdyż wzrok twój dostawaTam, gdzie się obraz wszechrzeczy maluje;

43 Ale że wielu nabyło tu prawaObywatelstwa czcią dla wiary świętej,Przygodzi mu się o wierze rozprawa«.

46 Jako się szkolarz zbroi w argumentySłuchając mistrza słów, by jego wzoremSyllogizować na temat podjęty,

49 Tak śród tej mowy jam się czynił skorymZacząć dysputę i wystąpić godniePrzed tak dostojnym egzaminatorem.

52 »Chrześcijaninie, z przekonaniem zgodnieMów, co nazywasz wiarą?« — Wzniosłem liceI popatrzałem w mówiącą pochodnię.

55 Potem utkwiłem oczy w Beatryczę:Ona mi giestem dawała odpowiedź,Każąc bym otwarł swych myśli krynicę.

58 »Łaska« — zacząłem, »która mi tę spowiedźPozwala odbyć przed wodzem naczelnym,Niech też pomoże myśli me wysłowić:

61 Jako napisał piórem wierzytelnemBrat twój, co z tobą po ścieżynach prawaWodził lud rzymski i czynił go dzielnym,

64 Wiara jest rzeczy czekanych podstawa,Wiara — argument rzeczom niepojętym:Oto, czem mi się jej istotność wydawa«.

67 Głos na to: »Stąpasz po dobrze wytkniętymSzlaku, jeśli wiesz, dlaczego jest onaTutaj podstawą, a tam argumentem«.

70 Ja na to: »Rzeczy tajnia niezgłębiona,Którą mi dano oglądać w tej sferze,Przed wzrokiem moim tak jest utajona,

73 Że ich byt wszystek polega na wierze,W której nadzieja szczytna się zakłada,Przeto podstawy nazwę słusznie bierze.

76 A że z jedynej wiary nam wypadaSyllogizować bez innej podpory,Słusznie dowodu miano jej się nada«.

79 Głos na to: »Gdyby tak pewnymi toryPrawd dochodzono pośród ziemskiej włości,Nie byłyby tam potrzebne doktory«.

82 Te słowa tchnęły z płomiennej miłościI jeszcze: »Już się zbadało do znaku,Jakiej twój kruszec próby i ciężkości.

85 Lecz powiedz: Masz-li tę monetę w saku?«»Zaiste«, rzekłem, »lśniąca i toczona;Widzę jej stempel bez wady i braku«.

88 Potem zabrzmiało ze światłości łonaGorejącego: »Perła prawowita,Na której wszelka moc jest założona,

91 Skąd ci się bierze?« »Ta struga obfitaDucha świętego, która z każdej kartyStarych i nowych pergaminów świta,

94 Taki stanowi dowód nieprzepartyI tak niezbicie w mój umysł się wkowa,Że przy nim inny jest tępy i zdarty«.

97 Na to głos prawił: »Ta stara i nowaTradycja, która tak twą wiarę stali,Przecz ci w niej boże wydają się słowa?«

100 »Dowodem mi są te, cośmy czytaliCuda, dla których dłoń ziemskiej przyrodyNie grzała, ani nie kowała stali«.

103 Głos pytał znowu: »Gdzie widzisz dowody,Że cuda działy się? Czy nie w tem właśnie,Czego chcesz dowieść?« »Jeżeli narody«,

106 Rzekłem do ducha, co pytał tak jaśnie,»Nawróciły się bez cudów, toć przecieBył cud, przy którym wszelki cud zagaśnie.

109 Ty-żeś szedł biedny i głodny po świecie,Kiedyś siał ziarno dobrego rodzaju,Co wzrosło winem, a dziś w cierń się plecie«.

112 Gdym skończył mówić, cały dworzec RajuPieśnią Te Deum zabrzmiał przez obszaryNa nutę, jaka tam jest we zwyczaju.

115 A owy książę, co po drzewie wiaryWspierał z gałęzi na gałąź me loty,Widząc już blizkie ostatnie konary

118 Mówił: »Do myśli twej Łaska w zalotyIdąca, w onej o wierze rozprawieJuż pozwoliła ci dojść jej istoty.

121 Ja ci to w pełni uznaję i sławię.Teraz, w co wierzysz, powiedz mi w rozłąceI na której się opierasz podstawie?«

124 »O święty ojcze, o tchnienie widząceRzecz w którą wierzysz; coś u grobu PanaZwyciężył niegdyś stopy bardziej rące;

127 Chcesz, by słowami była ci podanaSuma prawd, które wyznaję skwapliwieI na czem wiara ma jest fundowana:

130 Wierzę w jednego Boga, który żywieWiecznie i wzrusza świat, sam niewzruszony,Budzący miłość, gdy tchnie miłościwie.

133 Ni przyrodzony, ni nadprzyrodzonyDowód zniewala me wierzące chęci,Ale ta prawda, którą był natchniony

136 Mojżesz, Psalmista i prorocy święciI Ewangielia; Ty, druhowie twoi,Pisarze, Ducha żarem owionięci.

139 Więc w Trójcę świętą wierzę, co się troi,Tak pozostając jedną w swoim składzie,Że jej »są« i »jest« zarówno przystoi.

142 Prawdę o Trójcy tej przepastnym ładzieNiby pieczęci niemylne odbicieNa myślach moich Ewangielia kładzie.

145 To źródło moje; iskra, co w rozświcieCoraz szerszymi ogniami się paliI jest mą gwiazdą na nieba zenicie«.

148 Jak pan, któremu miłą wieść przysłaliMiłego posła bierze w uściśnieniaI tę nowinę szczęsną sobie chwali,

151 Tak błogosławiąc, śród rajskiego pieniaTrzykroć mię ognia okręcił zawojemOw apostolski nosiciel płomienia:

154 Snać mu wlubiłem się mówieniem swojem.

1 Jeśli poemat święty, co doń społemZiemia i niebo przykładały dłoni,Który lat tyle układam z mozołem,

4 Zwycięży srogość, co mi wstępu broniPięknej owczarni, gdzie bytem jagnięcemŻyłem, wróg wilków szturmujących do niej, —

7 Z inną ja mową, choć już nie młodzieńcemWrócę poeta; u chrzcielnego zdrojuCzoło umaję wawrzynowym wieńcem.

10 W wierze tam wszedłem, która do pokojuWiedzie: w nagrodę święty Piotr z płomykówUwił mi glorję jasnego zawoju.

13 A wtem z pośrodka rozśpiewanych szykówTrysł promień i szedł na gromady czele,Skąd powstał pierwszy z Chrysta namiestników.

16 W oczach mej pani zatliło wesele:»Przypatrz się, widzisz rajskiego magnata,Co dlań dziś pątnik zwiedza Compostellę.

19 Jako to gołąb do gołębia zlata,Puszy się, grucha, kroczy dookołaI pieszczotliwie skrzydła z nim zaplata,

22 Tak tu apostoł witał apostoła,Jeden drugiemu miłość niosąc w darzeI chwaląc strawę z niebieskiego stoła.

25 A gdy skończyli obaj luminarzeWitać, stanęli przedemną jak świéce,Tacy ogniści, że lśnąłem w pożarze.

28 A Beatrycze umiliwszy lice:»Przesławny bycie, któryś pisał dziejeŹródeł hojności w rajskiej bazylice,

31 Spraw, niech się tutaj wymówi nadzieję;Ty ją przedstawiasz, ilekroć swą chwałąZwiększoną Chrystus wam trzem zajaśnieje«.

34 »Podnieś ty zatem głowę i patrz śmiało;Co tu przybywa z śmiertelnej natury,Trzeba by w naszych promieniach dojrzało«.

37 Tę mi pociechę tchnął ów ognik wtóry;Wzniosłem więc oczy zmrużone w poświacie,Na dwie tłoczące mię ogromem góry.

40 »Skoro-ć pozwolił Władca w majestaciePrzed śmiercią rajskich oglądać baronówW najskrytszej swego pałacu komnacie

43 I skoroś poznał prawdę jego tronów,Nadzieję teraz, która miłość nieciW innych umocnij, a sam w sobie ponów,

46 Wyznając, czem jest i jak się nią kwieciTwa dusza i skąd ku tobie przybywa«.Ten głos drugiego ognia mię doleci.

49 Gdy to usłyszy pani dobrotliwaKu wzlotom skrzydła moje hartująca,Natychmiast tak się do ducha odzywa:

52 »Jak wyczytałeś w skrach naszego Słońca,Nie chowa sytszych nadzieją żołnierzyCała Kościoła armia wojująca.

55 Dlatego jemu z egipskiej obieżyW jerozolimskie dano wstąpić wrota,Gdy mu czas jeszcze wojowania bieży

58 Dwa punkty inne, gdy pytać ochota(Nie g’woli wiedzy, lecz by niósł ludowiWieści, jak tobie jest miła ta cnota), —

61 Jemu zostawiam; tuszę, że odpowie,Ani stąd będzie dawał folgi pysze;Niech łaska boża w tem go postanowi«.

64 Stałem jak uczeń, który chęcią dyszeI czeka, w sobie gotów na pytanie,Pewien, że swoją sztuką się popisze:

67 »Nadzieja«, — rzekłem — »jest oczekiwanieChwały niechybnej, która mi z zasługiWłasnej i z łaski bożej się dostanie.

70 Z licznych gwiazd biorę te jasności strugi,Lecz kto najhojniej nalał mi z tej czary,Był śpiewak, pierwszy między pańskie sługi.

73 Powiada w hymnie: Ufają bez miaryCi, którym nie jest skryte imię Twoje; —A komuż skryte, kto jest mojej wiary?

76 Oglądam potem przelane te zdrojeDo twego Listu; oto mię przesycaTaka obfitość, że spragnionych poję«.

79 Podczas gdym mówił, ta żywa zbiornicaŚwiatła migała ze swego ogniskaCzęsto i prędko, niby łyskawica.

82 I tchnął głos: »Miłość co ze mnie wytryskaK’nadziei, która mi towarzyszyłaDo męczeńskiego zejścia z bojowiska,

85 Żąda, bym wezwał cię, skoro tak miłaTobie ta cnota, abyś łaską silnyWyznał, co ciebie tuszyć nauczyła.

88 »Jest w Piśmie świętem«, tak rzekę, »niemylnyCel jej wskazany: oglądam go ninie.O duszach, którym Pan Bóg jest przychylny

91 Mówi Jezajasz, że w swojej krainieKiedyś dwoista je oblecze szata,A kraj swój to ten, co słodkością płynie.

94 Jeszcze wyraźniej u twojego brataOwo widzenie szat świetności białejZ tem się proroka objawieniem splata«.

97 Gdym skończył mówić, gromkimi hejnałyWionęło: Sperent in te z nad mej głowy;A wszystkie kręgi echem powtarzały.

100 Wtem z pośrodka nich strzelił promień nowy:Gdyby Rak tyle miał jasnej urody,Dniemby ustawnym był miesiąc zimowy.

103 Jak wstaje, stąpa i wchodzi na godyDziewica hoża, nie by się pochwałąUcieszyć, ale ku czci panny młodej,

106 Tak w moich oczach Zjawienie stąpałoKu parze duchów co się kręgiem toczy,Jak ich żarliwym miłościom przystało.

109 Wtem się głos jego z ich pieśnią zjednoczy:A moja pani jak oblubienicaStoi bez ruchu, wlepiwszy w nie oczy.

112 »Oto ten, który skłaniał niegdyś licaNa przenajświętsze łono PelikanaI z Krzyża wybran Matce na dziedzica«.

115 Tak rzekła; ani zaszła w niej przemiana,Bo ciągle wzrok swój obracała bacznieNa promień, w pienie jego zasłuchana.

118 Jak patrząc w słońce spostrzegać się zacznieŻe się powoli w tarczę zmienia ciemną,Bo z nadmiar blasku widzi się opacznie,

121 Tak ja, w żar patrząc co gorzał przedemną,I mówił: »Czemuż wysilasz się tyleRzecz widzieć, której tu szukać daremno?

124 Pyłem jest ciało moje w ziemskim pyleI póki liczba nie będzie spełnionaWybrańców bożych, trwać musi w mogile.

127 Dwa tylko światła, z pośród duchów gronaZ ciałem wstąpiły w niebieskie pokoje;Ponieś to między twe ziemskie plemiona«.

130 Gdy skończył mówić, spłomienione zwojeZatrzymały się, wraz z harmonią ładną,Którą tworzyli ci święci we troje.

133 Tak wiosła, rafę ominąwszy zdradną,Naborykawszy się z nurtów nawałem,Na głos gwizdawki odrazu opadną. —

136 Jakże się nagle ogromnie zmieszałem,Kiedy chciawszy się przyjrzeć Beatryczy,Zwrócony ku niej już jej nie ujrzałem,

139 Choć była przy mnie w tym kraju słodyczy.

1 Gdym nad ślepotą moją stał w żałobie,Z ognia, którego uległem pożodzeTchnął duch i ciągnął uwagę ku sobie,

4 Mówiąc: »Zanim twój zmysł odzyska wodze,Co się od blasku mojego podarły,Stratę rozmową tobie wynagrodzę.

7 Mów: na jakim się fundamencie wsparłyKochania twoje? Niech cię nie przestraszaCiemność; omdlały wzrok twój, nie umarły.

10 Bo pani, co cię w te światy zaprasza,Ma w swoim wzroku moc, którą na choreŹrenice miała dłoń Ananijasza«.

13 »Niechże uleczy«, rzekłem: »w każdą poręOczy me dla niej jak wrota otwarte,Którędy wniosła ogień, co nim gorę.

16 Dobro, na ten dwór wszystek rozpostarteJest mego ducha alfą i omegą,Ilekroć miłość tchnie na jego kartę«.

19 Usta, com przez nie zbył przestrachu megoUpewnion, że mię nie tknęła ślepota,Znów mię do dalszych wyjawień podżegą:

22 »Przez gęstsze« — prawi — »siać musisz rzeszotaI wyznać, czyjej to dłoni napięcieKu prawym celom twoje strzały miota?«

25 »W filozoficznym prawdy argumencieOraz w powadze, co się zeń wyłania,Ta miłość swoje hartuje pieczęcie.

28 Dobro pojęte z chwilą rozeznania,Im więcej w sobie zawiera dobroci,Tem do większego pobudza kochania.

31 Więc do Istoty, w której się stokrociDobro do tyla, że wszystko co żywiePoza nią, w jej się aureolach złoci,

34 Bardziej niż indziej musi każdy chciwieDążyć kochając, kto się ubezpieczy,Że swój syllogizm wyłożył prawdziwie.

37 Tej prawdy nabył mój umysł człowieczyOd mędrca, który miłość uznać każeZa pierwszą pośród nieśmiertelnych rzeczy.

40 Nabył od Stwórcy, co w świętym rozgwarzeZ Mojżeszem, mówił rozumiąc o sobie:Oto ja wszystko dobro ci pokażę.

43 W twej też powieści wzniosłej ją sposobię,Gdzie się najwyższa tajemnica słowiZ nieba zniesiona stworzeniom na globie«.

46 Tu usłyszałem: »Wierząc rozumowi,Wierząc powadze, co się z nim nie mija,Ku Bogu miłość najwyższą rozpowij.

49 Ale wprzód jeszcze jedno powiedz: CzyjaMoc cię ku Bogu ciągnie swemi pęty?Ilą się zębów miłość w ciebie wpija?«

52 Chrystusowego orła zamiar świętyNie był mi tajny; czułem krom wątpienia,Dokąd mię wodził w trop swojej zachęty.

55 Zaczem mówiłem: »Wszystkie ukąszeniaKu Bogu w słodkiej bodące katuszyZbiegły się moje podsycać pragnienia.

58 Istota świata, istota mej duszy,Śmierć którą poniósł On, bym ja był żywyI to co wiarą pozyskać się tuszy

61 I wiedza prawdy, której byłem chciwy,Sprowadziły mię z wód miłości grzązkiejI postawiły na brzegu prawdziwej.

64 Miłuję wszystkie te bujne gałązkiRozwite w sadzie, kędy niepojętyOgrodnik wcielił wszechdobra zawiązki«.

67 Kiedy umilkłem, poprzez firmamentyŚpiew brzmiał, a pani mojej słodkie tonyWtórem wołały: Święty, święty, święty!

70 Jako się budzi człek światłem rażony(Bo się duch wzroku jego z blaskiem zmagaPrzenikającym od błony do błony), —

73 I w przedmiot blizki poglądać się wzdragaCałkiem nieświadom swojej wzrocznej siły,Póki go znowu nie wesprze rozwaga,

76 Tak z moich źrenic wszelkie mroczne pyłyZwiała pani ma swemi źrenicami,Które na tysiąc mil wkoło świeciły.

79 Wtem śród migotu, który w oczach gra mi,Wzrok mój na nowe dziwo się otworzy:Oto błysk czwarty zaświtał przed nami.

82 A Beatrycze rzekła: »W tej tu zorzyWdzięczy się Stwórcy pierwsza dusza mężaNa świat z potęgi wywołana bożej«.

85 Jako gałązka, gdy ją wiatr zwycięża,Szczytem się zgina ulegając sileI znowu własnym nerwem się odpręża,

88 Tak ja zdumiony ku światłu się chylę;Poczem mię zaraz prostuje na nowoZapał słuchania nie zgasły na chwilę.

91 »Jabłko, coś było stworzone gotowo,Ojcze, któremu wszelaka podwikaPo Ewie córką była i synową,

94 Mów do mnie, prośba moja cię potyka;O czem, — nie wskażę, bo pragnę co żywoSłuchać; sam wzrok twój w moje myśli wnika«.

97 Jako to owad, kiedy popędliwąChęcią wiedziony, co go lecieć zmusza,Chęć tę objawia drżąc skrzydeł pokrywą,

100 Podobnie owa pierworodna duszaOkazywała skrząc w jasnym oprzędzie,Jak ją radosny ku mnie pęd porusza.

103 I tchnęła ku mnie: »Zbyteczne orędzie;Chęć twa widniejsza przed mojem obliczem,Niż tobie kiedy rzecz najbliższa będzie.

106 Gdyż ja w zwierciedle widzę niezwodniczem,Gdzie się odbija każdy twór przyrody,A samo się zaś nie odbija w niczem.

109 Chcesz wiedzieć: kiedy Pan Bóg mię w ogrodyRajskie wprowadził, skąd Ona cię z ciałemUczyła wkraczać na wyniosłe schody;

112 — Jak długo w rajskich uciechach wytrwałem;— Za co tak srodze Pan Bóg mię strofowałI jaką mową w raju rozmawiałem. —

115 Nie to, synu mój, żem z drzewa kosztował,Było przyczyną wywołania mego,Ale żem bożej przestrogi nie chował.

118 Tam, skąd twa pani wzięła Wirgilego,Cztery tysiące trzysta dwa obrotySłońca tęskniłem: lat, które z niem biegą

121 Wschodząc wszystkiemi Zodyjaku wroty,Narachowałem dziewięćset trzydzieścieW czasie pobytu na ziemi zgryzoty.

124 Język dany mnie i pierwszej niewieście,Masz wiedzieć, wygasł, zanim się poczęłoNiedokonalne w Nemrodowem mieście.

127 Bowiem w rozumie ludzkim wszczęte dziełoGnąc się z afektem poddanym wpływowiPłanet, trwałością nigdy nie słynęło.

130 Rzecz przyrodzona jest, że człowiek mówi,Lecz wybór mowy jemu zostawiono;Natura sama o tem nie stanowi.

133 Kiedym zstępował z ziemi w piekieł łono,Szczyt Dobra zwał się Jot; z niego się lejąTe blaski szczęścia, co są mą oponą.

136 Potem znów Eli, — zwyczajną koleją:Bo zwyczaj ludzki jako drzew ubioryOdrastające, gdy stare zetleją.

139 Na szczycie falą okolonej góryŻyłem niewinny — do pozbycia cześci,To jest od pierwszej godziny do wtórej

142 Następującej po godzinach sześci«.

1 Ojca i Syna i świętego DuchaRaj cały zabrzmiał niemilknącą chwałą:Upajać musi zmysły, kto jej słucha.

4 Uśmiechem mi się wszechświata wydałoTo, com oglądał; słodkie upojeniePrzez wzrok i przez słuch we mnie wstępowało.

7 O radość, szczęście, o niewysłowieniePiękny kochania i miru żywocie!O wolne żądzy i bezpieczne mienie!

10 Stały przedemną, zatlone w ochocieCztery pochodnie. I jęła ta, któraPierwsza przybyła, rzucać iskier krocie.

13 Przeobraziła się wtem jej natura:Jakby z Jowiszem Mars postać lataczyPrzybrawszy, wzajem zamienili pióra.

16 Opatrzność, z której każdemu się znaczyKolej i służba, nakazało ciszęWszystkiej naokół gromadzie śpiewaczej.

19 »Żem pąsem spłonął« — takie słowa słyszę, —»Nie dziw się, bo gniew, co we mnie dygoceBarwę sromoty na każdym wypisze.

22 Ten, co przywłaszczył sobie na OpoceTo moje miejsce, moje miejsce, mojeMiejsce, — w obliczu Chrystusa sieroce,

25 Zmienił mych kości cmentarne pokojeW krwi i plugactwa cuchnącą kałużę,Ucieszne ducha upadłego zdroje«.

28 Jakie w wiszącej przeciw słońcu chmurzeRankiem lub zmierzchem barwy widzieć można,Takie na niebie w krąg wykwitły róże.

31 A jak niewiasta o siebie nietrwożnaZlęknie się przecie i wstydem zapała,Gdy ją doleci czyjaś wina zdrożna,

34 Tak Beatrycze wszystka pokraśniała:Podobna była ciemność firmamentu,Gdy Moc najwyższa na krzyżu konała.

37 Duch mówił tonem żałoby i wstrętu:Jak mu się przedtem zasępiły lica,Teraz dźwięk głosu zmienił się do szczętu.

40 »Po to-ż karmiła się oblubienicaPańska krwią moją i Lina i Kleta,Że swe łakomstwo dziś złotem nasyca?

43 By dojść tu, gdzie jest życia szczęsna meta,Syksta, Piusa, Kaliksta, UrbanaKrew się polała w męce. Nasza nie ta

46 Intencja była, aby armia PanaPrzez naśledników na dwojaką stronę:Prawą i lewą była roztargana.

49 By klucze, straży mojej powierzoneMiast godeł świętych na sztandarach szyto,Które się wodzi na ludy ochrzczone.

52 By wizerunek mój w pieczęciach rytoNa fałszowane, kupne przywileje;— Dlatego na mnie wstydu barwy kwitą.

55 W skórach pasterzy wilki wyszły z knieje;Kolejno wszystkie zwiedzają owczarnie...O zemsta boża, czemu nie pośpieje!

58 Już z Kaorzanem Gaskończyk się garnieSpijać krew naszę; o początku prawy,Jak się tu musisz dokonywać marnie!

61 Jednak Opatrzność, która rzymskiej sławyObrońcę światu dała w Scypionie,Jak tuszę, prędkiej dokona naprawy.

64 Ty synu, gdy cię ku padolnej stronieCiało znów ściągnie, nie chowaj językaI nie osłaniaj, czego ja nie słonię«.

67 Jako się na dół od nieba pomykaZamrożonego powietrza płat białyW porze gdy słońce Koziorożca tyka,

70 Taki się czynił eter pełny chwały,Gdy górą płatki tryumfalne ronił,Które tam z nami przez chwilę gadały.

73 Wzrok mój światełka znikające gonił,Aż wreszcie przestwór porwał je za progiMego widzenia i pościgu wzbronił.

76 Pani ma widząc, żem od skier pożogiOderwał oczy, rzekła: »Pochyl głowęI obacz, ile już ubiegłeś drogi«.

79 Ziemia, odkąd ją oglądałem, noweJawiła lico; snać łukiem zwrotnikaJuż pierwszej sfery ubiegłem połowę.

82 Stąd me spojrzenie za Gadem spotykaSzlak Ulyssesa szaleństw; stąd znów morze,Gdzie słodki ciężar siadł na karku byka.

85 Więcejbym odkrył miejsc na ziemskiej korze,Lecz pod mą stopą okrężnymi lotySłońce o jeden znak zbiegło w tej porze.

88 Myśl do mej pani lecąca w zalotyKieruje memi oczyma, że musząCiągle pożądać jej spojrzeń pieszczoty.

91 Kunszt i natura, co się o to kusząCzy w kształcie żywym, czy w kreślonem dziele,Aby przez zmysły zawładnąć nad duszą,

94 Razem zebrane nie miały tak wieleWładzy, jak cud ten, którym mię olśniła,Kiedy zajrzałem w jej oczu wesele.

97 A jej spojrzenia potajemna siłaZ gniazda mię Ledy wyrwawszy, w regionyNajrozpędliwszej sfery wprowadziła.

100 Jej najgórniejsze, jej najniższe stronyTak jednolite są, że nie obliczę,Gdziem był od pani mojej postawiony.

103 Lecz ona wiedząc, czego w sercu życzę,Rzekła, — a taka biła z niej poświata,Jakby Bóg szczęsny wstąpił w jej oblicze:

106 »Natura ruchu, który środek świataTrzyma w bezwładzie, a resztę w pęd rączyWprawia, stąd, jako z swych krańców wylata.

109 Z niczem to niebo swych wirów nie łączyPrócz z Myślą bożą; z niej miłość wynikaCo pędzi światy, moc, co się w nie sączy.

112 Miłość i blask je swym kręgiem zamyka,Jak ono mniejsze kręgi; po swej chęciWszystkie dłoń wodzi światów Kierownika.

115 Samo się ruchem niewymiernym kręci;W niem inne ruchy mieszczą się wymiernieTak jako piątka i dwójka w dziesięci.

118 Oto jak Czasu krzew rośnie misternie:Korzeń zapuszcza w tym szczytnym wazonie,W niższych rozwija kwiat, liście i ciernie.

121 Chciwości! wir twój śmiertelników chłonie:Kto weń popadnie, pewny jest zatraty,Niezdolen głowy już dobyć nad tonie.

124 Pięknymi kwitnie wola ludzka kwiaty,Lecz ustawiczny deszcz zawiązki psowa,Śliwę zamienia w owoc guzowaty.

127 Wiara, niewinność dziś chyba się chowaŚród dzieci: zanim broda stanie w krasie,Już się poplami ta szata godowa.

130 Ow, który dzieckiem pościł, w prędkim czasie,Gdy przyjdzie piątek, głodem się nie morzy:Tłustą potrawą chciwe gardło pasie.

133 Ów, który dzieckiem przed matką się korzy,Ledwo językiem władać się nauczy,Patrzy, rychło ją do trumny ułoży.

136 Tak się to z białych szat w czarne obłóczyCóra płanety, co przed sobą pędziPoranek, a zmierzch za sobą zawłóczy.

139 Mowa ci moja pytania oszczędzi:Oto ród ludzki wnet prawdy odwyknie,Bo brakło wodza śród ziemskich krawędzi.

142 Zato nim styczeń w szczęt z zimy wyniknieDzięki tej drobnej cząstce poniechanej,Świat naszych kręgów górnych tak zaryknie,

145 Iż los od wszystkich nas oczekiwanyW kierunku rufy dziób obróci statkuI nawa pomknie prosto przez bałwany,

148 A kwiecie owoc prawy da w ostatku«.

1 Tak to przedemną świata obyczajeW całej nagości występku odkrywaTa, co mą duszę w szczytne wiedzie raje. —

4 »Jak za plecyma zatlone łuczywaZgadnie ktoś, trafem spojrzawszy w zwierciadło,Nim je wzrok jeszcze i myśl podejrzywa,

7 A zwróciwszy się, widzi że przypadłoWidmo do rzeczy w zwierciadlanej szybieJak nuty z rytmem powiązane stadło; —

10 Tak jam się zwrócił, — bodaj nie pochybięPamięcią, skorom zajrzał w jej źrenice,Skąd Amor na mnie w swych potrzaskach dybie.

13 A gdy tak patrzę i spojrzenia sycęTem, co tam widne pośród sfer obszaruOczom puszczonym po niebios granice,

16 Promieniejącą ujrzę iskrę żaru;A tak mi w oczach przenikliwie pała,Że je zasłaniam od blasków nadmiaru.

19 Gwiazda niebieska nieskończenie mała,Gdy ją się przy tym punkciku postawi,Księżycem by się ogromnym wydała.

22 W tem oddaleniu, w jakiem ci się jawiW koło płomienia krąg świetlanej tęczyNa zgęsłej parze, strojny w kolor pawi,

25 Dokoła punktu maleńkiego, ręczejNiźli najszybszy ruch dokoła świata,Wirował ciągle pas jasnej obręczy.

28 Spojrzę, a nad nią drugi krąg polata,Trzeci i czwarty wolniejszymi gony,Za nimi piąty i szósty się splata,

31 Za szóstym siódmy, smugą roztoczonyTaką szeroką w przestrzeni się pali,Że nie ogarnie jej służka Junony.

34 Ósmy, dziewiąty; — a tem opieszalejKażdy z tych kręgów swoję wstęgę wije,Im od jedności odsadził się dalej.

37 Żar najświatlejszy z tej obręczy bije,Która najbliższa czystej iskry leży:Snać ze strug prawdy najobficiej pije.

40 Pani ma widząc, że mię kłopot świeżyTrapi: »Od tego« — powiada — »ognikaNiebo i cała przyroda zależy.

43 Spojrzyj na koło, co go prawie tyka:Miłości żar w niem gore niespożytyI przeto ruchem tak chyżym pomyka«.

46 Na to ja mówię: »Gdyby wszystkie bytyTrwały w tym ładzie, co te sfery sprzęga,Czułbym się twojem objaśnieniem syty.

49 Ale w granicach dokąd rozum sięga,Im sfera dalsza jest centralnych zniczy,Tem obrót szybszy od kręga do kręga.

52 Więc gdy spragniony duch mój poznać życzyWszystek ład w dziwnym tym anielskim chramieKtóry z miłością i światłem graniczy,

55 Spytam, przecz prawom przyrodzonym kłamieObraz, gdy wzoru nie odtwarza wiernie?Nad tem napróżno myśl moja się łamie«.

58 »Jeśli twe palce na taki misternieSplątany węzeł za słabe, — nie dziwo:Niedotykany zaciął się niezmiernie«.

61 Tak rzecze pani ma i doda: »Żywo!Mą wiedzą nasyć głód co cię pożera,Wyostrz rozumu władzę przenikliwą:

64 Każda niebiosów tych widzialna sferaMa obwód różny wedle mocy bożej,Która we wszystkie ich części przeziera.

67 Gdzie większa dobroć, tam i szczęścia sporzej;Sporsze z obfitszych źródeł się wyłania,Lecz żadna cząstka nie smakuje gorzej.

70 Więc niebo, które w swoje wirowaniaWciąga świat cały, kołu odpowiadaNajpełniejszemu wiedzy i kochania.

73 Kto ład tutejszy wedle mocy bada,Nie według tego, jak szerokiem kołemKażdy z tych światów swą istność wykłada,

76 Ujrzy świat duchów i materji społemKrążące: z niższym mniejszy, z wyższym większy,A każdy okręg za swoim Aniołem«.

79 Jako się w górze rozjaśnia i piększyStrop wypuklonej lazurowej czary,Gdy z Boreasza wiatr powieje miększy;

82 I z pod powłoki rozprószonej paryCo się całunem kładła na błękicieWyniebieszczą się piękności bez miary,

85 Tak mnie się stało, kiedy mi odkryciePrzez nią zstąpiło, bo tegoż momentuPojąłem trudną prawdę znakomicie.

88 A gdy ucichły jej słowa do szczętu,Z rzędu kół iskier wytrysły ruczajeJak z rozgrzanego do białości prętu.

91 Za każdem pożar bił na nieba skraje:A iskier tyle szło, ile zdwajanaStawka na polach szachownicy daje.

94 Z chóru do chóru bieżała HozannaKu chwale Punktu, co dzierży te zwojeTęcz, po swej drodze mknących z woli Pana.

97 Ona myśli mej nowe niepokojeWidząca rzekła: »Te dwa pierwsze skrętyTo Serafinów i Cherubów roje.

100 Każdy związany z Nim silnemi pętyWylata wbożyć się woń ile zdoła,W miarę o ile mu jest odsłonięty.

103 Dalsze w kochaniu wirujące kołaZowią się Trony, bo dla Boga stoją:To pierwszy ternar od niebiosów czoła.

106 Wiedz, że rozkoszą o tyle się poją,Ile się każdy w otchłani zanurzyPrawdy, gdzie wszystkie wiedy się pokoją.

109 Poznałeś, jaki akt narzędziem służyBłogości rajskiej: oto zapatrzenie,A nie zaś miłość, bo ta jeno wtórzy.

112 Miarą błogości są zasług strumieniePłynące z Łaski i z własnej dobroci;Tak z stopnia w stopień rośnie nieskończenie.

115 Następny ternar, w którym się stokrociKrzew tej wieczystej wiosny, co go z liściBarana nocny znak nie ogołoci,

118 To w trój-melodji nucący lutniściWieczne Hozanna, w trzech stopniach wesela,Którem się owa hierarchia troiści.

121 Na trzy włódarstwa zatem się rozdziela:Po pierwsze — Państwa, drugie — Mocy, trzecie:Mocarstwa, — cała ta boża kapela.

124 Więc z Archaniołów i Książąt się plecieKrąg przedostatni, a w ostatnim krążąPląsy Aniołów tęsknych ku swej mecie.

127 Te wszystkie stopnie z szczytem oczy wiążąA w dół panują, tak, że w bożą stronęŚwiat pociągają, dokąd same dążą.

130 Już Dyjonizy myśli utęsknioneZwracał do duchów tych górnego rzędu:Nazwy ich, cechy były mu zjawione.

133 Grzegórz się rozszedł z nim, lecz gdy oprzęduCiała pozbywszy, tu otwarł źrenice,Jakże się musiał śmiać z własnego błędu!

136 Jeśli zaś mędrzec zniósł tę tajemnicęLudziom, to przeto, że mu ktoś dyktował,Co ją oglądał tutaj lice w lice

139 I w inne jeszcze prawdy się wpatrował.

1 Ile upływa mgnień od chwili onej,Gdy wszedłszy pod znak Wagi i BaranaPrzejasna para bliźniątek Latony

4 Trwa, horyzontem wspólnym opasanaI stoi w równej dali od Zenitu, —Do chwili gdy się przeważy w dwie strony,

7 Tyle milczała Beatrix, do szczytuZwrócona, gdzie się tlił punkt, przesłoneczny,W twarzy swej pełna radosnego świtu.

10 Potem zaczęła: »Pytać trud zbyteczny:Twoje pragnienie stamtąd mi widnieje,Gdzie czas i miejsce mają kres swój wieczny.

13 Nie, by radości własnej przywilejeZwiększyć, lecz by blask co z niej się wyłaniaMógł świecąc, wyrzec o sobie: istnieję,

16 W bezczasie wiecznym, za granicą trwaniaI pojmowania, z woli swej podmuchuPramiłość nowe stworzyła kochania.

19 Ani też przedtem nie trwała w bezruchu,Bo nie istniało ni »przedtem« ni »potem«,Gdy nad wodami się niosła Moc w Duchu.

22 Jako trójstruny łuk potrójnym grotem,Tak wola boża wystrzeliła w czynieCiałem i formą i wraz ich zaplotem.

25 A jak w krysztale, szkle albo bursztynieOd chwili, kiedy promień je otworzy,Do chwili, kiedy w ich przeźrocze wpłynie,

28 Przerwy nie widno, tak tu z ręki bożejDzieło trójkształtne odrazu bez zmianyCałe się było i zupełne złoży.

31 A równocześnie substancjom był danyŁad i to one są stworzenia czołemI w nich jest czysty akt ufundowany.

34 Czysta potencja podążyła dołem;Potencja i akt, w pośrodku naturyŚciśle złączone osiadły się społem.

37 Pisze Hieronim, że anielskie chóryByły stworzone na wiele stuleciPrzedtem, nim wyszedł z rąk bożych świat wtóry.

40 Ta sprawa ci się rzetelniej wyświeci,Gdy się rozpatrzysz w tych pisem osnowie,W których się Ducha świętego żar nieci.

43 Ale pozatem sam rozum ci powie,ZeŻe niepodobna, by stworzone dźwignieMiały tak długo istnieć bezcelowie.

46 Gdy się twa baczność do mej myśli przygnie,Poznasz jak były stworzone anioły,Trzecia żądz twoich gorączka ostygnie.

49 Niedługo jednak świetlanemi kołyKrążyli owi duchowie bez błędu:Część ich wnet ziemskie skłóciła żywioły,

52 Część pozostała i swego urzęduJęła dopełniać rozkoszą przejętaI do tej pory nie zwolniła pędu.

55 Powód upadku ich była przeklętaPycha zbudzona w doskonałym tworze,Co go dziś ziemia swem brzemieniem pęta.

58 Ci których widzisz, uznali w pokorze,Że to im dobroć boża pomagałaWspiąć się na szczytne poznania poroże,

61 Więc też źrenica ich dzielna się stałaZasługą własną oraz łaską bożą,A wola wzrosła i pełna i stała.

64 Niechaj me słowa tę prawdę ci wdrożą,Że łaska boska na stworzenia spływaW miarę, jak ku niej swe serca otworzą.

67 Jeśliś dokonał pilnie swego żniwaWiedzy, już rozum twój sam z siebie zdoleWyrozumować tajemnic ogniwa.

70 Lecz że na ziemi uczą w waszej szkoleTo o aniołów niebieskich naturze,ZeŻe mają rozum i pamięć i wolę,

73 Zatem ci jeszcze wyraźniej powtórzęPrawdę zepsutą wykładem zwodniczymI dzięki mędrcom okutaną w chmurze:

76 Twory te, odkąd Boga są obliczemSzczęsne, wpatrują się w majestat wieczny,Któremu nikt się nie ukryje z niczem.

79 Nie chodzą myśli ich na żaden wstecznySzlak, bo ich jedna myśl zajmuje zbożna;To też pamięci dar im jest zbyteczny.

82 Śni taki mędrzec na jawie, rzec można,Co ucząc wierzy w tamto, lub nie wierzy,Jeno że w drugim wina bardziej zdrożna.

85 Po różnych ścieżkach tam u was się bieżyFilozofując, bowiem wami rządziMiłość pozorów i pustej lubieży.

88 A i to jeszcze w niebie się osądziZ większą pogardą, kiedy kto wywracaPismo, niż gdy w niem poniewoli błądzi.

91 Nie baczy, jak się krwawicą opłacaPrawd siejba w świecie i jak Pan Bóg sprzyjaTemu, kto za nim korny krok obraca.

94 Więc by zabłysnąć, w księgach się rozwijaWłasne wymysły, a ksiądz z kazalnicePowtarza; za to Ewangielią mija.

97 Więc, że się księżyc cofnął, aby liceSłońca skryć sobą przy Chrystusa skonieI ciemność spuścić na ziemskie granice.

100 Inny, że przez się stanęła w zasłonieŚwiatłość, ażeby mrok rozpostrzeć grubyW Hiszpanii, Indach i tam w judzkiej stronie.

103 Rzadsi nad Arnem Bindowie i Kuby,Niż owo, które do kazań się mieszaI w pergaminach spisywane duby.

106 Tymczasem wiernych nieświadoma rzeszaWraca z pastwiska wiatrem napasiona;Lecz nieświadomość z winy nie rozgrzesza.

109 Chrystus nie mówił: Ponieście nasionaBredni, kiedy swe w świat rozsyłał ucznie,Lecz dał nauce ich mocne bierwiona.

112 Oni głosili i jawnie i hucznie,Bojując słowem, aby wiarę dźwigli;Tarcz z Ewangielii czynili i włócznię.

115 Dziś kaznodzieje z baraszek i figliKlęcą naukę, i byle śmiech pustyZbudzić, dmą w kaptur, bo celu dościgli.

118 Gdyby tłum wiedział, co za złotoustyPtaszek się mieści pod mniszą kapicą,Mało szacowałby jego odpusty.

121 Oni to ziemię takiem głupstwem sycą,Że nim się pewnym dowodom poruczy,Za ladajaką goni obietnicą.

124 Wieprz się świętego Antoniego tuczy,A za nim tacy, gorsi niźli wieprzeSieją monetę, w której mosiądz huczy. —

127 Aleśmy zeszli z drogi, więc na lepszeSprawy obróćmy czas nam pozostały,Uwagę twoję niechaj chęć podeprze:

130 Rzesze anielskie w swych stopniach do chwałyTak są przeliczne, że niema językaAni wyrazu, coby je nazwały.

133 Gdy zważysz, jak w swem proroctwie odmykaTe tajemnice Daniel, pojmiesz snadnie,Że ścisłych liczby określeń unika.

136 Kiedy Pramiłość w ich naturę wpadnie,Różnymi z nią się sposoby kojarzy,W miarę, iloma promieńmi owładnie

139 A że za aktem zapatrzenia w twarzyBoskiej wraz skutek kroczy, więc i wstęgaMiłości w każdym inaczej się żarzy.

142 Patrz, jak rozległa jest boża potęga,Skoro zwierciadeł tyle w sobie wszczyna,W każdem na liczne części się rozprzęga,

145 Mimo to w sobie zostaje jedyna«.

1 Gdy sześć tysięcy mil od nas godzinaSzósta najwyższą gorącością zionie,A ziemia cień swój do poziomu zgina;

4 Zaś u nas niebo w swej najgłębszej stronieCzyni się takie, że w niem gwiazda srebrnaBledszem i coraz bledszem światłem płonie,

7 Stąpi-li słońca przejasna służebnaJeszcze krok dalej, to idąc, wypruwaDo ostatniego gwiezdnych iskier stebna.

10 Tak ów korowód, gdy ciągle przefruwaDokoła punktu, co mię spiorunował,A zda się wsnutym w to co sam osnuwa,

13 Bladł jak te gwiazdy u niebieskich pował;Więc miłość i gwiazd zdziałało zniknięcie,Żem ku mej pani znów oczy kierował.

16 Gdybym to wszystko chciał w jednym momencieSkupić, co o jej powiedziałem krasie,Jeszczebyś słabe miał o niej pojęcie.

19 Tak zmysły ziemskie zwycięża, iż zda się,Że tylko jeden On, co dał ją światu,Jej cudem w pełni święty wzrok napasie.

22 Bardziej się czuję od jej majestatuPrzybity, niźli w którąkolwiek poręKomik lub tragik od swego tematu.

25 Jako się słońca lęka oko chore,Tak ja uśmiechu jej rażon postrzałemTu z wyobraźnią własną rozbrat biorę.

28 Od dnia pierwszego, gdy jej twarz ujrzałemNa naszym świecie, do tych chwil zachwytuSławić ją nigdy się nie zawahałem.

31 Teraz nie mogę iść dalej, bo mi tuSiła ustawa poetyzująca,Tak jak artyście, kiedy dobiegł szczytu.

34 Taką przepiękną kiedyś głośniej brzmiącaTuba wysławi, niż to słabe pienie,Które wieść musi rzecz trudną do końca. —

37 Z głosem i giestem jak wódz nad stworzenieMówiła; »Otośmy z najszerszej włościWlecieli w jaśni przeczystej przestrzenie.

40 W jaśnię duchową a pełną miłości,Miłości dobra, które trwa w uciesze,Uciesze wyższej nad wszystkie słodkości.

43 Tu ujrzysz obu wojsk niebiańskie rzesze:Jednę tak, jak się przystroi do lotuW ów dzień, gdy rzuci swe ziemskie pielesze«.

46 Jak się duch wzroku od słońca migotuRozprzęga, poczem przestaje być czułyNa kształty nawet dużego przedmiotu,

49 Tak gdy mię żywe jasności osnuły,Źrenica ślepnie i nic nie dostrzegaW owych rozłogach bez dna i kopuły.

52 »Miłość kojąca od brzega do brzegaTo niebo, wita błyskiem każdą świécę,Bo tak ją łacniej w swych ogniach zażega«.

55 Zaledwie krótkie te słowa pochwycę,Gdym poznał, że się w mej górnej podróżyWynoszę poza sił ludzkich granice.

58 A wzrok mój nabrał takiej mocy dużej,Tak stał się zdolny wszelkiego widoku,Że odtąd w żadnym blasku się nie zmruży.

61 Ujrzałem światłość w postaci potoku:Światłość ognistą między brzegów dwoje,Malownych barwą wczesnej pory roku.

64 Ze strugi iskier wytryskały rojeI zapadały w ukwieconej błoniNiby rubiny w złociste zawoje.

67 Potem jak gdyby omdlałe od woniZanurzały się znowu w cudną pianę:To wynikały, to ginęły w toni.

70 »Szczytne tęsknoty, po których w nieznaneKraje wylatać taki żar cię piecze,Tem mi są milsze, im bardziej wezbrane.

73 Napić się musisz wody, co tu ciecze,Nim swoje wielkie ugasisz pragnienie«.Tak do mnie słońce moich oczu rzecze.

76 Rzeka, topazów przeźrocze kamienieW nurtach wędrowne, zieleń uśmiechnięta,To przyszłych cudów są zwiastuny — cienie.

79 Nie, by rzecz była przez się niepojęta,Lecz to ci pełne widzenie zakłóca,Że nosisz jeszcze nieśmiałości pęta«.

82 Nigdy dziecina, kiedy się ocucaW późniejszej, niźli jeść zwykła godzinie,Tak się skwapliwie do piersi nie rzuca,

85 Jak ja, zwierciadło kiedy z oczu czynięI całem ciałem chylę się po lekiKu fali, co dla dusz zbawienia płynie.

88 A ledwo z niej się napiły powiekiI duch mój ledwo z niej światłości zarwie,Gdy mi się kula czyni z onej rzeki.

91 Jak w czasie zapust człek chodzący w larwie,Skoro ją zdejmie, zmieniwszy pozoryWraz przed oczyma w innej staje barwie,

94 Tak się zmieniły we wspanialsze tworyIskry i kwiaty — i oto widziałemW okazałości dwa niebieskie dwory.

97 O blasku boży, przez który widziałemKrólestwa prawdy chwałę nadobłoczną,Daj mi opisać tak, jak ją widziałem.

100 Światłość to zatem, czyniąca widocznąTwarz Stworzyciela po przed stworzeń wzrokiem,Które w nim jednym, wiedzą, że odpoczną.

103 A rozciąga się kolistym otokiemTyle, że całe jego rozpowicieByłoby słońcu pasem zbyt szerokim.

106 Całe z promieni, przegląda się w szczycieOwego pierworuchowego koła,Co bierze odeń i władzę i życie.

109 A jak pagórek od stóp aż do czołaOdbija w wodzie kształt swój, gdyż mu miłoWidzieć się strojnym i w kwiaty i w zioła,

112 Tak ponad światłem wokół się piętrzyłoW tysiąc tysięcy stopni każdą stronąTo, co zostaje z nas poza mogiłą.

115 A gdy najniższe stopnie tyle chłonąWielkiego światła, pomyśl, jak go wieleChłonie ta Róża całą swą koroną!

118 Ile więc liści wszerz i wzdłuż się ściele,Tyle mi widne było w swej postaci,W liczbie i jaśni to rajskie wesele.

121 Dalekość ani blizkość tam nie płaci,Albowiem w sferze Boga majestatuMoc swoję prawo przyrodzone traci.

124 W ośrodek żółty wieczystego kwiatu,Co się rozrasta, piększy i śle wonieW cześć słońca, które wiosnę daje światu,

127 Jak ten co milczy, ale chęcią płonieMówienia, rwany-m był od Beatryczy:»Patrz«, rzekła, »ile białych szat tu wionie.

130 Zmierz, ile gród nasz w głąb i wokół liczy:Patrz, tak są świętych pełne nasze ławy,Że już niewiele dusz się tutaj życzy.

133 Na wielkiem krześle, któregoś ciekawy,Bo się w królewskim błyszczy dyjademie,Nim ty sam rajskiej pokosztujesz strawy,

136 Usiędzie dusza Henryka; on ziemięItalską przyjdzie ratować z ruinyI nie gotowe do poprawy plemię.

139 Chciwości ślepa! z czyjej władasz winy?Przez ciebie ludzie równi z niemowlęty:Głodne, a nie chcą ssać piersi matczynej.

142 A będzie siedział na stolicy świętejPodówczas taki, co królowi wszędzieJawnie i tajnie zechce czynić wstręty.

145 Ale go krótko na świętym urzędziePan Bóg zachowa; strącon do otchłani,Tam gdzie mag Szymon w wiecznym gore swędzie,

148 Przywali sobą owego z Anagni«.

1 W postaci jasnej, różanej koronyŚwięci wojacy mi się ukazali,Krwią Chrystusową poczet poślubiony.

4 Tuż wzlata drugi, ogląda i chwaliWielkość Onego, co w nim miłość nieciI Dobroć wieczną, co go doskonali.

7 Jako rój pszczelny raz po raz się wkwieciI znów polata nad pąkiem koliście,Miód urabiając z kwiatu słodkiej śnieci,

10 Tak owy hufiec między piękne liścieWpadał i wzlatał i ginął w bezmiarze,Gdzie miłość jego mieszka wiekuiście.

13 Z płomieni żywych były jednych twarze,A skrzydła złote: drugi huf był w bieli:Żadna biel śnieżna z nim nie stanie w parze.

16 Stopień po stopniu schodzili anieliW głąb róży: gońce miru i pogody,Które powiewem skrzydeł wciąż garnęli.

19 Nie stanowiły dla wzroku przeszkody,Ani dla światła te przez blasków morzeCiągle płynących aniołów pochody.

22 Bo skroś wszechświata wnika światło bożeI wedle zasług różnie się rozdziela,A nic mu stanąć oporem nie może.

25 Owo królestwo ciszy i weselaW lud starożytny i w lud nowy strojneWzrok i myśl swoję w jeden cel zestrzela.

28 O ty, w jedynej skrze światło potrójne,W którem się miłość duszyczek zażega,Spójrz, w jaką padół nasz wplątany wojnę!

31 Jeśli z dzikiego barbarzyńcy brzega,Który Helice gwiazda w jednej dobieZ najukochańszym swym synem obiega,

34 Widząc Rzym w hardej pałaców ozdobieZdumiewali się gmachom Lateranu,Który był wówczas przedniejszy na globie,

37 Mnie, com z ludzkiego do bożego stanuI z doczesności leciał wieczność witać,Z florenckich granic w kraj oddany Panu,

40 Jakież musiało osłupienie chwytać!Zdumiony, szczęśliw, zapatrzony w RóżyCzekałem, nie rad ni słuchać, ni pytać.

43 Jak pielgrzym stając u celu podróży,U ślubowanej świątyni, wesołoUkłada, jak swe widzenie powtórzy,

46 Tak ja ku żywym blaskom wznosząc czoło,Po stopniach kwiatu wzrok puszczałem strażąW górę i na dół i znowu wokoło.

49 Widziałem lica, co się kochać każą.Własnym uśmiechem i skrą bożą śliczne,Z giestem gdzie godność i wdzięk się kojarzą.

52 Znałem już Raju architektoniczneKształty, lecz skupić się chciałem daremnie;Pociągały mię piękności zbyt liczne.

55 I nowa chęć się zapaliła we mnie,Aby zapytać o coś mojej pani,Co mi świtało w myśli nieforemnie.

58 Jednegom czekał, — drugie wziąłem w dani:Oto w jej miejscu stał mąż siwobrody,W bieli, jak owi duchowie wybrani.

61 Szczęściem kraszone oczy i jagody,A giest miał taki, jak ojciec, do dziełaPrzynaglający swe czułe zachody.

64 »Gdzie ona?« — pytam, widząc że zniknęła.»By ci ukoić ostatnie tęsknoty,Z siedzib mię moich Beatrycze pchnęła«.

67 Tak rzekł i dodał: »Spójrz w szczyt Róży złotej:Tam w rzędzie trzecim ujrzysz ją na tronie,Który zdobyła zasługą swej cnoty«.

70 Milcząc ku owej obracam się stronie:Widzę ją w blasku co na okół krążyI w świateł własnych ognistej koronie.

73 Od wyżyn nieba, które piorun drąży,Aż po najgłębsze dno morskiego łonaKrótszą zapewne drogą promień dąży,

76 Niźli odemnie teraz była ona;Lecz mimo przestrzeń tę, postać mej paniByła mi widna, niczem nie zmącona.

79 »O święta moich porywów przystani!Aby mię zbawić, ponosiłaś trudy;Pozostawiłaś swe ślady w Otchłani.

82 Jeśli mi dano dziwami i cudyWzrok cieszyć, mocy twej i uprzejmościZawdzięczam łaskę tę dzisiaj i przódy.

85 Przez cię z niewoli wszedłem do wolności,Stąpając wiernie po każdej ścieżynie,Która pod duszy swobodę się mości.

88 Wspieraj mię czuła, teraz i w godzinie,Gdy dusza moja od cię wziąwszy lekiZ ciała się mego ku tobie wywinie«.

91 Tak się modliłem; a ona z dalekiejStrony uśmiechnie się i znów do zdrojuTwarz swą obraca, płynącego w wieki.

94 A starzec do mnie: »Byś po długim znojuZ łaski mych uczuć oraz jej pacierzyOstatecznego ujrzał cel pokoju,

97 Niech wzrok po stopniach tego sadu zbieży,Bo tak hartowny w najjaskrawszym żarzeŁacniej z promieniem boskim się sprzymierzy.

100 Królowa niebios, której niosłem w darzeSerce, pozwoli; łaska jej obfita.Wiedz, Bernard jestem, który z tobą gwarzę«.

103 Jako gromadka pielgrzymów, gdy witaTwarz wierzytelną Chrysta w WeroniceI w wizerunek, patrzenia nie syta

106 Pogląda, pasąc nim chciwe źrenice:O Panie Jezu, o Boże prawdziwy,Tak wyglądało Twoje święte lice?...

109 Taki ja byłem, patrząc w płomień żywyMiłości męża, co przez zapatrzenieNa świecie mirem rajskim był szczęśliwy.

112 »O synu łaski! Ubłogosławienie«— Tak mówił starzec, »znano ci nie będzie,Póki poglądasz na dół między cienie.

115 Lecz spójrz ku górze; tam w najwyższym rzędzieObaczysz panią, którą za królowęUznają święci po niebios krawędzie«krawędzie«.

118 Podniosłem oczy; a jako wschodoweCzęści niebiosów o godzinie śwituSą bielsze, niż gdzie słońce skłania głowę,

121 Tak niby z dolin patrząc do gór szczytu,Punkt ujrzę w szczycie różanego pręgu,Jaśniejszy listek róży śród rozkwitu.

124 A jak tam, gdzie ma wzejść dyszel zaprzęgu,Co nim Faëton władał niedołężny,Blask bije przeciw reszcie widnokręgu,

127 Tak sztandar miru tej niebieskiej księżnejW środku rozbłyskał, gdy w bledsze purpuryStopniowo schodził cały strop okrężny.

130 A w owym środku z rozwartemi pióryAnieli w liczbie pląsali bezkreśnej,Każden odmiennych blasków i figury.

133 Do tych igraszek anielskich i pieśniŚmiała się Piękność, a to jej weseleBrali w swe oczy duchowie niebieśni.

136 Choćbym wymowę tę dostał w udzieleCo wyobraźnią, jeszcze te najświętszeRozkosze będę opiewał nieśmiele.

139 Bernard me oczy na najwyższem piętrzeWidząc utkwione w żarów jego żary,Sam zwrócił ku niej źrenice gorętsze,

142 Zaczem i moje rozpłoną bez miary.

1 Cały pogrążon w swej świętej rozkoszy,Nauczyciela urząd biorąc na sięÓw kontemplator tak mój zachwyt spłoszy:

4 »Ranę zadała w raju ludzkiej rasiePotem zgojoną dłońmi Matki BożejTa, co u stóp Jej siedzi w takiej krasie.

7 O jeden stopień niżej, u podnóżySiedzi Rachela przy twojej NadzieiW obręczy, którą szereg trzeci tworzy.

10 Sara, Rebeka, Judyt i z koleiPrababka piewcy, co kając się w błędzieWołał do Pana: Miserere mei!

13 Jak je wymieniam tu, grzęda po grzędzie,Wzrok swój zatrzymaj na każdej figurze;Pionem zstępując siedzą w jednym rzędzie.

16 Zatem od stopnia siódmego ku górzeI od siódmego w dół, Żydówki siedząI na połowę dzielą wszystką Różę.

19 Albowiem wedle praw, o których wiedząWierzący w Chrysta, te niewiasty iścieDla schodów świętych są dzielącą miedzą.

22 Oto z tej strony, gdzie są Róży liścieW pełni rozwite, ci miejsca zajęli,Którzy ufali w Chrystusowe przyście.

25 Po drugiej stronie, tam gdzie się kwiat dzieliPróżnemi krzesły, Bogiem się nasycaRzesza Chrystusa żywego czcicieli.

28 Jak z tamtej strony Maryji stolicaI dolne krzesła na rozwitym kwiecieZnaczą, gdzie idzie dwu połów granica,

31 Z tej tron wielkiego Jana, co na świecieBył zawsze święty i znosił pustynięI mękę i był w Otchłani dwie lecie.

34 Przy Benedykcie i przy AugustynieSiedzi Franciszek; stworzona z ich tronówPodobna miedza w pół Róży się winie.

37 A teraz serca uwielbienie ponówDla mocy bożej, która swoje sługiDo raju z obu wybiera Zakonów.

40 Wiedz też, że idąc w dół od owej smugi,Która przecina środkiem oba działy,Duchy zasiadły nie z własnej zasługi

43 Lecz z zasług cudzych; a weszły do chwałyW warunkach, w których możebne zbawienie,Zanim wyboru same dokonały.

46 Zrozumiesz, słysząc ich dziecinne pienieI patrząc na ich twarzyczki dziecięce,Że to są chłopiąt małych jasne cienie.

49 Lecz jeszcze wątpisz i jesteś w udręce,Zatem posłuchaj mojego wywodu;Pętlicę, która cię ciśnie, rozkręcę:

52 Pośród obszarów rajskiego ogroduŻadna przygodna rzecz się nie nachodzi,Jako żałości, pragnienia lub głodu.

55 Wszystko tu prawo boża wola rodzi,Stosując jedno z drugiem tak roztropnie,Że jako pierścień do palca się godzi.

58 Więc dziatkom, co tak zleciały pochopnieKu życiu prawdy, ta sama przyczynaSprawia, że różne są ich szczęścia stopnie.

61 Król, przez którego niebieska krainaTrwa w tym pokoju, miłości, dosycie,Że wyżej żaden poryw się nie wspina,

64 Stwarzając dusze w swoich spojrzeń świcie,W łaskę je stroi to skąpiej, to suciej:Czemu, — tego się nigdy nie dowiécie.

67 Stary Testament wykłada to króciejW figurze pary bliźniąt, co się w łonieMatki o prawo pierworództwa kłóci.

70 Więc w miarę łaski co im g’woli płonie,Owa najwyższa promienność żywotaBladziej lub jaśniej dziatkom zdobi skronie.

73 Zatem nie większa albo mniejsza cnota,Ale na stopnie odmienne je dzieliZdolność wglądania za niebieskie wrota.

76 Dość dla zbawienia, gdy w niewinnej bieliPierwszych lat swoich zeszły do mogiły,Wyznając wiarę swoich rodzicieli.

79 Kiedy się pierwsze wieki wypełniły,Już niemowlętom męskim obrzezaniePotrzebnej na lot dodawało siły.

82 Lecz dziś w okresie łaski, w nowym stanie,Jeśli nie przez chrzest doskonały CHRYSTA,Już niewiniątkom raj się nie dostanie.

85 Teraz spójrz znowu w lica, co do CHRYSTATak są podobne; ich jasność jedyniePozwoli przenieść ci oblicze CHRYSTA«.

88 Spojrzę, a na Nią radość z góry płyniePrzez owe święte Myśli wysiewana,Stworzone latać po tamtej wyżynie.

91 Żadna mię piękność dotąd ukazanaNie zadziwiła urodą tak przednią,Ani tak blizkiem podobieństwem Pana.

94 Ta sama Miłość, co zeszła poprzednioZe słowem: Witaj łask pełna Maryja,Teraz swe skrzydła roztoczyła przed nią.

97 Wtóruje pieśni słodka melodyjaCałego błogosławionego dworu:Na wszystkich licach większy blask wybija.

100 »O święty ojcze, co do mnie z przestworuZlatasz, rzucając swą słodką stolicę,Która ci dana z bożego wyboru;

103 Kto jest ten anioł, tak czule w źrenicePatrzący naszej niebieskiej królowej,Że się zapala od niej, jak gromnice?«

106 Takiemi oto znowu pukam słowyDo wiedzy mędrca, co się w Matce bożejPiększy jak w słońcu poseł porankowy.

109 A on tak do mnie: »Wdzięk i zapał hoży,Jakie być mogą w duszy i w aniele,Są w nim, — a to nam naszę radość mnoży.

112 Marji zwiastował zwycięstwa wesele,Kiedy Syn boży na się ludzkie złościBrać raczył, aby odkupić je w ciele.

115 Teraz niech za mną twój wzrok się wyprości,A ja ci wszystkich mocarzy wymienięTej sprawiedliwej i nabożnej włości:

118 Dwa najszczęśliwsze nieba jasnocienie,Jako że Pani dostojnej sąsiedzi,To jakby Róży rajskiej dwa korzenie.

121 Owy, który jej po lewicy siedzi,To rodzic, smaku nieznanego chciwy:Przezeń się człowiek dziś w goryczy biedzi.

124 Ów zaś na prawo, to ojciec sędziwyKościoła, co mu Chrystus dla opiekiPowierzył klucze Róży urodziwej.

127 Ten, co przed skonem, w łzach widział powiekiOblubienicy, zdobytej ofiarnieNa krzyżu lancą i krwawymi ćwieki,

130 Jest przy nim; a do tamtego się garnieWódz ludu, co go wykarmiła manna,Co żył niewdzięcznie, zmiennie i niekarnie.

133 Naprzeciw Piotra oto siedzi AnnaTak zapatrzona radośnie w swej córze,Iż jej nie płoszy aniołów hozanna.

136 A naprzeciwko patryjarchy w chórzeŁucja, co-ć niosła ratunek tak rączy,Kiedyś się chylił w przepaść tam na górze.

139 Lecz czas uśpienia twojego się kończy:Bądźmy jak dobry krawiec, co obliczaWedle ilości sukna krój opończy.

142 Ku Pramiłości obróćmy oblicza:Ty poglądając bacz, byś oczy wszczepiłIle wydołasz, w płomień jego znicza.

145 Aby cię jednak pożar nie oślepił,Byś nie padł, myśląc, że się w górę ważysz,Trzeba, abym cię pacierzem pokrzepił

148 Prosząc o łaskę; więc nim wyposażyszSiły, uczucie niechaj w tobie wzbierzeI sercem memu wołaniu towarzysz«.

151 — Poczem tak zaczął swe święte pacierze:

1 »Dziewico Matko, Córo swego syna,Korna a w takiej u aniołów cenie,Ostojo, w której pokój się poczyna;

4 Ty uzacniłaś ludzkie przyrodzenieTak, że Stworzyciel zszedłszy z majestatuNie wzgardził wmieszać się między stworzenie.

7 W twem łonie miłość zapłonęła światu,A nią rozgrzany i wiecznym pokojemObronny wyrósł pąk cudnego kwiatu.

10 Tyś nam jest światła południowym zdrojem,Ty śmiertelnikom na porze spiekotyJesteś nadziei żywiącym napojem.

13 Pani, tej jesteś mocy i szczodroty,Że kto chcąc łaski, do cię nie ucieka,Taki bez skrzydeł waży się na loty.

16 A tak jest wielka twoja dla człowiekaKtóry cię wzywa, uczynność i dbałość,Że go ratuje, ani prośby czeka.

19 W tobie jest zbożność i w tobie wspaniałość,W tobie dobroci poryw miłosierny,W tobie wszelaka stworzeń doskonałość.

22 Ten, co od świata najgłębszej cysternyDotąd, gdzie oczom widne rzeczy wieczne,Żywota duchów zwiedził kraj niezmierny,

25 O siły oto błaga dostateczne,Aby mógł zrzucić kryjącą zasłonęTu, gdzie zbawienie znajdzie ostateczne.

28 Żądzą zjawienia mniej dla siebie płonęNiźli dla niego: błagam, niech cię wzrusząI niech nie będą prośby moje płone.

31 Mgły doczesności niech się w nim rozprószą,— To mu u Boga sprawi twa wymowa —I szczytna rozkosz niech błyśnie przed duszą.

34 Jeszcze cię o to proszę, o Królowa,Za której wolą idzie czyn w pokłonie,Niech po zjawieniu zmysły swe zachowa.

37 Stłum namiętności ludzkie w jego łonie;Patrz, Beatrycze śród świętego wianaDla mej poparcia prośby składa dłonie«.

40 Jej drogie oczy, ulubieńce Pana,Utkwione w mówcę zaraz znać mi dały,Że korna prośba była wysłuchana.

43 I znów je zwraca do wieczystej Chwały,— Ani się może pomieścić w rozumie,By mógł stworzenia wzrok być taki śmiały.

46 A ja w tej chwili już pewny, że tu mięCel ostateczny mych tęsknot nie minie,Żar pragnień w sercu przyciszam i tłumię.

49 Bernard uśmiechnie się do mnie i skinie,Bym patrzał w górę; lecz mię już nie wspieraZnak cudzy; własnym popędem tak czynię.

52 Bowiem źrenica otwarta i szczeraCoraz się w szczytnem świetle prawdy piększyI coraz głębiej w jej otchłanie wziera.

55 Od owej chwili mój wid stał się większyNiż ludzka mowa potrafi mu sprostaćI pamięć mdleje, grozy się ulększy.

58 Jak temu, co śniąc widzi cudną postać,Wrażenie miłe trwa, choć sen uciecze,Ani w nim inna myśl nie może postać,

61 Tak mnie: z pamięci mej już nadczłowieczePierzchają mary, a jeszcze mi rzadkiPosmak do serca z onych widzeń ciecze.

64 Słońce odkształca tak śniegowe płatki,Tak podmuch wiatru rozpraszał kłąb liści,Gdzie były ryte sybilskie zagadki.

67 O szczytne światło, błyszczące gwiaździściejPonad pojęcie; wspieraj mię w zamiarze,Niechże mój język coś z mych widzeń ziści!

70 Niechże obficie zaczerpnę w twym żarze:Jeśli choć jedna iskra zeń odpryśnie,Dość już rodowi ludzkiemu przekażę.

73 Jeśli choć nieco z moich marzeń wyśnięI zdołam oddać szukanymi tony,Już mu twój tryumf potężnie zabłyśnie. —

76 Tak w owej chwili byłem porażonyŻywym promieniem, iżby mię oślepiłKażdy blask, coby z innej przypadł strony.

79 Tu pomnę owszem, iż się mi pokrzepiłI zahartował wzrok tak doskonale,Żem go bez lęku w Moc najwyższą wszczepił.

82 O hojna Łasko, przez którą zuchwaleKu nieśmiertelnej zbliżam się potędzeI wszystek się w niej rozprzęgam i palę!

85 W jej łonie widzę wszystkich bytów przędzę:Kochanie wiąże jednolitym splotemTo, co oddzielnie stoi w świata księdze.

88 Treść i przejawy rzeczy z ich przymiotem,Złożone razem w takie pełne dziwo,Że z mojej mowy trudno sądzić o tem.

91 Uniwersalnych praw wieczne ogniwoMusiałem widzieć, bo wspomnienie zjawyRozkosz mi daje nieprzepamiętliwą.

94 Zbladła, jak blednie dziś pamięć wyprawyZ przed wielu wieków, gdy pierwszego razuNeptun cień widział Argonautów nawy.

97 Nieporuszony stałem, bez wyrazu,A myśl skupiona i w jeden punkt wbitaZapalała się od widzeń obrazu.

100 Skoro to światło raz duszy zaświta,To niepodobna, gdy się z niem zespoli,By gdzieś widokiem innym była syta.

103 Bowiem szczęśliwość, cel najwyższy woliTam jest zupełna; co się tam nie wszczynaI tam nie kończy, jest pełne niedoli.

106 Ile się nawet z chwil tych przypominaPamięci mojej, słowem nie pochwycę:Niedołężnym się wyznam, jak dziecina.

109 Nie przeto, by miał kształty wieloliceÓw blask ogromny, w który-m patrzał bacznie,Gdyż jeden będzie poza lat granice:

112 Lecz wzrok mój, który mocy nabrał znacznie,Gdy się tak mienię, w istocie spoistejWielokształt jakiś rozpoznawać zacznie.

115 Oto w głębinach materji przejrzystejŚwiatła, zjawił się rys trojga obręczy,Równych w obwodzie, lecz barwy troistej.

118 Jeden z drugiego krąg, jak tęcza z tęczyZdał się odbity, a w trzecim pałałoJak ogień, który z dwojga się wywnętrzy.

121 Słabą zaiste mową, nieudałąDo moich myśli, te widzenia mącęI nie wystarcza tutaj rzec: za mało!

124 Zarzewie wieczne, samo w sobie tkwiące,Samo — pojętne, samo — pojmowane,W tem się pojęciu własnem kochające!...

130 Na owem kole, które z siebie braneZda się promieniem z promienia odbitym,Teraz oczyma mojemi przystanę.

130 W niem, ale własnym malowany świtemZjawił się twarzy człeczej wizerunek...Źrenice w niego wpoiłem z zachwytem.

133 Jak gieometra wykreśla rysunekNa kwadraturę koła i zestawiaZ nieupewnionych danych swój rachunek,

136 Tak mnie zjawienie nowe zastanawia:Podpatrzeć chciałem, jako się sprzymierzaFigura z kręgiem i jak się weń wjawia.

139 Lecz nie wystarczał lot ziemskiego pierza...Wtem grom mię raził; myśl w cudo się grąży,Czułem, że wola Jego w nią uderza.

142 Dalej fantazja moja nie nadąży.— A już wtórzyła pragnieniu i woliJak koło, które w parze z kołem krąży,

145 Miłość, co wprawia w ruch słońce i gwiazdy.

Comments

Loading comments…