Pieśń III
Translated by Edward Porębowicz
Boska komedja — Czyściec
1 Gdy tak po polu rozbiegła się rzeszaTęsknem spojrzeniem w szczyty zapatrzona,Dokąd rozumem duch wiedzion, pospiesza.
4 Ja się tuliłem do wiernego łona:I jakże mógłbym sam jeden pozostać?Któżby pod górę podparł me ramiona?
7 Lecz on miał człeka zgryzionego postać:O ty sumienie zacne, trwożne błędu,Najlżejszą winą każące się chłostać!...
10 Gdy stopy jego powolniły pędu,Co wszystkim sprawom dostojeństwo kradnie,Pragnienie moje z ciasnego oprzędu
13 Skupionej myśli szerszy kręg owładnie;Zaczem źrenice obracam na górę,Co wyżej ziemskich niebios czoło kładnie.
16 Słońce co z tyłu czerwonością gore,Przedemnie rzuca złamane promienie,Spotkawszy w mojej osobie zaporę.
19 Myśląc, żem został sam, bo nie dwa cienieLecz tylko jeden kładł się plamą ciemną,W bok przestraszone rzuciłem spojrzenie.
22 A mój Cieszyciel: »Czemu drżysz daremno?«Szepnął, postacią zwróciwszy się całą;»Nie ufasz, żem tu? nie idziesz to ze mną?
25 Podwieczerz schodzi, gdzie spoczywa ciało,Co odeń dawniej padał cień ten samy;Neapolowi Brindisi je dało.
28 Że kształt mój ciemnej nie odrzuca plamy,Nie dziw się bardziej, niż niebiosom, kędyNie kładzie promień promieniowi tamy.
31 Niemniej ból cierpieć i mrozy i swędyCiałom, jak moje, każe Moc żywota,Niewybadana ludzkimi obłędy.
34 Darmo się człowiek w tej nadziei miota,Że swym rozumem szlaki poodwija,Którędy działa trój-jedna Istota.
37 Rodzie człowieczy, dość tobie ad quia!Gdyby wszechwiedzą ludzkość była mocna,Przecz-by Synaczka rodziła Maryja?
40 Znana ci mężów tęskność bezowocna,W którychby mogła być uspokojonaTą wiedzą, a tak przejmuje ich do cna.
43 Arystotela myślę i PlatonaI innych wielu«... Czoło schylił blade,Zmilkł, a twarz jego była zasępiona.
46 Wtem już pod góry przyszliśmy posadę.Spojrzę, opoka takim pionem sterczy,Że stopy po niej darmo piąć się rade.
49 Najdziksza między Turbiją a LericiDroga wyda się, że jak schody prościeWstępuje wobec tej spadzistej perci.
52 »I któż odgadnie, którędy tam dojście«,Wykrzyknął Wódz mój, zatrzymując kroku,»Gdy komu pierze u ramion nie roście?«
55 A kiedy stał tak nachyliwszy wzrokuI badał drogę, ścieżki nieświadomy,Mnie, którym patrzał po kamiennym stoku,
58 Zjawił się w lewo od ścieżyny stromejCzet duchów; spojrzę, prosto ku nam kroczyTak wolno, że się wydał nieruchomy.
61 »Podnieś«, do Mistrza mówię, «podnieś»podnieś oczy:Oto się zbliża, skąd ci rada znidzie,Skoroś nieświadom tych skalistych zboczy«.
64 Spojrzał, nie barwił lic w fałszywym wstydzie,Lecz rzekł: »Podejdźmy, zbyt kroczą pomału;A ty miej, synu nadzieję na widzie«.
67 Jeszcze dalekość onego oddziałuLiczyła milę rzymskiego mierzenia,Czyli odległość procarskiego strzału,
70 Kiedy się nagle skupił u kamieniaI sparł o góry wysoczystą ścianę,Jak czekający ktoś, pełen wątpienia.
73 »O błogokreśne duchy, o wybrane!Przez uciszenie owo«, rzekł Wirgili,Co od was wszystkich jest oczekiwane,
76 Powiedzcie, gdzie tu stok góry się chyli?Aby wyjść na szczyt, którą brać nam stronę?Kto świadom celu, żal mu każdej chwili«.
79 Jak owce schodzą przez koszary bronęPo jednej, po dwie i po trzy; niezwinne.Postawające, w ziemię zapatrzone;
82 Co pierwsza czyni, za nią czynią inne;Na grzbiet się kupią idącej na przodzie,Nie wiedząc czemu, proste i niewinne,
85 Tak szli duchowie w onej świętej trzodzie,Postępujący śladem przewodnika,W licach wstydliwi i przystojni w chodzie.
88 Ledwie spostrzegli, że jasność promykaPo prawej stronie mej cieniem się dzieli,A cień złamany na krawędzi znika,
91 Zawahali się i w tył się cofnęli,A wszyscy inni, którzy szli za niemi,Niewiedząc czemu, równie przystanęli.
94 »Ciekawość waszę, o duchowie niemi,Uprzedzę; człeka widzicie, nie marę;Przez niego promień łamie się na ziemi.
97 Nie dziwujcie się, ale dajcie wiarę,Że z łaską bożą, co go prze i broni,Przychodzi ściany te zwyciężyć stare«.
100 Tak Mistrz. »Wracajcież przed nami ku toni«,Mówiła do mnie ta zacna drużyna,Znak dając grzbietem odwróconej dłoni.
103 »Ktokolwiek jesteś«, jeden z nich poczyna,»Idąc, odwróć się, spojrzyj w lice mojeI pomyśl dobrze, kogo-ć przypomina«.
106 Więc spojrzę bystro, źrenicę nim poję:Pański był w ruchach, piękny, z płowym włosem,Lecz miał brew jedną przeciętą na dwoje.
109 Toż mu pokornym odpowiadam głosem:»Nie znam cię«. »Patrzaj«, rzekł pan jasnobrodyI pierś ukazał naznaczoną ciosem.
112 »Wiedz«, dodał, krasząc uśmiechem jagody:»Jam jest Konstancji wnuk, Manfred. A tobieZlecam, gdy zejdziesz między ziemian grody,
115 Spiesz donieść córze mej lubej, ozdobieSycylskiej ziemi, chwale Aragonu,Żem jest tu, jeśli wątpi. W mej osobie
118 Gdy dwa utkwiły ciosy, w chwili skonu,Do tej, co grzechy przebacza człowiecze,Łkaniem się wzniosłem, błagając pardonu.
121 Zbyt ciężkie były me grzechy, nie przeczę;Lecz łaska boża przestronna ogromnie,Garnie, kto tylko do niej się uciecze.
124 Gdyby Kosency pasterz, co go po mniePosłał był Klemens z łowczymi pachoły,Pamiętał o tem, czego snać nie pomnie,
127 Dziś bym leżące widział me popiołyU Benewentu, pod mostu głowicą,W straży mogilnych głazów. Tak na gołej
130 Ziemi deszcz myje i wiatry je sycąWzdłuż Verde rzeki, na obcym majdaniePod zagaszoną rzucone gromnicą.
133 Lecz się nie mrozi klątwą Pra-kochanieDo tyla, aby wesprzeć mię nie miało,Póki źdźbło bodaj nadziei ostanie.
136 Prawda, że czyje w klątwie kona ciało,Choć opamięta się w grzechu nareszcie,Musi zostawać za czyścową skałą,
139 Ile w uporze trwał, tyle — trzydzieście,Chyba modłami waszemi skrócicieTermin katuszy wy, co tam jesteście.
142 Pomyśl, jak możesz wzmóc mię znakomicie,Wieści zanosząc mojej drogiej córzeO tym zakazie i mym tu pobycie.
145 Tak potrzebujem was ziemian — my w górze«.
Comments
Loading comments…