Pieśń VII

Translated by Edward Porębowicz

Boska komedja — Czyściec

1 Gdy powtórzyli zacni dwaj rodacyRamion ujęcia i krzyki radości,Sordel się cofnął i rzekł: »Któż wy tacy?«

4 »Zanim posłano ku tej wysokościDusze, co bożej godne są gościny,Oktawian pogrześć kazał moje kości.

7 Jestem Wirgiljusz; nie z innej przyczyny,Jak tej, że była mi nieznana wiara,Straciłem niebo«, rzekł Wódz mój jedyny.

10 Jak kiedy kto rzecz rozpoznać się stara,Co go zaskoczy nieoczekiwana,Wierzy, nie wierzy, mówiąc: Sen czy mara,

13 Tak on przystanął i jak rab do pana,Oczy powieką zakryte nieśmiałoSpuszczając, giął się ująć za kolana.

16 »O czci Latynów, w której się poznało,Ile to nasza zacna mowa zdoła;Ojczyzny mojej nieśmiertelna chwało,

19 Czy cię zasługa, czy łaska tu woła?Godny-m li słyszeć twojej mowy brzmienie,Powiedz: Czy z piekieł? i z którego koła?«

22 Przez wszyskie kraju boleści pierścienie«,Odrzekł, »przeszedłem, zanim tu przybyłem;Moc mię niebieska przez te pchnęła cienie.

25 Nie iżbym czynił, lecz że nie czyniłem,Słońca-m nie ujrzał, co dla ciebie wstanie,A które ja sam za późno odkryłem.

28 Są niżej smutne ciemnością otchłanie,Choć nie męczarnią smutne, gdzie lamentyBrzmią nie jak jęki, ale jak wzdychanie.

31 Tam z niewinnemi mieszkam pacholęty;Zęby je śmierci stargały o czasie,Gdy z nich grzech ludzki był jeszcze niezdjęty.

34 Tam mieszkam z tymi, co nie wzięli na sięTrójcy cnót świętych, ale inne znaliI bez obłudy chodzili w ich krasie.

37 Ty jeśli drogę wiesz i wolno-ć dalejIść z nami, pomóż, byśmy stopą żwawąDo istotnego Czyśca się dostali«.

40 Rzekł: »Wszystką chodzić wolno nam dzierżawą:Po góry stoku i po jej obwodzie;Wodzem posłużę wam, dokąd mi prawo.

43 Ale już oto słońce jest w zachodzie,A próżno kusić tej drogi o zmroku,Więc trzeba radzić o dobrej gospodzie.

46 W prawo tu dusze mieszkają na boku:Jeżeli pragniesz, do nich zaprowadzę;Uciechy pewnie zaznasz z ich widoku«.

49 »Jakto«, Mistrz pytał, »gdyby ktoś odwadzeZwierzywszy stopy, chciał wyjść z tych bezdroży,Będzie wstrzymany, lub sam straci władzę?«

52 Więc Sordel palcem w piasku znak wydroży:»Patrz, za tę linię ni jednego calaNie zrobisz, ledwie słońce się ułoży.

55 Nie inna siła przytrzyma cię zdala,Jeno mrok, który twe stopy uplące;On tutaj wolę niemocą zniewala.

58 Wolnoby było jeno zejść ku łące,Lub w okół góry błąkać się aż do dnia,Póki nie wyjrzy za horyzont słońce.

61 Więc Wódz dziwiąc się: »Niechże nas przewodniaRęka twa dzierży i wiedzie do stołu,Gdzie taka radość czeka na przychodnia«.

64 Postąpiliśmy kęs drogi pospołu,Gdym zauważył, że była włamanaGóra na sposób ziemskiego wądołu.

67 »Tam pójdziem«, rzekł cień, »kędy góry ścianaStworzyła z siebie łono, łukiem wgięta,I tam nowego będziem czekać rana«.

70 Po nad wądołem poszła ścieżka krętaI ta nas wiodła, kędy ku pościeliTraw na dolinie krawędź biegła ścięta.

73 Purpura, złoto, srebro, czystość bieli,Indyjskie drewna światlejsze od zorzyI szmaragd, kiedy po brzegu odstrzeli,

76 Do tej doliny przyrównane bożej,Pobledną, ni się żadne z nich obroni,Jako że mniejsze przed większem się korzy.

79 Nie same barwy śnią na onej błoni:Zapach mię doszedł, w których się kojarzyTysiąc nieznanych, nieujętych woni.

82 Salve Regina z kwietnych wirydarzySiedząc śpiewała garść błogosławiona:Dopiero teraz dostrzec mogłem twarzy.

85 »Nim się ugnieździ słonecznego łonaRąbek«, tak Sordel odezwał się ninie,»Nie kłóćmy wczasów śpiewaczego grona.

88 Stąd wam ruch żaden ani giest nie zginieI lepiej wszystkich poznacie zdaleka,Niżeli stojąc tuż blizko w kotlinie.

91 Ten, co najwyżej siedzi, z twarzą człeka,Który się czuje opieszalstwa winnyI końca pieśni z niemą wargą czeka,

94 To cesarz Rudolf, co żmudził bezczynny,Mogąc Italię ratować w złym kresie;Dziś chorą leczyć próżno chce kto inny.

97 Ten, w czyją patrząc twarz, pocieszyć chce się,Panował w kraju onej wody, co jąMołdawa w Elbę, Elba w morze niesie.

100 Ottokar: Ten-ci miał pieluchę swojąLepszą, niż Wacław słuszny wiek brodaty,Gdy go rozpusta i lenistwo poją.

103 Ów krótkonosy, co się trzyma szatyTego, który mu posłuchu nie broni,Zginął w ucieczce, hańbiąc lilii kwiaty.

106 Patrz, jak się kaja i w pierś pięścią dzwoni:Tamten westchnieniom ustać nie pozwoli,Wezgłowie licu uczyniwszy z dłoni.

109 To ojciec i teść francuskiej niedoli;Owo występne i pełne brzydotyŻycie tu jeszcze gryzie ich i boli.

112 Ów gruboczłonki, co zgodnemi nótyZ tym męskonosym śle pieśń po dolinie,Opasywał się sznurem wszelkiej cnoty.

115 I gdyby po nim zdano tron chłopczynie,Który tam siedzi za jego plecyma,Dzielność by przeszła z naczynia w naczynie.

118 W reszcie dziedziców tej zacności niema:Frydryk z Jakóbem wzięli w spadku trony,Lecz schedy jak ta, żaden nie otrzyma.

121 Jako w konaru latorośli płonej,Cnota się ojca w synach nie utrwala:Ów co udziela jej, chce być proszony.

124 Przygana moja dotyczy NosalaI Piotra, co z nim głosem zgodnym śpiewa:Pulia się na nich z Prowancją użala.

127 Nasienie tyle gorsze jest od drzewa,Ile Margoty mąż lub BeatryczyMniej niż Konstancyn czci na żonę zlewa.

130 Patrzcie, z innymi jak siedzieć nie życzyHenryk angielski, król pełen prostoty;Zacniejsze pędy jego konar liczy.

133 Tego, co niżej siedząc, wzrok w namiotyWbił nieba, grabią Wilhelmem wprzód zwano;Przezeń to mściwej Aleksandrji roty

136 Nad Montferratem się pastwią i Kaną«.

Comments

Loading comments…