Pieśń VIII
Translated by Edward Porębowicz
Boska komedja — Czyściec
1 Była to chwila, gdy nagła tęsknotaWstaje, w żeglarza duszy obudzona,Ledwie wyjechał za domowe wrota.
4 Nowym pielgrzymom serce rwie się z łona,Kiedy usłyszą za wiatru podmuchemDzwon, który, zda się, płacze dnia, co kona.
7 Nagle przestawszy dźwięki łowić uchem,Ku marze oczy obracałem swoje,Która o ciszę prosi dłoni ruchem.
10 Podeszła, w górę rąk podniosła dwoje,Na wschód oczyma zbiegła, jakby chciałaPowiedzieć Bogu: O resztę nie stoję.
13 »Twórco światłości!« nabożnie powiałaZ ust jej piosenka tak słodkimi tony,Że mi się prawie duch wyrywał z ciała.
16 Za nią chór cały korny i natchnionyWtórował pieśni nabożnie i ładnie,Oczy w niebieskie posławszy regiony. —
19 Słuchaczu, tutaj wzrok naostrz dokładnie:Zasłona tak jest przeźrocza, że w śladyMej mowy idąc, zrozumiesz mię snadnie.
22 Jakby w czekaniu zejścia bożej radyUjrzałem kornie stojące zastępy:W niebo wpatrzony tłum cichy i blady
25 I zlatującą na te muraw kępyParę aniołów, których miecz ogniścieGorzał, złamany jednak był i tępy.
28 Jako więc świeżo rozpowite liścieByły ich szaty; zielonemi pióryTrącane, wiały w ślad ich powłóczyście.
31 Jeden nad nami tuż, na skłonie góry,A drugi spłynął na przeciwnym stoku:Tak między siebie wzięli duchów chóry.
34 Jasne ich głowy lśniły na widoku:Lecz że moc niższa w wyższej się wysili,W tych blaskach omdlał hart mojego wzroku.
37 »Obaj tu z łona Maryji przybyli«,Powiada Sordel, »aby strzec dolinyPrzeciw wężowi, co wpełznie tej chwili«.
40 Więc ja nieświadom, skąd czekać gadziny,Wzrok toczę w koło i skronią się kładęU wiernych ramion struchlały i siny.
43 »Teraz«, rzekł Sordel, »pod góry posadęZejdźmy zaczepić słowem wielkie cienie;Wiem, że waszemu przyjściu będą rade«.
46 Trzema krokami góry pochyleniePrzebyłem; a wtem jeden kształt bez ciałaCoraz badawcze rzucał mi spojrzenie.
49 Już właśnie ciemność w powietrzu się słała,Lecz nie dość gęsta, by mi niewyraźniejMiała to jawić, co wprzód odsłaniała.
52 Raźno podeszła i jam podszedł raźniej.Jakże, poznawszy, że mię wzrok nie mami,Rad byłem, Nino, żeś był wolen kaźni!
55 Żadnych nie brakło witań między nami.Potem zapytał: »Skróś szerokiej strugiKiedy przyszedłeś?« »O« rzekłem, »drogami
58 Pełnymi smutku, przez krew i szarugiPrzybyłem dzisiaj, pierwszem życiem żywy,Wędrówką żywot wysługując drugi«.
61 Gdy te z ust moich usłyszeli dziwy,Sordel i tamten nagle odrzuconeGłowy przegięli w tył, jak lud płochliwy.
64 Sordel na Mistrza spojrzał; drugi w stronęOczy zwracając, krzyknął: »Patrz, KonradzieNa dziwo, łaską bożą dopuszczone«.
67 A do mnie: »Przez tę wdzięczność, którą radzieWinieneś Boga, co tak pilnie strzeżePierwszego czemu, że go nikt w swym ładzie
70 Nie przejrzy; skoro na tamto wybrzeżeWrócisz, Joanny proś, niech za mną biadaTam, kędy dzieci prośba posłuch bierze.
73 Matka jej pewnie za mną nie zagada,Odkąd się w białe czepce nie ubiera,Które, nieszczęsna, znowu kłaśćby rada.
76 Na niej się widzi, jak prędko umieraMiłość w kobiecie, z płochej swej natury,Gdy jej spojrzenie lub uścisk nie wspiera.
79 Nie da jej takiej na trunę purpuryWojewodząca Milańczyków Żmija,Jakby ją przybrał kiedyś Kur z Gallury«.
82 Tak rzekł, a w twarzy znak mu się wybijaPieczętny owej żarliwości młotem,Która statecznie w serce ślad swój wpija.
85 W niebo wzrok chciwy obracałem potem,Tam, kędy droga gwiazd jest opieszała,Gdyż bliższym osi biegną kołowrotem.
88 A Wódz mój: »Synu, przecz w niebieskie ciałaPoglądasz?« Więc ja: »Tę gwiazd trójcę płowąŚledzę, od której cały biegun pała«.
91 On na to: »Gwiazdy, któreś miał nad głowąDziś rano, teraz są pod nieboskłonem;Jutro swe miejsca zamienią na nowo«.
94 Wtem Sordel wściągnął go i dotknął łonem,Mówiąc: »Oto wróg wszelkiej bożej sprawy!«I ostrzegał mię palcem wyprężonym.
97 Z jaru, gdzie z lewym brzeg stykał się prawy,Dolinę w ciasną zamieniając puszczę,Pełzał wąż, dawca pierwszej gorzkiej strawy.
100 Pomiędzy kwiaty sunął gad i bluszcze,Łeb obracając i po lśniącym grzbiecieLiżąc językiem jak zwierz, co się muszcze.
103 Nie uważałem — jeśli wiedzieć chcecie —Przylotu boskich sokołów, lecz potemWylot obudwu dobrze-m widział przecie.
106 Zielonych skrzydeł spłoszona łopotemUszła gadzina, i wnet za granicęWzroku anieli równym zbiegli lotem.
109 Cień, co do sędzi szat przytulał licePodczas owego aniołów ataku,U mojej twarzy wciąż wiązał źrenice.
112 »Niech świeca po tym wiodąca cię szlakuTyle ma z ciebie wosku dobrej woli,Byś po szczyt góry nie zaznał jej braku.
115 »Jeśli wiesz«, mówił, »w jakiej żyje doliLud, co go Magry zamyka dolina,Mów: byłem niegdyś włodarzem tej roli.
118 Zwano mię wtedy Konrad Malaspina:Stary szczep, a ja dziedzicem w rodzinie.Przesadna troska o nią, to przyczyna
121 Mojego czyśca«. Więc ja: »W twej krainieNigdy nie byłem, lecz gdzie jest dzielnica,Gdzieby nieznano, jak wysoce słynie?
124 Ta sama sława, co twój dom zaszczyca,Głosi o panach i głosi o kraju,Że choć kto nie zna, przecież się zachwyca.
127 A ja przysięgam, jak chcę wejść do Raju,ZeŻe ród twój zacny i mieniem i szpadąCześć ma od wieka w swoim obyczaju.
130 Zwyczaj z naturą to mu piętno kładą,Że chociaż złe wódz rady światu szepce,On drogą krzywą gardzi, prawej świadom«.
133 »Idź zatem«, odrzekł, »a nim w tej kolebceSiedmkroć się słońce ułoży na spanie,Którą nogami czterma Baran depce,
136 Takie o rodzie moim grzeczne zdanieUtkwi ci w głowie mocniejszymi ćwieki,Niśli to moje słabe dziękowanie,
139 Chyba Bóg wstrzyma wyrok niedaleki«.
Comments
Loading comments…