Pieśń X

Translated by Edward Porębowicz

Boska komedja — Czyściec

1 Gdyśmy przebyli onej bramy progi,Którą na często skazywa zastojeChuć, co prostemi mieni krzywe drogi,

4 Ze szczękiem za mną zapadły podwoje;Gdybym się jeno obejrzał, ażaliByłbym okupić zdołał winę moję?

7 Po wyłupanym żlebie-śmy stąpali,Którego ściany gięły się w łuczysteLinie na sposób rozbujałej fali.

10 »Wielkiej tu sztuki potrzeba zaiste«,Powiada Wódz mój: »postępujmyż bacznie,Dłońmi się w ściany wpierając faliste«.

13 To naszę drogę opóźniało znacznie,Tak, że wprzód księżyc idący po niebieRąbkiem w łożysko swe chylić się zacznie,

16 Nimeśmy krawędź naszli w onym żlebie.Wyszedłszy wreszcie na otwarte poleTam, gdzie stok góry umyka sam w siebie,

19 Obaj zbłąkani, ja cały w mozole,Przystanęliśmy na jakiejś płaszczyźnie,Pustszej niżeli stepowe podole.

22 Przestrzeń od miejsca, gdzie szlak w dół się śliznie,Potąd, gdzie góra wspina się wysoka,Równała trzykroć słusznemu mężczyźnie.

25 Ile zbiec mogło skrzydło mego oka,Czym w lewo spojrzał, czy na prawo zasię,Z obu stron droga szła równo szeroka.

28 Jeszczem nie zrobił kroku w onym czasie,Kiedym obaczył, że okólne mury,Co nieprzystępnym pionem po tarasie

31 Biegły, białymi błyszczały marmury,Pokryte rzeźbą, co nie w Polyklecie,Lecz-by zbudziła zazdrość u Natury.

34 Anioł, co ziemi zniósł w bożym dekrecieMir łzami wieków żądany tęskliwieI otwarł niebo bronne w dawnem lecie,

37 W oczach się naszych jawił, tak prawdziwieRuch umilony mając i postawę,Że się nam wydał istotą co żywie.

40 Przysiągł-by człowiek, że wymawiał: Ave!A tuż Niewiasta, co nam grzesznym chowaMiłości bożej otwartą dzierżawę.

43 W gieście jej skromnym odbiły się słowa:— Otom ja twoja służebnica Panie! —Jakby je pieczęć odbiła woskowa.

46 »Inne tu dziwy dokoła; spójrz na nie!«Mówił Mistrz słodki, z którym szedłem razemZ boku, który zwą serdecznym ziemianie.

49 Więc się zwróciwszy twarzą, za obrazemMaryji ujrzę po prawem ramieniu,Gdzie szedł ten, co był moim drogoskazem,

52 Inną historję wykutą w kamieniu:Obszedłem Mistrza, aby należycieUwagę podać nowemu widzeniu.

55 Były wycięte w marmurowej płycieWóz i ta skrzynia ze świętego drzewa,Która urzędu karci nadużycie.

58 Przed nią tłum ludu: a ten się ozewaSiedmioma chóry, aż słuch brany w sidłoTo mówił: śpiewa, to znowu: nie śpiewa.

61 Równie misternie było tam kadzidłoWyobrażone, że w tejże godzinieWzrok mówił: jawa, a zaś węch: mamidło.

64 W pląsach wyprzedzał poświęcaną skrzynięKorny psalmista, skacząc jak pacholę,Więcej niśli król i mniej w takim czynie.

67 Na górnym ganku widziałem Mikolę,Jak w pałacowe patrzała podwórzeZ wzgardą na ustach i chmurą na czole.

70 Stamtąd podszedłem ku innej figurze,Co za postacią Mikoli bielałaWyobrażona dłutem na marmurze.

73 Gdzie wyrzeźbiona była wielka chwałaKsięcia, którego cnota zawołanaW szczytnem zwycięstwie Grzegorzowem pała.

76 Rozumiem tutaj cesarza Trajana:Za uzdę konia wdoweńka się chwytaW gieście bolesna, w oczach zapłakana.

79 Dokoła tłoczy się rycerzów świta,A chmara orłów złotych po nad poleWieje, na wiatry skrzydłami rozwita.

82 Tedy biedactwo stoi w onem kole,Prosząc: O Panie, pomścij mi się syna,Co go zabili na matki niedolę!

85 Zaś on jej na to: Niewczesna godzina;Czekaj, aż wrócę. — Panie, wdowa rzeczeJak człek, w którym się boleść dopomina:

88 A gdy nie wrócisz? — Kto po mnie obleczePłaszcz, ten uczyni. — Po innym nie tuszę,Jeżeli ciebie ma nędza nie piecze. —

91 Więc on jej na to: Bądź-że mi w otusze;Zanim odjadę, dotrzymam ci słowa:Litość mi każe wypełnić, co słusze. —

94 On, dla którego żadna rzecz nie nowa,Rzeźbił te oczom mym wymowne twory,A dziwne, bo ich kunszt ziemski nie kowa.

97 Podczas gdym patrzał z lubością na wzory(Tem droższe, ile że mistrz nad rzeźbiarzeBył ich kowaczem), niezmiernej pokory,

100 Wódz szepnął do mnie: »Oto po wiszarzeWidzę wlokącą się ku nam gromadę:Ta na próg wyższy drogę nam ukaże«.

103 Ja oczy, każdy wypatrywać radeCud, kędy jeno nowością się wdzięczy,Na twarzy Mistrza pytający kładę.

106 — Proszę, słuchaczu, niech cię nie odstręczyOd zacnej skruchy pokutne narzędzie,Jakiem tam Pan Bóg kających się dręczy.

109 Kształtu katuszy nie miej ty na względzie;Myśl o korzyściach; choć i kaźń ugodzi,Trwać dłużej niśli po dni kres, nie będzie. —

112 Tu ja krzyknąłem: »Mistrzu, kto nadchodzi?Spostrzegam twory z dziwacznemi godły:Dobrze-li widzę? wzrok-li mię zawodzi?«

115 A on tak do mnie: »Karą ciężkiej modłyIch marna postać do ziemi nagięta;Już się też na nich moje oczy zwiodły.

118 Ale spójrz bystro i niech wzrok rozpętaKształty z pod głazów widne; patrzaj na nie:Słuchaj, jak ciężko jęczą niebożęta«.

121 O ubożuchni, pyszni chrześcijanie,Co na duchowe zaślepienie chorzyWe wstecznych krokach macie zaufanie!

124 Nie wiecie, żeśmy to robak, co tworzyDopiero z siebie rajskiego motylaBez osłon na sąd lecącego boży?

127 Czemu się duch wasz kokoszy do tyla,Nakształt gąsienic nieuzupełnieniRobacy, w których byt się nie dosila?...

130 Jak podtrzymując dach lub pułap sieni,Z kolanem w piersi, kamienni siłaczeGną się, ciężarem gzymsu przytłoczeni.

133 Skąd patrzącemu serce się rozpłaczePrzed złudą prawdy, tak ci przełamaniChylą się; zadrżę, kiedy to obaczę.

136 I gną się duchy w bolesnej kompaniiW miarę wielkości brzemienia na grzbiecie;Ten, co pod głazem giął się najpoddaniej,

139 Zdał się narzekać: Omal, a przygniecie!

Comments

Loading comments…