Pieśń XI

Translated by Edward Porębowicz

Boska komedja — Czyściec

1 »O, Ty Ojcze nasz, który jesteś w niebie,Nie, byś w niem mieścił się, lecz dla miłości,Co pierwotworom stamtąd ślesz od siebie.

4 Święć się twe imię i moc Twej wielkościU wszystkich stworzeń, jako że godziwaDziękczynić tchnieniu Twojej łaskawości.

7 Królestwa Twego mir niech nam przybywa:Jeśli go łaska twoja nie udzieli,Żadna go siła nie zdobędzie żywa.

10 Jako składają wolę swą anieliTobie w ofierze, hymny śląc do nieba,Tak niech się człowiek wobec onieśmieli.

13 Nie skąp nam dzisiaj powszedniego chleba;Bezeń człek rzucon na te ziemskie smugiCofa się, gdy mu naprzód iść potrzeba.

16 A jako my złe, co nam zrządził drugi,Przebaczać chcemy, tak nam ty nawzajemPrzebacz, ni naszej nie zważaj zasługi.

19 Hartu, co łatwo pokusie poddajem,Nie próbuj mocą starego Zwodnika,Lecz zbaw przed jego chytrym obyczajem.

22 Ostatnia, Panie, prośba Cię potykaJuż nie nam gwoli, bo meta przed nami,Lecz tym, co jeszcze noszą ziemskie łyka«.

25 Takiemi Bogu modląc się prośbami,Szli nachyleni pod brzemię tak duże,Jak to, co czasem we śnie zmysły mami.

28 Nierówny ciężar nieśli i po górzeZ nierówną męką w pierwszem upokorzeńSzli kole, myjąc z siebie ziemskie kurze.

31 Gdy nam tak sprzyja czułość onych stworzeń,Jak winni dla nich być pełni ochotyCi, którzy woli mają zacny korzeń,

34 Dopomagając zbyć ziemskiej brzydotyCo ich kalała, by letcy i czyściMogli w gwieździste wstąpić kołowroty! —

37 »Słuszność i Litość niech wam ulgę ziściI niech się skrzydeł waszych lot posili,By was poniosły ku pewnej korzyści.

40 Mówcie nam, która ścieżka nas nie zmyliW drodze ku schodom; a gdy ścieżek dużo,Która się z góry najłagodniej chyli?

43 Bo mój towarzysz zmęczony podróżą.Adamowego jeszcze nie zzuł ciała,Więc jego chęciom nogi nie dość służą«.

46 Odpowiedź, która w ślad pytania brzmiałaTemu, co zawsze moją był osłoną,Nie zgadnę z czyich do mnie ust bieżała,

49 Tak mówiąc: »Z brzegu przy nas prawą stronąPójdźcie; kęs wyżej szczelinę znajdziecieDla przepuszczenia go dosyć przestroną.

52 I gdyby nie to brzemię na mym grzbiecie,Które tak moję postawę odmieniaI pyszną czaszkę mą do ziemi gniecie,

55 Jemu, co żyje, obcy mi z imienia,W twarz bym popatrzał, czyli mi nieznanaI żal wywabił dla mego cierpienia.

58 Jam Latyn, dziedzic wielkiego Toskana;Wilhelma z Aldobrandeschi’ch jam synem:Nie wiem, czy tego świadomiście miana?

61 Dumny dzidami i krwi karmazynemMych przodków, tak się panoszyłem w świecie,Że matki wspólnej nie pomnąc, nad gminem

64 Władca wzgardliwy, padłem w lat mych kwiecie:Naród seneski coś rzec o tem umieI w Campagnatico wie każde dziecię.

67 Omberto jestem; nie samego tu mięWpędziła pycha; krewnych moich duszePodobnie jak ja, kata mają w dumie.

70 Tę dumę gładząc, pod głazem się kruszę,Aż bożą pomstę do reszty nasycę:Nie chciałem żywy, pośród martwych muszę«.

73 Słysząc tę mowę, pochyliłem lice;Wtem drugi z duchów idący też blizko,Ciemieniem ciężką podźwignął przyłbicę,

76 Ujrzał mię, poznał, wymówił nazwiskoI z trudem w mą się wpatrywał osobę,Bo idąc z nimi, głowę niosłem nizko.

79 »Oderisiego-ż to widzę? ozdobęGubbia i sztuki, którą ParyżanieAlluminacją zową w naszę dobę?«

82 Tak pytam. »Bracie«, rzekł, »na malowanieSpójrz, w Bolończyka kunszcie uśmiechnięte!Przy nim ma chwała ledwo się ostanie.

85 Mniej skromny byłem, kiedy łono wzdętePożądaniami wróżącemi sławęW doskonałości bieżało ponętę!

88 Tem mytem spłacam dziś doczesną wrzawę;A byłbym indziej, lecz jeszcze śród ciałaMego mieszkając, czyniłem poprawę.

91 Ot, człowieczego kunsztu marna chwała!Jakże trwa krótko zieleń tego drzewa,Jeśli tuż po niej znów dzicz nie nastała!

94 Sądził Cimabue, że wszystkich olśniewa,A dzisiaj Giotto pierwszy staje w rzędzieI tak, że sławę onego przyćmiewa.

97 Tak jeden Gwido po drugim narzędzieWziął stylu, a już może wnet powstanieTaki, co po nich w ich gnieździe usiędzie.

100 Bo sława ziemska jest jak wiatru wianie,Co raz z tej strony, raz z owej zalata:Zmieni kierunek, to zmienia nazwanie.

103 Wzmożesz-li sławę, że ta ziemska szataPóźnych lat dotrwa, niż gdybyś zmarł z młodu,Kiedyś wymawiał jeszcze: papu, tata?

106 Cóż za lat tysiąc będzie? do pochoduWieczności one są jak oka mgnienieDo najszerszego sfer górnych obwodu.

109 Ten, co przedemną tuż stąpa, był w cenieTakiej, że wszystka brzmiała nim Toskana;Dziś się zaledwie o nim szepce w Sienie,

112 Gdzie władał w czasie, gdy padła starganaWściekłość florencka, pyszna od lat wiela,Jak jest od wczoraj wszeteczeństwem pjana.

115 Bo wasza sława jest natury ziela:Wschodzi i ginie; w tem samem płowiejeSłońcu, za którem nieźrzała wystrzela«.

118 Na to ja: »Z mowy twej w me serce wiejeZdrowa pokora i pychę mą gani:Ale o kim to głoszą twoje dzieje?«

121 »Oto jestjest«, »odrzekłodrzekł, »Provenzan Salvani;Dostał się tutaj, że pragnął zbyt śmiele,By wszyscy w Sienie byli mu poddani.

124 Zmarł i tu błądzi, odkąd nie jest w ciele,Bez odetchnienia; pokutuje łzawo,Kto tam za życia pożądał za wiele«.

127 Ja jemu na to: »Jeśli duch z poprawąSwoją zwłóczący aż do bytu brzeżkaW przedczyścu bawić ma (ani mu prawo

130 Wejść tutaj, chyba, że ktoś nieomieszkaWesprzeć modłami), tyle ile w żywejBawił osobie, skądże ten tu mieszka?«

133 »Kiedy był jeszcze możny i szczęśliwy,Wielkiej pokory dał znak«, duch powiada,»W rynku seneskim wziąwszy obelżywy

136 I nędzny łachman żebrzącego dziada:Na wykup druha z kaźni karolowéjDo przechodzących drżące dłonie składa.

139 Wiem, niejasnemi to powiadam słowy,Lecz niezadługo rodakom swym dziękiZbyt jasno pojmiesz znaczenie mej mowy.

142 — Tym czynem termin ukrócił swej męki«.

Comments

Loading comments…