Pieśń XIII

Translated by Edward Porębowicz

Boska komedja — Czyściec

1 Doszliśmy szczytu kamiennej drabiny,Gdzie po raz drugi stożek się wycienia,Co wstępowaniem maże ludzkie winy.

4 A tam go taras gładki opierścieniaBieżący w okół, jak pierwszego razu,Jeno z mniejszego zajęty promienia.

7 Figur tam rytych niema, ni obrazu,Ale jednego szarego koloruZarówno gładka ścieżka, jak mur z głazu.

10 »Jeśli czekamy kogoś z tego dworu,Nim się u niego drogoskaz wyprosi,Długo tu bawić musim bez wyboru«.

13 Rzekł i wzrok bystro ku słońcu podnosi;Bok prawy czyni obrotu ośrodkiem,A na lewym się skręca jak na osi.

16 »O słońce!« wołał, »ty, którego słodkiemWiedziony światłem, na tor nowy wchodzę,Jakim tu trzeba ratować się środkiem,

19 Poucz; ty grzejesz świat, ty jego drodzeŚwiecisz; póki nic nie staje na wstręcie,Brać trzeba zawsze twe blaski za wodze«.

22 Jużeśmy uszli po owym zakręcieNa tysiąc kroków swego rachowania,Tak nas chęć sama parła w tym momencie,

25 Kiedy wionęły ku nam skrzydeł wianiaDuchów niewidnych, ale nas przelotemZapraszających do stołu kochania.

28 I był głos pierwszy usłyszany potem:Wina nie mają — wymówił dokładnieI brzmiał za nami echowym nawrotem.

31 A nim ten jeszcze w powietrzu pobladnie,Inny zawoła: Abyście wiedzieli,Orestes jestem! — to rzekłszy, przepadnie.

34 »Jakiej to, Ojcze, są głosy kapeli?«Pytam; a oto duch trzeci zakrzyczy,Lecąc: Kochajcie swoich krzywdzicieli!

37 Na to Mistrz luby: »W tem kole się ćwiczyWinę zazdrości; tu więc miłość miecieRazy z jej własnych ukręcone biczy.

40 Wędzidło z głosów odmiennych się plecie;Zaznasz ich jeszcze, jeśli mię nie myliDomysł, nim spoczniesz w przebaczenia mecie.

43 Teraz niech wzrok twój w przestrzeń się wysili:Ujrzysz gromadę mar siedzących razem;Każda pod ścianą kamienną się chyli«.

46 Tedy rozwarłszy oczy za rozkazem,Popatrzę ku nim; siedzieli opięciW płaszcze, co barwą zmieszały się z głazem.

49 Gdyśmy podeszli, owi smutkiem zdjęci,Wołali: »Módl się za nami Maryja,Michale, Piotrze i wy wszyscy Święci!«

52 Nie wiem, jest-li kto tak surowy, czyjaLitość od tego nie zadrży widoku,Który się teraz w moje oczy wpija.

55 Skoro tak blizko podsunąłem kroku,ZeŻe mi ich postać była ukazana,Żal mi z pod powiek trysnął w łez potoku.

58 Szata ich nędzna, jakoby włósiana;Jeden drugiemu wspierał się o plecy,A wszystkich znowu podpierała ściana.

61 Tak wyglądali, jak ślepi kalecy,Gdy na odpuście w kościelnej zagrodzieŻebrzą, głowami wsparłszy się, by lecej

64 Spółczucie zbudzić w pobożnym narodzie,Wiedząc, że niemniej jak skarga, nędzarzyWidok litością czułe serca bodzie.

67 A jako ślepcom słońce za nic waży,Tak i tym duchom do miejsca przykutymPróżno blask świecił od słonecznych zarzy.

70 Jak czyni ptasznik z zuchwałym birkutem,Kiedy nie może nad nim zyskać władze,Powieki mieli pospinane drutem.

73 Zdawała mi się rzecz równa zniewadzePatrzeć, niewidny będąc ich wzrokowi;Więc się oczyma mego Mistrza radzę.

76 A On, co giestu znaczenie w lot łowi,Niemieszkający rzecze: »Niech pospołuKrótko i jasno twa chęć się wysłowi!«

79 Wirgili przy mnie z tej strony cokołuStąpał po ścieżce, skąd łacno spaść można,Bowiem jej poręcz nie chroni od dołu.

82 Po mojej stronie ślęczała nabożnaDuchów gromada, którym szwu szczelinąŁez krople żałość cisnęła przemożna.

85 Podszedłszy, tak się ozwałem: »Drużyno,Owej światłości szczytnej niedaleka,Która dziś tobie troską jest jedyną;

88 Niech Łaska zmyje pianę, co oblekaTwoje sumienie, aby w nie bezpiecznaPrawdziwej wiedzy popłynęła rzeka.

91 Powiedz, rzecz będzie i luba i grzeczna:Jest tu gdzie dusza italskiego rodu?Chęć moja być jej może użyteczna«.

94 »Bracie, wszystkieśmy prawdziwego groduObywatelki; rozumiesz pątnicę,Co żyła pośród Italów narodu?«

97 Taką odpowiedź lecącą pochwycęZ miejsca, gdzie cieniów siedziała gromada;Więc głośniej jeszcze myśl moję wyświécę.

100 Sądzę, że na mnie jedna dusza bladaCzekała, brodę wysunęła bowiemNa sposób ślepca, gdy przechodnia bada.

103 »Ty, co się zniżasz, by wznieść się«, tak powiemDo ducha, »twej-że głos to odpowiedzi?Niech o twym kraju i rodzie się dowiem«.

106 »Sieny mieszkanką byłam; tu się biedziDuch nasz«, odrzekła, »i pył ziemski myjeWe łzach, czekając, rychło Bóg nawiedzi.

109 Głupie czyniłam, choć imię ZofijeNosząc, bo o swe korzyści nie dbałam:Radowały mię raczej szkody czyje.

112 Lecz abyś wierzył, zeże szczerością pałam,Słuchaj, szał jaki zrodził się w mej głowie,Kiedy po łuku życia zstępowałam:

115 Pod Colle moi gdy stali ziomkowiePrzeciw wrogowi, ja podnosząc dłonieBłagałam Boga, by im stał na zdrowie.

118 Rozbici poszli po gorzkim wygonieUcieczki, a ja świadek tej przygody,Niewysłowioną rozkosz czułam w łonie.

121 I wzniosłam w niebo zuchwałe jagodyMówiąc: — Już teraz ciebie się nie boję! —Jak ów kos głupi dla trocha pogody.

124 Pod koniec życia z Bogiem się pokoję;Ale podobno bogobojne chęciNie starczyłyby za powinność moję,

127 Gdyby nie szczęście, że się mej pamięciRuszyła litość w Pietrze Pettinagnie;On w modłach zmniejszył kaźń, która mię smęci,

130 Lecz ty kto jesteś, co o naszym stanieChcesz wiedzieć? Ócz twych niespięta powieka,A ust twych słowa budzą wiatru wianie«.

133 »I moje oczy równa kara czeka,Ale nie długa«, rzekłem, »gdyż na świecieZazdrość odemnie bywała daleka.

136 Ale się duch mój bardziej lęka przecieKary, co w kręgu niższym się wygładza;Już prawie czuję ciężar, co mię zgniecie«.

139 »Kto on«, duch pytał, »co cię przyprowadza,Iż tuszysz wrócić na padolną drogę?«»To«, rzekłem, »Wódz mój, ale się nie zdradza.

142 Żyw jestem; pytaj, czem ci pomóc mogę,Jeżeli pragniesz, o wybrany cieniu,Bym ruszył w sprawie twej śmiertelną nogę«.

145 »Rzecz to zaiste dziwna ku słyszeniu;Poznaję teraz, że ci Bóg łaskawy;Więc wesprzyj czasem w pobożnem westchnieniu.

148 Nadto cię błagam w imię świętej sprawy:Gdy będziesz kiedy deptał grunt Toskany,U krewnych moich popraw mojej sławy.

151 Znajdziesz ich między próżnymi ziemiany,Co w Talamonie dufni, choć opłacąTę dufność drożej, niż źródła Dyjany.

154 — Lecz więcej od nich admirali stracą...

Comments

Loading comments…