Pieśń XXIX
Translated by Edward Porębowicz
Boska komedja — Czyściec
1 Śpiewała ciągle, niby rozkochanaNiewiasta, wreszcie skończyła w te słowa:Szczęśliwi, których wina jest zmazana.
4 Jak nimfy, kędy cienista dąbrowaSplata gałęzie, snują się po gaju:Ta szuka słońca, ta się przed niem chowa,
7 Tak przeszła w górę prądu; ja na skrajuFali, co moje hamowała chęci,Równym z nią krokiem szedłem wzdłuż ruczaju.
10 Jeszczem nie zrobił kroków pięćdziesięci,Kiedy się rzeka w łuk odginać zacznieI równo swoje oba brzegi skręci.
13 Za skrętem dalej uszliśmy nieznacznie,Gdy ona ku mnie swe podała lice;»Mój bracie«, rzekła, »patrz i słuchaj bacznie«
16 A wtem od jednej po drugą granicęOgromna jasność zaświeciła w lesie,Przypominając sobą błyskawicę.
19 Ale gdy piorun jak wypadł, tak rwie sięTu zaś blask ciągle wzrastał między drzewy,Myślałem w sobie: »Co też dziw przyniesie?«
22 I oto słodkie rozebrzmiały śpiewyW jasnem powietrzu; zatem rozżalonyPrzypominałem przeniewierstwo Ewy.
25 Bo gdzie słuchała ziemia i regionyNiebios, tam jedna, zaledwie z rąk PanaWyszła podwika, nie zniosła zasłony.
28 Gdyby zcierpiała ją, skromnie poddana,Dawniej i dłużej byłaby udziałemMoim ta rozkosz niewypowiedziana.
31 Gdy tak pośrodku pierwocin stąpałemWiecznej uciechy, prężąc zmysłów strażeI jeszcze większych cudów wyglądałem,
34 Nagle przed nami zabłysło w pożarzeWszystko powietrze pod gałęzi majemI rozróżniłem pieśń w tonów pogwarze.
37 — O święte Panny! Jeśli ja zwyczajemDla was niewczasy i chłody i głodyCierpiałem, wy mię dziś nagródźcie wzajem.
40 Niech mi Helikon sączy swoje wody,Aż się me myśli trudne w rym ubiorą;Niech mię Uranii wesprą korowody. —
43 Ujrzałem niby drzew złotych siedmioro,Które sunęły k’nam od świętych włości,Niedobadane w swym kształcie; aż skoro
46 Tak blizko owe podeszły jasności,Że ich zewnętrzna postać nie trwoniłaŻadnej ze swoich widzialnych własności,
49 Człowieczej duszy rozpoznawcza siłaDrzewa świecami, a pieśń z dźwięków mętuNagle wyraźnie Hozanną wykryła.
52 Łuna szła górą od pięknego sprzętu,A oto światła świec jaskrawiej płoną,Niż księżyc w pełni pośród firmamentu.
55 Ja wzrok niepewny posyłałem stronąDo Wirgiljusza, ale on odprawiMoje zdumienie źrenicą zdumioną.
58 Więc ku widziadłu wzrok podam ciekawiej,Które się niosło krokiem tak niesporym,Że panny młode nie stąpają żwawiej.
61 Widząc, że oczy wodzę za splendorem,Rzekła: »Przecz wzrok twój w żywem świetle tonie,A nie dba o to, co mknie jego torem?«
64 Lud obaczyłem idący przez błonieJak za wodzami, ustrojony biało;Równej białości niema w ziemskiej stronie.
67 Zwierciadło wodne światłem migotałoU stóp mych leżąc od lewego boku,I lewą moję stronę odbijało.
70 Kiedym postąpił na sam brzeg potoku,Co odgraniczał owe święte szyki,By lepiej widzieć, zatrzymałem kroku.
73 Naprzód się niosły ogniste płomykiI smug za każdym snuł się malowany;I wyglądały niby proporczyki,
76 Z których w powietrzu sklepił się świetlanyŁuk, barwy kładąc tak jednę po drugiej,Jak tęcza słońca lub obręcz Dyjany.
79 W tył się ciągnęły kolorowe smugiDalej, niż wzrok je zgonił po przestrzeni;Cały ten szyk był dziesięć kroków długi.
82 Pod baldachimem tęczowych płomieniDwudziestu czterech starców szło parami,Wszyscy w liljowe wieńce ustrojeni.
85 Błogosławiona-ś między niewiastami,Śpiewali wszyscy, i błogosławioneNiech będzie cudo twych wdzięków nad nami!
88 Tak szli przez kwiaty i ziółka zielone,Tuż naprzeciwko, nad samym ruczajem,Czyniąc za sobą wolne, i przestrone
91 Pole. — Jak gwiazdy po zachodzie, skrajemWody kolejno zwierząt wzeszło czworo,Wszystkie gałązek uwieńczone majem.
94 Na każdem było po skrzydeł sześcioro,Wszystko oczastych; w tysiąc oczu zbrojnyArgus taką miał postać wielozorą.
97 Czasu nie staje ten ich wygląd strojnyOpisać w pełni; w rzecz ważniejszą godzę,Więc tutaj w słowa nie mogę być hojny.
100 Ezechiela widzeniem nagrodzęW jego wspaniałej księdze opisanem:Jako z północy w wichrze i pożodze
103 Widział niesione ognistym rydwanem.(Z nim zgodny skrzydeł kształt i ornamenty,Lecz liczbę zgodną mam ze świętym Janem).
106 Pośrodku, między czterema zwierzęty,Wóz tryumfalny dwukólny pomykał,Do szyi Gryfa misternie przypięty.
109 Gryf po trzy smugi skrzydłami przenikał,Sam zaś pod niemi brał miejsce środkowe:Do nieba sięgał, ale barw nie tykał.
112 Cudny twór złotą miał szyję i głowę,A reszta ciała była barwy mlecznej,Z którą się zlały barwy purpurowe.
115 Na takim wozie ni Scypion waleczny,Ni August zacny wjeżdżał do stolicy;Równego nie miał Faeton słoneczny,
118 Co z zodjakowej wyrwał się granicy,Aż zaklęciami ziemi ubłagany,Jowisz go spalił w sądu tajemnicy.
121 Po prawej stronie wiodły skoczne tanyTrzy młódki: jednej barwa purpurowa,W której nie było od ognia odmiany;
124 Drugiej tancerki cielesna osnowaJakby szmaragdu urobiona wzorem;Trzeciej tak biała, jak śnieżna ponowa.
127 Raz biała wiodła rej, to znów koloremSzkarłatnym znaczna; w takt jej tanecznicePląsały krokiem to wolnym, to sporym.
130 Z lewej tańczyły cztery przy muzycePieśni, w najżywszym gorejąc szkarłacie;To trójoczastą miały przodownicę.
133 Za tym orszakiem, jak go tu czytacie,Szli dwaj starcowie różnego ubioru,Lecz równi sobie w ruchów majestacie.
136 Jeden się uczniem wydawał ze zboruHipokratesa, co był od naturyZesłany dla jej najmilszego tworu.
139 Odmiennej trosce świadczył starzec wtóry,Dzierżąc miecz ostry, blaskami pogromny:Sam jego widok sprawiał mi tortury.
142 Za nimi czterech szło postawy skromnej;Na końcu starzec pochylony laty,Śpiący, wpatrzony w jakiś wid ogromny.
145 Wszyscy siedmioro mieli równe szatyZ pierwszą gromadką, a skronie ubraliNie jako tamci, w lilijowe kwiaty,
148 Lecz w kwiecie barwą róży i korali;Ktoby poglądał z nieco dalszej mety,Rzekłby, że ogniem ich czoło się pali.
151 Gdy rydwan wreszcie przybył na brzeg Lety,Grom usłyszałem i wraz piękne mary,Jakby komendą zatrzymane czety
154 Z przodowniczymi stanęły sztandary.
Comments
Loading comments…