Pieśń XXV

Translated by Edward Porębowicz

Boska komedja — Czyściec

1 Czas było w górę dążyć ku ostatku,Gdyż słonecznego okrąg południkaStał już na Byku, a noc na Niedźwiadku.

4 Więc jako człowiek, co się nie umyka,Lecz dąży prosto, gdzie mu zamiar każe,Mimo, że w drodze szkopuły spotyka,

7 Myśmy wstąpili w nowe korytarzeJeden za drugim i na wązkie schody,Co nie pozwolą postępować w parze.

10 Jak się poderwać chce bocianek młodyZ gniazda i nie śmie i sam sobą trwożyI skrzydła zwija w obawie przygody,

13 Tak ja, gdy pełgła i zgasła tem skorzejChęć odezwania się w głos, bywszy w gieścieCzłowieka, który już usta otworzy.

16 Nie przestał gwarzyć, mimo żwawo przejście,Mój słodki Ojciec i rzekł: »Wypuść strzałęMowy, napiętą po same żeleźce«.

19 Więc rzekłem, wargi rozchylając śmiałe:»Jak się to może dziać, iż widma chudnąW bycie, gdzie winny być na głód wytrwałe?«

22 »Jeśli przypomnisz«, odrzekł, »powieść cudnąO Meleagrze, jako z ogniem drewnaWraz gorzał, pojąć będzie ci nie trudno.

25 Spójrz, jak w zwierciedle kształtów twych odzewnaPostać z twym ruchem jednako się śliźnie,A rzecz oporna stanie ci się pewna.

28 Lecz byś wybadał tych spraw głębie niźnie,Masz tu Stacjusza; jego proszę grzecznie,Aby lekarzem zechciał być twej bliźnie«.

31 Ów na to: »Prawa działające wiecznieWykładać, gdzie ty stoisz, mistrz nad mistrze?...Ale posłucham, gdy każesz koniecznie«.

34 I zaczął: »Jeśli myśl zrozumiesz bystrze,Którą ci tutaj mój wykład podawa,Światło twym mrokom wybłyśnie ognistsze:

37 — Krew najwybrańsza, która się ostawaZ soków, skoro miąsz ciała wykarmiły,Jako zebrana ze stołu potrawa,

40 W sercu, nie indziej, czerpie twórcze siłyNa kształtowanie członków; a te składaW ten sposób, co krew, która ciecze w żyły.

43 Coraz się czystsza klaruje, aż spada,Gdzie przystojniejsza milczeć i tam z innąKrwią w przyrodzonem naczyniu się zsiada.

46 Obie się łączą skłonnością, powinnąŹródłu, skąd biorą szlachetne poczęcie:Jedna z naturą bierną, druga z czynną;

49 I zaczynają działać w tym momencie,Naprzód formując, a potem tchnąc życieW płód utworzony przez dwu krwi zajęcie.

52 Moc czynna duszą zwie się w nowym bycieJak w zielu, jeno, że tam otrzymujeOdrazu, tu zaś urabia swe życie.

55 W dalszem istnieniu już rusza się, czujeNa sposób morskich głębin zwierzokrzewaI zmysły ze swych pierwocin kształtuje.

58 To rozprzestrzenia się, to w jedno zlewaMoc, co się z serca płodzącego bierze,Kędy natura członki przyodziewa.

61 Lecz jak w człowieka przemienia się zwierzę,Jeszcze nie widzisz: niech ci wstyd nie będzie,Bo większy mędrzec zmylił się w tej mierze.

64 Uczy on — i tu widocznie tkwi w błędzie, —Że jest od umu dusza oddzielona,Skoro nam umu nie widne narządzie.

67 Ty prawdę z ust mych zdjętą przyjm do łona:Ledwie się w płodzie materja ustroiTyle, iż mózgu budowy dokona,

70 Pierwo-ruch boży z czynu ręki swojejZadowolony, tchnie weń pełen mocyDuch i pierwotnym oddechem go poi.

73 Ten władze czynne w swej treści jednoczy,Z których się tworzy jedna i jedynaDusza, co żyje, czuje, sobą toczy.

76 Byś lepiej pojął, jak się to poczyna,Patrz na żar słońca, gdy w płynnej kąpieliJagód przemienia się na tęgość wina.

79 Aż kiedy Parce zabraknie kądzieli,Dusza zabrawszy tak ludzkie jak bożeMocy, z cielesnej wyrywa się celi.

82 Władze zmysłowe osłabną w tej porze,Zato pamięci, rozumu i woliMoc wówczas w niej się powiększy i wzmoże.

85 Gdy sama przez się z ciała się wyzwoli,Cudem przypada na jedno z wybrzeżyI tam poznaje swoję nową kolej.

88 Gdy ją ogarnie wiew krainy świeżej,Moc promienieje twórcza z jej istoty,Jak tam, gdy żyła śród ziemskich rubieży.

91 A jak powietrze wilgotne w czas słoty,Pod wpływem słońca, co się w niem przeziera,Siedmią barw krasi tęczy kołowroty,

94 Podobnie cała w okół duszy sferaPowietrzna, swoje kształtuje osnowyWedle form, które duch na nią wywiera.

97 Jak za płomieniem języczek ogniowyPolata w górę śladem jego tchnienia,Tak i za duchem kształt podąża nowy.

100 Z niego swój pozór biorąc, nazwę cieniaNosi i daje właściwych narzędziMoc zmysłom, nawet zmysłowi widzenia.

103 Tu się więc śmieje i tu się gawędzi,Tutaj się wzdycha i płacze i smuci,Jako to słyszysz na każdej krawędzi.

106 W miarę, jak które budzą się w nas chuciAlbo niechęci, swój cień zmienia dusza;I to jest, z czem się twój rozsądek kłóci«. —

109 Już tylko jedna została katusza;W prawo ostatnie zbiegamy koleje;Tu inny widok do baczności zmusza.

112 Cały bok góry płomieniami zieje,A zaś od brzeżka pęd silnej wichuryNapowrót spędza ognistą zawieję.

115 Wąziuchnem przejściem Mistrz i Stacjusz wtóry,Ja trzeci kroczym; groza mię opadnie:To drżę, że spłonę, to, że runę z góry.

118 »Wędzidło wzroku niech tu sobą władnie«,Mistrz mi powiada; »miej się ku obronie,Bo na tej ścieżce chybić można snadnie«.

121 Boże wielkiego miłosierdzia! w łonieCzerwonych żarów śpiewali pieśniarze,Zmuszając oczy spojrzeć ku ich stronie.

124 Ujrzałem widma chodzące w pożarze;Więc to na stopy swe patrząc, to na nie,Na dwoje spojrzeń mych dzieliłem straże.

127 Zaledwie rozjęk żałosny ustanie,Gdy: Męża nie znam, brzmią głosy ogniste,A po nich ciszej poprzednie śpiewanie.

130 Inny głos wołał: »Dyjana KalistęWygnała z gaju, bo nimfie sromotaSplamiła duszę przez żądze nieczyste«.

133 Potem niewiasty zacnego żywotaByły sławione i mężowie czyści,Jak ich mieć życzy małżeństwo i cnota.

136 Tak to zawodzą, podczas gdy się iściIch odkupienie w ogniowej ostoi:Takim-to trudem ich wina się czyści

139 I taką maścią ich rana się goi.

Comments

Loading comments…