Pieśń XXVI
Translated by Edward Porębowicz
Boska komedja — Czyściec
1 Kiedy idziemy jeden w ślad drugiego,Coraz to do mnie rzecze Mistrz łaskawy:»Baczność, gdy usta moje cię ostrzegą«.
4 Słońce raziło mię w obojczyk prawy,A na zachodzie całym już lazurySzły w białość, zwolna gubiąc odcień bławy.
7 Ogień brał barwę ciemniejszej purpuryOd mego cienia; wędrowcy pożarniJęli poglądać na ten cud natury
10 I być zaczęło między nimi gwarniej:»Snąć jego ciało«, tak mówić poczęli,»Nie jest pozorne«, i z ogniowej parni
13 Niektórzy prosto ku mnie się pomknęli,Zawsze stąpając uważnie i dbale,Ażeby nie wyjść z płomiennej kąpieli.
16 »O ty, co z tyłu kroczysz opieszale,Może z szacunku dla tych, co cię wiodą,Mnie, co się w ogniu i pragnieniu palę,
19 Odpowiedz; wszystkim będzie nam osłodą:Bardziej się wieścią radujem w tym świecie,Niż Etyjopczyk lub Ind chłodną wodą.
22 Skąd mogłeś murem stanąć w przek płanecie?Toć go cielesną przesłaniasz okrywą,Jakbyś w śmiertelne jeszcze nie wpadł siecie!«
25 W te słowa ozwał się duch; ja co żywoChciałem mu odkryć siebie i swe miano,Kiedy wtem inne zjawiło się dziwo.
28 Bo skróś płomieni buchających ścianąSpieszył lud jakiś naprzeciw tej trzódki,Com jej źrenicą śledził zawahaną.
31 I poskoczyły z serdecznej pobudkiObjęcia siebie wzajemnym uściskiemI rade były uciesze, choć krótkiej.
34 Jak między jednem a drugiem mrowiskiemMrówka spotkawszy mrówkę, pyszczkiem tyka,Niby pytając: Skąd idziesz? czy z zyskiem?
37 Tak one; potem każda się umykaI spieszy w drogę skwapliwa i skora,A na odchodnem każda w głos wykrzyka.
40 Jedne wołają: Sodoma, Gomora!Drugie śpiewają, jak w bezecnej sprawieChuć Paryfai płodziła potwora.
43 A jako kluczem podwójnym żórawie,To kraje zimne lubiąc, to upalne,Lecą ku mroźnej lub ciepłej dzierżawie,
46 Tak te dwie rzesze: przez płomienie skalneJedna się zbliża, druga precz ucieka,Ciągle zawodząc swe pienie pożalne.
49 Z pośrodka ognia, który ich przypieka,Podeszli owi, poprzód dziwem zdjęciI stali z giestem tłumu, który czeka.
52 Więc ja, com dwakroć był świadkiem ich chęci,Zacząłem: »O wy, którzy już wnet gośćmiWiecznego miru będziecie przyjęci,
55 Nie pozostało między świata włośćmiMężem pomarłe, lub dzieckiem w kolebceCiało me; jest tu z krwią swoją i kośćmi.
58 W górę ja dążę, porzucając ślepce;Łaskawa dla mnie Pani mieszka w szczycie;Dla niej śmiertelną stopą kraj ten depcę.
61 Oby chęć wasza znalazła w dosycieNajwyższą łaskę na tych niebios dworze,Które najszersze tworzą rozpowicie.
64 Powiedzcie, — niechaj w moje księgi włożę, —Kto wy jesteście i kto jest ta rzesza,Co się cofnęła od nas w ognia morze?«
67 Jak się góralczyk zdumiewa i miesza,Kiedy rzuciwszy skaliska i hale,W mieście swe oczy po pałacach wiesza,
70 Tak osłupiały w pożarnym upale,Lecz się ocknęły zaraz smętne mary,Bo w mądrym podziw trwa niedługo wcale.
73 »Szczęsny ty, który ostatecznej karyZwiedzasz krainę«, duch do mnie powieda;»Ładunek wiedzy bierzesz na galary.
76 Zgrzeszyła owa wędrowna czereda,Czem zgrzeszył Cezar po zwycięstwie doma,Gdy go poddanym zwano Nikomeda.
79 Przeto odchodząc, wołała: Sodoma!«»Sodoma!«Sama się karci takowemi słowy,A skruchę iści, gdy się w ogniu sroma.
82 To-ć powiem jeszcze: grzech nasz był dwupłciowy;Skłóciliśmy się z natury zakonem,Idąc za chucią, jako zwierz surowy,
85 Więc wstyd budzimy w sobie pieśni dzwonem,W której śpiewamy nazwisko tej wstrętnej,Co się zbestwiła w drewnie ubestwionem.
88 Wiesz już, jakiemi znaczeniśmy piętny:Trudno-by wszystkie ponazywać dusze:Ni czas pozwoli, ni jam ich pamiętny.
91 Lecz sam się tobie przecież odkryć muszę:Jam jest, masz wiedzieć, Gwido Guinicelli,Tu-m wszedł, bo życia kres pędziłem w skrusze«.
94 Jak w Lykurgowem nieszczęściu bieżeliSynowie matkę uściskać wbrew straży,Tak jam się porwał biec przeciw zgorzeli,
97 Gdy mi się nazwał i przybliżył twarzyMój rodzic, rodzic najlepszych na ziemiSłodkich i lubych miłosnych pieśniarzy.
100 Tak mię zachwytem ujmie i oniemi,Żem szedł i patrzał w postać lubej mary,Jeno wstrzymywan żary ogniowymi.
103 A kiedy wzrok mój napasłem bez miary,To mu oddałem służbę mą i chęciW słowach zaklęcia, co zmusza do wiary.
106 On na to: »Tak się chowa w mej pamięciCudowność łaski, którą idziesz silny,Że mi jej woda letejska nie zmęci.
109 Lecz mam-li ufać przysiędze niemylnej,Nie taj mi, proszę: z jakiej to przyczynyWzrokiem i mową mnie jesteś przychylny?«
112 Na to ja: »Póki śród włoskiej dziedzinyPieśń będzie żyła, twój wiersz miodopłynnyCennymi czynić będzie pergaminy«.
115 »O bracie«, odrzekł, »jest tutaj kto inny« —I wskazał palcem, — »bardziej godzien cześci,Bieglejszy kowacz swej mowy rodzinnej.
118 W pieśniach miłosnych, w rycerskiej powieściPrzewyższył wszystkich; głupim zwać należyTego, kto wyżej Limuzyńca mieści.
121 Taki rozgłosem, nie wartością mierzySztukę i nim go biegły sąd przekona,Swemu błędowi nazbyt długo wierzy.
124 Ojcowie nasi wielbili Gwittona,Aż sława jego rozgłośna przed światem,Została gwoli większych uszczuplona.
127 Jeśliś na górę tę wstąpił bogatymW szczytny przywilej, a będziesz w klasztorze,Gdzie jest sam Chrystus zakonu opatem,
130 Zmów z Ojczenaszu tyle w imię boże,Ile brak jeszcze ku wiecznej pogodzieDuszy, która być kuszona nie może«.
133 Potem usunął się, bywszy na przodzie,By puścić innych i wraz śród ogniskaZapadł i zginął, niby ryba w wodzie.
136 Jam jeszcze podszedł i stanąwszy z blizkaNieznajomego, rzekłem mu, że zdobięW sercu mem miejsce dla jego nazwiska.
139 A duch rozpoczął grzecznie w tym sposobie:»Taką ponętę w prośbie twojej baczę,Że się nie mogę, ni chcę taić tobie.
142 Ja jestem Arnold, co śpiewam i płaczę,Przypominając swój miniony szał,Rad szczęścia dniowi, że go wnet obaczę.
145 Teraz przez Boga, co ci władzę dałWejścia w te światy i na szczyt prowadzi,Proszę, byś w porę o mnie pomnieć chciał«.
148 Tu przepadł w ogniu, którym winy gładzi.
Comments
Loading comments…