Pieśń XXVII

Translated by Edward Porębowicz

Boska komedja — Czyściec

1 Słońce tak stało, jak kiedy się świtemSwych pierwszych blasków na Golgocie jarzy;Gdy Ebro stoi pod Wagi zenitem,

4 A nurt Gangesu południe rozparzy.Dzień już uchodził; prawie w tejże chwiliZjawił się jasny Anioł z bożej straży.

7 Stanął u ognia, tam gdzie stok się chyli:Błogosławiony, mówił, sercem czysty,Głosem dźwięczącym od naszego milej.

10 »Wprzód was ukąsać musi żar ognisty,Duszyczki święte, chcące do tej bramy:Słuchajcie głosu Anioła-psalmisty«.

13 Tak śpiewa do nas, którzy się zbliżamy;Więc ja się cały w pomieszaniu słonię,Jak człowiek żywcem rzucany do jamy.

16 Twarz pochyliwszy na splecione dłonie,Poglądam w ogień i w mej wyobraźniWidzą skazańca, jak na stosie płonie.

19 Aż towarzysze, świadki mej bojaźni,Zwrócą się do mnie: »Synu, próżna trwoga!Nie śmierci tutaj czekaj, jeno kaźni«,

22 Rzecze Wirgili. »Wszak z Otchłani progaNa Geryjonie przewiozłem cię snadnie,Cóż tu dopiero, gdzieśmy bliżej Boga?

25 Choćbyś lat tysiąc w tych płomieniach na dnieGorzał i płonął jako wiór paździerzy,Wiedz, że włos jeden z głowy twej nie spadnie.

28 Jeśli dowodów żąda, nim uwierzyTwój ludzki rozum, to pozbądź wątpienia,Włożywszy w ogień rąbek swej odzieży.

31 Obacz się w trwodze, ocknij z przerażeniaI przejdź bezpieczny skróś ognia powodzi«...A jam stał ciągle wbrew głosów sumienia.

34 Kiedy się spostrzegł, że próżno podwodzi,Nieco zmieszany rzekł: »Widzisz, mój synu,»OdOd Beatryczy ta ściana cię grodzi«.

37 Jak po spełnieniu rozpacznego czynuNa imię Tisby Piram wzniósł powieki,Gdzie morwa brała kolory karminu,

40 Tak jam zmiękł nagle i do mej OpiekiObróciłem się, słysząc to w pamięciChowane imię, drogie mi na wieki.

43 Mistrz się uśmiechnie i głową pokręci,Mówiąc mi: »Jakże? długo-ż będziem stali?«Jak matka dziecku, gdy jabłuszkiem nęci.

46 Potem wszedł pierwszy w głąb ogniowej fali.»Idź ty ostatni!« Stacyjusza wzywa.A tak mię w środek wziąwszy, wstępowali.

49 Gdym się tam znalazł, do płynnego szkliwaByłbym rad skoczył, tusząc, że ochłódnę,Tak mię owiała gorącość straszliwa.

52 On umilając wędrowanie trudne,O Beatryczy mówił mi natchniony.»Widzę«, powiadał, »te jej oczy cudne«.

55 Głos jakiś wabił nas od tamtej strony;Wyszliśmy, w dźwiękach jego zatopieni,Gdzie szlak prowadził w wyższe regijony.

58 Pójdźcie tu do mnie ubłogosławieni!Nucił z pośrodka blasku, co jaśniejeTak, że lśnią oczy od jego promieni.

61 »Słońce zapada, barwa dzienna mdleje;Nie przystawajcie, lecz krok pilcie chyży,Dopóki zachód na skróś nie zczernieje«.

64 Na wschód szła droga w granitowej nyży:Ja nieprzeźroczą osobą chłonąłemPromienie słońca, które biły z niży.

67 Ledwie po schodach z nimi iść zacząłem,Gdy wszyscy troje, widząc jak cień pierzchnie,Że zajść musiało, pojęliśmy społem.

70 Więc zanim nieba rozległe powierzchnieUjednostajnią się w ciemnym kolorzeI nim dokoła widnokręgu zmierzchnie,

73 Z kamiennych schodów czynim sobie łoże;Chęć w nas jest żywa, lecz sobą nie włada:Takie w tym świecie rządzi prawo boże.

76 Jak to kóz trzódka szczęśliwa i radaDniowi, po skałach żeruje i hasa,A potem żując, cicho się pokłada

79 W cieniu, gdzie słońca gorącość przygasa,Pozostawiona śród tego wywczasuW straż opartego na lasce juhasa;

82 Albo jak owczarz, co wewnątrz szałasuCzuwa patrzący na owieczki swoje,By nie rozprószył ich zwierz dziki lasu,

85 Takeśmy byli naówczas my troje:Ja niby owca, oni moi stróże,W ciasnej framudze mając swe pokoje.

88 Wąziutki skrawek nieba świtał w górze,Gwiazd było tędy widać migotanie:Lśniły niezwykle iskrzące i duże.

91 A kiedy dumam i poglądam na nie,Sen mię ogarnął; sen, przed wschodem słońcaŚwiadom częstokroć rzeczy, nim się stanie.

94 W chwili gdy dniowi wysłana za gońcaCytera, gwiazda miłości, porankaPierwszym promieniem szczyt góry potrąca,

97 Przyśniła mi się nadobna młodzianka:Chodzi po łące i kędy kwiat mija,Tam się nachyla i bierze do wianka,

100 Nucąc: »Kto spyta, wiedz, że jestem Lia;Tu się krzątają palce moje skore,W mych pięknych rękach wianuszek się zwija.

103 Przed zwierciadełkiem w kwiaty się ubiorę:Siostrzyczka Rachel stroi się, a stroiI u zwierciadła siedzi w każdą porę.

106 Ona się wdziękiem pięknych oczu poi,Ja się zaś rąk mych zakrzątaniem cieszę;Jak ją patrzenie, tak mnie czyn pokoi«

109 Już też na wschodzie pierwszy świt się krzesze,Świt pielgrzymowi tem milszy śród drogi,Im bliżej zdąża ku rodzinnej strzesze.

112 Już też pierzchają cienie na rozłogi,A mój sen z nimi: zerwę się czem skorzéj,Widząc, że Mistrze powstali na nogi.

115 »Ród ludzki trudy niepomierne łożyW poszukiwaniu, gdzie jest jabłoń słodka:Ona dziś twoję oskomę umorzy«.

118 Takiemi słowy Wirgili mię potka;A były dla mnie tak lube i świeże,Iż żadna z niemi nie zrówna łakotka.

121 Zatem ochotę z ochotą sprzymierzęIścia ku szczytom i wyruszam śmieléj,Jakby u ramion wyrosło mi pierze.

124 Gdyśmy za sobą wszystkie schody mieliI przestąpili stopień ostateczny,Ku oczom moim Mistrz oczyma strzeli

127 I rzecze: »Ogień doczesny i wiecznyPoznałeś, synu; wstąp na ziemię jasną,Gdzie hart mych źrenic jest niedostateczny.

130 Rozsądkiem wiodłem cię i sztuką własną,Teraz twój zapał niechaj ci przewodzi;Rzuciłeś dróżkę i bystrą i ciasną.

133 Widzisz to słońce, co przed tobą wschodzi?Widzisz te krzewy i kwiaty i zioła,Które ta gleba sama z siebie rodzi?

136 Nim przyjdzie Ona, w oczach znów wesoła,Co płacząc ciebie, zeszła w padół cienia,Usieść tu możesz, lub chodzić do koła.

139 Nie czekaj głosu mego, ni skinienia:Sąd twój dziś wolny, pewny, niezmącony;Głupstwem-by było nie iść w trop sumienia.

142 — Ja ci udzielam mitry i korony«.

Comments

Loading comments…