Pieśń XXVIII

Translated by Edward Porębowicz

Boska komedja — Czyściec

1 Pragnąc czemprędzej dostać się do lasku,Co swojem gęstem, żywem liściem chroniOczy od słońca zbytecznego blasku,

4 Brzeg porzuciwszy, poszedłem po błoniI zapatrzony w tę rajską dąbrowęZwolna stąpałem śród światła i woni.

7 Wianie łagodne, słodkie i miaroweW skroń mię trącało, chodzący po sadzieTak delikatnie, jak tchnienie majowe.

10 Zatem gałązki w pokorze i ładzieWszystkie tą stroną gięły swe badyle,Gdzie święta góra pierwszy cień swój kładzie.

13 Lecz ich wiatr przecież nie odgarniał tyle,Aby ptaszęcy rój na każdem drzewiePrzestawał pieśni swoich pod tę chwilę.

16 Owszem, kąpiąc się w porannym powiewie,Z pośrodka liści nuciły radośnie,A szelest wiatru był jak wtór w ich śpiewie.

19 Podobnie szumi w podraweńskiej sośnie,W Chiassi na morskim brzegu, gdy SirokkiemPołudnie nagle powieje ku wiośnie.

22 Już się zaszyłem, wolnym idąc krokiem,W starożytnego głębokości gajuTyle, żem wstępu nie dopatrzył wzrokiem,

25 Gdy mię wstrzymała przeszkoda ruczaju:W lewo garnęły jego drobne faleZioła i kwiaty rosnące po kraju.

28 Wody w padolnej urodzone skale,Choćby najczystsze, jakiś pył zamąca;Ale w tej było czysto jak w krysztale,

31 Jeno, że ciemną zdała się, płynącaPod ciemną gęstwą, która jako żywoNie puści słońca blasku, ni miesiąca.

34 Stopami stałem, lecz źrenicą chciwąBiegłem oglądać za rzeczułki tonieRóżnego kwiecia świeżość osobliwą.

37 Nagle zjawiła się po tamtej stronie, —Jako się zjawia rzecz niespodziewana,Że swą dziwnością wszystek zmysł pochłonie, —

40 Niewiasta; sama szła i rozśpiewanaI zbierająca z pośród kwiatów kwiecie,Którem jej dróżka była malowana.

43 »O piękna pani, w miłosnej poświecieSnać wypieszczona, jak świadczy twe lice,Które jest serca zwierciadłem w kobiecie:

46 Proszę cię, podejdź pod moję granicę«,Powiadam do niej, »nad te czyste zdroje;Niech pieśni twojej osnowę pochwycę.

49 Patrząc na ciebie w wyobraźni roję,Że być musiała taką Prozerpina,Kiedy żegnała dom i wiosnę swoję«.

52 Jak w tańcu młoda i smukła dziewczynaJednę przed drugą z lekka stawia nóżkiI ledwie naprzód sunąc się przegina,

55 Tak więc sunęła ku mnie wzdłuż swej dróżki,Skromnie w dół patrząc i jak wiotkie puchyDepcąc czerwone i żółte kwiatuszki.

58 Aż prośbie mojej dodała otuchy,Podszedłszy do mnie tyle, że jej pieniaTak się wyraźne stały, jak jej ruchy.

61 Skoro stanęła, gdzie w fali strumieniaZ brzegu rosnące ziele się kąpało,Uraczyła mię podarkiem spojrzenia.

64 Nie wiem, czy równe światło zajaśniałoW oczach Wenery, gdy ją płoche dziecięNieuświadczoną ugodziło strzałą.

67 Potem z uśmiechem, rękoma obficieGarnęła barwny kwiat, co na tej glebieŚwiętej niesiany wyrasta i kwicie.

70 Trzy kroki tylko dzielą nas od siebie,Lecz fala Pontu, pyszałków wędzidła,Brama Kserksesa w ostatniej potrzebie,

73 W oczach Leandra pewnie tak nie zbrzydłaTam pod Abydos, jak mnie owa woda,Że nie rozwarła się jak wrótne skrzydła.

76 »Gośćmi jesteście«, rzekła pani młoda,»Na tej wybranej i czarownej niwie,Gdzie miała gniazdo człowiecza przyroda.

79 Może mój uśmiech trzyma was w podziwie,Lecz psalm: Cieszyłeś mię w stworzeniu Panie!Światłem ćmy waszej będzie niewątpliwie.

82 A ty jeżeli masz jakie pytanieNa ustach swoich, mów; mój obowiązek,Ku nasyceniu odpowiedzieć na nie«.

85 »Ta woda«, rzekłem, »i ten szum gałązekRozum mi mącą, sprawiając, że niszczęDotychczasowych wierzeń moich związek«.

88 A ona na to: »Pragnienie twe ziszczę;Wskażę przyczynę, co dziw budzi w tobie,Twoja zamglona myśl swój świt odzyszcze:

91 — Najwyższe dobro, co się lubi w sobie,Stworzyło człeka dobrym, te dziedzinyNa zakład miru dając w twórczej dobie.

94 Krótko bawiwszy tutaj z własnej winy,Słodką uciechę, radość pełną ciszyZmienił na mozół padolnej krainy.

97 Aby wyziewy, którymi to dyszyWoda i ziemię dokoła oblekaI których opar ciepłu towarzyszy,

100 Nie utrudzały pierwszego człowieka,Strzelistej góry tej, od świętych dźwierzyPocząwszy, nie tknie burza, deszcz, ni spieka.

103 A że powietrzna sfora w okół bieżyZa pierworuchem swym, wspólnie krążąca,Póki o krawędź jaką nie uderzy,

106 W tej wysoczyźnie, której nic nie zmąca,W żywem powietrzu ruch okólny wiejeI dzwoni, kiedy w gęstwy lasu trąca.

109 A kiedy się las tym ruchem rozchwieje,Powietrzu w okół moc nadaje płodną,Ono nasiona po przestworach sieje.

112 Zaczem na ziemi, gdzie znajdzie dogodnąGlebę lub sferę, rodzi i rozpleniaDrzew rozmaitych własność różnorodną.

115 Pozbądźcie zatem dziwu i zdumienia,Jeśli najdziecie śród ziemskiego płoduRoślinę obcą z nazwy i siemienia.

118 Masz wiedzieć, gleba świętego ogroduWydaje bujnie kwiaty i owoce,Jakich nie uszczknął nikt z waszego rodu.

121 Woda, co widzisz, nie tryska w opoce,Ani jej syci para oziębiona,Jak strugę, co schnie albo wzrasta w moce:

124 Płynie z polnego wciąż krynicy łona,Tyle wzrastając, ile jej odpływaW nurcie dzielącym się na dwa ramiona.

127 Jeden ma taką właściwość, że zmywaPamięć wszystkiego, co człowiek nabroi,W drugim zaś pamięć cnych czynów odżywa.

130 Z tej strony Lety, a z drugiej EunoiNosi nazwisko, ale nie skutkuje,Aż się duch z obu strumieni napoi.

133 Nad wszystkie wody ta woda smakuje,A choć już dusza twa musi być sytaI dalszych wieści mych nie potrzebuje,

136 Z łaski ci jedno dodam, ni poczytaZa złe, ani też z tego dozna stratyTwój duch, jeśli mu na domiar zaświta.

139 Pieśniarze, co to śpiewali przed latyO wieku złotym i szczęśliwym bycie,W snach wieszczych może te widzieli światy.

142 Tu wiódł człowieczy szczep niewinne życie;Tu był maj wieczny, owoc wiecznie źrzały:To jest ów nektar, o którym gwarzycie«.

145 Więc ja się na to obróciłem całyKu Wieszczom, którzy stali zasłuchaniW dźwięk słów, a oczy — widzę — im się śmiały.

148 Potem spojrzałem znów ku pięknej Pani.

Comments

Loading comments…