Pieśń XXXII

Translated by Edward Porębowicz

Boska komedja — Czyściec

1 Tak chciwie na niej oczy me zawisły,Dziesięcioletnie chcąc gasić pragnienie,Że zapomniały mi się inne zmysły.

4 A nieowładne owo zapatrzenieStanąwszy między światem a jej świętemObliczem, w dawne niewody mię żenie.

7 Kiedy tak pasę wzrok, jednym momentemW lewo go wściągną trzy niewiasty boże,Wołając do mnie: »Olśnie ci ze szczętem«.

10 Wtem moc widzenia moja zaniemoże,Jako to mdleją oczy oślepioneI znieczulone w słonecznym splendorze.

13 Aż kiedy w mniejszych jasnościach ochłonę, —Powiadam: mniejszych przeciw jej urodzie,Od której głos mię odwiódł w inną stronę, —

16 Ujrzę, dostojne wojsko w swym pochodzieSkręca na prawo, ukąpane w złotemSłońcu i świecach sunących na przodzie.

19 Jak rota bronna puklerzy namiotemSkręca się, koło sztandaru zebrana,Aż front odmieni zupełnym obrotem,

22 Tak te zastępy niebieskiego PanaW mych oczach łukiem gięły się na szlaku,Zanim zawrócił kierownik rydwana.

25 Przy wozie poszły niewiasty orszaku;Gryf ciągnął ciężar swój, tak lekki w chodzie,Że jedno piórko nie drgnęło na ptaku.

28 A piękna pani, co mię zmyła w wodzieI Stacjusz i ja szliśmy w trop za kołem,Które łuk mniejszy kreśliło w obwodzie.

31 Tak snuł się pochód po gaju wesołym,Pustym z win Ewy, co węża uznała;W rytmach anielskich stąpaliśmy społem.

34 Bliżej, niż trzykroć wypuszczona strzałaPrzeleci, stanął pochód ze sztandary:Tam Beatrycze z wozu zstępowała.

37 »Adamie!« smutne rozebrzmiały gwaryW okół rośliny, co ogołoconaZ liści, nagimi sterczała konary.

40 Modłą przedziwną była jej koronaSzersza ku górze; rośliny tak sporejNie rodzą nawet indyjskie nasiona.

43 »Błogosławiony ty Gryfie, żeś koryZ drzewa nie uszczknął, choć w smaku miodowa;Ktoś inny od niej wił się z bólu chory«.

46 Pod krzepkiem drzewem taka brzmiała mowa,A zwierz dwukształtny wołał, gdy je zoczył:»Sprawiedliwości siemię tak się chowa«.

49 Tedy do wozu zwrócił się i toczył,Aż go przyciągnął do wdowiego drzewaI to, co z niego, do gałęzi troczył.

52 Jak w porze, kiedy słońce jasność zlewaZ inną jasnością, która to w koronieZodjaku po za Rybą rozelśniewa,

55 Pęcznieją zioła, aż każde zapłonieBarwą z bożego daną mu dekretu,Nim w innym znaku słońce sprzęże konie,

58 Podobnie, mniej niż barwą fioletu,Więcej niż róży, ów pień się odnowi,Stojący nakształt nagiego szkieletu.

61 Nie znam i nie wiem, czy gdzie słuch ułowiPieśń taką słodką, takjak ta, co tam biła;Zmysł mój nie zdołał zdzierżeć jej czarowi.

64 Gdybym mógł pędzlem oddać, jak uśpiłaOkrutne oczy powieść o Najadzie:Oczy, dla których czujność zgubą była,

67 To sztuką, co się w żywych barwach kładzie,Wyobraziłbym, jak wpadałem w ciszę;Niestety, niemoc stoi mi na zdradzie.

70 Zatem odrazu ocknienie opiszę:Pękła zasłona snu; blask poszedł po niej;»Wstawaj! co czynisz?« takie słowa słyszę.

73 Jak mając ujrzeć kwiateczki jabłoni,Której owocu anieli łakomiI która Niebo upaja w swej woni,

76 Piotr, Jan i Jakób padli niewidomiI znów powiekę podnieśli zemdlonąNa głos, co większe sny, bywało, skromi;

79 I zobaczyli uszczuplone grono,(Eliasz z Mojżeszem zniknęli w obłoku),A szatę Mistrza swego przemienioną,

82 Tak jam się ocknął i podniósł z widokuTej rozżalonej nad zbłąkaniem mojem,Która mię przedtem wiodła wzdłuż potoku.

85 »Gdzie Beatrycze?« pytam z niepokojem.»Patrz«, rzekła, »siedzi na drzewa korzeniuUmajonego nowych liści strojem.

88 Przypatrz się, w jakiem błyszczy otoczeniu;Reszta za Gryfem już jest wniebowzięta,Wzlatuje w słodszem i wznioślejszem pieniu«.

91 Czy jeszcze więcej mówiła ta święta,Nie wiem, bo w oczach mych już tylko gościOna i wszystkie moje zmysły pęta.

94 Sama siedziała na ziemi szczerości,W straż tej kolaski pięknej zostawiona,Którą Zwierz przywiózł jeden w dwuistności.

97 W okół się plotła z siedmi nimf korona:Każda z nich w ręce jasny lichtarz dzierży,Nietrwożny Austru ani Akwilona.

100 »Krótko zabawisz; ze mną ci należyObywatelstwo wieczne w onym Rzymie,Gdzie to sam Chrystus był pierwszym z rycerzy.

103 By świat poprawić, który zła się imie,Na rydwan patrzaj; co tutaj się stanie,Wróciwszy na dół, opiszesz w swym rymie«.

106 Tak Beatrycze; ja zawsze poddanieWypełniający, cokolwiek poleci,Wzrok i uwagę wieszam na rydwanie.

109 — Nigdy tak pędem gwałtownym nie leciPiorun z za gęstej obłoków osnowy,Skoro się w sferze płomienia roznieci,

112 Jak tutaj runął z góry JowiszowyPtak i obszarpał na jabłoni koręI omuskał z niej kwiaty i liść nowy.

115 Wtem całą mocą uderzył w komoręWozu; tak w okręt tłuką wodne masy,Rozkołysane w nawałniczną porę.

118 Do tryumfalnej następnie kolasyWkradł się Lis, cały wychudzony czczościąI na potrawę niezaznaną łasy.

121 Ale skarcony w swej brzydkiej chytrościOd pani mojej naganą surową,Pierzchł, ile znieść go mogły chude kości.

124 Po chwili Orzeł, skąd spadł, stąd nanowoRzucił się pędem na wozu rynsztunekI zasłał pierza białością puchową.

127 Jak z łona, w którem tłucze się frasunek,Tak z nieba ozwał zięsię głos i żałował:»O łódko moja, smutny twój ładunek«.

130 Między kołami grunt się rozstępował;Z głębi Smok wyszedł i kolcem oczosaZ pod spodu wiercąc dno, kolaskę psował.

133 A jak swe żądło w siebie ściąga osa,Tak je ściągała poczwara zjadliwa:Część dna wyrwała i uszła z ukosa.

136 Jak pulchna ziemia runią się okrywa,Tak rydwan puchem bożego sokoła,Co go chęć może przyniosła życzliwa.

139 Szczęt zatem wozu i dyszel i kołaOtuliły się w te puszyste strojeSzybciej, niżeli człowiek westchnąć zdoła.

142 Gdy tak sprzęt boży zmienił kształty swoje,Nagle mu z wnętrza siedem głów wynika:Czworo po krańcach, a na dyszlu troje.

145 Na trzech po parze rogów jak u byka,Na czterech jeden w czele; tak bajecznejStwory śród ziemi nikt nie napotyka.

148 Jako na góry szczycie głaz bezpieczny,Siedziała na niej, chyżemi oczymaStrzelając, postać Niewiasty wszetecznej.

151 A jako strażnik straż nad skarbem trzyma,Stał nad nią Olbrzym z ohydnem obliczem:I całował ją, a ona Olbrzyma.

154 Widząc, że ku mnie swem okiem zwodniczemStrzelała, srogi ów gach nielitośnieOd stóp do głowy siekł ją ostrym biczem.

157 Potem odrazu gniewnie i zazdrośnieOdwiązał potwór i powlókł do boru,Który tam jak tarcz dzieląca mię rośnie

160 Od nierządnicy i dziwnego stworu.

Comments

Loading comments…