Pieśń III
Translated by Edward Porębowicz
Boska komedja — Piekło
1 Przeze mnie droga w miasto utrapienia,Przeze mnie droga w wiekuiste męki,Przeze mnie droga w naród zatracenia,
4 Jam dzieło wielkiej, sprawiedliwszej ręki.Wzniosła mię z gruntu Potęga wszechwłodnaMądrość najwyższa, Miłość pierworodna;
7 Starsze ode mnie twory nie istnieją,Chyba wieczyste, — a jam niespożyta!Ty który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją...
10 Na odrzwiach bramy ten się napis czytaO treści memu duchowi kryjomej:»Mistrzu«, szepnąłem, »z tych słów groza świta!«
13 A on mi na to, jak człowiek świadomy:»Tu oczyść serce podłością zatrute,Tu zabij w sobie wszelki strach znikomy.
16 Do miejsc my przyszli, gdzie czynią pokutęOwi, com mówił, boleści dziedzice,Duchy ze skarbu poznania wyzute«.
19 Dłoń mi na dłoni położył i liceUkazał jasne, duchem natchnął śmiałym,Poczem wprowadził w głębin tajemnice.
22 Stamtąd westchnienia, płacz, lament, chorałemBiły o próżni bezgwiezdnej tajniki:Więc już na progu stając, zapłakałem.
25 Okropne gwary, przeliczne języki,Jęk bólu, wycia to ostre, to bledsze,I rąk klaskania i gniewu okrzyki
28 Czyniły wrzawę, na czarne powietrzeLecącą wiru wieczystymi skrętyJak piasek, gdy się z huraganem zetrze.
31 Nieświadomości skrępowany pęty:»Mistrzu«, spytałem, skąd ten chór boleści,Kto ów lud, taką snać rozpaczą zdjęty?«
34 On rzekł: »Męczarnię takiej podłej treściZnoszą w tem miejscu te dusze mizerne,Które bez hańby żyły i bez cześci.
37 Są zaś wmieszane między owe bierneRzesze aniołów, które samolubeŻyły, ni wrogie Bogu, ni też wierne.
40 Niebo ich nie chce, gdyż niosłyby zgubęJego piękności; piekło je wyklucza,Gdyżby z nich gorsi mogli zyskać chlubę«.
43 Ja znowu: »Mistrzu, co im to dokucza,Że tak biadają głosami rozpaczy?«A on wysłuchał mię i tak poucza:
46 »Wiedzą, że skonu dzień im się nie znaczy,A ciemnym bytem tak są tutaj mali,Że wszystko inne przenieśliby raczej.
49 SwiatŚwiat nie dopuścił, aby w sławie trwali:Litość ni Sąd się nimi nie opieka;Nie mówmy o nich; spójrz raz i pójdź dalej«.
52 A wtem proporczyk ujrzałem, z dalekaMknący tak szybko, jakby go nosiłaDłoń niegodnego spoczynku człowieka.
55 Za nim niezmierna czerń smugą się wiła;Nigdybym nie był uwierzył na słowo,Że tyle ludu śmierć już wytraciła.
58 Poznałem kilku między bezcechowąCiżbą; pośród nich szła mara człowieka,Co z trwogi wielką skaził się odmową.
61 Więc zrozumiałem, że tu śmierć zawlekaI tłoczy razem owe podłe sotnie,Których Bóg i czart równo się wyrzeka.
64 Nędznym, co w świecie żyli nieżywotnie,Rój ós i przykra kąsa ciało mszyca;Jęczą, gdy ból im do żywego dotnie.
67 Od tych ukąszeń krew tryska na lica,Którą u stóp ich łzami napojonąKłąb glist natrętnych kałduny nasyca.
70 Potem, gdy inną wzrok posłałem stroną,Nad wielką rzeką ujrzę ludu ławy.»Mistrzu«, powiadam, »niech mi dozwolono
73 Będzie zapytać: Kto są? Jakie sprawyKażą im spieszyć? Ile zmierzch dozwoliRozeznać, widzę, że krok niosą żwawy«.
76 A on: »Na powieść o nich przyjdzie kolej,Gdy staniem kroki zahamowanymiNad Acherontem, strumieniem niedoli«.
79 Więc wzrok ze wstydu spuściwszy do ziemiZamilkłem, nie chcąc dłużej być natrętem.I tak do rzeki brzegów szliśmy niemi.
82 Wtem spojrzę, w łodzi mknie owym odmętemStarzec kędziorów sędziwych i brody,Wołając: »Gorze wam, duchom przeklętym!
85 Nie pójdziecie wy na niebieskie gody:Przybywam przewieść was po czarnej strudzeW ciemności wieczne, na żar i na chłody.
88 A ty, co jeszcze ciało masz w posłudze:Precz stąd! Co robisz w umarłym narodzie?..«Kiedy zaś widział, że z odejściem żmudzę:
91 »Z innej przystani i po innej wodzieJest przeznaczona droga twej podróży;Wypada tobie lżejszej szukać łodzie«.
94 »Niech się Charonie w tobie gniew nie jurzy!«Rzekł Mistrz, »tak życzą tam, gdzie śladem chceniaZaraz czyn kroczy; wara pytać dłużej!«
97 Więc lic kosmatych surowość odmieniaPrzewoźnik, włodarz czarnowodnej rzeki,W krąg ócz mający obrączki z płomienia.
100 Ale tym nagim i znużonym szczekiDzwoniły, w lica strach zachodził siny,Gdy usłyszeli swój los niedaleki.
103 Boga, rodziców, ludzkość, narodzinyI dzień i miejsce swych narodzin klęliI syny swoje i swych synów syny.
106 Potem się sparli łkając nad topieliBrzegiem, skąd wszyscy pójdą na męczarnie,Co żyć w bojaźni bożej nie umieli.
109 Bies Charon ócz swych zaświeca latarnieDrogę wskazując i kupą ich goni,A gdzie nie idą w ład, tam wiosłem garnie.
112 Jako pod jesień drzewo liście roniJedno po drugiem, aż się konar wdowiNagim, ze stroju wyzutym, odsłoni,
115 Tak ci dziedzice grzechu adamowiJedno po drugiem zlatują mu w sudno,Niby na wabia sokół w dłoń łowcowi.
118 I jadą przez toń ciemnościami brudną,A nim na brzeg je przeciwny wysadzi,Po drugiej stronie znów od gości ludno.
121 »Synu mój«, tak Mistrz swoję rzecz prowadzi:»Lud, co umiera w nieprzyjaźni bożej,Z ziemi wszech krańców tutaj się gromadzi.
124 Co rychlej wszyscy rzekę przebyć skorzy,Bo tak ich boska sprawiedliwość bodzie,Że zmniejsza lęku, a pragnienie mnoży.
127 Nie chodzą duchy dobre ku tej wodzie;Wiesz teraz, czemu, widząc cię w ich kole,Chciał tobie Charon stawać na przeszkodzie«.
130 Gdy kończył mówić, całe czarne poleDrgnęło tak mocno, że kiedy przypomnę,Dziś jeszcze dusza kąpie się w mozole.
133 Z ziemi łez wianie buchnęło ogromne,Przeleciał po niej gromu błysk czerwienny:I omdlały mi zmysły nieprzytomne —
136 I padłem, jako pada człowiek senny.
Comments
Loading comments…