Pieśń IX

Translated by Edward Porębowicz

Boska komedja — Piekło

1  Gdy ujrzał Wódz mój, że z jego kłopotemNa twarz mi wpełzła blada bezotucha,SmiałośćŚmiałość na lica przywołał z powrotem,

4  Stanął i czekał jak człowiek co słucha,Bo najbystrzejszy wzrok tam nie przebrodziZ dymu i mgławic czarnego wańtucha.

7  »Ten nowy szkopuł zwalczyć nam się godzi«,Szepnął, »a gdy nie... czekać zmiłowania;Jakże mi dłuży się, że nie nadchodzi!«

10  Snadniem ja dostrzegł, że początek zdaniaMyśl doufniejszą niźli reszta mieści,Tak, że z nich razem sprzeczność się wyłania.

13  To też strach na mnie padł od nowej wieści:Ze strzępów mowy, niepewny co znaczą,Możem dobywał nazbyt groźnej treści.

16  »Zstąpił-li w smutną tę jamę ślimacząKto z duchów, które pierwszy stopień winyPragnieniem nieba beznadziejnem płaczą?«

19  Tak pytam, a Wódz: »Sród naszej drużynyNiewielu tylko wolność otrzymałoDeptać te oto podziemne ścieżyny.

22  Raz ja tę podróż odprawiłem całą,Gdy prośbą dzikiej Erykto zaklęty,Co była zdolna wskrzeszać trupie ciało,

25  Wnet potem, kiedym zzuł doczesne szczęty,Wstąpiwszy tutaj, zabrałem tajemnieDucha, co w kręgu Judy był zamknięty.

28  To są najgłębsze, najczarniejsze ciemnie,Najdalsze nieba, gdzie trwa źródło ruchu;Dobrze znam drogę, miejże ufność we mnie.

31  Ten staw okropny, siedziba zaduchu,Twierdzę boleści dzierży pośród fali;Teraz tam wkroczym z wielkim gniewem w duchu«.

34  Już nie pamiętam, co powiadał dalej;Wszystką uwagę ściągnąłem do góryKu szczytom wieży, co się krwawo pali

37  I gdzie odrazu nad ponsowe muryTrzy krwawe Furje wyrosły pospołu:Kobiece kształty miały i postury,

40  Zielenią gadów opasane w połu;Z źmij i padalców ukręcone biczeZa włos pokładły surowemu czołu.

43  A on, co znał już obrzydłe obliczeSłużebnic pani wieczystego jęku,»Patrz«, wołał, »oto Erynnie zbrodnicze.

46  Oto Megera, ta po lewym ręku;W prawo Alekto wyje; TyzyfonyKształt w środku widzisz«. Zmilkł i stał bez dźwięku.

49  Spojrzę, pierś sobie drą własnymi szponyI w dłonie klaszczą i jęczą; ja całyDrżę, do Poety boku przytulony.

52  »Bywaj Meduza! Zmień go w kawał skały!«Przegięte ku mnie wołają djablice;»My Tezeusza niegdyś ugłaskały!«

55  »Obróć się prędko, zakryj dłońmi lice:Niechbyś się dostał na oczy Gorgonie,Żegnałyby się z dniem twoje źrenice«.

58  Twarzą mię zwrócił ku przeciwnej stronieI na mych oczach, pełen nieufania,Jeszcze położył swoje własne dłonie.

61  O, wy, jasnego zdolni rozeznania!Patrzcie nauki, która z osłoniętejNiezwykle mowy tajną myśl wyłania...

64  A już się zbliżał przez brudne odmętySzum, od którego dwa brzegi dygocą:Przerażające jakoweś tententy.

67  Tak wyzwolone sprzecznych prądów mocąTłuką się wiatry po lasu rubieży,Szarpią konary, z pniami się szamocą,

70  Rwą i unoszą kwiat; a po grabieżyDumnie odchodzą w kurzawy obłoku,Pędząc przed sobą trzody i pasterzy.

73  Z oczu mi dłonie zdjął. »Teraz moc wzroku«,Rzekł, »wytęż, gdzie mgła po fali się wijeGryząca, zgęsła w oparów natoku«.

76  Jak przed zjawieniem jadowitej źmijeStado żab w wodzie nagle się rozprószyI do dna tonie i tam w grunt się ryje,

79  Tak więc tysiączne, skazane katuszy,Zbiegły przed Jednym przerażone duchy,Który po Styksie stąpał, jak po suszy.

82  Z twarzy odganiał przygęsłe zaduchyWionąc lewicą, ale zdał się zgołaNieutrudzony, jeno tymi ruchy.

85  Więc niebieskiego w nim zgadłem anioła;Spojrzę na Mistrza, a on znak mi dawał,Abym stał cicho, i pochylił czoła.

88  O jakżem pełnym wzgardy Go poznawał...Podszedł do bramy i dotknięciem wiciOtworzył; nikt mu przeszkodą nie stawał.

91  »Niebios wyrzutki, sromotą okryci!«Rzekł, przestępując próg okropnej parni,»Czem się ta krnąbrność w sercach waszych syci?

94  Przecz owej Woli stawacie niekarni,Której zamiarów żaden nie umorzy,A tylko własnej powiększa męczarni?

97  Przecz się buntować konieczności bożej?Próbował Cerber: ku wiecznej przestrodzeKark ma i gardziel zdarte od obroży«,

100  Rzekł i powracał po błotnistej drodze,Na nas nie patrząc zgoła, z miną człeka,Którego wcale inna troska głodze

103  Niźli o tego, co jej chciwie czeka;A myśmy weszli skróś czarnego wzwodu,Czując, że można nad nami opieka.

106  Już nam gwałt niczyj nie wzbraniał przechodu,A ja, com ciekaw był przekroczyć progiI poznać wreszcie treść krwawego grodu,

109  Wzrokiem zatoczę i widzę rozłogiPo stronie lewej i po stronie prawej,Pełne rozjęków i katuszy srogiej.

112  Jak w Arles, gdzie Rodan rozlewa żuławy,Lub w Pola, gdzie wzdłuż Quarnera wybrzeżyMorze podmywa italskie dzierżawy,

115  Pole się groby kamiennymi jeży,Tak tu grobowców sterczą nagie skały,Lecz gorycz tamtych z tą niech się nie mierzy!

118  Pośrodku mogił płomienie pełzały;Na skróś je parna przejmowała spieka,Większa, niż wszelkie hutnicze upały.

121  Grobowców były uniesione wieka;Przerażające szły z głębi lamentyNiby z nędznego na mękach człowieka.

124  Więc ja do Mistrza: »Kto ten lud zamkniętyI pochowany w granitowe leże,Na taką rozpacz bolesną przeklęty?«

127  Na to on do mnie: »Tu cierpią kacerzeWszelakiej sekty; z nimi naślednicyMnodzy; żadną ich liczbą nie przemierzę.

130  Równi z równymi legli; dla różnicyWin w różnym stopniu żłoby trumien płoną«.Tutaj skręciwszy w prawo, wzdłuż ulicy

133  Męczeńskiej szliśmy, pod murów osłoną.

Comments

Loading comments…