Pieśń VI

Translated by Edward Porębowicz

Boska komedja — Piekło

1  Gdy się zbudziła myśl stulona w sobieOd mąk widoku, w jakich krewne duszeMdlały i gdym się w mej ocknął żałobie,

4  Nowych skazańców i nowe katuszeNaokół siebie widzę w mrocznym dole,Gdziebądź popatrzę i gdziebądź się ruszę.

7  W trzeciem, wieczystych dżdżów stanąłem kole:Deszcz chłodny, ciężki, ciągły i przeklętyWciąż jedną modłą siecze, żga i kole.

10  Śnieg, brudna woda i grad w bryły ściętyWalą się strugą na ów kraj ucisku;Cuchnie skróś ziemia brzydkie ssąca męty.

13  Cerber, zwierz dziki o potrójnym pyskuWarczy i szczeka i jak pies się dąsaNa lud w okropnem pławiony bagnisku.

16  Wzrok toczy krwawy, czarne kudły wstrząsa,Kłąb ma wydęty i szponiaste ręce;Drze pazurami i targa i kąsa.

19  Od deszczu jak psi w ciągłej wyją męce;Jeden bok drugim ciągle zasłaniają:Prędko się zwijać muszą potępieńce!

22  Gdy nas gad duży ujrzał między zgrają,Paszczękę rozwarł i zęby wyszczerzył;Wszystkie w nim mięśnie jednym dreszczem drgają.

25  A wódz mój piędzi ku ziemi przymierzyłI w obie garści nagarnąwszy błota,W sam środek gęby żarłocznej uderzył.

28  Jak kundys chciwie do jadła się miotaI wraz ucichnie, gdy mu rzucą strawy,Bo już chuć głodu w nim się nie szamota,

31  Podobnie naraz umilkł pysk plugawyCzarta Cerbera, co na dusze łajeRade ogłuchnąć, by nie słyszeć wrzawy.

34  Stąpamy, depcąc widem gęste zgraje,Dżdżem katowane i stawiamy piętyNa ich marności, co się kształtem zdaje.

37  Leżały wszystkie pogrążone w męty,Lecz jedno w chwili kiedy je mijamySiadło i prężąc kadłub wydźwignięty,

40  Rzekło: »Ty, któryś wszedł za piekieł bramy,Wiedz: przed mą trumną była twa kołyska;Spójrz i rozpoznaj com zacz, boć się znamy«.

43  Więc ja: »Kaźń twoja taką cię odciskaZmianą na licach, że mi w niej zakrywaPamięć twojego ziemskiego nazwiska.

46  Powiedz, kto jesteś, duszo nieszczęśliwa,Na której piekło taką złość wywarło,Że choć są większe, żadna tak dotkliwa!«

49  A on: »Twe miasto, które napęczniałoZawiścią jak wór przepełniony ziarnem,Na jasnym świecie swym mię synem zwało.

52  Przezwisko Ciacco nosiłem nad Arnem:Za grzech obżarstwa, brzydki i zwierzęcy,Jako tu widzisz, w deszczu moknę czarnym.

55  Nie sam tu cierpię, ale wśród tysięcy,Wszystko męczarnią karanych jednakąZa równe winy«. Zmilkł i nie rzekł więcej.

58  Na to ja: »Tak mię twój stan boli, Ciacco,Że oto z ócz mych słona płynie woda.Lecz powiedz jeszcze: czyli wiesz na jaką

61  Niedolę kłótnia głupich mieszczan poda?Jest-że kto prawy w mieście? i jak na toPrzyszło, że tak je rozdarła niezgoda?«

64  A on: »Gdy w zwadzie długie minie lato,Zbroczą oręże i nareszcie dzicyWypędzą drugich z krwi wielką utratą:

67  W trzy słońca padną, a ich przeciwnicyWzniosą się, męża wziąwszy za narzędzie,Co się dziś łasi podły i dwulicy.

70  Długo stronnictwo to panować będzieI trzymać tamtych pod grozą obucha,Płaczu i gniewu nie mając na względzie.

73  Dwaj sprawiedliwi są, nikt ich nie słucha:Z trzech iskier: chciwstwa, zawiści i pychy,Na wszystkie serca niegodziwość bucha».

76  Tu uciął smutną wieść i stał się cichy.»Niechże twe usta reszty mi nie tają«,Rzekłem, »słów kilka dołóż prośbie lichej:

79  Gdzie Farinata siedzi? gdzie Tegghiaio?Gdzie Rusticucci, Arrigo i MoscaZ innymi, którzy tak o dobro dbają?

82  Powiedz, bo serce me o nich się troskaI wiedzieć pragnę, czy ich piekło smali,Czyli ich w niebie chowa łaska boska?«

85  »Między ciemniejsze duchy się dostali«,Odparł, »winy ich przeważyły bowiem;W sam czas obaczysz, postąpiwszy dalej.

88  Gdy na świat luby z całem wrócisz zdrowiem,Proszę, głoś o mnie i o mej torturze;Więcej nie rzekę i więcej nie powiem«.

91  Oczy wywrócił w zez i w tej posturzePopatrzał na mnie, łeb wsunął w ramionaI za innymi ślepcy padł w kałużę.

94  »Już on nie wstanie, aż się czas dokona«,Rzekł wódz; »gdy zabrzmią trąby archaniołów,Wróg złego swoje objawi znamiona,

97  Wróci z innymi do grobowych dołówWziąć ciało i kształt, by w pełnej istocieWysłuchać wiecznych wyroku mozołów«.

100  Tak my szli, stawiąc po mieszanym błocieZ duchów i deszczu kroki powściągliweI rozmawiając o przyszłym żywocie.

103  »Mistrzu«, pytałem, »te kary straszliweOd wielkiej chwili, gdy wyrok zahuczy,Mniejsze-li będą czy równie dotkliwe?«

106  A on: »W tem wiedza twoja cię pouczy:Im doskonalszy jest byt, tem mu więcejDobro dogodzi, a boleść dokuczy.

109  A choć karani tutaj potępieńcyNigdy nie dojdą udoskonalenia,Bliżsi go będą niż dziś, czasu jeńcy«.

112  Takeśmy przeszli na okół pierścienia,Gwarząc ze sobą więcej niż powtórzę,Aż kędy w głębsze schodzi się podsienia:

115  Tam Plutus, wielki rozbójca ma stróżę.

Comments

Loading comments…