Pieśń VII
Translated by Edward Porębowicz
Boska komedja — Piekło
1 »Pape Satan, Pape Satan, aleppe!«Zaryczał Plutus ze swej chrypłej krtani;A On, wszystkiego świadom: »Niech cię ślepe
4 Strachy nie zwodzą«, mówił, »bo szataniChoć wielką mają władzę, nie przekażą,Byś nie miał zstąpić z tych skał do otchłani.
7 Potem do wzdętych gęb zwrócił się twarząI krzyknął: »Zamilcz mi wilku przeklęty,Sam w sobie żrej się zaciekłością wrażą.
10 Wara koniecznej drodze czynić wstręty;Życzą jej w górze, gdzie nad nieowładnąZgrają wziął pomstę niegdyś Michał święty!«
13 Jak jednym razem zwiną się i padnąŻagle, skoro maszt przełamie się w połu,Tak padł złośliwy potwór; a my na dno
16 Czwartego zatem zstąpiliśmy dołu,Głębiej się drążąc w bolesne dziedziny,Co wszystko świata złe mieszczą pospołu.
19 O Sądzie boży! mógłżeby kto inySkupić tak razem przeliczne męczarnie?Przecz nas tak sieką nasze własne winy?...
22 Jak nad Charybdą fal spienione psiarnieŁawą wypadną i na siebie skoczą,Tak się w tym lochu tłum na tłumy garnie.
25 Liczniejsze, niźli indziej, tu się tłocząZgraje i wyjąc, wszystkiej piersi mocąOgromne głazy przeciw sobie toczą.
28 Prąc, wpadną na się, potem się obrócąI cofną, w groźnym wciąż łając pomruku:»Po co wstrzymujesz?« — »A ty, puszczasz po co?«
31 Tak po pierściennej drogi ciemnym łukuZ obu stron dążą na kres przeciwległy,Śród ciągłych obelg i głazów postuku.
34 Zaledwie swoje półkole obiegły,Znów się wracają zgięte kształty cieni:Więc łzy współczucia rzęsę mi obległy.
37 »Mistrzu mój«, rzekłem, »jak się lud ten mieni?Z kościoła przyszli czy z klasztornej celiOwi na lewo, wszyscy podgoleni?«
40 A Mistrz mój na to: »Wszyscy oni mieliUmysł tak kosy za ziemskiego trwania,Że w dóbr rządzeniu miary zapomnieli.
43 Co łacno z psiego wysłyszysz łajania,Gdy się na krańcach przeciwnych odwiną,Dokąd ich zbrodnia przeciwna pogania.
46 Owi, co nagą łyskają łysiną,To kardynali, papieże, kapłani,Grzesznego chciwstwa obarczeni winą«.
49 Więc ja: »Mistrzu mój, tuszę, że w otchłaniRozpoznam kogoś z gromady nikczemnejTych, co są taką wina pokalani?«
52 A on mi rzecze: »Szukać trud daremny;Pozacierany w bycie ladajakimKształt ich twym oczom i tu będzie ciemny.
55 Na wieki tłuc się będą onym szlakiem,Aż dzień ostatni wszystkich odmogili:Tych łysków i tych z zamkniętym kułakiem.
58 Że źle dawali i że źle dzierżyli,Raju nie dojdą, na wieczne poswarkiSkazani, jako w tej oglądasz chwili.
61 Patrz synu, jaki bierze termin szparkiMienie, fortuny dziecię, co dlań ludzieUstawną pracą wysilają barki.
64 Ot, wszystko złoto jeszcze skryte w rudzie,Lub już dobyte, nie ulży strudzonejDuszy, ażeby odpoczęła w trudzie«.
67 Mistrzu, w tem jeszcze chcę być pouczony:Fortuna i jej dziwne kołowrotyCzem są, że piękny świat tak wzięły w szpony?«
70 A on mi na to: »O głupie istoty,Nieświadomości i nieuctwa dzieci!Posłuchaj, że cię wywiodę z ciemnoty:
73 Ten, czyja wiedza blask najwyższy nieci,Stworzył niebiosa i tych, co je wodząTak, że część każda każdej cząstce świeci,
76 A światła wszędy równo się rozchodzą.Podobnie ziemskim blaskom, ziemskiej doliNadał mistrzynię, która za swą wodzą
79 Znikome dobra wciąż obsyła w kolejZ ludów na ludy, z rodzin na rodziny,A której ludzki rozum nie zniewoli.
82 Jeden szczep rośnie, gdy drugi z perzynyPada, jak losem władczyni przyniesie,Której sąd skryty, by wąż pośród trzciny.
85 Próżno wasz rozum jej przeciwić chce się;Ona przeziera, roztrząsa, rozstrzyga,Jak każdy inny Wied w swoim zakresie.
88 Ciągle jest w ruchu, nigdy nie ostyga,Z koniecznych przyczyn nieodmiennie chyża,I stąd tak często dola dolę ściga.
91 Oto fortuna, której »winna krzyża!«Woła niejeden, zamiast sławić raczej,I krzywdzącemi słowy ją poniża.
94 Lecz ona szczęsna ucha dać nie raczyI między innych pierwotworów gronoBłogosławione swoje biegi znaczy.
97 Na większą litość gotuj teraz łono:Gwiazdy, co wzeszły gdym wyruszał, nizkoJuż stoją, a nam żmudzić zabroniono«.
100 Tuśmy przecięli doliny koliskoI po nad źródłem wyszli, co się pieni,Padając w ryte swym pędem łożysko.
103 Woda w niem czarna, lecz krwawo się mieni;Zaczem tą nową drogą w głąb pieczarySzliśmy, mętnymi nurty prowadzeni.
106 Ta smutna struga brzeg podmywa szary,Jadem ziejący i w bagno rozwlekły,Styksem nazwane; gdym w te zakamary
109 Rzucił spojrzenie, ujrzałem ociekłyBłotem ogromny lud z nagiemi ciałyI z twarzą srogą, jakby z gniewu wściekły.
112 Już nie rękoma na się uderzałyDuchy: nogami i piersią i głową;Zębami siebie darły na kawały.
115 Tu dobry Mistrz mój rzecze do mnie: »OwoCi, których w świecie złość przemogła licha;I to wiedz pewnie, że tam pod osnową
118 Mokradła równie mnóstwo ludu wzdycha:Gdziekolwiek okiem rzucisz po przestrzeni,Poznasz po bańkach, które nurt wypycha.
121 Brnąc, jęczą: »Smutkiem byliśmy karmieniNa lubym świecie, który się weseliW słońcu; gnuśnymi dymy napełnieni,
124 Więc smutek żre nas w tej błotnej topieli!«Tak odzywają się w bagnie bełkotem,Co zająkliwie pluska im z gardzieli.
127 Okrążyliśmy moczar w okół potem,Z prawej dół mając, a z lewej wybrzeże,I poglądali na ciekących błotem,
130 Ażeśmy przyszli pod jakowąś wieżę.
Comments
Loading comments…