Pieśń XIV

Translated by Edward Porębowicz

Boska komedja — Piekło

1  Przejął mię taki żal rodzinnej ziemi,Żem zebrał liście i oddał je pniowi,Który stał z usty od skarg zemdlonemi.

4  Przyszliśmy w miejsce, co miedzę stanowiTrzeciego kręgu i modłą cierpieniaOkropnie świadczy bożemu gniewowi.

7  Dla dokładnego rzeczy wyjaśnieniaPowiem: na suche przyszliśmy ugory,Gdzie żadne ziele nie puści korzenia.

10  Wkoło nich smutny las i ptasie zmory,Sam okolony wstrętnymi ukropy;Na skraju krok nasz zatrzymujem skory.

13  Spostrzegam miałkie, piaskowe zatopy;Tak owo muszą wyglądać pustynie,Skróś których brnęły Katonowe stopy.

16  O boża zemsto, jakże cię uczynięStraszną grzesznikom, kiedy im ukażę,Co się mym oczom odsłoniło ninie!

19  Zgraje dusz nagich ujrzałem: nędzarzePłaczem żałosnym wszyscy zawodzili,Różnymi kształty w jednej cierpiąc karze.

22  Ci na wznak w piasku położeni wyli,Ci z sterczącymi siedzieli kolany,Ci ustawicznie tam i sam chodzili.

25  Liczniejszy był tłum na chody skazany;Mniejszy tych, którzy leżeli pokotem,Lecz język mieli bardziej rozpętany.

28  Na step piaskowy płomienistym miotemPadały żaru rozczepione kiście,Jako na ciszy w górach, równym lotem.

31  Tak Aleksander w Indjach ognio-liścieWidział lecące nad ludzi i konie,Przy ziemi jeszcze płonące jarzyście.

34  Zaczem je kazał deptać na wygonie,Jako, że łacniej zarzewie się zgłuszy,Póki osobno, a nie w kupie płonie.

37  Podobnie tutaj wieczny ogień pruszy,A piach się żarzy tak, jak się zczerwieniaPróchno od skałki, i zwiększa katuszy.

40  Nędzne ramiona młyńcem bez wytchnieniaTrzepiąc się, bronią ciała złudnej koryOd kąsań zawsze świeżego płomienia.

43  »Mistrzu«, zacząłem, »co wszystkie przekoryPiekielne zwalczasz, prócz tej, którą duchyStawiały hardzie u Disa komory;

46  Kto jest ten olbrzym dumny i bezruchy,Co się w kłąb zwinął, ani się nie miota,Jakby nie mięknął pod żarkimi puchy?«

49  Na dźwięk mej mowy olbrzym zadygota;Poczuł, że o nim się pytam i rzecze:»Takim po śmierci, jaki za żywota.

52  I choćby ten, co piorunowe mieczeKuje dla Zewsa, który w te otchłanieStrącił mię, ciało przebiwszy człowiecze;

55  I choćby wszyscy pomdleli TytanieZamknięci w kuźni Mongibelu czarnej;Choćby Zews wołał znów: Bywaj Wulkanie!...

58  I choćby mię znów jak w elementarnejBitwie pod Flegrą, ciął śmiertelnym ciosem,Smak jego zemsty jeszcze byłby marny!«

61  Tedy zawołał Mistrz mój wielkim głosem,Jakom go jeszcze nie słyszał w tej dobie:»O, Kapaneo! sprawiedliwym losem

64  Za kata pycha własna służy tobie,Do żadna boleść nie dorówna wrażejSzałowi dumy w piasków parnym żłobie!«

67  Obrócił ku mnie łagodniejszej twarzy:»To jeden z siedmi«, rzekł, »co wznieśli broniePrzeciwko Tebom; Boga lekceważy,

70  Jak dawniej nie chciał trwać w jego zakonie;Własna mu krnąbrność najciężej dolega,Słuszny, jak rzekłem, szał wzniecając w łonie.

73  Teraz pójdź za mną, a niech się wystrzegaStopa wysunąć na żarkie piaszczyska;Idź tuż pod lasem, trzymając się brzega«.

76  Milcząc my doszli aż tam, gdzie wytryskaPotoczek źródłem ukrytem w gęstwinie;Strach wspomnieć krwawy nurt, co w nim się ciska.

79  Jak w Bulicame struga waru płynie,Który grzesznice niżej w dzbany biorą,Tak zdrój ów płynął przez piasków pustynię,

82  Kamienną stoki i dno kryjąc korą;Tędy spojrzałem, rozumiejąc k’rzeczy,Że to jest droga pośród pól, co gorą.

85  »Z wszystkich aż dotąd zjawionych ci rzeczy,Odkąd za groźne weszliśmy podwoje,Których przystępu żadna moc nie przeczy,

88  Godniejszej oczy nie spotkały twoje,Niźli ten strumień, obecnie widomy,Na którym gasną ogniopłatków roje«.

91  Tak mówił do mnie; zaczem ja łakomyProszę, aby już nie skąpił mi strawy,Do której takiej nabrałem oskomy.

94  »Leżą śród morza puste lądów ławy«,Mówił Mistrz, »ostrów Kretą się nazywa;Za jego króla świat był cny i prawy.

97  Tam góra Ida, bywało, opływaW wody i gaje, w łąki pełne krasy;Dziś ona martwa, niby rzecz nieżywa.

100  Kolebką Zewsa była w tamte czasy,Kiedy go chronić przed ojcem wypadło;Płacz dziecka kryły Kuretów hałasy.

103  Śród góry sterczy olbrzymie widziadło:Starzec, w Damiatę plecyma podany,A w Rzym wpatrzony niby we zwierciadło.

106  Głowa z litego złota, bez odmiany:Srebrne ramiona i barki olbrzyma,Stąd do rozkrocza z mosiądzu jest lany.

109  Nogi z żelaza, w którem skazy niema;Jedynie prawa stopa z terrakotty,Lecz ona cały gmach na sobie trzyma.

112  Wszystek pęknięty, oprócz głowy złotej,Którem pęknięciem łzy ustawnie płyną;Złączone żłobią wnętrze onej groty

115  I z góry spadłszy, biegną tą doliną:Z nich się Acheron, Styks, Flegeton rodzi.Potem wpłynąwszy w ciasny wąwóz, giną,

118  Tam zapadając, skąd się już nie schodzi;Ujrzysz je zlane w zmarzłe topieliskaKocytu; tu ich wspomnieć się nie godzi«.

121  Na to ja: »Skoro strumień ten wytryska,Jak mówisz, pośród ziemskiego padołu,Czemuż dopiero tu widzim go z blizka?«

124  »Miejsce to, jak wiesz, ma formę okołu,A choć już drogi zbiegłeś kawał spory,Ciągle na lewo idąc i ku dołu,

127  Jeszcześ w krąg całej nie zwiedził komory;Więc gdy rzecz nowa zjawia się na oczy,Strzeż się objawiać podziw każdej pory«.

130  »Gdzież«, pytam, »rzeka Letejska się toczy,O której milczysz? Gdzie Flegeton łzawyZlany z wód, które owy kolos broczy?«

133  »Cieszy mię«, odrzekł, »twój umysł ciekawy;Lecz nazwa rzeki, w której płyną wary,Już była winna wskazać strumień krwawy.

136  Letę obaczysz, gdy z piekieł pieczaryWyjdziesz; w niej myć się chodzi duch człowieczy,Skoro okupi grzechy pełnią kary«.

139  I dodał: »Z lasem pożegnać się k’rzeczy;Teraz pójdź za mną po skalnej cembrzynie,Co ci przed spieką stopy ubezpieczy:

142  Nad nią żar ogniów padających ginie«.

Comments

Loading comments…