Pieśń XIX

Translated by Edward Porębowicz

Boska komedja — Piekło

1  Szymonie Magu! Nędzni świętokupcy,Co rzeczy boskie, które winny z cnotąŻenić się, jako chciwcy i porubcy

4  Gwałcicie podle za srebro i złoto!Teraz wam, w ten dół trzeci potępionym,Pieśń ma zahuczy wieczystą sromotą.

7  Jużeśmy doszli po progu sklepionymDrugiego rowu tam, kędy okropnieNad środkiem jamy ostrym sterczy pionem.

10  Mądrości Boża! Jakże Ty roztropnieNiebo i ziemię i to miejsce karyWyznaczasz, w słuszne rozkładając stopnie!

13  Ujrzałem stoki i żłób skały szarejUsiane gęsto w wyżłobione jamy,Wszystkie okrągłe, wszystkie jednej miary.

16  Krój ich i wygląd był właśnie ten samy,Jak u lubego mi świętego JanaDotąd studzienki chrzcielne oglądamy.

19  Jednę ja niegdyś, za co mi przyganaNiesłuszna, stłukłem ratując dziecinę;Niechże niewinność ma będzie uznana.

22  Z każdego dołu wyzierały sine,Dziwnej postury piszczele grzesznikaUtkwione w jamie po samą pęcinę.

25  Od płomiennego lizane językaWyprężały się te ciała kawalceTak, że zerwały-by najtrwalsze łyka.

28  Jako to pełza puszczony na smalceOgień, że tylko po powierzchni liże,Tak chodził płomień od pięty po palce.

31  »Kto on zacz, Mistrzu, co gwałtowniej strzyżeNogami, niż z nim cierpiący pospołu,I piętę mu ssą krwawsze błyski ryże?«

34  »Chcesz-li, bym stokiem spadzistym ku dołuZniósł cię, opowie sam duch, co się kaje,Kim jest i wyzna przyczynę mozołu«.

37  Więc ja: »Na wszystko jako chcesz przystaję,Panie mój; ty wiesz, jak mam słuch otwartyNa twe rozkazy; wiesz nawet, co taję«.

40  Tedy wszedł ze mną na ów pomost czwarty,Skręcił i schodził w dół po stromym waleW żłób zdziurawiony i ścianami zwarty.

43  Nie wprzód mię z bioder zdjął i wrócił skale,Aż był nad duchem, który modłą nowąNogami dziwne to zawodził żale.

46  »Ktokolwiek jesteś, wbrew naturze głowąW ziemię wetkwiona jak pal, duszo licha,Jeżeli-ć wolno«, proszę, »przemów słowo!«

49  Stałem tam, na kształt spowiednika mnichaNad zbrodniem, który po szyję wkopany,Woła o spowiedź, bo póty oddycha.

52  A duch zawołał; »Już to tam u ścianySterczysz? spieszno ci, Bonifacy, pono!Patrz, o lat kilka jestem oszukany.

55  Jużeś tak rychło syt ową mamoną,Co cię skusiła zostać pięknej PaniMężem, by pastwić się nad uwiedzioną?«

58  Jam stał jak ludzie nieprzygotowani,Gdy nie zrozumią co się do nich mówi,Jakby stropieni i jakby zmieszani.

61  »Żwawo!« Wirgili rzecze, »niech się dowieDuch, że się w twojej pomylił osobie«.Jam go też ostrzegł posłuszny Mistrzowi.

64  A mara nogi w tem wykręci obie,Westchnie i pyta żałosnym językiem:»Więc czego żądasz ode mnie w tej dobie?

67  Wiedz, skoroś po to przebrnął jarem dzikim,By poznać, co tu za dusza się biedzi:Ja-m był wielkiego płaszcza dostojnikiem.

70  Z miana i z dzieła syn byłem niedźwiedzi,Nazbyt o dobro swych niedźwiadków dbały;Jak tam me złoto, tu duch w saku siedzi.

73  W głąb niższą dusze tych pozapadały,Którzy przede mną skarb kupczyli święty,Głową w dół wbite przez otwór tej skały.

76  I ja zarówno skryję kiedyś pięty,Skoro tu spadnie i w głąb mię przeważyTen, za którego właśnie byłeś wzięty.

79  Ale ja dłużej w dół nachylam twarzyI dłużej w ogniu pięta mi się smali,Niż temu będzie, co ją po mnie sparzy.

82  Wnet bowiem przyjdzie od zachodniej daliPasterz niegodny, mistrz podlejszej sprawy;Ten mnie i jego zarazem przywali.

85  Jak Machabejski Jazon niecnej sławyBył od monarchy swego ulubiony,Tak temu będzie Francji król łaskawy«.

88  W mej porywczości może zbyt szalony,Na to mu taką przymówką dokuczę:»Hej, powiedz-no mi, jakiej to mamony

91  Żądał od Piotra Pan, zdając mu klucze,I jakiemi to skarby się zbogacał?...Chodź za mną, prosto rzekł; tobie je zruczę.

94  Nie żądał równie Piotr, by się opłacałZłotem Mateusz, kiedy mu przydzieliłUrząd, co zdradą Judasza doń wracał.

97  Siedź-że tu, wpadłeś bowiem, gdzieś wyceliłI niech ci mile kruszec w uszu dzwoni,Który cię przeciw Karłowi ośmielił.

100  A gdyby nie to, że szacunek broniI wzgląd na owe klucze przedostojne,Coś tam na jasnym świecie dzierżył w dłoni,

103  Słowa-by moje ostrzej były zbrojne,Bo chciwość wasza mir świata uboży,Lichych wynosząc, dobrym głosząc wojnę.

106  Was w objawieniu wytknął Pisarz boży,Gdy o niewieście przepowiadał owej,Która z królami ziemi cudzołoży;

109  Co się zrodziła, dziw siedmioro-głowyI moc swą z rogów ciągnęła dziesięci,Dopóki grzech jej nie zgubił mężowy.

112  Czemże-bo od was różnią się wyklęciPoganie, w kruszcu swe mający bogi,Jak, że im jeden, a wam się stu święci?

115  O Konstantynie! jakżeś się stał wrogiŚwiatu, nie przez chrzest, lecz przez darowiznę,Którą się pasterz zbogacił ubogi!«

118  Podczas, kiedy nań takim szydem bryznę,Snać gniew, lub żarły go w sumieniu grzechy,Duch obu łydek wytrząsał goliznę.

121  A Wódz mój widno był pełen uciechy,Że się obrażam na bezecną winę,Bo usta swoje przystroił w uśmiechy.

124  Zaczem na ręce wziął mię jak dziecinę,A kiedy dobrze ogarnął w ramiona,Jak zszedł, tak znowu piął się na wyżynę.

127  Ani nie przestał tulić mię do łona,Aż tam wysadził, gdzie przełęcz porogiMościła, na wał piąty przerzucona.

130  Ostrożnie złożył ciężar sobie drogiNa wirchu grani stromym i wysokim,Gdzieby kozica nie odkryła drogi...

133  Tu jar zaczerniał nowy przed mym wzrokiem.

Comments

Loading comments…