Pieśń XVI
Translated by Edward Porębowicz
Boska komedja — Piekło
1 Doszliśmy miejsca, kędy fala dudniW niższego kręgu pędząc zakamary,A huczy jak ul, skoro się zaludni.
4 Wtem my znienacka ujrzeli trzy mary,Jak zostawiwszy w tyle jednę zgrajęUciekającą pod ostrymi żary,
7 Biegły, gdzie owe szumiały ruczaje.»Czekaj, żeś z naszej bezbożnej ojczyzny«,Wołały duchy, »po sukni poznaję!«
10 Aj, jakie rany i oparzeliznyŚwieże i dawne po ich członkach broczą!Strach przypominać przeokropne blizny.
13 A Wódz spostrzegłszy, że wprost ku nam kroczą,»Czekaj!« rzekł, stając i zwracając twarzy:»Tych przyjąć trzeba cześnie i ochoczo.
16 I gdyby nie ten ogień, którym prażyPrzyroda miejsca, winienby człek grzecznyPierwszy biec witać takich luminarzy«.
19 Wtem oni lament swój podnieśli wieczny,A skoro do nas podeszli, o dziwo,Spletli się i krąg stworzyli taneczny.
22 Jako więc nadzy i lśniący oliwąSzermierze krążą, upatrując pory,Zanim rozpoczną walkę zapalczywą,
25 Tak się toczyły kołem dziwne stwory,A twarze ciągle obracane wstecząZda się z nogami wiodły przekomory.
28 Ozwał się jeden: »Jeśli nieczłowieczoTwarz odmieniona i brzydota kaźniSprawia, iż prośby ucho twe kaleczą,
31 Dla dawnej sławy spójrz ku nam przyjaźniejI mów, kto jesteś, co w piekielne czadyCielesną stopą wkraczasz bez bojaźni?
34 Patrzaj: ten oto, czyje depcę ślady,Goły, golizną szkaradnej wyliny,Większy niż mniemasz: wnuk dobrej Gwaldrady.
37 Gdy zamieszkiwał padolne dziedziny,Gwidona Guerry przyobłóczył miano,Mądrością wsławion i dzielnymi czyny.
40 Tuż za mną depce ziemię przegarzanąTegghiaio Aldobrandi; ten jest warty,Aby go w świecie wdzięcznie wspominano.
43 A ja, wspólnymi płomieniami żarty,Wiedz, Rusticucci jestem, przez złą żonęWpędzon w grzech i tu posłan między czarty«.
46 Gdybym miał wówczas od żaru osłonę,Między nich skoczyć byłbym się odważył.A Mistrz mój widząc, jaką chęcią płonę,
49 Nie byłby wzbraniał; lecz piasek tak prażył,Że chociaż drżałem do nich w tej minucie,Strach we mnie czułość i tęsknotę zwarzył.
52 »Nie wzgardę«, rzekłem, »lecz ból i współczucieBudzi to kształtów ludzkich wykrzywienie,W pamięć zaryty znak strasznej pokucie,
55 Od pierwszej chwili, gdy Mistrza skinienieI słowa poznać niezwłocznie mi dały,Że w was dostojne zbliżają się cienie.
58 Wasz rodak jestem; dzieła pełne chwały,Imiona wasze, które w sercu liczęDo najzacniejszych, zawsze mię wzruszały.
61 Po żółci mam pić owocu słodycze;Niemi, Wódz mówi, mój trud się nagrodzi;Lecz przejść mi trzeba przez centralne dzicze«.
64 »Niechaj-że długo członkom twym przewodziDusza«, odrzekło widmo, »a jasnotaSławy po śmierci niechaj nie zachodzi.
67 Lecz powiedz, proszę: Czy dzielność i cnotaW stolicy naszej zawsze jeszcze żywa?I nie wygnano jej dotąd za wrota?
70 Bowiem Borsiere, który tu przebywaOd dni niewielu i miejsc tych jest blizki,Powieścią o niej serce nam rozrywa«.
73 »Florencjo! Nowy lud i nagłe zyskiZbytek i pychę zrodziły takową,Że czuć zaczynasz gorzko ich uciski!«
76 Tak zakrzyknąłem, wznosząc twarz surową;A oni widząc tę o miasto pieczę,Spojrzeli na się, przytakując głową.
79 »Jeśli-ć i nadal tak łacno, człowiecze,Dozwolą prawdy obnosić orędzie,Szczęsny, że możesz mówić, co cię piecze.
82 Więc gdy za ciemnic tych wyjdziesz krawędzieI wrócisz pięknych gwiazd oglądać jawę,Gdy rzec: tam byłem, pociechą ci będzie,
85 Przed ludźmi czasem wspomnij naszą sławę...«Wtem nagle pierzchli, wyrwawszy się z koła:Furknęły nogi jak na skrzydłach żwawe.
88 Wprzód, niźli »amen« człek wymówić zdołaOwe się duchy z widnokręgu zwiały,A Mistrz już naprzód idzie i mnie woła.
91 Ruszyłem za nim: kęs my uszli mały,A owe szumy tak już były blizko,Że prawie mowę naszą zagłuszały.
94 Jak rzeka, własne co żłobi łożyskoPo apenińskich gór lewej połaciOd Monteveso na wschód i nazwisko
97 Ma Cichej Wody, zanim ubogaciDoliny, niższym rzucając się torem,Już zaś od Forli swoje miano traci;
100 I huczy, w wąwóz lecąc nad klasztorem,Co w Benedykcie świętym ma patrona,A zmieścić może tysiąc mnichów dworem;
103 Tak od granitów piersi odrzuconaOwa kaskada purpurowa brzmiała:Myślałem, że mi słuch od huku skona!
106 Sznur, com go nosił związany w pół ciała,Gotowy użyć w nieszczęsną godzinęNa pstrą panterę, co mi zagrażała,
109 Teraz na rozkaz Wodza z biódr odwinęI zmiąwszy w garści, podaję go karnieDo rąk, jak w kłębek zwiniętą gadzinę.
112 A on się nieco na prawo odgarnieI zaciśnięty kłębek puszcza z dłoniDaleko brzegu w przeotchłanną parnię.
115 Jakieś tu nowe cudo się wyłoni,Myślałem, patrząc na ten znak dziwaczny,Który on, zda się, okiem w pędzie goni.
118 O jakże człowiek winien być opatrznyPrzed tymi, którzy nietylko naocznieSądzą, lecz w serce zmysł kierują baczny!
121 »To, na co czekam, zjawi się niezwłocznie«Rzekł, »co się tobie w mglistych kształtach marzy,Na jawie oczom twoim uwidocznię«.
124 Prawdzie, co kłamstwu jest podobna z twarzy,Niech człek niechętnie ust świadectwo niesie,Bo mimowolny wstyd mu z niej się zdarzy.
127 Lecz tutaj zmilczeć nie mogę i klnę sięSłuchaczu, na tę Komedję, o którejNiech sława głosi w najpóźniejszym czesieczasie,
130 Że przez mgieł gęstwę i skłębione chmuryW górę się parła jakaś rzecz straszliwa,Przerażającej i dziwnej postury.
133 Właśnie jak nurek, co z toni wypływa,Bywszy po kotew głazem hamowanąLub morskiem zielem i w takt się podrywa,
136 Pierś wyprężając, a kurcząc kolano.
Comments
Loading comments…