Pieśń XVII
Translated by Edward Porębowicz
Boska komedja — Piekło
1 »Oto zwierz, co chwost ponosi kolczatyPo górach, twierdze i zbroje druzgoce,Wstrętnym oddechem zapowietrza światy«,
4 Rzekł Mistrz i skinął czarciemu wywłoce,Ażeby do nas przybliżył się, skrzydłyDźwignąwszy w górę ku samej opoce.
7 A owy zdrady pierwowzór obrzydłyDo brzegów tułów i głowę wypręża,W dół opuszczając ogoniaste widły.
10 Twarz jego, niby twarz zacnego męża,Ufność budziła składając się szczerze,Lecz resztą cielska przypominał węża.
13 Łapy kosmate miał do pach jak zwierzę,A boki jego, grzbiet i przepuklinaByły upstrzone w węzły i puklerze.
16 Żaden kunszt Turka ani TatarzynaTak barwnym haftem nie zdobi dywanów,Ani tak kwitła Arachny tkanina.
19 Podobien owej sterczącej z bałwanów,A pół w nadbrzeżny piasek wrytej łodzi,Lub bobru w kraju żarłocznych Germanów,
22 Kiedy na chatach do pół ciała brodzi,Zwierz przylgnął piersią tam, gdzie brzegu spadekTamą kamienną morze piasków grodzi.
25 Potwór nad próżnią wykręcał pośladekI jadowity ogon rozszczypanyWidlasto w górę prężył jak niedźwiadek.
28 Wódz rzekł: »Tu z drogi naszej dla odmianyZboczymy, aby dostąpić do smoku,Co się tam rozparł złośliwy i szczwany«.
31 Zaszliśmy zatem od prawego bokuI brzeżkiem uszli kroków dziesięcioro,Strzegąc od żaru stóp swoich i wzroku.
34 Gdyśmy stanęli prawie nad potworą,Widzę opodal lud, co obsiadł poleKaźni nad czarną schylony komorą.
37 »Ażebyś poznał wszystkie w tem tu koleDuchom występnym naznaczone kary,Idź naprzód«, rzekł Mistrz, »obacz ich niedolę.
40 Niech będą krótkie twoje z nimi gwary;Ja zaś do zwierza podejdę i każę,Aby nam podał swoje mocne bary«.
43 Zaczem sam jeden, by się nowej karzePrzyjrzeć, po rąbku siódmego koliskaSzedłem, gdzie owi siedzieli nędzarze.
46 Męczarnia łzami z pod powiek im tryska.Spojrzę, a każdy to rękoma strząsaŻar, to się broni ogniom legowiska.
49 Podobnie latem pies gniewny się dąsa,Paszczęką kłapie albo łapą bije,Gdy go pchła lub bąk, lub też mucha kąsa.
52 Po twarzach, które deszcz płomienny myje,Wzrok toczę; wszystkie obce się wydały;Lecz wszyscy mieli ustrojone szyje
55 W jakoweś mieszki czy też futerały,Kreślone w barwy i tarcze herbowe,W które się duchy pilnie wpatrywały.
58 Jednego widzę znamię lazurowe,W żółtej woreczka tarczy malowane,Mające niby lwią postać i głowę.
61 Znów potoczywszy okiem w krąg, przystanęNa mieszku znacznym krwawymi kolory:W herbie gęś bielą prześcigła śmietanę.
64 A wtem duch, co miał błękitnej macioryZnamię kreślone na woreczku białym,Rzekł do mnie: »Pocoś wszedł do strasznej nory?
67 Idź stąd, a skoro żywem wrócisz ciałem,Wiedz: dla sąsiada mego, Vitaliana,Tu z lewej strony miejsce zachowałem.
70 Padewczyk jestem sam, lecz mi przydanaTa czerń florencka; głuchnę od jej krzyku;»Czekamy«, wrzeszczą, »na wielkiego pana,
73 Który trzy dzióby ma w herbowym szyku...«Skrzywił się, język wyciągnął plugawie,Podobien nozdrza liżącemu byku.
76 Ja zaś zalękły, że nad nimi bawięDłużej, niż Mistrza mego brzmiała rada,Wracam, a biedne duchy tam zostawię.
79 Wróciwszy, spojrzę, a Wódz już zasiadaNa karku zwierza potwornej urody;»Mężnym i silnym teraz być wypada«,
82 Rzekł, »takie tutaj w głąb prowadzą schody;Usiądź na przedzie, ja na środku krzyża,By ci smok żądłem nie wyrządził szkody«.
85 Jak ten, którego paroksyzm się zbliżaI już mu w febrze paznokcie zsiniałyDrży na myśl samę chłodu, tak się zniża
88 Moja odwaga; wtem się zbiorę cały,Wstydem skrzepiony z jego napomnienia,Jako z łaskawej mowy rab nieśmiały.
91 Siadłem na karku strasznego stworzenia;Chcę wołać Pana mego, niech mię broni!...Głos w gardle utkwił i nie wydał brzmienia.
94 Lecz on, co z gorszej ratował mię toni;Prośby nie czekał; zaledwo się wspiąłem,Sam mię przygarnie i jeszcze osłoni.
97 Potem zawoła: »Gerion, ruszaj dołem!Czujnie, nowemu ciężarowi gwoliSpuszczaj się zwolna i szerokiem kołem«.
100 Jak łódź, gdy z brzegu wyrwać się mozoli,Potwór się cofnął wstecz i odbił o wał;Aż kiedy poczuł się całkiem na woli,
103 Tam, gdzie wprzód była pierś, ogon kierowałI niby węgorz kręcąc w obie strony,Łapami pod się powietrze zajmował.
106 Nie był Faëton bardziej przerażonyW momencie, kiedy z rąk wypuszczał wodze,Od czego nieba strop jest przepalony;
109 Ni Ikar, kiedy w słonecznej pożodzeUczuł od ramion zlatujące skrzydłaI krzyk rodzica: Na złej jesteś drodze!...
112 Niż ja w przestworzu niesion od straszydła,Widząc, że w koło mnie jeno powietrze,A przed oczyma poczwara obrzydła.
115 Bujanie smoka było coraz letsze;Krążył i spadał, lecz jam nie czuł spadu,Jeno na licach po bijącym wietrze.
118 W głębi na prawo tentent wodospaduSłyszę, który się w ciemne rzuca kraje,Więc głowę na dół chylę z szyi gadu.
121 W pędzie okropnym strachu mi przydajeŻe widzę ognie, słyszę jęków tony;Zaczem lękliwiej kurczę się i czaję.
124 Teraz dostrzegłem, że byłem niesionyOkólnym lotem, albowiem dokołaJawią się kaźnie, i z tej i z tej strony.
127 Do zmęczonego podobien sokoła,Co nie czekając ptaka ni przynęty,Zlata, aż łowiec: Już to wracasz? woła;
130 Tak jak wprzód bujał, nad obłoki wspięty,Teraz zemdlony z daleka usiadaOd sokolnika, gniewny i nadęty,
133 Nagle nas Gerion u stóp skały składaU strzaskanego granitów kościelcaI zdjąwszy brzemię, do góry przepada,
136 Jak wypuszczona strzała z łuku strzelca.
Comments
Loading comments…