Pieśń XXIV
Translated by Edward Porębowicz
Boska komedja — Piekło
1 W owej-to porze młodzieńczego roku,Gdy słońce włosy na Wodniku stroi,Noc do długości dnia przymierza kroku;
4 Gdy szron po polach śnieżnej siostry swojejObraz barwami białemi wymości,Który się jednak długo nie ostoi;
7 Kmiotek, któremu już głód w chacie gości,Wstaje i wyjrzeć idzie, jak na dworze,A tam ci niwa calutka w białości.
10 Tedy po bokach bije się nieboże,Do izby wraca i z żalu się słania;Lecz się zaśmieje i otuchą wzmoże,
13 Widząc zmieniony świat do niepoznaniaZa małą chwilę; kostur bierze krzywyI na pastwisko chudobę wygania.
16 Tak się zaląkłem, kiedym frasobliwejNa czole Mistrza mego dostrzegł chmury;Lecz on wnet polał na ranę oliwy,
19 Bo ledwie wstąpił na zwalone mury,Ku mnie się zwrócił w tak słodkiej postawie,Jak tam raz pierwszy u podnóża góry.
22 Potem po krótkiej sam z sobą rozprawieOtwarł ramiona, chwycił mię w pół ciała,Spojrzawszy wprzódy po ruin dzierżawie.
25 A jako człowiek co waży i działa,Lecz chce, by czyn miał bezpieczeństwa znamię,Tak on stawiając gdzie grań wysterczała,
28 Już mi wskazywał drugą. »Na tym złamie«,Mówił, »oprzej się i dobrze obramień,A przedtem spróbuj, czy się nie załamie«.
31 Nie chodzić tędy za zbrodnię omamieńW ołów zakutym, gdy on niewcielony,Ja podpierany, z kamienia na kamień
34 Ledwo stąpamy; i gdyby z tej stronyStok nie był wiele niższy niż z poprzedniej,To nie wiem, czy on, — ja padłbym zemdlony.
37 Lecz że Złe-Doły ku studni ośredniejCałe się chylą, zatem ściany jarówSą ułożone w sposób odpowiedni:
40 Jedna się wznosi, druga zniża w parów.Jużeśmy doszli tam, gdzie w ruin strzępieSterczał ostatni kamień u wiszarów.
43 Kiedy stawałem na granitów kępie,Płuca mi wyschły, krok niosłem ołowiI zaraz usieść musiałem na wstępie.
46 »Teraz się z lichej gnuśności rozpowij!«Mistrz do mnie rzecze, »bowiem pod pierzynąI w puchach łoża sławy się nie łowi.
49 A komu bez niej dni na ziemi płyną,Po takim ślad się padolny rozpyliDymem na wietrze i wód szumowiną.
52 Więc wstań i niemoc niechaj w tobie zmyliDuch, co zwycięzcą jest w każdej rozprawie,Chyba go brzemię ciała ubezsili.
55 Na wyższych schodach ciebie ja postawię;Niedość, że ciemne rzucimy katownie:Wyczerp naukę z tego, co ci prawię«.
58 Wstałem, udając sobą, że cudownieW członki me siła wstąpiła ognistsza;»Pójdź«, rzekłem, »krzepki jestem niewymownie«.
61 Po skalnym lęku ruszyłem w ślad Mistrza;Perć była wązka i pełna obrazyI jeszcze niźli poprzednie spadzistsza.
64 Idę i gwarzę, by nie zdradzić skazyW odwadze, gdy wtem dosłyszę pomruku,Co w niewiązane składał się wyrazy.
67 Niewiem, kto mówił, choć stałem na łuku,Co nowej fosy stanowił granicę,Lecz głos był pełen gniewliwego fuku.
70 Spojrzałem na dół; żyjące źreniceDna dla ciemności nie mogły zgruntować,Więc rzekłem: »Mistrzu, by zejść w tę ulicę,
73 Do rogu ściany okólnej mię prowadź,Bo jak słuchając nie słyszę, tak łowięWzrokiem, a kształtów nie mogę zmiarkować«.
76 »Czynem«, Mistrz odparł, »odpowiedź wysłowię,Bo zacna prośba wysłuchania warta;Niemy czyn na nią najsnadniej odpowie«.
79 Zeszliśmy zatem, aż gdzie przełęcz zdartaNa ósmej ściany opada się zrębie;Przedemną otchłań zionęła otwarta,
82 Gdzie obaczyłem w przeokropnym kłębieWęże przeróżnych kształtów i natury;Myśląc, dziś jeszcze krew mą w żyłach ziębię«.
85 Niech się nie chełpią libijskie piachury,Że płodzą bestje niezwykłe i gady:Hydry, padalce, niedźwiadki, jaszczury.
88 Takich złośliwych, z tak różnymi jadyEtyjopijskie nie znają obszary,Ani czerwono-morskie ich sąsiady.
91 Pomiędzy wstrętne i dzikie poczwaryTam i sam biegał nagi, zastrachanyTłum, spragnion skałki-niewidka lub szpary.
94 Na rękach w tyle miał z wężów kajdany:Powyprężawszy głowy i ogonyTworzyły węzeł z przodu zadzierzgany.
97 Owoż w jednego, co stał z naszej stronyNagle wpił się wąż i kłem go uszczypałTam, kędy szyja wiąże się z ramiony.
100 Pewnie mniej szybko z łuku padnie wypał,Niż ten zapłonął, zgorzał i z pożogiProchem się marnym po ziemi rozsypał.
103 A kiedy leżał taki proch ubogi,Nagle się zgarnie, pospaja, podniesieI w dawnym kształcie powstaje na nogi.
106 Ów ptak bajeczny, co feniksem zwie się,Podobnie kona i wstaje w popieleNa pięć-wiekowym swego życia kresie.
109 Nie wykarmia go ziarno, ani ziele;Krople amonu i bursztynu jada,Z nardu i mirry stos ostatni ściele.
112 A jako człowiek, co na ziemię padaCzy w opętaniu, gdy w nim czart się rzuca,Czy przez humorów sok, co w nim się zsiada:
115 To potem, gdy się z omdlenia ocuca,Błędnie wzrok toczy, męką obłąkany,Ciężkim oddechem pracują mu płuca;
118 Podobnie grzesznik ów, z pyłu zebrany.O Sądzie boży, jakżeś jest surowy,Gdy za grzech wtrącasz w tak okropne stany!
121 »Ktoś ty?« Wódz pytał. Skwapliwemi słowyOdrzekł: »z Toskany jestem; dni to świeże,Jako popadłem w okropne parowy.
124 Tam nie jak człowiek żyłem, ale zwierzę,Rówien mułowi; jam jest Vanno Fucci,Bydlę; Pistoja godne moje leże«.
127 »Każ mu«, powiadam, «niech»niech wyznać nie zwłóczyZa co tu wtrącon, gdyż między ziemianyWiem, był człowiek wściekły, co się gniewem tuczy«.
130 Usłyszał, żal mi zjawił nieudany,Oblicze na mnie podniósł, gdzie sromotaZjadliwa w barwie wykwitła rumianej.
133 »Zaiste, bardziej ból mną tutaj miota,Że w nędzy tego widzisz mię momentu,Niż tam na ziemi w odjęciu żywota.
136 Skoro wymagasz, wyznam aż do szczętu,Skąd duch mój głębiej, niźli-ś czekał, leży:Jam był złodziejem kościelnego sprzętu
139 I delatorem fałszywym grabieży.Lecz byś się z mego nie chełpił widzeniaGdy z tego lochu na blask wyjdziesz świeży,
142 Skupiwszy baczność, słuchaj objawienia:Naprzód Pistoja Czarnych się pozbywa,Potem Florencja rząd i ludność zmienia.
145 Mars z Val di Magra wielki tuman zrywa,A wtem go chmura niezmierna obwinie,Zaczem się burza podnosi straszliwa
148 I bój się stacza w Piceńskiej dolinie;Tuman przebija chmurę w swym rozpędzieI wszelki Biały w zawierusze ginie.
151 — To mówię, bo wiem, że cię boleć będzie!«
Comments
Loading comments…