Pieśń XXVII
Translated by Edward Porębowicz
Boska komedja — Piekło
1 Już wyprostował się i zmilkł ognistyJęzyk i zwolna od nas w dal odpływałZa zezwoleniem słodkiego lutnisty.
4 Wtem drugi, który w trop za nim przybywał,Wierzchołka swego niewyraźnym sykiemWzrok nasz ku swemu zjawieniu pozywał.
7 Jak się zdarzyło z sycylijskim bykiem,W którym — jak słuszna — naprzód zaznał karySamże Mistrz, co go odlał; skąd porykiem
10 Wydobywał się z wnętrza jęk ofiary,Przez co spiżowy potwór zdał się życieMieć i męczony być wnętrznymi żary;
13 Tak tu nie mając ujścia, należycieZ naturą ognia na gwarę ogniowąZamieniało się potępieńca wycie.
16 Lecz skoro wyszedł głos płomienną głowąI drganie nadal takie, jak w przeprawieWziął od języka, tą nas witał mową
19 Duch z ognia: »O ty, do którego prawię,Któryś przypomniał mi lombardzką stronęMówiąc: — Idź sobie, już cię tu nie bawię; —
22 Choć przyjście moje może jest spóźnione,Nie przykrzyj sobie kęs pogwarzyć ze mną,Gdy się nie przykrzy, patrzaj, mnie co płonę.
25 Jeżeliś popadł w tę krainę ciemnąZ łacińskiej ziemi słodkiej, skąd ja mojęDo piekieł winę przyniosłem nikczemną,
28 W Romanii, powiedz, pokój-li czy boje?Wiedz, że pochodzę z gór między UrbinemA tą przełęczą, gdzie są Tybru zdroje«.
31 Jeszcze schylony uważnie w kotlinę-mPatrzał, gdy Wódz mój lekko w bok mię trąca,Mówiąc: »Odezwij się, ten jest Latynem«.
34 A na języku mym odpowiedź rącaNatychmiast tymi wyrazy zabrzmiała:»Duszo w płomiennym knocie gorejąca,
37 Romania twoja nigdy nie bywałaWolna od wojny w sercu swych tyranów,Lecz gdym ją żegnał, niby pokój miała.
40 Rawenna stoi jak za dawnych panów:Orzeł Polenty tam swe gniazdo ścieleI swemi skrzydły otula Cerwianów.
43 Ziemia, która prób wytrwała tak wiele,Darząc Francuzów krwawem cmentarzyskiem,Zielonym Szponom przypadła w udziele,
46 Zaś stary Kundys z psiakiem werukijskimOd których poszła Montanii zatrata,Tam gdzie i dawniej krwawym gryzą pyskiem.
49 Stołb nad Lamonem i Santernu czataLwiątko z białego gniazda sobie wiodą,Co zmienia wiarę od zimy do lata.
52 Gród, co mu Savio bok podmywa wodą,Jak między górą leży, a padołem,Między niewolą żyje a swobodą.
55 Teraz mi wyznaj, kto jesteś«, zakląłemDucha, »mniej mi bądź, niż tamci surowy;I niech twa sława nie ginie z popiołem«.
58 Więc zaszumiawszy ów język ogniowyNa modłę swoją, światłem zachybota,Poczem takiemi odzywa się słowy:
61 »Gdybym przypuszczał, że słucha istotaCo się z tych ciemnic na słońce wybije,Nie drgnąłby więcej płomień mego knota.
64 Lecz że z czeluści tych stopy niczyjeNie powróciły życiem odzyskanem,Bez trwogi tobie mą hańbę odkryję:
67 Jam to z żołnierza został Franciszkanem,Tusząc, że paskiem grzechy życia zmażę.I Bóg-by litość miał nad moim stanem,
70 Gdy Wielki Kapłan, niechaj bies go karze,Napowrót w dawne pociągnął mię złości:Czemu i jak się zdarzyło, pokażę.
73 Gdym jeszcze kształtem był z miąszu i kości,Jakom z macierzy łona wyszedł żywy,Nie lwie, lecz lisie chowałem skłonności.
76 Wszelkich podstępów, wszelkiej ścieżki krzywejŚwiadom misternie swoje wiodłem czyny:Po świecie o nich powiadano dziwy.
79 Gdy życie moje dobiegło godzinyTakiego kresu, gdzie ludziom wypadaPozwijać żagle i pościągać liny,
82 Zbrzydła mi uciech marność i szkarada;Pokutowałem, przysiągłem przystojneŻycie i byłbym ocalał... O biada!
85 Faryzeuszów nowy książę wojnęRozpoczął wówczas wieść pod Lateranem.A nie na Turki ani Żydy zbrojne
88 Szedł; on wojował jeno z Chrześcijanem,Który z Niewiernym Akry nie zdobywał,Ani nie kupczył w krajach pod Sułtanem.
91 Urząd swój skalał, praw świętość pozrywał,Nie uszanował sznura mojej szaty,Co zwykł umartwiać, kogo opasywał.
94 Lecz jak Konstantyn Sylwestra z SyrratyWołał, aby mu leczył trądu rany,Tak ten mię wezwał z za klasztornej kraty
97 Chcąc być w gorączce pychy ratowany;Żądał porady; jam stał oniemiały,Gdyż był w swej mowie jakoby pijany.
100 Tedy rzekł: — Ja cię rozgrzeszam; bądź śmiały!Co czynić, niech się od ciebie nauczę,Aby upadły Penestryny wały?
103 Wiesz, że mam w mocy dwa od nieba klucze:Szacunek świadczył im nienależytyTen, po kim płaszcz mój dostojny obłóczę.
106 Tak poważnymi dowodami zbity,A przytem pewny, że milcząc popadamW błąd jeszcze większy, rzekłem: Skoro mi ty
109 Sumienia czystość wracasz, którą stradam,Radzę-ć: przyrzekaj dużo, czyń niewiele,Tędy ci pewny tryumf zapowiadam —
112 Gdym konał, Patron mój stanął przy ciele,Lecz głos się ozwał czarnego cheruba:Nie czyń mi krzywdy, nie przeszkadzaj w dziele!
115 Już on jest mój rab, już go czeka zgubaJako zbrodniarza, co złą radą truje;Już dawno moja dłoń u jego czuba.
118 Grzechu nie zmaże, kto żalu nie czuje,Ale żałować pragnąc, to zamykaSprzeczność, którą się ład logiczny psuje.
121 Jakże rubasznie potrząsł mnie nędznika,Kiedy uchwycił mówiąc drwiącym głosem:— A co? Możeś mię nie miał za prawnika?
124 Tedy poniósłszy stawił przed Minosem.On twarde biodra osiemkroć obwijaDo krwi gryzionym z wściekłości oczosem
127 I rzecze: ten jest z ognia ducho-kryja.Chodzę więc, w szatę ogniową zaklęty,Która się we mnie ostrym żarem wpija«.
130 Powieści swojej skończywszy lamentyOdeszła od nas bolejąca mara,Wijąc i wiejąc płomiennymi skręty.
133 Idziemy z Wodzem dalej, wierna para,Po skał krawędzi aż tam, gdzie sklepienieDół kryje nowy i gdzie tych jest kara,
136 Co sianiem waśni skalali sumienie.
Comments
Loading comments…