Pieśń XIV

Translated by Edward Porębowicz

Boska komedja — Raj

1 W krągłym naczyniu dwojgiem fal się mąciPłyn, które na się zachodzą wzajemnie,Gdy się go z zewnątrz i z wewnątrz potrąci.

4 Podobny obraz ujawnił się we mnie,Gdy duch żywota niegdyś TomaszowyZapadł w milczenie; bo się tak foremnie

7 Układał teraz pogłos jego mowy,Ku nam falując, z głosem Beatryczy,Która więc temi ozwała się słowy:

10 »Choć on nie wyrzekł jeszcze czego życzy,Ani chęć nawet w głowie mu nie świta,Potrzeba jemu nowych prawd zdobyczy:

13 Blask, którym wasza substancja zakwita,Wiecznie-li będzie trwał, czy też docześnie,Póty aż się wiek wypełni do syta?

16 A jeśli przetrwa dzień, gdy człowiek wskrześnie,Jakim sposobem w ciele cierpiętliwemPłonąc, nie będzie ócz raził boleśnie?«

19 Jak uniesiony radosnym porywem,Pląsając w kole cały chór tanecznyObjawia afekt swój giestem i śpiewem,

22 Tak po tej prośbie naglącej i grzecznejZawirowały z radosnymi głosyDwa święte kręgi obręczy słonecznej.

25 Kto z was się skarży na śmiertelne ciosy,Które raj dają po ziemskiej rozłące,Nie wie, jak luby chłód niebieskiej rosy.

28 Jedność i z Dwójcą Trójca, wiecznie tchnąceA władne w Trójcy, w Dwojgu i w Jedności,Nieogarnięte, wszechogarniające

31 Trzykroć śpiewane były pośród włościNiebios tak słodko, że najlepszy zgołaDo większych nagród prawa nie urości.

34 I usłyszałem śród mniejszego kołaW zbożniejszem świetle pełen umileniaGłos, jak ów Marji zwiastuna — anioła:

37 »Dopóki w Raju te pląsy i pieniaTrwać będą, póty miłość co w nas tlejeWyiskrzać będzie te szaty z płomienia.

40 W miarę zapału blask nasz potężnieje,A zapał w miarę patrzenia, tem silniej,Im więcej Łaska na nas mocy zleje.

43 Gdy dawne ciała mieszkańce mogilniPrzywdziejem, wtedy w tej chwalebnej korzeBóg będzie na nas poglądał przychylniej.

46 Przez to się równie nasza jasność wzmoże,Którą wysiewa niebieska skarbnicaI dzięki której patrzym w lica boże.

49 Widzeń się naszych rozszerzy granica,Roztleje ten żar, który z nich się nieci,Posili promień, co się w nich nasyca.

52 Jak węgiel, kiedy płomień go ukwieci,Swoję łupinę ogniową przebijaI pośród światła czerwonością świeci,

55 Tak przez tę jasność, która nas spowija,Kształt nasz cielesny lśnić będzie z pożaru,Dziś jeszcze skryty w grobie co przemija.

58 Ani nie będziem zmęczeni od skwaru:Organ cielesny będzie dosyć silnyAby nie zemdleć z rozkoszy nadmiaru.«

61 Tedy słyszałem, jak bardzo był pilnyZawołać — Amen — każdy ognia płatekSpragnion dostania swej szaty mogilnej.

64 Nie tyle dla się, ile dla swych matek,Ojców i wszystkich, których w tamtym bycieKochali, zanim zbyli ziemskich szatek.

67 A oto mi się zjawiły w rozkwicieNowe jasności nad tęcz pierwszą parą,Niby na rąbku niebiosów o świcie.

70 Jak na sklepieniu nieb godziną szarąZamajaczeją coraz błyski noweWidniejąc w oczach ni jawą, ni marą,

73 Podobnie błysły przez mgielną osnowęŚwiatła i jęły toczyć swe obrotyPonad dwie inne obręcze tęczowe.

76 O szczere Ducha świętego błyskoty!Utkwiony w waszej ognistej koronieWzrok mój lśnął, rażon gwałtownymi groty.

79 Wtem Beatryczy piękność mi rozpłonieUśmiechem między światłości ruczajeTak, że mej wizji opisem nie zgonię.

82 Czułem, że wzrok mój nowych sił dostajeI że jak gdyby potężnemi pióryJestem z mą panią rwany w wyższe raje.

85 Czułem to, żeśmy lecieli do góry,Po roześmianiu gwiazdy purpurowem,Czerwieńszem niż ton jej zwykłej purpury.

88 Modlitwą serca, tym wspólnym duchowymJęzykiem Bogu składałem ofiaryPo Jego łaski objawieniu nowem.

91 A nie ostygły jeszcze we mnie żaryCałopalenia, gdym miał niewątpliwyDowód, że przyjął Bóg me korne dary.

94 Bo tak szkarłatny, światły nad podziwyBłysnął kształt w głębi tęczowego kręga,Żem wołał: Helios! jakżeś urodziwy!

97 Jak owa, która dwa bieguny sprzęga,Gwiazdami siły różnej świecąc światu,Niewybadana wiedzą mleczna wstęga,

100 Tak pośród Marsa pełen majestatuZnak mi się jawił, złożony w te linie,Co razem tworzą przekątnię kwadratu.

103 Tutaj ma sztuka z pamięcią się zminie,Bo oto w krzyżu lśniła postać CHRYSTA:Wobec niej wszelkie porównanie ginie.

106 Lecz kto krzyż bierze naśladując CHRYSTA,Przebaczy mowie mojej niedojrzałej,Gdy kiedyś ujrzy sam łyskanie CHRYSTA.

109 W ramionach krzyża, tam gdzie się mijałyLub gdzie schodziły święte błyskawice,Zaraz się skrzyło żywszymi zapały.

112 Jako przez niedość szczelne okienniceWciska się iskier gromada drgającaPasem świetlanym w komnaty ciemnicę

115 I cząsteczkami ognia cień roztrącaCo go człek sobie sztucznie dla osłonyUczynił, chroniąc się nadmiaru słońca;

118 Lub jako w gęśli albo wielostronejHarfie ze zgodnych uderzeń wykwitnąMiłe, choć w słowa nieubrane tony,

121 Tak ja w me zmysły przejmowałem szczytnąMuzykę świateł, która się zbierałaW ramionach krzyża melodją niechwytną.

124 Śpiewana była snać najwyższa chwała:»Powstań«, — »zwyciężaj« — jeno mię doleciZ pieśni, która się w swoim wątku rwała.

127 Zatem się we mnie taka miłość nieci,Że owładnęła całą duszą moją:Nigdy nie byłem brany w słodsze sieci.

130 Może te słowa nieopatrznie roją,Mając przepiękne oczy w niepamięciCo były dotąd mych tęsknot ostoją.

133 Ale kto zważy, iż żywe pieczęciPiękna, im wyżej, tem działają żywiejI że w tej chwili do nich wszystkie chęci

136 Miałem zwrócone, ten usprawiedliwiW czem uchybiłem, albowiem dowiodę,Iż się jednemu drugie nie przeciwi:

139 Wszak ona wzrosła tymczasem w urodę.

Comments

Loading comments…