Pieśń XXII
Translated by Edward Porębowicz
Boska komedja — Raj
1 Pochyliłem się przerażony wielceKu mojej pani; tak dziecię się wieszaU ramion swojej czułej rodzicielce.
4 Ona jak matka, gdy pomóc pospieszaSwemu blademu, zlękłemu chłopięciuI pieszczotliwym głosem je pociesza,
7 Rzekła: »Czy nie wiesz, żeś w rajskiej krainieI czyli nie wiesz, że Raj wszystek świętyI że tu wszystko z żarliwości płynie?
10 W coby cię mego uśmiechu ponęty,W coby cię śpiewy szczytne obróciły,Gdy cię krzyk jeden w te wprawia zamęty?
13 Gdyby ci modły ich odkryte były,Poznałbyś, że już pomsta niedaleka:Ujrzysz ją, zanim zstąpisz do mogiły.
16 Miecz boży bowiem ni spieszy, ni zwleka:Temu się żmudny wydaje, lub żwawy,Który go trwożnie albo chciwie czeka.
19 Teraz uwagę zwróć na inne zjawy:Duchów dostojnych tu obaczysz roje,Gdy za mym giestem wzrok podasz ciekawy«.
22 Gdzie chciała, oczy obróciłem swoje;Ujrzałem krążków sto, co na się wzajemRzucały świateł promieniste stroje.
25 Stałem, jak kiedy zawahani stajem,Tłumiąc pragnienie duszne i w obawieNatręctwa z siebie wyniść mu nie dajem.
28 A w tem największy z błyszczących jaskrawieRajskich klejnotów ku mnie się przywionie,Aby mię sobą nacieszyć łaskawie.
31 »Gdybyś to widział« — mówi — »jaki płonieOgień w mieszkańcach naszego płanety,Jużbyś chęć wydał, którą nosisz w łonie.
34 Lecz byś zwlekając, do wysokiej metyNie spóźnił lotu, ja twej niewyznanejChęci oznajmię mych losów sekrety:
37 Wierzchołek wzgórza, gdzie u stromej ścianyPrzylgnęło drobne murami Cassino,Lud zamieszkiwał krnąbrny a zbłąkany.
40 Jam pierwszy dobrą darzył go nowinąO Nim, co światu głosił prawdy dziwo,Za którem dusze dziś w górę się winą.
43 Bóg mi dozwolił widzieć trudu żniwo,Bom ponawracał grody okoliczneSpętane wiarą zwodną i fałszywą.
46 Owe ogniki, to są duchy liczneKontemplatywne; pod świętymi żaryWydały kwiaty i owoce śliczne.
49 To jest Romuald, a tamten Makary;Bracia to moi, co trwali w klasztorze,Stopą tam wrośli i duchem ofiary«.
52 A ja do niego: »Czułość, co w ferworzeSłów twoich tętni i ochota szczera,Którą tu płoną na niebieskim dworze,
55 Serce me taką ufnością otwiera,Jak słońce różę, aż się całkowitąKoroną w blaskach jego porozpiera.
58 Więc proszę ojcze i pytam cię, czy toDoznam tej łaski, aby lico w liceOglądać istność twoję niezakrytą?«
61 On na to: «Bracie»Bracie, niebiańskie tęskniceUkoi w tobie sfera ostateczna,Gdzie wszechstworzenie i gdzie ja się sycę.
64 W niej pełna, źrzała, całości bezpiecznaWszelaka żądza; ona nie odmieniaMiejsca, w niej każda cząstka jest stateczna.
67 Biegunów nie zna, ni rozprzestrzenienia;Nasza drabina tonie w jej bezmiarzeZa granicami twojego widzenia.
70 Już patryjarcha Jakób w sennej marzeWidział wierzchołek tej samej drabiny:Stąpały po niej uskrzydlone straże.
73 Dzisiaj brać moja piąć się na wyżynyNie spieszy, jeno regułę z ferworemKopiując, psowa drogie pergaminy.
76 Mury, co niegdyś miały być klasztorem,Są dziś jaskinią, a kaptury mniszeStały się mąki zapleśniałej worem.
79 W obliczu Boga lichwa się zapiszeMniej ciężej, niźli kościelne bogactwa,Do których serce zakonników dysze.
82 Bo ten depozyt, to własność biedactwa,Ilekroć żebrać w imię boże będzie;Nie krewnych, ani różnego plugactwa.
85 Mdłe ludzkie ciało: choć w zacnym zapędziePoczyna, prędzej mija mu ochota,Nim młody dąbek urodzi żołędzie.
88 Piotr rozpoczynał bez srebra i złota,Jam stawiał zakon modlitwą i postem,Franciszek swoje pokorą żywota.
91 Ty, coś znał prątek, widzisz, jak ze wzrostemKarłowacieje konar na krzewinieI wykrzywia się to, co było prostem.
94 Lecz Jordan, kiedy cofnął się w pustynię,Morze, gdy pierzchło z bożego wyroku,To był cud większy, — więc i tu nie minie«.
97 Rzekł i spłynął się na drabiny stokuZe swą drużyną; zbite w jasną chmuręFrunęły w szczyty i znikły z widoku.
100 A słodka pani popchnęła mię w góręPo szczeblach owych za świateł orszakiem;Moc jej przemogła mą ziemską naturę.
103 Nie wstępowały wstępowaniem takiemNa żaden ziemski schód stopy niczyje,Jak moje, com się stał nadziemskim ptakiem.
106 Że prawdę mówię, niechaj tak zażyjęRajskich tryumfów, dla których bez likuŁzami się zlewam i w piersi się biję.
109 Bo oto palec sparzony w płomykuMniej prędko zemknie, niźli ja wleciałemW znak konstellacji świecący po Byku.
112 Gwiazd świetna paro, o blasku nabrzmiałymPotężną mocą; z was był formowanyGeniusz, który się moim stał udziałem.
115 Z wami wstępował i schodził w rumianejZorzy rodziciel śmiertelnego bytuW dniu, gdym tchnąć zaczął powietrzem Toskany.
118 Potem, gdym zaznał łaski i zaszczytuPrzejęty w sferę, która z wami krąży,Los mi was zdarzył na drodze do szczytu.
121 Ku wam nabożnie dusza moja ciążyI mocy swoje posila i wzwyża,Zanim się w wielkim zachwycie pogrąży. —
124 »Pora ostatnich wyzwoleń się zbliża«Rzekła Beatryx; czujna w przyszłem dzieleŹrenica twoja niech tu leci chyża.
127 Zanim cię przecież w ten świat nowy wcielę,Przypatrz się, oczy potoczywszy dołem,Jakie to światy pod twe stopy ścielę,
130 Abyś pogodnem sercem i wesołemWitał wspaniałą rzeszę planetarną,Co tu radosnem polatuje kołem«.
133 Zaczem sfer siedem oczy me ogarnąI glob tak nikły w swojej ziemskiej zjawie,Żem śmiechem cisnął w jego bryłę marną.
136 Temci ja wyżej człowieka postawięIm mniej go ceni; lecz kto w wyższe stronyPatrzy, takiego iście zbożnym sławię.
139 Spostrzegam córę płonącą Latony,Lecz bez plam ciemnych, co była przyczyna,Żem dopatrywał tam miazgi zgęszczonej.
142 Na twego patrzę, Hyperionie, synaNie mrużąc oczu; i jak się świetlanyMaji i Diany krąg w niebie rozpina.
145 Tam mi się jawi Jowisz miarkowanyPomiędzy ojcem a synem; tam widzęIch położenia kolejne odmiany.
148 Zaczem oglądam siedem płanet w lidze,Jak która wielka, jakim torem biega,W jakiej oddali. Ta, której się wstydzę,
151 Bryłka, co ziemską dzikość w nas zażega,Kiedym tak krążył z wiecznemi Bliźnięty,Była mi widna od brzega do brzega.
154 — A potem w oczy spojrzałem mej Świętej.
Comments
Loading comments…