Pieśń XXVI
Translated by Edward Porębowicz
Boska komedja — Raj
1 Gdym nad ślepotą moją stał w żałobie,Z ognia, którego uległem pożodzeTchnął duch i ciągnął uwagę ku sobie,
4 Mówiąc: »Zanim twój zmysł odzyska wodze,Co się od blasku mojego podarły,Stratę rozmową tobie wynagrodzę.
7 Mów: na jakim się fundamencie wsparłyKochania twoje? Niech cię nie przestraszaCiemność; omdlały wzrok twój, nie umarły.
10 Bo pani, co cię w te światy zaprasza,Ma w swoim wzroku moc, którą na choreŹrenice miała dłoń Ananijasza«.
13 »Niechże uleczy«, rzekłem: »w każdą poręOczy me dla niej jak wrota otwarte,Którędy wniosła ogień, co nim gorę.
16 Dobro, na ten dwór wszystek rozpostarteJest mego ducha alfą i omegą,Ilekroć miłość tchnie na jego kartę«.
19 Usta, com przez nie zbył przestrachu megoUpewnion, że mię nie tknęła ślepota,Znów mię do dalszych wyjawień podżegą:
22 »Przez gęstsze« — prawi — »siać musisz rzeszotaI wyznać, czyjej to dłoni napięcieKu prawym celom twoje strzały miota?«
25 »W filozoficznym prawdy argumencieOraz w powadze, co się zeń wyłania,Ta miłość swoje hartuje pieczęcie.
28 Dobro pojęte z chwilą rozeznania,Im więcej w sobie zawiera dobroci,Tem do większego pobudza kochania.
31 Więc do Istoty, w której się stokrociDobro do tyla, że wszystko co żywiePoza nią, w jej się aureolach złoci,
34 Bardziej niż indziej musi każdy chciwieDążyć kochając, kto się ubezpieczy,Że swój syllogizm wyłożył prawdziwie.
37 Tej prawdy nabył mój umysł człowieczyOd mędrca, który miłość uznać każeZa pierwszą pośród nieśmiertelnych rzeczy.
40 Nabył od Stwórcy, co w świętym rozgwarzeZ Mojżeszem, mówił rozumiąc o sobie:Oto ja wszystko dobro ci pokażę.
43 W twej też powieści wzniosłej ją sposobię,Gdzie się najwyższa tajemnica słowiZ nieba zniesiona stworzeniom na globie«.
46 Tu usłyszałem: »Wierząc rozumowi,Wierząc powadze, co się z nim nie mija,Ku Bogu miłość najwyższą rozpowij.
49 Ale wprzód jeszcze jedno powiedz: CzyjaMoc cię ku Bogu ciągnie swemi pęty?Ilą się zębów miłość w ciebie wpija?«
52 Chrystusowego orła zamiar świętyNie był mi tajny; czułem krom wątpienia,Dokąd mię wodził w trop swojej zachęty.
55 Zaczem mówiłem: »Wszystkie ukąszeniaKu Bogu w słodkiej bodące katuszyZbiegły się moje podsycać pragnienia.
58 Istota świata, istota mej duszy,Śmierć którą poniósł On, bym ja był żywyI to co wiarą pozyskać się tuszy
61 I wiedza prawdy, której byłem chciwy,Sprowadziły mię z wód miłości grzązkiejI postawiły na brzegu prawdziwej.
64 Miłuję wszystkie te bujne gałązkiRozwite w sadzie, kędy niepojętyOgrodnik wcielił wszechdobra zawiązki«.
67 Kiedy umilkłem, poprzez firmamentyŚpiew brzmiał, a pani mojej słodkie tonyWtórem wołały: Święty, święty, święty!
70 Jako się budzi człek światłem rażony(Bo się duch wzroku jego z blaskiem zmagaPrzenikającym od błony do błony), —
73 I w przedmiot blizki poglądać się wzdragaCałkiem nieświadom swojej wzrocznej siły,Póki go znowu nie wesprze rozwaga,
76 Tak z moich źrenic wszelkie mroczne pyłyZwiała pani ma swemi źrenicami,Które na tysiąc mil wkoło świeciły.
79 Wtem śród migotu, który w oczach gra mi,Wzrok mój na nowe dziwo się otworzy:Oto błysk czwarty zaświtał przed nami.
82 A Beatrycze rzekła: »W tej tu zorzyWdzięczy się Stwórcy pierwsza dusza mężaNa świat z potęgi wywołana bożej«.
85 Jako gałązka, gdy ją wiatr zwycięża,Szczytem się zgina ulegając sileI znowu własnym nerwem się odpręża,
88 Tak ja zdumiony ku światłu się chylę;Poczem mię zaraz prostuje na nowoZapał słuchania nie zgasły na chwilę.
91 »Jabłko, coś było stworzone gotowo,Ojcze, któremu wszelaka podwikaPo Ewie córką była i synową,
94 Mów do mnie, prośba moja cię potyka;O czem, — nie wskażę, bo pragnę co żywoSłuchać; sam wzrok twój w moje myśli wnika«.
97 Jako to owad, kiedy popędliwąChęcią wiedziony, co go lecieć zmusza,Chęć tę objawia drżąc skrzydeł pokrywą,
100 Podobnie owa pierworodna duszaOkazywała skrząc w jasnym oprzędzie,Jak ją radosny ku mnie pęd porusza.
103 I tchnęła ku mnie: »Zbyteczne orędzie;Chęć twa widniejsza przed mojem obliczem,Niż tobie kiedy rzecz najbliższa będzie.
106 Gdyż ja w zwierciedle widzę niezwodniczem,Gdzie się odbija każdy twór przyrody,A samo się zaś nie odbija w niczem.
109 Chcesz wiedzieć: kiedy Pan Bóg mię w ogrodyRajskie wprowadził, skąd Ona cię z ciałemUczyła wkraczać na wyniosłe schody;
112 — Jak długo w rajskich uciechach wytrwałem;— Za co tak srodze Pan Bóg mię strofowałI jaką mową w raju rozmawiałem. —
115 Nie to, synu mój, żem z drzewa kosztował,Było przyczyną wywołania mego,Ale żem bożej przestrogi nie chował.
118 Tam, skąd twa pani wzięła Wirgilego,Cztery tysiące trzysta dwa obrotySłońca tęskniłem: lat, które z niem biegą
121 Wschodząc wszystkiemi Zodyjaku wroty,Narachowałem dziewięćset trzydzieścieW czasie pobytu na ziemi zgryzoty.
124 Język dany mnie i pierwszej niewieście,Masz wiedzieć, wygasł, zanim się poczęłoNiedokonalne w Nemrodowem mieście.
127 Bowiem w rozumie ludzkim wszczęte dziełoGnąc się z afektem poddanym wpływowiPłanet, trwałością nigdy nie słynęło.
130 Rzecz przyrodzona jest, że człowiek mówi,Lecz wybór mowy jemu zostawiono;Natura sama o tem nie stanowi.
133 Kiedym zstępował z ziemi w piekieł łono,Szczyt Dobra zwał się Jot; z niego się lejąTe blaski szczęścia, co są mą oponą.
136 Potem znów Eli, — zwyczajną koleją:Bo zwyczaj ludzki jako drzew ubioryOdrastające, gdy stare zetleją.
139 Na szczycie falą okolonej góryŻyłem niewinny — do pozbycia cześci,To jest od pierwszej godziny do wtórej
142 Następującej po godzinach sześci«.
Comments
Loading comments…