Pieśń XXXI
Translated by Edward Porębowicz
Boska komedja — Raj
1 W postaci jasnej, różanej koronyŚwięci wojacy mi się ukazali,Krwią Chrystusową poczet poślubiony.
4 Tuż wzlata drugi, ogląda i chwaliWielkość Onego, co w nim miłość nieciI Dobroć wieczną, co go doskonali.
7 Jako rój pszczelny raz po raz się wkwieciI znów polata nad pąkiem koliście,Miód urabiając z kwiatu słodkiej śnieci,
10 Tak owy hufiec między piękne liścieWpadał i wzlatał i ginął w bezmiarze,Gdzie miłość jego mieszka wiekuiście.
13 Z płomieni żywych były jednych twarze,A skrzydła złote: drugi huf był w bieli:Żadna biel śnieżna z nim nie stanie w parze.
16 Stopień po stopniu schodzili anieliW głąb róży: gońce miru i pogody,Które powiewem skrzydeł wciąż garnęli.
19 Nie stanowiły dla wzroku przeszkody,Ani dla światła te przez blasków morzeCiągle płynących aniołów pochody.
22 Bo skroś wszechświata wnika światło bożeI wedle zasług różnie się rozdziela,A nic mu stanąć oporem nie może.
25 Owo królestwo ciszy i weselaW lud starożytny i w lud nowy strojneWzrok i myśl swoję w jeden cel zestrzela.
28 O ty, w jedynej skrze światło potrójne,W którem się miłość duszyczek zażega,Spójrz, w jaką padół nasz wplątany wojnę!
31 Jeśli z dzikiego barbarzyńcy brzega,Który Helice gwiazda w jednej dobieZ najukochańszym swym synem obiega,
34 Widząc Rzym w hardej pałaców ozdobieZdumiewali się gmachom Lateranu,Który był wówczas przedniejszy na globie,
37 Mnie, com z ludzkiego do bożego stanuI z doczesności leciał wieczność witać,Z florenckich granic w kraj oddany Panu,
40 Jakież musiało osłupienie chwytać!Zdumiony, szczęśliw, zapatrzony w RóżyCzekałem, nie rad ni słuchać, ni pytać.
43 Jak pielgrzym stając u celu podróży,U ślubowanej świątyni, wesołoUkłada, jak swe widzenie powtórzy,
46 Tak ja ku żywym blaskom wznosząc czoło,Po stopniach kwiatu wzrok puszczałem strażąW górę i na dół i znowu wokoło.
49 Widziałem lica, co się kochać każą.Własnym uśmiechem i skrą bożą śliczne,Z giestem gdzie godność i wdzięk się kojarzą.
52 Znałem już Raju architektoniczneKształty, lecz skupić się chciałem daremnie;Pociągały mię piękności zbyt liczne.
55 I nowa chęć się zapaliła we mnie,Aby zapytać o coś mojej pani,Co mi świtało w myśli nieforemnie.
58 Jednegom czekał, — drugie wziąłem w dani:Oto w jej miejscu stał mąż siwobrody,W bieli, jak owi duchowie wybrani.
61 Szczęściem kraszone oczy i jagody,A giest miał taki, jak ojciec, do dziełaPrzynaglający swe czułe zachody.
64 »Gdzie ona?« — pytam, widząc że zniknęła.»By ci ukoić ostatnie tęsknoty,Z siedzib mię moich Beatrycze pchnęła«.
67 Tak rzekł i dodał: »Spójrz w szczyt Róży złotej:Tam w rzędzie trzecim ujrzysz ją na tronie,Który zdobyła zasługą swej cnoty«.
70 Milcząc ku owej obracam się stronie:Widzę ją w blasku co na okół krążyI w świateł własnych ognistej koronie.
73 Od wyżyn nieba, które piorun drąży,Aż po najgłębsze dno morskiego łonaKrótszą zapewne drogą promień dąży,
76 Niźli odemnie teraz była ona;Lecz mimo przestrzeń tę, postać mej paniByła mi widna, niczem nie zmącona.
79 »O święta moich porywów przystani!Aby mię zbawić, ponosiłaś trudy;Pozostawiłaś swe ślady w Otchłani.
82 Jeśli mi dano dziwami i cudyWzrok cieszyć, mocy twej i uprzejmościZawdzięczam łaskę tę dzisiaj i przódy.
85 Przez cię z niewoli wszedłem do wolności,Stąpając wiernie po każdej ścieżynie,Która pod duszy swobodę się mości.
88 Wspieraj mię czuła, teraz i w godzinie,Gdy dusza moja od cię wziąwszy lekiZ ciała się mego ku tobie wywinie«.
91 Tak się modliłem; a ona z dalekiejStrony uśmiechnie się i znów do zdrojuTwarz swą obraca, płynącego w wieki.
94 A starzec do mnie: »Byś po długim znojuZ łaski mych uczuć oraz jej pacierzyOstatecznego ujrzał cel pokoju,
97 Niech wzrok po stopniach tego sadu zbieży,Bo tak hartowny w najjaskrawszym żarzeŁacniej z promieniem boskim się sprzymierzy.
100 Królowa niebios, której niosłem w darzeSerce, pozwoli; łaska jej obfita.Wiedz, Bernard jestem, który z tobą gwarzę«.
103 Jako gromadka pielgrzymów, gdy witaTwarz wierzytelną Chrysta w WeroniceI w wizerunek, patrzenia nie syta
106 Pogląda, pasąc nim chciwe źrenice:O Panie Jezu, o Boże prawdziwy,Tak wyglądało Twoje święte lice?...
109 Taki ja byłem, patrząc w płomień żywyMiłości męża, co przez zapatrzenieNa świecie mirem rajskim był szczęśliwy.
112 »O synu łaski! Ubłogosławienie«— Tak mówił starzec, »znano ci nie będzie,Póki poglądasz na dół między cienie.
115 Lecz spójrz ku górze; tam w najwyższym rzędzieObaczysz panią, którą za królowęUznają święci po niebios krawędzie«krawędzie«.
118 Podniosłem oczy; a jako wschodoweCzęści niebiosów o godzinie śwituSą bielsze, niż gdzie słońce skłania głowę,
121 Tak niby z dolin patrząc do gór szczytu,Punkt ujrzę w szczycie różanego pręgu,Jaśniejszy listek róży śród rozkwitu.
124 A jak tam, gdzie ma wzejść dyszel zaprzęgu,Co nim Faëton władał niedołężny,Blask bije przeciw reszcie widnokręgu,
127 Tak sztandar miru tej niebieskiej księżnejW środku rozbłyskał, gdy w bledsze purpuryStopniowo schodził cały strop okrężny.
130 A w owym środku z rozwartemi pióryAnieli w liczbie pląsali bezkreśnej,Każden odmiennych blasków i figury.
133 Do tych igraszek anielskich i pieśniŚmiała się Piękność, a to jej weseleBrali w swe oczy duchowie niebieśni.
136 Choćbym wymowę tę dostał w udzieleCo wyobraźnią, jeszcze te najświętszeRozkosze będę opiewał nieśmiele.
139 Bernard me oczy na najwyższem piętrzeWidząc utkwione w żarów jego żary,Sam zwrócił ku niej źrenice gorętsze,
142 Zaczem i moje rozpłoną bez miary.
Comments
Loading comments…