Pieśń XXXIII
Translated by Edward Porębowicz
Boska komedja — Raj
1 »Dziewico Matko, Córo swego syna,Korna a w takiej u aniołów cenie,Ostojo, w której pokój się poczyna;
4 Ty uzacniłaś ludzkie przyrodzenieTak, że Stworzyciel zszedłszy z majestatuNie wzgardził wmieszać się między stworzenie.
7 W twem łonie miłość zapłonęła światu,A nią rozgrzany i wiecznym pokojemObronny wyrósł pąk cudnego kwiatu.
10 Tyś nam jest światła południowym zdrojem,Ty śmiertelnikom na porze spiekotyJesteś nadziei żywiącym napojem.
13 Pani, tej jesteś mocy i szczodroty,Że kto chcąc łaski, do cię nie ucieka,Taki bez skrzydeł waży się na loty.
16 A tak jest wielka twoja dla człowiekaKtóry cię wzywa, uczynność i dbałość,Że go ratuje, ani prośby czeka.
19 W tobie jest zbożność i w tobie wspaniałość,W tobie dobroci poryw miłosierny,W tobie wszelaka stworzeń doskonałość.
22 Ten, co od świata najgłębszej cysternyDotąd, gdzie oczom widne rzeczy wieczne,Żywota duchów zwiedził kraj niezmierny,
25 O siły oto błaga dostateczne,Aby mógł zrzucić kryjącą zasłonęTu, gdzie zbawienie znajdzie ostateczne.
28 Żądzą zjawienia mniej dla siebie płonęNiźli dla niego: błagam, niech cię wzrusząI niech nie będą prośby moje płone.
31 Mgły doczesności niech się w nim rozprószą,— To mu u Boga sprawi twa wymowa —I szczytna rozkosz niech błyśnie przed duszą.
34 Jeszcze cię o to proszę, o Królowa,Za której wolą idzie czyn w pokłonie,Niech po zjawieniu zmysły swe zachowa.
37 Stłum namiętności ludzkie w jego łonie;Patrz, Beatrycze śród świętego wianaDla mej poparcia prośby składa dłonie«.
40 Jej drogie oczy, ulubieńce Pana,Utkwione w mówcę zaraz znać mi dały,Że korna prośba była wysłuchana.
43 I znów je zwraca do wieczystej Chwały,— Ani się może pomieścić w rozumie,By mógł stworzenia wzrok być taki śmiały.
46 A ja w tej chwili już pewny, że tu mięCel ostateczny mych tęsknot nie minie,Żar pragnień w sercu przyciszam i tłumię.
49 Bernard uśmiechnie się do mnie i skinie,Bym patrzał w górę; lecz mię już nie wspieraZnak cudzy; własnym popędem tak czynię.
52 Bowiem źrenica otwarta i szczeraCoraz się w szczytnem świetle prawdy piększyI coraz głębiej w jej otchłanie wziera.
55 Od owej chwili mój wid stał się większyNiż ludzka mowa potrafi mu sprostaćI pamięć mdleje, grozy się ulększy.
58 Jak temu, co śniąc widzi cudną postać,Wrażenie miłe trwa, choć sen uciecze,Ani w nim inna myśl nie może postać,
61 Tak mnie: z pamięci mej już nadczłowieczePierzchają mary, a jeszcze mi rzadkiPosmak do serca z onych widzeń ciecze.
64 Słońce odkształca tak śniegowe płatki,Tak podmuch wiatru rozpraszał kłąb liści,Gdzie były ryte sybilskie zagadki.
67 O szczytne światło, błyszczące gwiaździściejPonad pojęcie; wspieraj mię w zamiarze,Niechże mój język coś z mych widzeń ziści!
70 Niechże obficie zaczerpnę w twym żarze:Jeśli choć jedna iskra zeń odpryśnie,Dość już rodowi ludzkiemu przekażę.
73 Jeśli choć nieco z moich marzeń wyśnięI zdołam oddać szukanymi tony,Już mu twój tryumf potężnie zabłyśnie. —
76 Tak w owej chwili byłem porażonyŻywym promieniem, iżby mię oślepiłKażdy blask, coby z innej przypadł strony.
79 Tu pomnę owszem, iż się mi pokrzepiłI zahartował wzrok tak doskonale,Żem go bez lęku w Moc najwyższą wszczepił.
82 O hojna Łasko, przez którą zuchwaleKu nieśmiertelnej zbliżam się potędzeI wszystek się w niej rozprzęgam i palę!
85 W jej łonie widzę wszystkich bytów przędzę:Kochanie wiąże jednolitym splotemTo, co oddzielnie stoi w świata księdze.
88 Treść i przejawy rzeczy z ich przymiotem,Złożone razem w takie pełne dziwo,Że z mojej mowy trudno sądzić o tem.
91 Uniwersalnych praw wieczne ogniwoMusiałem widzieć, bo wspomnienie zjawyRozkosz mi daje nieprzepamiętliwą.
94 Zbladła, jak blednie dziś pamięć wyprawyZ przed wielu wieków, gdy pierwszego razuNeptun cień widział Argonautów nawy.
97 Nieporuszony stałem, bez wyrazu,A myśl skupiona i w jeden punkt wbitaZapalała się od widzeń obrazu.
100 Skoro to światło raz duszy zaświta,To niepodobna, gdy się z niem zespoli,By gdzieś widokiem innym była syta.
103 Bowiem szczęśliwość, cel najwyższy woliTam jest zupełna; co się tam nie wszczynaI tam nie kończy, jest pełne niedoli.
106 Ile się nawet z chwil tych przypominaPamięci mojej, słowem nie pochwycę:Niedołężnym się wyznam, jak dziecina.
109 Nie przeto, by miał kształty wieloliceÓw blask ogromny, w który-m patrzał bacznie,Gdyż jeden będzie poza lat granice:
112 Lecz wzrok mój, który mocy nabrał znacznie,Gdy się tak mienię, w istocie spoistejWielokształt jakiś rozpoznawać zacznie.
115 Oto w głębinach materji przejrzystejŚwiatła, zjawił się rys trojga obręczy,Równych w obwodzie, lecz barwy troistej.
118 Jeden z drugiego krąg, jak tęcza z tęczyZdał się odbity, a w trzecim pałałoJak ogień, który z dwojga się wywnętrzy.
121 Słabą zaiste mową, nieudałąDo moich myśli, te widzenia mącęI nie wystarcza tutaj rzec: za mało!
124 Zarzewie wieczne, samo w sobie tkwiące,Samo — pojętne, samo — pojmowane,W tem się pojęciu własnem kochające!...
130 Na owem kole, które z siebie braneZda się promieniem z promienia odbitym,Teraz oczyma mojemi przystanę.
130 W niem, ale własnym malowany świtemZjawił się twarzy człeczej wizerunek...Źrenice w niego wpoiłem z zachwytem.
133 Jak gieometra wykreśla rysunekNa kwadraturę koła i zestawiaZ nieupewnionych danych swój rachunek,
136 Tak mnie zjawienie nowe zastanawia:Podpatrzeć chciałem, jako się sprzymierzaFigura z kręgiem i jak się weń wjawia.
139 Lecz nie wystarczał lot ziemskiego pierza...Wtem grom mię raził; myśl w cudo się grąży,Czułem, że wola Jego w nią uderza.
142 Dalej fantazja moja nie nadąży.— A już wtórzyła pragnieniu i woliJak koło, które w parze z kołem krąży,
145 Miłość, co wprawia w ruch słońce i gwiazdy.
Comments
Loading comments…