Część I

Translated by Adam Asnyk, Felicjan Faleński

Boska komedya

„Przezemnie droga do boleści grodu,Przezemnie droga na wieczyste męki;Do zgubionego nazawsze narodu.Sprawiedliwości mego Stwórcy dzięki,Ugruntowana przez moc boską w bycie,Wyszłam z Mądrości i Miłości ręki.Przedemną żadne nie wszczęło się życie,Prócz odwiecznego — i ja wiecznie stoję.Rzućcie nadzieję, wy, co tu wchodzicie!“Te słowa oczy napotkały mojeNa szczycie bramy, ciemną barwą znaczne,Gdyśmy przed straszne nadeszli podwoje.

Więc przerażony naraz mówić zacznę:Mistrzu! dlaczego owe słowa ciemneTakie mnie myśli przywodzą rozpaczne?Na to on, rzeczy znający tajemne,Rzekł: „Tu należy pożegnać się z trwogą,Tu zamrzeć winno wszystko, co nikczemne.Idziemy bowiem tą, com mówił, drogą,Gdzie masz zobaczyć, jako cierpią oni,Co utracili ducha jasność błogą“.To mówiąc, dłoń swą kładzie na mej dłoniI pogodnemi krzepiąc spojrzeniami,Do tajemniczej wprowadził mnie toni.Tu płacz, wzdychania, z głośnemi jękamiPłyną w przestrzeni bez gwiazd, pełnej cienia,Tak, że je słysząc, zalałem się łzami.Różne języki, mowy, złorzeczenia,Słowa boleści, gniewu krzyk szalony,Zmieszane głosy, rąk klaszczących brzmienia,Sprawiały wrzawę, co na wszystkie stronyWciąż się w powietrzu tem zmartwiałem kręci,Jak piasek wirem wichru uniesiony.A ja bez myśli stojąc i pamięci,Rzekłem: Cóż to jest, co słyszę struchlały?Co to za ludzie, takim bólem zdjęci?A mistrz odpowie: „Taki los dostałyW udziale dusze smutne i mizerneTych, co bez hańby żyli i bez chwały;Przyszły tu między anioły niewierne,Które się przeciw Bogu nie zwróciłyI nie szły za Nim — lecz zostały bierne.Wygnane z niebios, których piękność ćmiły;Piekło nie chciało przyjąć w swe otchłanie,Bo z nich źli chluby nie mają ni siły“.A ja znów: Co tak strasznego w ich stanie,Że taką burzę podnoszą żałości?Mistrz odrzekł: „Krótko odpowiem: ich trwanieTyle jest marne i pełne podłości,Że łaknąc próżno śmierci, co wyzwala,Każdy z nich losu innego zazdrości.Ich smutna sława po ziemi się wala,Przez sprawiedliwość i litość wzgardzona;Dość mówić o nich, patrz i mijaj zdala“.

Patrzę i widzę, jak wirem niesionaWielka chorągiew, wciąż się kręcąc, biegła.Niegodna swoje rozwinąć ramiona;A za nią ludu ciżba tak rozległa,Iż mi uwierzyć było rzeczą nową,Że taka liczba śmiercią już poległa.Gdy rozpoznałem postać tę i ową,Dostrzegłem także tego cień nieśmiały,Co przez nikczemność splamił się odmową.Pojąłem zaraz, że ten orszak całySkładał się z grzesznych, co Bogu niemiliRównież niemili wrogom jego chwały.Tych nieszczęśliwych, co nigdy nie żyli,Tu obnażonych kłuły straszne rojeOs i komarów, aż się krwią broczyliI z krwią łzy razem przelewali swoje,Co tak zmieszane z pod ich nogi chciwieWstrętnych robaków połykały zwoje.Potem, gdy dalej spoglądam w podziwie,Tłumy nad brzegiem wielkiej widząc fali,Mistrzu — zapytam nieco niecierpliwie —Co to za jedni? i co ich tak pali,Że się z pośpiechem cisną do przeprawy.Jakto w mdłem świetle poznaję w oddali.A on: „Wiadome będą Ci te sprawy,Kiedy już nasze zatrzymamy krokiNad Acheronu brzegiem smutnej sławy“.Spuściwszy oczy, zamilkłem bez zwłoki;Trwożny, czy mową przykrości nie czynię,Do brzegu szedłem w zadumie głębokiéj.A oto ku nam po wodnej głębinieStarzec, którego kudły ubieloneSiwizną wieków, na łodzi podpłynie,Wołając: „Biada! duchy potępione!Już nigdy niebios widzieć nie będziecie!Ja was przybywam wieźć na drugą stronę,Gdzie między wieczne ciemności pójdziecie,W wieczyste żary i wieczyste lody!Ty zaś, żyjąca duszo, odejdź przecieOd tych umarłych i od owej wody“.Lecz widząc, że się nie ruszam — znów rzecze:„Przez inne drogi, przez inne przechody,

Do innych brzegów przybędziesz, człowiecze;Lżejsza łódź w innej przeprawi cię porze“.Wtedy mistrz, swoją rozciągnąwszy pieczę:„Charonie! — rzecze — tak chce Ten, co możeWszystko, co zechce. A więc uchyl czoła,Nie pytaj więcej i nie trwaj w oporze“.Poczem się zaraz uciszyły zgołaWełniste szczęki sternika otchłani,Który w swych oczach miał płomienne koła.Lecz nagim, drżącym duszyczkom w przystaniOdrazu przestrach odjął barwę z liców —Zębami zgrzytać zaczęli skazaniI przeklinali Boga, swych rodziców,Ród ludzki, miejsce i czas i nasienieSwego nasienia i jego dziedziców.Potem zaś wszyscy, płacząc nieskończenie,Zbiegli się razem nad straszne wybrzeże,Gdzie dla bezbożnych wspólne przeznaczenie.Charon ich zaraz płomiennem dostrzeżeOkiem i wiosłem powolnych okłada,Aż ich tak wszystkich do siebie zabierze.Jako jesienią liść za liściem spada,Aż w końcu gałąź pozostanie czarną,Oddawszy plon swój ziemi — choć nie rada,Podobnie tutaj złe Adama ziarnoRzuca się z brzegu, jedno drugie goni,Jak ptaki, co się do odlotu garną.I tak wędrują po brunatnej toni;A zanim jedno stąd odejdzie mrowie,Znów nowy szereg stamtąd się wyłoni.„Synu mój — do mnie mistrz uprzejmy powie —Ci, co w niełasce umierają bożéj,Wszystkich stron świata schodzą tu synowie!I owe wody przebywać są skorzy,Bo sprawiedliwość tak ich prze surowa,Że pragną właśnie tego, co ich trwoży.Dobry duch tutaj, to rzecz całkiem nowa:Więc przeto Charon z gniewem cię wspomina,Lecz ty już poznasz, jak brzmi jego mowa“.Skończył, a cała przeklęta krainaTak się trząść zacznie, że dziś jeszcze z trwogi,Gdy wspomnę, dreszcz mię przechodzić zaczyna.I z tej łez ziemi wicher wyszedł srogiI blask rozniecił ohydny, czerwony,Co wszystkie czucia odjął mi wśród drogi,Żem padł, jak człowiek, od snu zwyciężony.

Tu jął mi drętwieć słuch od narzekania,Gdyż tam już byłem, kędy za pokutęTopią się dusze w łzy i gorzkie łkania.Miejsce to z wszelkich światła łun wyzute,Grzmi, niby morze w nocy bez miesiąca,Gdy je w sprzecznościach szarpią wichry lute.Zamieć tu, nigdy nie spoczywająca,Porwane znagła duchów złych tułowyUdręcza, miota, kręci i roztrąca.Gdy je w swe szpony schwyci prąd takowy,Zgrzytają, płaczą, krzyczą i zuchwaliLżą Łaskę Boską bluźnierczemi słowy!Słyszę: są słusznie na tej wichrów faliTargani w wieczność ludzie grzeszni ciałem,Co władzy zmysłów rozum swój oddali.Jako lecących w zimny czas widziałemTłumny i zwarty szpaków obłok szary;Tak i tu z tchnieniem tem zapamiętałemW dół, w górę, w boki pędzą grzeszne mary,Tylko nadziei żadnej mieć nie mogą,Ani spoczynku, ni zmniejszenia kary.

Więc rzeknę: Mistrzu! spraw mi to przez Boga,Bym mógł z tą parą mówić, w jedno zwianą,Którą tak lekko własna niesie trwoga.A on mi: „Upatrz czas, gdy wiatru zmianąKu nam podpłyną; wtedy te dwie duszeW imię ich smutków zaklnij, a przystaną“.Otóż gdy ku mnie pomkną w zawierusze,Wołam: — O biedni! zniżcie lot sokoli,Jeśli was tylko nie wbrew Boga kuszę!Jak dwa gołębie, kiedy je zespoliMiłość, w słodkiego gniazda swego puchyLecą na skrzydłach jednej wspólnej woli;Tak od Dydony grona te dwa duchySpłynęły ku nam z chmur, gdzie wicher siecze; —Tyle w mej prośbie było snać otuchy.

— „O współczujący! o ty dobry człecze!Coś zszedł w kraj nędzy w sposób tajemniczyNas widzieć, których krwią spłynęły miecze, —Gdyby nam Łaskę mieć, jak serce życzy,Bóg by cię wiecznie wspomógł najłaskawiéjZa to, że litość naszych masz goryczy.Cobądź powiedzieć chcesz lub znać, my łzawiSłuchać i mówić będziem przez tę chwilę,Gdy wiatr, jak teraz, błogą ciszę sprawi.Jest u zatoki kraj, gdziem w blasku sileUjrzała słońce. Dąży Po w tę stronę,By w morzu spocząć, jak strug innych tyle.Miłość, co żarem w serca tchnie stęsknione,Tego tu przy mnie wdzięków mych promieniZażegła czarem — z czego wstydem płonę.Miłość, co serca wzajemnością żeni,Tak mię uczuciem jego tem wytrwałemZdobyła, żeśmy dotąd — patrz — złączeni!Miłość nas wspólnym w śmierć popchnęła szałem!Kain ma tego wziąć, co wziął nam życie...“Takie to słowa z ust jej usłyszałem.Wtem, gdy umilkła — o! wszak uwierzycie?W dół mi na długo twarz opadła blada,Tak, że Mistrz spytał: „O czem dumasz skrycie?“Gdym mu odpowiedź dał, tom rzekł: O biada!Ileż błądzeniem tem ich współtułaczemMarzeń i słodkich żądz się tu spowiada!Zaczem się znowu ku nim zwrócę, zaczemRzeknę: Franczesko! patrz, jam bratem tobieWspółczuciem nędzy twej i gorzkim płaczem.Lecz powiedz, proszę, w słodkich westchnień dobieJak wam i kiedy wstrzęgła poniewoliZ bezwiedzy wiedza uczuć w dusze obie?A ona do mnie: „Niema sroższej doli,Jak gdy chwil błogich człek wspomnienie chowaW swej nędzy! Mistrz twój wie sam, jak to boli.Lecz gdy gorąco poznać chcesz, jak owaMiłość nas wzięła w swoją siatkę złotą,Zrobię jak ten, co wkłada płacz w swe słowa.Raz dla rozrywki, gdy czytamy otoLancillotowych walk serdecznych śluby,Samiśmy byli z naszych dusz prostotą.

Nieraz się oczy nasze przy tej lubéjKsiędze spotkały, krwią nam barwiąc lica,Aż nas ten ustęp wreszcie pchnął do zguby:Gdy było, jak on z lubej ust pochwycaUśmiech i jak go pocałunkiem pali, —Ten, z którym wieczna łączy mię tęsknica,Ust moich dotknął, drżąc, jak liść na fali....Tej księgi sprawca był nam złym aniołemJużeśmy więcej w dniu tym nie czytali“.Gdy te tej biednej słowa w serce wziąłem,Jej wspólnik tonął w łzach, a mnie się zdało,Że przez współczucie umrę z nimi społem.I padłem tak, jak pada martwe ciało.

Jeszcze był Nessus nie zszedł w swe parowy,Gdy nam bór gęsty najniemiłosierniéjWszelkiego przejścia wzbronił. W paszczy owéjLiść nie zielony jest, lecz rdzą się czerni,Gałęzie w szorstkie ciernie się plątałyI zamiast jabłek jad tam ściekał z cierni.Tak dzikiej kniei nie zna zwierz zuchwały,Wróg żyznych błoni, tam, gdzie wód CecinyOraz Corneta szumią wzdęte wały.W niej Harpie siedzą, których zastęp sinyTrojan ze Strofad gnał, i pomsty wrażeWieszcząc, klęsk pełne wróżył im godziny.Skrzydlate widma, ludzkie mając twarze,U palców szpony, brzuch obrosły w pierze,Wśród drzew tych dziwnych leżą w smutnej gwarze.

Wtem z pnia w owej chwiliGłos wyszedł: „Czemu dłoń mię twoja łamie?“I zaraz zczerniał krwią i znowu kwili:Czemu dotkliwe sprawiasz mi katusze?Czyż cię litości ludzie nie uczyli?Człek byłem, chociaż drzewem dziś być muszę.Więc miej współczucie, choćbyś pod tą zmianąZłej żmii nawet odkrył we mnie duszę“.Jak jednym końcem pchnięte w żar polanoW drugim na srogie skarżąc się opały,Wilgocią broczy żywcem przypiekaną, —Tak z pnia owego słowa z krwią spływały.Więc upuściwszy z rąk tę gałąź, stoję,Milcząc, jak człowiek czynić zwykł struchlały.Rzekł doń mój mędrzec: „Stąd są mąk twych znoje,Iż ten tu zgrzeszył w ciekawości szale,Gdyż mu zagadką były słowa moje.I byłby nie tknął twoich członków, aleChciałem, by sam on rzecz tę niesłychanąZbadał — a teraz mam stąd cierpkie żale.Lecz za twą krzywdę, niechbyś mu twe mianoRzekł, a on chętnie pamięć twą odświeżyTam, gdzie mu wkrótce wrócić będzie dano“.A tamten: „Za twą dobroć, jak najszczerzéjWyznam, kto jestem i niech wzięty w łykaWspółczucia ulgę z waszych mam przymierzy.Jam ów, co zdobył w serce FryderykaKlucz wszechpotężny, który w swym zaszczycieTo je odmyka, to, gdy chce, zamyka,Iżby nikt nigdy nie mógł wejść w nie skrycie.W to zaś tak wielka była moja wiara,Żem wreszcie od niej stracił zmysł i życie;Gdyż znagła zawiść, która w dwór cezaraUtkwiony wiecznie wzrok ma, tchem z płomieniKu zgubie mojej, bezwstydnica stara,Zażegła wszystkich, ci za rozognieniTak jęli dmuchać w pańskich łask objawy,Iż mi wybraństwo wnet we wstręt się zmieni.Wtedy mój umysł wzgardą owej sprawyPogardę życia czerpiąc z mych boleści,Znieprawił we mnie to, iż byłem prawy.

Przez liść ten, który z członków mych szeleści,Klnę się, iż nigdy wiary nie złamałemPanu, godnemu owszem wszelkiej cześci!Ktobądź z was na świat wróci, sercem całemBłagam, niech kilka dobrych słów poświęciSławie, poległej nędznych złości szałem“.Staliśmy chwilę, tkliwym smutkiem zdjęci.W tem Pieśniarz: „Mów z nim. Niech on w dalszem słowieUczyni zadość twej tajemnej chęci“.A ja: Ty sam go pytaj, niech ci powieTo, czembym pewność zdobył w mym umyśle,Gdyż ja nie mogę, cierpiąc grozy mrowie.Wtedy On k’ niemu: „Człek ten spełni ściśle,O co go prosisz; lecz znów ty w zamianiePowiedz mu: co się stawa, gdy Bóg wyśleGrzesznego ducha w owych pęt skaranie?I także — gdybyś mógł — czy nieskończenieTrwać to ma, czy też kiedy być przestanie?“Wtedy pień ciężko westchnął — to zaś tchnienieGłosem się ludzkim wreszcie tak odzywa:„W słowach ja krótkich z wami myśl wymienię.Gdy z ciała dusza wyszła już wstrętliwa,Śmierć mu zadawszy własną zdradą czarną,Minos w siódmego kręgu śle ją dziwa.Więc tu, choć zewsząd gąszcze ją ogarną,W czas jakiś puszcza kieł, jak czyni w wiośnieNa chybił trafił w smug rzucone ziarno.Potem się zwolna w drzewny pień rozrośnie —I wtedy Harpie wciąż z niej — jak widzicie —Liść objadając, wciąż ją dręczą sprośnie.Dawne nam ciało wróci w przyszłym bycie,Lecz nie na długo, gdyż to być nie może,By człek miał żywem to, w czem zabił życie.U drzewa swego każdy, w to bezdrożeZnów z niem wróciwszy, niby trup człowiekaWisielcem będzie w tym tu smutnym borze“.Wtem, właśnie kiedy słuch nasz pilnie czekaDalszego ciągu mowy tajemniczéj,Zgiełk przeraźliwy wszczął się gdzieś zdaleka.Podobnie bywa, kiedy w leśnéj dziczyOdyniec pędzi, z nim zaś między drzewyWśród chróstów łomu zgraja psów skowyczy.I oto, jakichś dwóch od strony lewéjSkrwawionych, nagich szybka stopa wiedzieW gonitwie sadzić przez kolczaste krzewy.

„Przybywaj, śmierci!“ wolał mknący w przedzie.Drugi zaś, biorąc nieco tchu w uboczy,Krzyczał: „O Lano! Czemuś, mój sąsiedzie,Zmykać pod Toppo nie był tak ochoczy?“Snać potem tchu mu zbrakło, gdyż w tej chwiliWszedł w krzak i z tymże wprędce się zjednoczy.Alić tuż za nim z łóz przez łom badyliPsi czarni, ziejąc, pędzą, tacy sami,Jak gończe, które łowcy z smycz spuścili;I choć był w krzaku, wnet go sięgłszy kłami,Roznieśli w kęsy, poczem w dalszej drodze,Gdy z niemi lecą, krew im paszcze plami.Wtedy ja z Mistrzem pod on krzak podchodzę,Gdzie duch jakiegoś nędz tutejszych synaJęczał z przyczyny ran, krwawiących srodze.„Ach! Ach! Jakóbie! — mówić on poczyna —Cóż ci pomogło, żeś wszedł we mnie — skoro,Żeś nie był dobrym, czyż to moja wina?“Mistrz jął spowiadać oną duszę chorą,Mówiąc: „Któż jesteś? i te uroczyścieKrwią tchnące słowa skąd się w tobie biorą?“A on: „Ach, dobrzy ludzie! Widzieliście,Jak straszne na mnie padło spustoszenie!Błagam, zgarnijcie precz mi wzięte liścieW ten dół, gdzie smutne moje tkwią korzenie.Jam rodem z grodu, który dla ChrzcicielaMarsa się zaparł, o co ten, szalenieGniewny, swą pomstą gęsto w niego strzela.I gdyby nie to, że ten bóg nad ArnoSwój posąg dotąd ma, choć jeden z wielu —To ci, co wreszcie z kupy zgliszcz wygarnąTen gród, przez Hunów zżęty w puch przed laty,Mogliby trud swój nazwać pracą marną.Jam szubienicę miał z mej własnej chaty“.

Zaiste, nigdy Dunaj mroźną porąSwych fal nie stęża w takie szyby trupie,Ni Don, gdzie wichry, wyjąc, pęd swój biorą!I taka twardość siedzi w tej skorupie,Że gdyby nawet brzemię gór w nią wpadło,Ten cios jej ani spryszczy, ni rozłupie.I jak skrzeczące żaby w wód zwierciadłoPo szyję toną, gdy skrzypnęły wrotaI dziewczę wyszło z twarzą w gwiazdach zbladłą, —Tak w tem jeziorze wmarzła w lód nędzotaAż po część twarzy, która z wstydu kona.Zębami, z zimna trzęsąc się, klekota.I twarz tam każda w górę jest zwrócona,Z ust szron im wieje, wzrok się zaś krysztaliObrazem smutku ich wzdętego łona.Gdym dość już okiem w krąg szedł po tej fali,U stóp mych, widzę, leżą dwaj splątaniTak, że się wspólne włosy mieć zdawali.Ktoście wy — rzekłem — w mroźnej tej otchłaniTak z sobą zwarci? — Więc się im zatoczyWzrok, a gdy wznieśli wzrok ci półszatani,Łzy, które ból z nich wypchnąć chciał przez oczy,U rzęs im zwisły; wtedy je w najlepszeMróz pochwyciwszy, zmienił w lód przezroczy.Dwóch bierwion nigdy klamra tak nie zeprze,Jak, trybem koźlim tryknął gniewem zjadłyJeden w drugiego, rycząc jak dwa wieprze.Wtem inny grzesznik, co mu precz odpadłyUszy od mrozu, z zimna całkiem siny,Rzekł: „Czemu temi pasiesz wzrok widzialny?

Chcesz wiedzieć, kto są ci i skąd? Z dolinyWyszli, Bisenzio gdzie się w smugach kręci.Kwitł tam Alberto — ci zaś są dwa synyTegoż rodzica. Przy najlepszej chęciSzukając w piekle, trudno znajśćby możeGodniejszych, aby byli tu wmarznięci.W kąt tu ten nawet, co mu pierś rozporzeArthus rozmachem włóczni zbrojnej w haki.W kąt i Foccaccia, i ten, co w tej porzeWzbrania mi łbem swym dalszych łbów odznaki,A zwał się niegdyś Sasso Mascheroni. —Jeśliś Toskańczyk, to wiesz, kto on taki.Znaj zaś, twych pytań szczędząc mi pogani,Żem Camiccione z Pazzich, i CarlinaCzekam, którego kląć mi nikt nie wzbroni!“

Wzniósł ku mnie gębę grzesznik ten wychudły,Chwilę z wyżartą biorąc rozbrat głową,A gdy już krew z niej wytarł o jej kudły,Tak zaczął: „Życzysz, bym ten ból nanowoZ siebie wydobył, co, jak zmora we śnie,Już myślą samą dławi ust mych słowo.Dobrze! Bo skoro hańba z tego wskrześnieTemu, nad którym pastwię się tak srogo, —Mówić i płakać będę jednocześnie.Ja nie wiem, ktoś ty, ani jaką drogąTu wszedłeś, — jednak Florentczyka mianoZ twej mowy zmysły moje zgadnąć mogą.Wiedz: że mię hrabią Ugolinem zwano,On zaś Ruggierim niegdyś był, — a otoSkąd nań tę pomstę wziąłem wyuzdaną: —Że nazbyt ufny, jego zdrad robotąWpędzony w matnię, pęt uległem sileI śmierć poniosłem — o tem wszyscy plotą.

Ale to, czego nie wie nikt, to ileŚmierć ta nie może równać się z niczyją —Z niej poznasz, czy ja w zemście mej się mylę.Przez otwór kaźni z tak oszczędną szyją,Że on głodową jamą stąd się zowie.W której, być może, drudzy dotąd gniją,Już bardzo liczne oglądałem nowie;Gdy mię nawiedził zły sen, niesłychanieOkropny dla mnie w dzikiej swej osnowie.Ruggieri niby sprawiał polowanie,Wilka z wilczęty gnając, gdzie się ścieleSmug, skąd nie mogą Lukki znajść Pizanie.Gualandi, wiodąc chciwych psów gardziele,Wraz z nim Sismondich zgraja w jedno zbitaI Lanfrankowie biegli tam na czele.W niedługiej chwili pogoń owa chwytaOjca i dziatwę i w tej samej porzeDrapieżnie rwie z nich drżące krwią jelita.Kiedym się zbudził, już świtało zorze.Wtem jęk mych synów gromem wpadł mi w uszy:Chleba! wołają — Ach! przez rany boże! —Okrutny jesteś, jeśli nie drżysz z duszyNa to, com wówczas doznał — i jeżeliDotąd nie płaczesz, cóż cię tedy wzruszy?Pora to była dźwignąć się z pościeli,Gdy jadło wnoszą. Cóż, gdy snu osnowaSprawiła, żeśmy o swe życie drżeli!Wtem w zamku z zgrzytem klamka się grobowaZatrzasła na klucz. Z twarzą jam struchlałąW mych synów spojrzał... lecz nie rzekłem słowa.Łez jam nie ronił, wręcz się stawszy skałą,Ci zaś gdy łkają, rzekł mój Anzelm drogi:— Czego tak patrzysz, ojcze? Cóż się stało? —Nie, anim płakał, anim dał znak trwogiTen dzień i całą noc. Aż kiedy wrażyŚwit się zabłąkał w jamy naszej progiI w niej bladawy światła blask rozżarzy —I gdym oczyma, stojącemi kołem,Mój własny wygląd zgadł z ich czterech twarzy, —Z wściekłości sobie ręce gryźć począłem.A oni, sądząc, że to głodu sprawąTen czyn popełniam, wstali wszyscy społemI rzekli: Ojcze! mniej nam będzie krwawąŚmierć w twoich zębach. Tyś nam przecie z siebieDał nasze ciało, ty je wziąć masz prawo.

Co? Ja mam katem być im w tej potrzebie?...Niceśmy z sobą odtąd nie mówili....O ziemio! gdzież twój dreszcz, co żywcem grzebie?!W dniu czwartym, pomnę, Gaddo mi się chyliDo nóg i woła: Ratuj, ojcze, panie!Wołał i trupem padł w tej samej chwili.Tak, jak mię widzisz, całkiem spodziewanieDni pięć musiałem w uczuć mych zniewadzePatrzeć na dalszych synów mych skonanie.W szał wpadłem. Wyjąc, iż nic nie poradzę,Trzy dni tuliłem pierś w te zwłoki trupie...Głód wściekły wreszcie wziął nad bólem władzę!“...To gdy powiedział, znów z oczami w słupieJął on krwawiący czerep miażdżyć daléj,Na podobieństwo psa, gdy kości chrupie.Ach! Pizo! Pizo! czyż cię wstyd nie spali,Żeś Włoch ohydą? A gdy twe sąsiady,Aby cię skarać, nadto są ospali,Niechby ci zaparł Furyj orszak bladyArno przy ujściu, aby was w swe mętyWchłonęło wszystkich na zapłatę zdrady!Bo jeśli ojciec spełnił czyn przeklęty,Że wasze zamki wydał, to czyż za toNad niewinnemi pastwić się chłopięty?Bronić ich miało wczesne dni ich lato...Brigata biedny! Ach! i Hugon mały!I dwaj, com wprzódy bolał nad ich stratą.

Comments

Loading comments…