Część II
Translated by Felicjan Faleński
Boska komedya
„Ojcze nasz! któryś w Niebie jest i któryNieogarnięty jesteś — chyba błogąCzcią, gdy Cię wielbią archanielskie chóry,Święć się wszelaką Imię Twoje drogą!I niech stworzenia wszelkie, słodki panie!Twej mocy dzięki czynią, ile mogą.Przyjdź ku nam słodkie Twoje panowanie!Bo cóż mądrością zdziała człek, jeżeliKu Tobie z Tobą tylko iść jest w stanie?Jak wolę własną biorą precz anieli,By Ci hozanna korne nieść w ofierze,Niechbyśmy również woli swej nie mieli!Codzienną mannę niech z nas każdy bierze,Bez której łatwo wrosnąć w puszczy smugi,Choćby z niej wnijść człek pracował szczerze!Jak gdy przewinił przeciw nam kto drugi,My przebaczamy, — tak ty nam, Jehowo,Przebacz, nie patrząc naszej w tem zasługi!Od cnoty naszej wszelką próbę nową,A z nią też od nas odwiecznego wrogaZ jego kuszącą oddal precz podmową!I nie jest za nas prośba ta do Boga,Cośmy już zmarli, lecz ku tych korzyści,Którym za nami zdążać jeszcze droga“.Tak o nas myśląc, ci nie całkiem czyściSzli, obciążony mając grzbiet brzemiony,Jak się to chyba w śnie dręczącym iści.Szli, choć nie każdy równo był zgarbiony,Jęczący, z trudem wzdłuż pierwszego kręga,By się grzechowej brudnej zbyć osłony.Gdy myśl tych biednych stamtąd ku nam sięga,Czegoż uczynić dla nich nie należyNam, w których dobrej woli tkwi potęga?Ach! śpieszmy ziemię zmywać z ich odzieży,By co najprędzej każdy z nich aniołemW kraje gwiazd wzleciał w szacie całkiem świeżéj!
„Z sprawiedliwością miłosierdzie społem,Tam, gdzie tęsknoty ciągnie was oskoma,Daj się wam wrychle skrzydłem wzbić wesołem!Niech się nam wskazać żaden z was nie sromaDrabiny waszej; tylko pytam śmiało:Która tu do niej ścieżka najmniej stroma?Gdyż ten, co ze mną idzie, mając ciałoNa sobie, ciężką odzież Adamową,Trudniej nadąża, niżby się przydało“.Odpowiedź na to zapytania słowo,Które z ust wyszło mego przewodnika,Anibyś odgadł, czyją była mową;Lecz była taka: — „Oto ustroń dzikaW prawo, tam idźcie, aż się przejście zdarzy,Niem niech się śmiało żywy twój przemyka.I gdybym nie był jednym z tych nędzarzy,Którzy, skroń dumną mając od brzemieniaKu stopom wbitą, wznieść nie mogą twarzy, —Spojrzałbym: kto jest ten, co nie wymieniaSwej ziemskiej nazwy; aby gnąc kolana,Mógł się użalić mego udręczenia.Wielkiego niegdyś byłem syn ToskanaAldobrandeschi Wilhelm dał mi życie —Nie wiem, czy jego pamięć jest wam znana.Mych przodków szereg lśniący znamienicieW taką mię pychę wzbił, żem nędznie matkiPrzepomniał wspólnej, którą wy wielbicie...Tak wszystkiem gardząc, zbrodniarz wielce rzadki,Głowę w Maremmach Syeneńczykom dałem,Jak tego lada dziecko weź na świadki.Jam Humbert! Nie dość, żem śmierć grzesznym szałemKupił, że wszyscy moi, jak już wiecie,Wraz ze mną czołem padli w proch zuchwałem, —Jeszcze i tu mię głaz ku ziemi gniecie;Gdyż, nim nademną kary grom zadrzemie,Tu muszę, czegom nie chciał znać na świecie!“To gdy on mówił, milcząc patrzę w ziemię...Wtem inny (tamten wszedł tymczasem w rzeszę)Zwrócił się ku mnie, mimo swoje brzemięZ trudnością patrząc, aż ku swej pocieszePoznał mię, nazwał i wraz ku mnie skinie,Podczas gdy smutny razem z niemi śpieszę:
„Tyżeś-to — rzekłem — coś był sam jedynieGodzien w ksiąg mądrość pędzla kłaść ponęty,On Oderisi, słynny mistrz z Urbino?“A ten: „Gdy karty szukasz uśmiechniętéj,Franka z Bolonii patrz dziś malowania,Mnie z bazgrzącemi chadzać już chłopięty!...A wiesz, w ten sposób mówić co mię skłania?Dawniej, pierwszeństwa gdy mię jadła trwoga,Nie miałbyś tego z moich ust wyznania;Lecz tu w proch wbija pychę mą kaźń sroga —A jeszcze może byłbym zapadł gorzéj,Gdybym się nie był zwrócił wczas do Boga.Ach! tak: próżnością myśmy dziwnie chorzy!Bo na cóż dziś ci kwitnąć, ziemska chwało,Gdy cię sławniejsze jutro upokorzy?Tak Cimabuemu marnie się wydało,Że on miał pędzla królem być; jeżeliGłośniejszy Giotto wziął cześć jego całą!Cavalcantiemu tak zdał GuinicelliJęzyka berło z rąk — a któż odgadnie,Czy go już inni znów mu z rąk nie wzięli?Rozgłos po świecie — to jak wiatr, bezładnieWiejący w strony. Nuż z nim ziemskie ślepce!Dziś bądźcie w górze, by siąść jutro na dnie!Gdy śmierć twe ciało już zużyte zdepce,Czyż wieść o tobie z większym brzmi łoskotem,Niż gdyby anioł zdmuchnął cię w kolebce?A cóż dopiero w lat tysiące potem!Co jednak mniej jest, niźli błysk promiennéjŹrenicy, gdy go zbliżysz z gwiazd obrotem!Patrz! ów przed tobą, który szedł jak senny,Toć-że Toskania hołd mu niosła cała —Dziś ledwie o nim szepczą w grodzie Syenny,Której był panem. Przed nim padła chwałaFlorencyi, tyleż w czasie tym wyniosła,Ile się dzisiaj bezwstydnicą stała!Ach! sława ludzka więdnie tak, jak wzrosła!Bo Tenże sam jest, który jesień ciemnąI który jasną wiosnę ma za posła“...A ja mu na to: Z słów twych niedaremnoW serce pokorę bierze człek surową.Lecz powiedz: kto jest ten, co szedł przedemną?
„Tu go Salvanim Provenzanem zową;Z nami jest przeto, że zarozumialeW Syenie zapragnął rządzić własną głową.Nie zna on ulgi, odkąd umarł — aleZnój bez wytchnienia spłatą tu jest człeka,Co zbyt na ziemi ufał własnej chwale“.Rzekłem: Jeżeli duch, co krnąbrnie czekaZ poprawą własną, aż w nim wymrze ciało,Ma być tak długo od tych miejsc zdaleka,Ażby nanowo przeżył istność całą,(Chyba że od tych mąk go uwolnicie)Że ten wśród was jest — jakże się to stało?„Oto tak było: na swej chwały szczycieW Syenie na rynku, liczne mając świadki,Ukląkł, jakkolwiek wstyd go trawił skrycie,I tam, pokory dając przykład rzadki,By Karolowi mógł wypłacić złoto,Na przyjaciela wykup żebrał składki...Nie powiem więcej — trzeźwość słów mą cnotą,A wierz mi, wprędce prawda będzie znanaTobie i wszystkim twoim. Dość, że otoCzyn ten oczyścił w Czyscu Provenzana“.
Comments
Loading comments…