Z Dantego (Norwid)
Translated by Cyprian Kamil Norwid
W południu życia, straciwszy już drogę,Do jak ciemnego dostałem się boru, —Dziś jeszcze wspomnieć bez strachu nie mogę,Opisać nie śmiem — bo czarny, bez toru,Przeczarny — śmierci jaśniejsze wspomnienia!Lecz, ile zysku uniosłem z tej próby,Żeby słusznego nie uszło baczenia,Opowiem. — Mrok mnie otoczył był gruby,
Od kiedy drogę straciłem prawdziwą:Więc jakby we śnie precz byłem niesiony,Aż kędy ziemia podnosi się krzywoW kształt góry, słońcem na barkach złocony.I aż tam oczy podniosłem z otuchąKu opiekuńczej podróżnych światłości,Po całodziennem martwieniu się skruchą.Obawy próżen i serca ciężkości.Jak ten, co, jeszcze z oddechem tłumionym,Zaledwo brzegu dopadłszy z głębiny,Oczy ku falom obraca spienionym, —Podobnież umysł mój onej godziny,W samej ucieczce obrócon za siebie,Zdawał się przeszłość podziwiać zdradliwą,Co rada chłonie śmiertelnych i grzebie,Na niepowrotne zamknięta ogniwo.Niedługo wszakże, pokrzepion na sile,Już mam się dalej, lecz z trudem niemałymDla spadzistości, skąd — cały na tyleOparty — przed się wstępując, wisiałem.Gdy oto w samem wędrówki zaczęciuPantera ku mnie wybiegnie z uboczy,Nie uciekając, jak zwyczaj zwierzęciu,Lecz, owszem, ślepie zawodząc mi w oczy,Tak, że już wrócić, mniemałem.mniemałem słuszniejsza,I po kilkakroć cofnąłem spojrzenie —Ale był piękny czas, ranek — co zmniejszaObawę — słońca wschodniego promienieI one gwiazdy, świadkowie odwieczniMiłości, która wszystko to stworzyła,A wszystko piękne... skąd jakoś bezpieczniéjI o tej bestji, coby mi wróżyła,Mniemałem, barwę dziwiąc jej krzyczącą.Aliści z trwogi nieledwo ochłonę,Gdy okrutnego lwa paszczę wietrzącąSpostrzegłem; w moją zawrócił ją stronę,Szaleństwem głodu długiego miotany.A niemniej w szkielet zachudła wilczycaTuż za nim — tej ja widokiem zmieszany,Skoro mi ślepie jej padły na lica,Zadrżałem, dalszej niechając podróży.Więc jako kupca, co lekko zyskiwał,Gdy potem długo i próżno się nuży,Aż wreszcie straci: tak mnie los zażywał.Niepokojony wilczycy oczyma,Cofnąłem kroku i noga za nogąZaszedłem wreszcie napowrót, gdzie niémaSłonecznych blasków, w dolinę niebłogą.I napotkałem tam postać błądzącą,Która mi zdała się trawić milczeniemOd wieków; tej ja zawezwę gorąco:«Kto jesteś, nie wiem, śmiertelnym czy cieniem,Ale mnie widzisz w potrzebie straszliwéj;Odpowiedz, poradź!..» «Śmiertelnym już byłem,Nie jestem — dom mój Mantua, a niwyLombardji moją ojczyzną — nie żyłemZa Julijusza, acz wonczas zrodzony,Raczej, gdy August przyświecał nad Rzymem,A Jowisz niebem sprawował zmyślony.Wtedy ja byłem poetą i rymemO Anchizesa głosiłem nasieniu,Co z Ilijonu uszło spalonego.Lecz ty — ach, czemuś powrócił cierpieniu?Patrz, oto góra radości — dlaczegoNie podążyłeś, gdzie prawdy stolica?...»A ja: «O mistrzu — poznajęć — Wirgili!...»I wraz rumieniec zapalił mi licaI rzekłem — «Od tej nie opuść mię chwili.Ile żeś wieszczów światłością i czołem,Ile że źródłem jesteś przeobfitem,Gdzie i ja czasu znużenia czerpnąłem,Skąd wszystko u mnie, co niepospolitem!Jeśli mi powrót zarzucasz niewczesny,Patrz, oto żywa przede mną zapora,Która mię w lament wprawiła bolesny;Od ciebie rady chcę, jak od doktora».A on: — «Do innej podróży się sposób!Tej ci wilczyca zabroni, tak chciwa,że, lubo wiele zgładziła już osób(I wielu jeszcze przyszłość nieszczęśliwa),Niczem się nażreć nie może to zwierzę,Ale po strawie głodniejsze, niż pierwéj;Ona i inne zużywa lubieże.Z wieloma twory łącząc się bez przerwy,Ale nadbieży chart, ten ją owładnie,Bo żądze jego nie będą ziemskiemi,Raczej o cnotę, um, miłość zagadnie.Pomiędzy Feltro a Feltro, po ziemi,Dla której czysta skonała królewna,Euryjal, Turnus i Niso — on gończyPies za wilczycą podąży, aż gniewnaW otchłaniach, które kolebką jej, skończy.Przeto idź za mną, jać będę przodkował.Ale przez państwo wynijdziesz stąd wieczne,Gdzie będziesz słyszał i będziesz żałowałLamentujących za życie bezpieczne,Gdzie będziesz duchy oglądał, jak płaczą,Przez wieki końca żebrzące — bez końca,I te, co kiedyś zbawienie zobaczą,Jaśniejsze — przeto, że tęsknią do słońca.Lecz, jeśli owdzie, skąd słońce to świeci,Podążysz chucią, nie moja już droga:Ja wrócę — czystszy niech z tobą uleciPrzez nieodzowność wyroków do Boga,Gdzie radość wieczna i kędy, żem krzywy,Do panowania i tronów i chwałyNie jestem furta — o, bardzo szczęśliwy,
Komu się takie urzędy dostały!»Więc ja: «Poeto! Przez Boga żywego,Którego jeszcze nie znałeś — poeto,Sprawuj mną, niechbym uniknął raz złegoI, kędy lament, zobaczył; mów, gdzie to?Do furty Piotra świętego mnie prowadź».............Więc tak Wirgiljusz pocznie mi przodkować:
Skonały światła dziennego promienie,A szare mroki, co idą za niemi,Okryły prace — i wszelkie stworzenie,Krom mnie jednego, spoczęło na ziemi.Podróży znojem i znojem współczuciaNa ciągłą walkę zmieniłem oddechy,Zwłaszcza, że umysł, z dziennego okuciaWyzuty, wierniej malował mi grzechy.O muzy, i ty, potęgo tworzenia,Swoich mi natchnień nie odmów na dobie,I ty, co lotne utrwalasz widzenia,Pamięci, próbę nastręczam i tobie.
Więc rozpocząłem tak:«Wieszczu — niżeliW przeszłości otchłań stąpimy głębokąZważ, czyli wytrwam? — Bo są, co widzieli,Jako Eneas, acz równie miał okoŚmiertelne, temu człek zdrowej uwagiAni się będzie dziwował, gdy wspomni,Jak pełną miarę i jakiej to wagiDo jego losów wiązali potomni.Skąd i Bóg, złego odwieczny pogromca,Pobłogosławił wędrówkom Enea,że jako ojciec, nie obcy łakomca,Na siedmiu wzgórzach nim zatknął trofea,Już pierwej — o czem śpiewałeś uczenie —Te rzeczy palec odsłonił mu boży,I że Anchiza starego nasienieRzymowi kamień węgielny założy.Co większa, wniósłbym o tymże pielgrzymie,że może celom służył oddalonymI tym, co później usiedli na RzymieW tiarze Piotra i w płaszczu złoconym.Bo i z dwunastu wybrane naczyniePielgrzymowało z anioły bożemiPo słodkość prawdy — lecz mojej przyczynieCzyliż ktokolwiek zaufał na ziemi?Jam nie Eneas, nie Paweł — i u mnie,I u znających mnie tyla nie warty,Więc, jeśli przeczę, to zechciej rozumnieOsadzić: prawy-m, czy tylko uparty?»To mówiąc, byłem jak człowiek niestały,Który co chwila odwleka zaczęcie,I u stóp ciemnej wstrzymałem się skały,Ile niewczesnem, bacząc, przedsięwzięcie.Alić się do mnie cień ozwie wspaniały:«Zwątpienia twoje znam (ileż to razySzlachetną one porywczość cofały,Jak zwierza-cienia fałszywe obrazy!),Lecz, abyś trwogę pokonał niesławną,Wiedz, kto mnie natchnął współczuciem dla ciebie,Niżeliś o nie zawezwał niedawno!Jam z owych, którzy ni w piekle, ni w niebie,Ale w limbowem przestają czekaniu;Tam skoro dumam, głos cichy lecz miły,Przeanielskiemu podobny śpiewaniu.I oczy, słońca jaśniejsze, sprawiły,Że usłuchałem rad świętej dziewicy.— Mantuańczyku — mówiła — o którymNie dość, że w twojej i obcej stolicy,Ale i w świecie powieści są wtórym,Patrz, oto człowiek, którego na ziemiKochałam — smutny, gdy w miejscu bezludnemPrzeszkody znalazł — cofnięty jest niemi.Czyli już zbłądził? Nie sądzę, lecz w trudnemZdarzeniu, własnej nieufna przyczynie,Zaklinam ciebie, ty słowy wieszczemiWczas mi go wesprzyj, i żałość niech minie!Jam Beatrycze, a mieszkam z takiemi,Że tylko miłość wywołać mnie może,I wyszłam stamtąd, gdzie obym już była,Gdzie, przed oblicze stanąwszy znów boże,Będę się z twojej usługi chwaliła.Tak kończy — ja zaś rozpocznę: O święta,Za której sprawą człek wyższe ma czołoNad stworzeń tłuszczę, co z nimże zamkniętaW księżyca obrót i niebios tych koło,Co mi polecasz, chociażbym w tej chwiliWykonał, jeszcze winiłbym się mocnoO opieszałość. Lecz oświeć mię: czyli,Z jasności w otchłań zstępując tu nocną,Skoro cię żądza powrotu zapala,Ty się jej odjąć nie lękasz — i czemu?— Posłuchaj! Lękać się tylko zniewalaTo, co być może szkodliwem bliźniemu,Lecz nic innego. Mnie dano jest zgóry,że ani ogień piekielny, ni waszaNiedoskonałość mej skala natury.Błogosławiona tam jest co upraszaZe skutkiem — Ona, gdy w łasce pożąda,Nieodwołalne zmieniwszy ustawy,Do Lucji rzekła: «Wierny twój wygląda;Zali go wesprzesz w czas trudnej przeprawy?A ja go twojej polecam przyczynie».
Więc Lucja, że jest okrutnym przeciwną,Opuści miejsce i ku mnie popłynie,Kędy z Rachelą siaduję przedziwną,I w te się ozwie słowa: «Beatrycze,Ty, coś jest czujną w chwaleniu przed Panem,Miałażbyś sidła dopuścić zwodniczeNa męża, który, niezwykłem się mianemDla ciebie jednej okrywszy, zasłynął,Który cię tyle ukochał — a oto,Czy widzisz? — Oto ledwo że nie zginąłCzy słyszysz? — Jęczy, dociśnion zgryzotą.Wokoło rzeka grozi mu Śmiertelna,Oceanowi nie rada hołdowaćNi ludzkiej dłoni, lecz w prądzie tak dzielna,że jeszcze po niej nikt nie śmiał żeglować».To słysząc, z świętej powstałam ławicy.A ufna w muzie, przez której natchnienieTwoi się nawet wznieśli zwolennicy,Zstąpiłam. Na tem skończywszy mówienie.Poczęła okiem naglić mię zroszonem.I uczyniłem co rychlej, jak chciała.Przed bestją własnem zakryłem cię łonem;Lecz teraz, kiedy dostępną ci skała,Cóż poczniesz? — Czemu, z błędnemi oczyma,Nie postępujesz, jak człowiek trwożliwy?Gdzież serca ufność? I jeszcze coć trzyma?Wszakże na dworze niebieskim trzy pannyBłogosławione piastują twe losy.A ja ci pochód wróżę nieustanny».Jak kwiaty nocą zamknięte dla rosy,Kiedy je słońce z pomroku wywoła,Na ukrzepionej powstawszy łodydze,Już całem okiem patrzają dokoła —Tak i ja, trwogi gdy wczas się zawstydzę,W te słowa rzekłem: «O, wielce łaskawąTa opiekuńcza istota na niebieI ty, że moją przejąłeś się sprawą.Wiedz, że odtychmiast ślubuję dla ciebieWszelaką serca i myśli powolność,Bo tyś mi drogę uprościł zawiłą,Strwożony umysł wybiwszy na wolność.Więdz idź — niech jedną i wolą, i siłąZdążamy odtąd! Więc sprawuj, jak wodzeI mistrze czynią!» — — tu słów już nie było,Ale po dzikiej ruszyliśmy drodze.
Gdy dnia skonanie dzwon opiewa łzawe,Podróżnik, tęskniąc za rodzinną stroną,Ku swoim myślą wraca upragnioną:Więc i ja również — póki brzmiało «ave»,Słuchałem... potem cichość była głucha.— To, ku siedzącym obrócony cieniom,Spostrzegłem rękę wyciągnięta ducha,Który się podniósł, ręki tej skinieniomZdając się szukać powolności ucha.— I ku wschodowi obie potem dłonieObrócił, cały w oryjencie tonie,Jakoby mówiąc: — «Boże! — okrom ciebieNie stoję o nic» — i te nucił słowa:Te lucis ante. — Ale, jakby w niebieŚpiewano, słuch mój, serce, pierś i głowaByły zajęte śpiewem tym odrazu.— Aliści, wyraz łącząc do wyrazu,Zabrzmieją wtórem inne cieniów roty,Z oczyma w niebo wzniesionemi: O ty,Co czytasz, prawdę jeśliś rad odsłonić,Uważ, jak lekka cieni ją zapona!(Zaiste, długo się niezdolna bronić.)— Na grupę cieniów, co, tak zamyślona.Z pokorną w niebo zwraca się obawą,Patrzyłem; alić, nagle dwaj anieliOd niebios ku nam i cieniom spłynęli.A każdy oręż ręką trzymał prawą,A oręż tępy był i zbawion końca...Szaty ich lekkie, barwy szmaragdowej,Błądziły na tle przezroczystem słońca,Jakoby listki świeże w czas majowy.Z onych aniołów jeden się przed namiZatrzymał, drugi na przeciwnym brzegu.Tak, że we środku byłem ja z cieniami.I tylko jasny włos, rozwiany w biegu,Anioła, który zdala był, widziałem;Lecz twarzy cieniów, w jedną zlanych falę,Dla obfitości nie rozeznawałem.— «Ci oba, w wielkiej jaśniejący chwale,Z zastępu Marji są», — tak mówił do mnieSordello; — «czuwać muszą tu przytomnieDla sideł węża, co za lada chwilęNadbieży ku nam, w całej pędząc sile»— Więc ja, niepewny miejsca ani doby.Postąpię, zwrócę się i wraz z SordellemDo Wirgiljusza przypadłem osoby.Trzej, lubo wspólnym połączeni celem.Pomiędzy cienie zstąpmy teraz bladeDla rozmów, którym bardzo będą rade.
(To nie jest żadne dobre tłumaczenieI tyle ledwo warte, co rysunki.Ale, że Danta, wiesz, jak bardzo cenię,Że nie stokrotne słodził mi frasunki,Że zawsze ze mną był ten wielki człowiek,To, ile razy wczytam się, a potemPodniosę ręce dla przetarcia powiek,Pod jego skrzydeł czuję się namiotem —Obrazów tysiąc wkoło mnie się snujeI tysiąc pieśni słyszę wkoło siebie,A radbym wszystkie objać tak, jak czuję,I udarować niemi... Kogóż? — Ciebie.
(1846).
Comments
Loading comments…