Ulalume (tłum. Beaupré, 1910)
Translated from English by Barbara Beaupré
Nieba strop stał posępny i szary,Zwiędłych liści opadał plon suchyLiści zwiędłych i martwych, plon suchy.Noc płynęła przez senne obszaryA październik to był, smętny, głuehy,głuchy,Mgła spowita mroczne Ober jezioro,We mgle stał puszczy Weir, ostęp głuchyGroza szła przez oparne jezioroI przez Weir las nawiedzany przez duchy.
Tam aleją cyprysów wspaniałą,Duch mój błądził ze swą Psyche w noc czarnąWśród cyprysów, ze swą Psyche w noc czarnąSerce mole, jak wulkan gorzałoI jak lawą tryskało pożarnąJak ów wulkan zwany Jenik gorzałoCo nad strefą wzniesiony polarnąSiejoSieje ogniem i siarką stopniałąGdzieś nad strefą płonący polarną.
Mowy nasze były skromne i cicheLecz już niemoc nas zdjęła zdradzieckaI odbiegła nas pamięć zdradziecka,Nie wiedzieliśmy ja, ani Psyche,
Że wróciła już noc staroświecka.Że październik to był smętny, głuchy,W mgieł oparnych tonący pomroceŻe już noc powróciła zdradziecka,Noc doroczna, ach ta noc nad noce!Nie widzieliśmy Ober jeziora,Znikł nam z oczu, puszczy Weir ostęp głuchy.ChocChoć znaliśmy to mroczne jezioroI ten Weir las nawiedzany przez duchy.
Lecz już noc się zbliżała do brzaskuGwiezdny zegar wskazywał świtanie,Nadchodzące zwiastował świtanie.W głębi naszej alei w zórz blasku,Już się pierwsze budziło zaranie.I cudownie wschodziła o brzaskuNiosąc sierp swój, jak ostrza rozwarteRoziskrzona w porannych zórz blaskuPromienista, dwurożna Astarte.
Wówczas rzekłem — Ach! gorętsza od Dyany,Jest Astarte, przez westchnień etery,Szybująca, przez westchnień etery.Snadź dostrzegła w swej drodze świetlanejŁzy nie oschłe i ból wiecznie szczeryŁzy na twarzy i ból wiecznie szczery.Więc przybywa od lwa konstelacyi,By niebiańskie rozświetlić nam sfery,I nie bacząc na lwa konstelacyę,
Do Letejskich nas wiedzie przeźroczy,Skąd nie bacząc na Lwa konstelacyęBłyszczą ku nam miłośne jej oczy,Błyszczą wielkie, miłośne jej oczy.
Ale Psyche, wznosząc w górę ręce,Rzekła — Gwieździe tej nie ufam zwodnej,Ni bladości jej nie ufam zwodnej.O! spiesz za mną, nie zwlekajmy więcej,Uciekajmy od tej gwiazdy zwodnej.W trwodze wielkiej, mówiła i w męce,Pióra wlokąc, po kurzawie chłodnejI szlochała w żałosnej udręceSkrzydła wlokąc, po kurzawie chłodnejJasne skrzydła, po kurzawie chłodnej,
Lecz ja rzekłem — Wszak to sen złudzenia!Tu, zostańmy, gdzie nas światło drżące,Kryształowe zlewa światło drżące.Sybilliczne biją odeń lśnieniaCzarem piękna i nadziei tchnące.Patrz, jak skrzą się, wśród niebios sklepienia.sklepienia,Migotliwe w dnia świtaniu bladem.Śmiało możem zaufać w ich lśnienia,Za iskrzącym zdążając ich ślademŚmiało możem zaufać w ich lśnieniaDokąd błyszczą w dnia świtaniu bladem.
Ukoiłem pocałunkiem Psyche,Rozpraszając jej żal i skrupuły.
Uśmierzając jej żal i skrupuły.Lecz u krańca cienistej aleiStopy nasze chłód grobu uczułyBo wstąpiły na wrota grobowe,Starodawne wrota legendowe.— Miła siostro! wyrzekłem do Psyche,Legendowy ukazując tumJaki napis wyryto na grobie?Ona rzekła. — To grób UlalumeGrób straconej twojej Ulalume.
Serce me, spopielało w proch szary,Jako liści uwiędłych plon suchy,Jako liści zmartwiałych plon suchy.I przejrzałem przez mgliste opary:Że październik to był mroczny, głuchy.Żem był niegdyś w tem miejscu upiornem,Wlokąc brzemię straszliwe, sieroce,W taką samą noc październikową,Noc doroczną, w taką noc nad noce.— Co za szatan! krzyknąłem, piekielnyTu mnie zawiódł, w puszczy Weir ostęp głuchy.O! znam dobrze, to Ober jezioroI ten tas, nawiedzany przez duchy.Mroczne we mgle tonące jezioro.I las Weir nawiedzany przez duchy.
Comments
Loading comments…