Sonety — całość

Translated from English by Zofia Reutt-Witkowska

Dumałam raz nad starą pieśnią Teokryta,Jak śpiewał lata błogie, cenne, upragnione,Postaci dłoni wdzięcznych biorące osłonę,By z nich płynęła ludziom dań szczęścia obfita.

Gdy tak myśl ma powieści w dawnej mowie czyta,Zwolna, z cienia, powstają wizją lata one,Błogie lata i smętne, lata roztęsknioneWłasnego życia mego, po których dziś drży ta

Łza, jak po śnie rozwianym. Znienacka, przez rosyÓcz mych, dojrzę — mistyczny sunie Kształt, aż słanieZa mną i wstecz mię nagle pociągnie za włosy.

Gdy się opieram — spyta, władny, niespodzianie:„Zgadnij, kto-ć trzyma?” Rzekłam: „Śmierć.” Lecz srebrnogłosyWtem dźwięczy odzew: „Nie Śmierć, ale Miłowanie.”

Lecz w całym świecie Bożym troje tylko słowoSłyszało, któreś wyrzekł, — Bóg, prócz mnie i ciebie!Odpowiedziało jedno... Bóg przemówił w niebie...I klątwę Swoję mroczną złożył tak surowo

Na me powieki, jakby skarać chciał za owoWidzenie cię, — iż nawet w śmiertelnej potrzebieCiężar skonu mniej stłoczy wzrok mój i pogrzebieMniej głęboko. „Nie“ z Bożych ust gdy grzmi nad głową,

Gorsze niżeli z inszych wszystkich, O mój drogi!Ludzie nie poróżniliby nas waśnią świata,Morza nie odmieniły, nie zgięły burz trwogi;

Dłoń się z dłonią pomimo gór zapory splata:I, choć między nas nieba roztoczą swe progi,Tem do gwiazd rychlej trafi ślubowań objata.

Różniśmy, bardzo różni, O Serce Książęce!Różne zwyczaje nasze, różne przeznaczenia.I dwu naszym aniołom dziw oczy spromienia,Gdy lot skrzyżują, w prośbie śpiesząc czy podzięce

W przeciwne drogi. Pomnij, królowych cię ręceDarzą łaską, turniejów gościu, i spojrzeniaSetek źrenic, jaśniejszych, niż te łzawe lśnieniaÓcz mych nawet być moqą... któremi nie znęcę

Wodza pieśniarzy. Czemuż z okien, pod niebiosyLśniących, ślesz ku postaci swój wzrok, ladajakiej:Cóż, że, tułacz zdrożony, pieśni swojej głosy

Ślę w mrok, wspierając się o cyprys? Krzyżma znakiNa głowie twej, — na mojej chłodne świecą rosy, —I tylko Śmierć im poziom wykopie jednaki.

Wzywają cię w komnaty jakieś pałacowe,Śpiewaku wdzięczny wzniosłych strof! oto tancerzeNiechają pląsów, oto chęć można ich zbierze,Aby się zasłuchali w warg twórczych wymowę.

Jakto, czyż dotkniesz klamki drzwi mych? w progi oweZbyt niskie wnijdziesz? czyś się zastanowił szczerzeI ścierpisz, by twe pieśni spłynęły w ofierzeZnienacka, w złotej pełni, w dom biedny — godowe?

Spójrz, sowa z nietoperzem wzięły to ode mniePodstrzesze; oknem pustem rwie się wichru falaŚwierszcz twej lutni podrzeźnia ćwierkaniem swem w ciemnie.

Cyt, nie budź więcej echa, które się użalaNad ruiną! we wnętrzu skrył się głos, tajemniePłaczący... że tak śpiewać musisz tu... sam, zdala.

Serce, jako Elektra w żałobnym ubiorzeUrnę swą, uroczyście wznoszę śród zamroczy —Ciężkie, i popiół sypię, w twoje patrząc oczy,Do stóp twoich. Jedyny — patrz, jako w pokorze

Skrywałam wielką warstwę trosk, jako rozgorzeIskier moc krwawa, dzika, i w szarzyźnie broczyPopielnej. Gdybyś stopą, we wzgardzie ochoczy,Mógł zdusić ognie, lepiej stałoby się może.

Lecz gdy, przeciwnie, razem będziemy czekali,Aż wicher wzbije wgórę szarość prochów mnogą...O wieniec twój się lękam, Najdroższy. Stań dalej!

Lękam się, czy wawrzyny ochroną być mogą,Czy z ogni tych ni jeden włosów nie opali.Odsuń się więc ode mnie! własną odejdź drogą!

Odejdź ode mnie! Jednak czuję, że zostanieDuch mój odtąd w twym cieniu. Nigdy już w namioty,Kryjące życia mego odrębność, jak złotySkarb, samotna nie wnijdę, aby rozkazanie

Duszy własnej dać, nigdy już dłoni świetlanie —W słońcu, bez czucia owej nie wzniosę pieszczoty,Której się zrzekłam — odtąd tęskni dłoń ma do tejDłoni, która nie tknęła jej. W losów tumanie

Rozejdziem się daleko, lecz serca pierw zginąW sobie z tętnem podwójnem odtąd. Jawy ścieżeI snu manowce ciebie są pełne; tak wino

Smak czerpie z gron swych. Kiedy za siebie pacierzeMówię, to w serce Boże z imieniem twem spłyną,I Bóg w oczach świecące łzy dwojga dostrzeże.

Powierzchnia ziemi całej, zda się, odmieniona,Gdym raz pierwszy twej duszy posłyszała kroki.Cicho, jak cicho wkradły się — między roztokiŚmierci, co ku mnie pręży straszliwe ramiona —

A mnie samą. Mniemałam, serce we mnie skona,Aż tu miłość podjęła je, mistrz jasnooki,Nowym je ucząc rytmem żyć. Czary głębokiejGorycz, na chrzcie mi danej od Boga, jak ona

Słodka mi dziś, w pobliżu twojem, ty, Słodyczy:Ziemi, nieba imiona dziwnieś pozmieniałaW urok, ten sam, gdziekolwiek będziesz, tajemniczy;

I ona... ona lutni mej... wczorajsza chwała(Wiedzą pieśni anioły) za wartość się liczyPrzeto jedynie, iż mi tobą dźwięczna cała.

Cóż wzamian oddać mogę, mój ty szczodry panie,Coś przyniósł serca swego złotość nieskalaną,I purpurowe żary, na drodze, pod ścianą,Złożyłeś je, by taki, jak ja, przyjął danie

Hojne, lub rzucił całkiem skarb ten, niespodzianieWykwitły? Czym oziębła, niewdzięczna za wiano,Iż bez odwetu cudze, rozliczne zostanąDary, że niczem zgoła nie odpłacę za nie?

O, nie; w sercu nie zimno — lecz nędza się mieści.Spytaj Boga, wie wszystko. Gorycz łez mych krużyBarwę z życia spłókała, ocalał strzęp treści

Tak wyblakły i martwy, że byłby to dużyBłąd, głowie twej dostojnej podścielić go w części.Przejdź mimo! by deptany był, jedno niech służy!

Czy słuszna jest, by człowiek dawał tylko tyle,Co dać mogę! Pozwalał, byś w gorzkiej ozdobieŁez, tak bujnych, jak moje, trwał na lat mych grobie,Co zmartwychwstają ciągiem westchnień, kiedy chwile

Umartwień długich wspomną wargi, zrzadka mileZdobiące się uśmiechem dla cię? O, w żałobieTrwóg, wołam, iż niesłuszna! Nie jesteśmy sobieRówni, by kochankami być; wyznam, i chylę

Czoło w smutku, bo lichość darów czyni ze mnieNiewdzięcznika. Niestety! w rozstania godziniePurpury twej nie zbruczą pyłów moich ciemnie,

Jadu nie wleję w kryształ wenecki, gdyż ninieMiłość swoją ujawniać — byłoby nikczemnie.Kocham jeno! zwól — w ciszy cię miłość wyminie.

Lecz MIŁOŚĆ, sama miłość, pięknem spromienionąI godną jest przyjęcia. Ogień żarem pała,Czyli świątynia gore, czy len; światłość białaJednako, czy chwast płonie, czy cedru bierwiono.

A miłość ogniem żywym. Jeśli prawdę onąJa kocham ciebie, mówię... patrz!... tobiem się stałaPrzeobrażona w oczach, niemylna mię chwałaStroi, świadomą blasku nowych zórz, co płoną

Z lic mych ku twoim. Choćby najlichsze stworzenieKochało, nic w miłości lichego: w tej porzeCi, co Boga miłują, u Boga są w cenie.

I to, co czuję, błyskiem larwę kształtu zmoże —Tego, czem jestem: jasne okazuje lśnienie,Jako Miłość uzacnia wielkie dzieło Boże.

Jeżeliby zasługi miłość zapewniały,Nie jestem już niegodna całkiem. — Smętna, dzikaLic bladość, kolan drżenie, kiedy się umykaZiemia, iż ciężar dźwigam serca czas niemały

Dola pieśniarska, niegdyś nad Aornu skałyPorwać mająca, gdy dziś... ta moja muzykaMelancholji zaledwie zda się na słowikaDolin... Przecz-że me usta gorycz pićby miały

Wspomnień? O, mój Najdroższy, toż prawdą jest pono,Iżem ciebie nie warta, czcigodnej twej doli!Lecz, przeto, że cię kocham, łaska mi obroną,

Miłości samej darem; tedy w wieczną kolejZ miłości życie czerpię, z życia Miłość płoną:Błogosławiąca, zrzekam się ciebie — Jej k’woli.

Zaiste, nawet miłość, ta, którą się szczycę,Wznosząca się od serca, aż na czole blademZłoży rubin dość wielki, dość jarzący diadem,By ściągnął oczy ludzkie, świadcząc przez iskrzyce

O treści wnętrznej, — cała zeszłaby na niceMiłość zaszczytna, gdybyś mi nie był przykładem,Odkąd w mych oczach życie błysło nowym ładem,Odkąd poważnych ócz twych czytam tajemnicę,

I miłości wezwała miłość. Niech nie drożęMiłością, jakby we mnie z mej wstała przyczyny:Mdlejącą, wątłą, tyś mię w swoje porwał zorze,

Pod królów szczerozłote wwiodłeś baldakiny, —I to, że kocham (duszo, skłońmy się w pokorze!),Stało się li przez ciebie, któryś mi jedyny.

Chcesz, bym przybrała miłość w mowę, by mi onaSłów dostatek znalazła, bym na wichru faliOstrej pochodnię wzniosła — że jasno się pali,Niech oświeca nam twarze jej blasków korona? —

Do nóg ją rzucam twoich. Dłoń próżno uczonaDucha mojego w słusznej ode mnie oddaliTrzymać, ażeby wyraz dać najdoskonalejMiłości, co się skryła w tajń mojego łona.

Nie, niech miłość niewieścią zaleca twej wierzeNiewieścia godność moja, której milczeć miło, —Żem dotąd niezdobyta, choć jednasz mię szczerze,

I że rozdzieram życia swego szatę, siłąNieustraszoną hartu, bez słów, gdy lęk bierze,By jedno serca bicie bólu nie zdradziło.

Jeśli musisz mię kochać, niech miłość ta będzieZa nic, za miłość tylko samą. Nie mów sobie:„Za uśmiech, za spojrzenie kocham ją — w sposobie,Jakim przemawia słodko, — myśl jej mam na względzie,

Co z myślą zgodna moją, albo — że z nią wszędzieWczas mi się staje luby”. Może w jutra dobieOdmienią się te cechy, któremi się zdobięW oczach twych, — aż i miłość, skoro z nich się przędzie

Porwać się może w strzępy. Niechaj się nie snowaMiłość twa przeto, iż mi dłoń twa łzy ociera, —Miłość stracić, zapomnieć łez łatwo, gdy owa

Litość stworzenie nędzne przygarnęła szczera!Dla Miłości mię jeno kochaj, wiecznie nowa,By mogła trwać na wieki — Ta, co nie umiera.

Błagam, byś nie oskarżał, iż wciąż niewesołaLice cicho naprzeciw twoim licom wznoszę:Gdyż w różne patrzym strony; słoneczne rozkoszeNiejednakim nam blaskiem nasze złocą czoła.

Ty na mnie patrzysz z troską: otom, niby pszczołaW czystej ambry zamknięta kryształowe klosze,Odkąd w swym smutku żyję bezpieczniej potrosze,W Bożą Miłość zaklęta, i w przestrzeń dokoła

Rwać się — niepodobieństwem; nie rwę się więc do niej —Zawodnej. — Lecz ja patrzę na ciebie — na ciebie —Widząc, jak miłość gaśnie w zapomnienia toni,

Słysząc, jak się i pamięć w tych falach pogrzebie;Ów, który z wyżyn patrzy, widzi, jak na dłoni,Że się hen, u rzek ujścia, mórz gorycz kolebie.

Wszelako, żeś o tyle bardziej doskonały,Żeś szlachetniejszy, iżeś jako duchy-króle,Zmóc możesz lęki moje — niechaj się otulęW purpurę twą, aż bicia sercaby splatały

Rytm swój z twem tętnem, pokąd serce trwogi całejNie zbędzie. Który zwalczył — nie deptać, a czulePodjąć może: w tym wzniosłym tryumfu szczególeDowodzi, iż jest panem, i pełnej wart chwały!

Jak rycerz pokonany, pył umiotłszy głową,Zda miecz w litosne ręce zwycięskiego woja,Tak ci nawet, Najdroższy, wyznam dziś — tum ową

Skończyła walkę. Skoro mi w tobie ostoja,Wznoszę się z poniżenia na jedno twe słowo.Zwiększ miłość swą, ażeby wzrosła wartość moja!

Poeto mój, dotykać możesz każdej nuty,Jaką Bóg między Wczoraj a Jutrem roznieci,Wydzwaniać z szumnej światów pędzących zamieciŚpiew melodyjny, w czystem powietrzu rozsuty

Pogodnie. Przeciw kłamstwa muzyce zatrutej,Pod ton grającej nędznym chuciom ziemskich dzieci,Uszom niesiesz lek błogi. Bóg powierzyć chce ciCel ten, mnie każąc, abym czekała cię u tej

Górnej drogi. Najdroższy, jakoć zdam się na co?Czy nadzieją, do wtóru lutni? czy wspomnieniemSmętnem, którem się pieśni twoje ubogacą?

Czy, gdy pieśń swoją śpiewasz — palmy, sosny cieniem?Czy grobem, kędy siędziesz, utrudzony pracąPieśniarską? — Wybierz! Słodkiem obdarz przeznaczeniem!

Nigdym jeszcze swych włosów nie dała kędzioraMężczyźnie, okrom tego dziś, Najdroższy, tobie;W zadumie go rozkręcam w palcach i sposobię —Długiem brunatnem pasmem lśni równianka spora:

„Weź, proszę”. Dzień młodości mej przeminął wczora;Z śladem stóp się nie wiąże włos w weselnej dobie,Ani go różą więcej ni mirtem nie zdobię,Jako czynią dziewczęta: nadeszła dlań pora

Ocieniać głowę, smutkiem zwisłą, co do dna mięZdjął; lice, które zryła bujnych łez nawała.Zetną włos mój, mniemałam, przy Pogrzebnej bramie

Nożyce, ale słuszna jest, by Miłość brałaDar, gdzie przetrwało czyste pocałunku znamię,Którym się matka ze mną, konając, żegnała.

Rialto dusz dziś w towar przedziwny się stroi;Włos mój lichy na kędzior poety wymienię —Skarb to, zdobycz argijską przechodzący w cenie,Pobożnie wnet układam go na piersi swojej,

Czarną purpurą lśniący, jak w pieśni heroiOlimpijskiego mistrza — ponad śnieżne skronieDziewięciu Muz uploty skrzą się... Żeś w koronieLaurów cienistej, widać to — w ich mrocznej zbroi

Włosy twoje ściemniały, tak bardzo są czarne!Więc tchnień swych pocałunkiem w sieć lekką, pieszczonąCień ten, by się nie umknął, bezpiecznie ogarnę,

Tu, na sercu, skarb legnie pod żarów osłoną,Jak u skroni twej przedtem; aż kiedyś cmentarneChłody serce w lód zetną i wyziębnie łono.

Najdroższy, gdy pomyślę dzisiaj, mój ty Drogi,Iżeś istniał rok temu na tym Bożym świecie,A jam wtedy, samotna, w śnieżyste zamiecieBrnęła, gdzie ani śladu było ludzkiej nogi,

Ni głos twój zmagał ciszę, oraz, pełna trwogi,Ogniwo za ogniwem w łańcuch jak się plecie,Liczyła, nie wiedząca, że starga je przecieDłoń twa, tak bliska — owóż, czary dziwów błogiej,

Życia czary dotykam! Toż dziw oczywisty,Nigdy przedtem nie odczuć, dniem ni nocą, ciebie,Któryś wibrował słowem, lub czynem, — ni w czystej

Przeczuł cię kwiatów bieli, na wiosennej glebieKtóreś widział rosnące! Tak to ateistyNie zgadną Boga, iż jest, nie widząc Go w niebie.

Powtórz raz jeszcze, jeszcze powtórz mi Jedyny.Że kochasz! Choć wciąż jedno wymawiane słowoZda się „pieśnią kukułczą”, jak nazywasz owoMotywu powtarzanie, — wzgórza i doliny,

Lasy i łąki jednak, bez tej kukułczynejPiosenki, nie przystroją się zielenią nową.Najdroższy! Głos mię ducha pozdrowił echowo,Tedy, błądząc przez ciemne zwątpienia drożyny,

Wołam: „Powtórz — że kochasz!” Czyli przeraziłyKogo gwiazdy, że nadto ich na mlecznej ścieży,Albo kwiaty, że nadto lato przystroiły?

Mów, że kochasz mię, kochasz, kochasz — niech dźwięk świeżySrebrem gra! — tylko sercem nie zapomnij, Miły,Kochać mię, gdy na ustach święta cichość leży.

Kiedy nasze dwa duchy stają oko w oko,W milczeniu, dwaj wyniośli potęgi anieli,Aż z kończystych przegubów ich skrzydł ogień strzeli,Znać dając o żywiole pod formy powłoką, —

Powiedz, jaką nam krzywdą ziemia dość głębokoI gorzko szczęście nasze struć może? JeżeliWyżej wzlecim — tam tłoczno śród cherubów bieli,Każdy z nich rad, nad cenną, otchłanną zatoką

Ciszy naszej — upuścić wybornej krąg pieśni,Szczerozłoty. Zostańmy tu raczej, mój Miły,Na ziemi, — kędy sprzecznym rozgwarem cieleśni

Odtrącą, wyodrębnią czystych duchów siły:Gdzie ciemność i godzina śmierci zewsząd cieśni,Tam się, na dzień, co zejdzie, miłością stopiły.

Czy aby prawda, powiedz? Czy, gdybym leżałaMartwa, ty życia poczułbyś brak, tracąc moje?Czy wystygłyby dla cię jasne słońca zdroje,Że skroń mą chłodne rosy tłoczą, grobu skała?

Zdziwiłam się, gdy listu twego karta białaMyśl tę do mnie przyniosła... Czy w aż takiej stojęU ciebie cenie? — chociem twoja. NiepokojeRwą sercem... drżącą ręką chcesz, bym wino lała

Do czary? Niech więc śmierci mi się nie śnią cienie.W wędrówki tej przyziemnej powracam kolisko —Byleś kochał! Twój oddech łowię — twe spojrzenie!

Skoro nie dziw świetniejszym paniom schodzić niskoZ zaszczytów i bogactwa — przez miłość, ja zmienięNa ziemię, byle z tobą, raju słodycz bliską!

Niech ostrość świata będzie nam, jako złożonyKlingą do klingi nóż ten, nie zadając męki,W dłoni Miłości skryta, dziś ciepłej i miękkiej, —Niech pierzchną waśni ludzkie w oddalone strony,

Gdy ostrz zwarciem nóż klasnął. Opleć mię ramiony —Życie skłania się życiu; rozpierzchły się lęki;Urokiem dobrym od złej światowców paszczęki,Niemocnej szkodzić, chociaż jadem zarażonej,

Bronisz mię. Bytów naszych liljowe kielichyŚnieżyście niechaj wzrosną ponad czarne złoże,Skąd czerpią, niedostępne, moc, i na przepychy

Zdają się ros niebieskich; niech wzbiją się hoże,Proste — od ludzkich wolne rąk, na wyży cichej.Li Bóg, co nas wzbogacił, zubożyć nas może.

Serce ciężkie dźwigałam, Luby, czasu tyle,Z roku na rok, nim twoje ujrzałam oblicze.Szeregiem czarnym smutków po smutkach nie zliczę —Spadały miast radości, lekkich, które mile

Stroją, niby sznur pereł, — każdą w tańca chwilęRytm serca wznosi. Krótkie nadzieje zwodniczeW długą się rwały rozpacz, i Bożej słodyczeŁaski ledwie nad nędzę, na dni mych mogile

Dźwigały ciężkie ono serce. Aż w twe dłonieNa rozkaz twój włożone, w fal otchłań się strąca,W cichy ogrom istnienia twego! Bystro tonie,

Jakby mu było własnem głąb zmierzać do końca.Między losem a srebrem gwiazd na nieboskłonieZamknęła się ponad niem toń pośrednicząca.

Żyłam, biorąc sny własne swe za towarzysze,Zamiast mężów i niewiast, żyłam tak przed laty.Dobre z marzeń tych druhy, gdy nad dźwięk skrzydlatySennej pieśni, ton inny serca nie kołysze.

Ale wkrótce pył ziemski wtargnął w ich zacisze,Zbrukał purpurę sukien, zmilkły poematy.Jam słabła, ślepła, z dolin gdym ścigała światyNiknących oczu wizyj. Wtem ciebie posłyszę —

Szedłeś, byś był, czem być się zdały. Pieśni tony,Przepych, jaśń (wszystko takież, choć w lepsze się zmienia,Jak szum rzeki źródlanym czarem uświęcony)

W tobie się zjednoczyły, więc z piękna strumieniaPiję i już mi nie brak nic do pełni onej:Dar Boży najcudniejsze zawstydza marzenia.

Ty mój, ty mój Najdroższy, coś mię nad pustkowieMielizn ziemskich, gdziem więdła, dźwignął, tchnął wiew inyWiew życia, w mych kędziorów nikłe plątaninyNad czołem, aż wróciłeś aureolę głowie,

Aż błysła, jako widzą Pańscy aniołowie,Pod zbawczym pocałunkiem twym! Drogi, jedyny,Panie mój, coś się do mnie zjawił tej godziny,Gdy świat zniknął; mniemałam, w Bogu się odnowię,

Aż wtem Ciebie znalazłam! I radość w udzieleMam odtąd, sił dostatek. Jak ów, co z siedliskaŚmierci przeszłość ocenia ciężką, w asfodele

Zmierzchowe błądząc, — tak ja, dumy dzisiaj bliska,Świadczę, pomiędzy dobrem a złem stojąc, wieleMiłość, jako Śmierć mocna, zarówno odzyska.

Listy me! wszystko martwy papier, niemy, biały!A jednak listów paczka rwie się, jakby żywa,Z rąk drżących, gdy wstążeczki rozluźniam ogniwa,By na kolanach moich, wolne, spoczywały.

Ten mówił, — radby widzieć raz, choć chwili małej,Przyjaźń w mem oku; ów zaś dzień wiosny nazywa,W którym przyjdzie mej ręki dotknąć... tak szczęśliwaByłam tą wieścią prostą, że łzy się polały.

Ten znów: kocham cię; drżałam, jakgdyby mi owaPrzyszłość Boża w minione dni gromami biła.Ów mówił, twoim jestem — treść listu się snowa

Pismem bladszem... na sercu-m go wrzącem nosiła.Miłości, nadużyte byłyby twe słowa,Gdybym, coś tu napisał, mówić się ważyła!

Myślę o tobie! — myśl cię oplotem osłoni,Jako drzewo wyniosłe winna łoza dzikaStroi, aż w bujnem liściu pień potężny znika,Nie prześwita z bogactwa szmaragdowej toni.

Przecież, o moja palmo, nie mówmy już o niej!Tyś droższy, lepszy stokroć, od myśli promyka,I bawić się nim nie chcę! Skoro się umykaPostał oczom zbyt długo, wróć mi; z dumnej skroni,

Jako palmie przystało, z szumem strząśnij ścianęCzepnej zieleni, którą natrętnie cię zdobię.Niech ciężko spadną więzy — pęknięte, stargane!

W radości mej najgłębszej, w odzyskania dobie,Nowem dyszę powietrzem, gdy w cieniu twym stanę,I, żeś zbyt blisko — myśleć nie mogę o tobie.

W noc mi twój obraz luby przez łzy moje świta,Uśmiechniętym cię widzę w dzień. Wskaż powód onejRóżnicy? — Czyś ty we mnie smutku zbudził tony,Czy też jam sama smutna? W chórze akolita,

Chociaż modłów dziękczynnych śpiewny rytuał czyta,Opaść może na stopnie ołtarza — zemdlony.Tak czuję głos, lecz nie wiem, w jakieś odszedł strony.Niepewna, pomieszana, gdzie postać twa skryta, —

Jak ów, co amen słyszy w omdlenia godzinie.Kochany, czy mię kochasz? Czy tylko marzącejChwała zalśniła, bóstwem aż zdałeś się, i nie

Błyśnie więcej, bo nazbyt promieniste słońceZaćmiło oczy duszy? Czyli jeszcze spłynie,Jak łzy me — rzeczywiste płyną i palące?

Nadchodzisz! w tem zawarło się wszystko, bez słowa.W świetle oczu twych spocznę, jak czynią dzieciętaW słońcu południa: dusza ich, w błogość zaklęta,Mrzy przez rzęsy radosne, i szczęście w głąb chowa,

Nieznane, hojne. — Uważ, jak wątpliwość owaOstatnia w błąd mię zwiodła! lecz już nie pamiętaSerce grzechu, przyczyny żałując — dzień świętaWinien dla nas trwać zawsze, chwila, wiecznie nowa,

Obecności wzajemnej. Ach, pod twą obronęNiech schronię się gołębią! kiedy rosną trwogi,Serca twego hojnością wnet wypogodzone —

Znikną: ogarnij pełnią myśli swojej błogiejDrżącą myśl moją, którą w samotności płonę,Jak pisklę, zabłąkane śród niebieskiej drogi.

Kiedy raz pierwszy słońce wzeszło na zaklęcieMiłości twej, zawczasu mój wzrok miesiąc bada:Pospiesznie zadzierzgnięte węzły zwolnić rada,Mniemałam — by przysięgi swej dochować święcie,

Zbyt nagle serca zbiegły ku sobie. We wstręcieMogli siebie mieć rychło. Zdrożona i blada,Jam nie dla tej miłości! — Skrzypce lichej biada,Jeśli, do wtóru pieśni, artysty dotknięcie

Muśnie struny niestrojne: zbyt szybko do rękiWzięta, za ton fałszywy legnie odłożona.Nie siebie już, lecz ciebie winię o rozdźwięki

Myślą tą, bowiem dłoni mistrzowskiej ochronaUzdrowi struny, piękne popłyną piosenki.Wielki duch, niech raz dotknie, wnet cudów dokona.

Tak, imieniem spieszczonem wołaj mię! Niech słuchaSerce dźwięków, na które dzieckiem od zabawyBiegłam, i stos rzucałam kaczeńców złotawy,By spojrzeć wgórę, w lube oczy, skąd otucha

Spływa mi, żem kochana, droga. Dziś, do uchaNie wpada jasnych głosów dźwięk; w Niebios dzierżawyPorwane, zestrojone w harmonji łaskawej,Nie wołają mnie więcej. U trumny — noc głucha,

Gdy ja zwę — Boga — Boga! Niech głos twój się stanieGłosów tych spadkobiercą. Niechaj się rozpocznieKwieciu południa święto — na północnym łanie;

Miłość chwytaj zaranną, choć wokoło mrocznie.Tak, imieniem tem zwij mnie — na twoje wołanieTem samem ci odpowiem sercem, i niezwłocznie.

Tem samem sercem, rzekłam, odpowiem dziś tobie,Jak tamtym, gdy posłyszę dziecięce swe miano —Niestety! czyliż serca te same zostaną,Gdy zmącą się i zemną w twardej walki dobie?

Mówiłam, żem, wezwana, ku drogiej osobieSpiesznie biegła, więź kwiatków rzucając wiośnianą,Gry dziecięce... z uśmiechem, co wybiegł mi ranoPrzy zabawie na usta, i którym się zdobię

W radosnem posłuszeństwie nadal. Dziś, w głębokiemZadumaniu, samotność rzucam, trosk nawały;Na głos twój biegnę przecież, ogarniając okiem

Nie poszczególne dobro, ale skarb swój cały!Złóż rękę na tem sercu: krew gna bystrym tokiem;Tak rączo nigdy stopy dziecka nie bieżały.

Gdy ja wszystko dla ciebie rzucam, czy ty, wzajem,Będziesz mi wszystkiem? Czy się nie stęsknię za owąProstotą pocałunku, co w kolej domowąZ błogosławieństwem schodzi? za gawęd zwyczajem

Codziennych? Ściany świeże, śród których dziś stajem,Czy nie będą mi nigdy obce? Czy na nowoZapełnisz miejsce oczów, co nad dziecka głowąLśniły... niezastąpionym nigdy szczęścia rajem?

To najciężej. By serce zdobyć, kto pokonaPierw smutek, wiele zwalczył, lecz o więcej stoi,Gdyż miłością jest smutek, smutkiem miłość ona.

Niestety, dźwigam serce w twardej smutku zbroi,Przecie kochaj mię — dobrze? Pełnią swego łonaOtul skrzydełka zmokłe gołębicy swojej!

Gdyśmy się po raz pierwszy spotkali — kochali,W marmurze na zdarzeniu tem budować skoraNie byłam. Chyba minie wnet miłości pora,Wahającej się z troski w troskę? — Choć nam dalej

Złocić się zdała droga światłem, pierś się żali,Od smutków ciągłych drżąca, i, niewiarą chora.Bałam się skinąć palcem. Dziś odeszła zmora:Silna jestem, pogodna... Lecz powrotnej fali

Lęku — Bóg, zda się, każe rość. Miłości śluby!O, niechby nigdy moje nie zgarnęły dłonieCienia pieszczoty, która między nas, mój luby,

Padła, niezasłużenie, gdy zgasł żar w twem łonie.Miłości, zdradź mię! jeśli prowadzisz do zgubyChoć jednę radość, która w jego losach płonie.

Przebacz, przebacz, Najdroższy, gdy moja dziś duszaZ całej boskości, która tobie przynależy,Czyni obraz, jakoby na piaszczystej ścieży —Lada wicher go zwiewa i w szczęty rozkrusza.

Odległych to lat moich sprawiła katusza,Mocą twą niezwalczona, co, gdy raz uderzy,Łamie zło; myśl ma grąży się w mrok — z za rubieżyLęku, zwątpień wstał falą, aż ciemność mię zmusza

Rysów twoich czystości odbiec, i wyginaW spaczoną podobiznę — miłość, w cześć bogatą.W port cichy bóg rozbitka przyjął, poganina:

Ten mu wdzięcznej pamięci pomnik stawi za to —Rzeźbionego, o skrzelach rozwartych, delfinaZ drżącą płetwą umieszcza za świątyni kratą.

Gdy raz pierwszy całował mię, li palców dłoni,Którą piszę, dotknęły pocałunku tchnienia;Czystsza odtąd i bielsza, daje znak milczenia —„Cyt“, gdy anioły mówią, światu się odkłania

Opieszale. Nie mówiłby mi jaśniej o niej,O pieszczocie tej pierwszej, ametyst pierścieniaNa ręce mojej. Drugi pocałunek zmieniaDrogę swą, wyżej mierząc, zbłąkany, ze skroni

Na włosy padł. Bezcenny! zstąpił doskonałąKrzyżma słodyczą, zanim skroń w królewskie strojeMiłości ozdobiłam, dostojna jej chwałą.

Trzeciem pocałowaniem usta swe ukoję,Wybornie purpurowem; serce mi wezbrałoDumą, rzekłam: „Tak, mojeż to kochanie, moje“.

Iżeś mocen, wart łaski, jaką Bóg cię darzy,Patrzeć wskroś, patrzeć poza maskę, co mię skrywa(Którą długich lat nawał dżdżami swemi zmywa)I postrzegać prawdziwe rysy mojej twarzy,

Świadczące, jak mię znękał życia podmuch wraży:Iż wiarą i miłością swą oglądasz dziwa —Jak w letargu szaleńczym dusza nieszczęśliwa,Cierpliwości aniołem śniąc, o miejscu marzy

W Niebiesiech nowych, — iż ni grzech, ni serce w męce,Ni dopust Boży, ani śmierć sąsiadująca, —Wszystko, czem innych widzów do siebie zniechęcę,

Co mnie, wszystkiem znużoną, od wszystkich odtrąca —Ciebie nie zraża:... naucz, Drogi, moje ręceZa dobra tyle wdzięczność oddawać bez końca!

O, tak! ludzie kochają wciąż, po całym świecie!Nie zaprzeczę miłości, gdy się z treścią schodzi:W młodych latach jej słowa brzmiały mi najsłodziej,Po dziś mi jeszcze pachnie później rwane kwiecie.

Muzułmanie i Giaury chustkę rzucą przecieW twarz wesołą, nieczuli wobec łez powodzi.Polyfema ząb biały ślizga się, zawodzi,Gdy skorupa orzecha deszczami częstemi

Zmiękła; mniej trzeba, iżby treść, miłością zwana,Nienawiścią się stała, lub iżby ją rzekaNiepamięci schłonęła. Lecz insza jest Pana

Mego miłość! aż zetkną się myśli, poczeka,Aż niemocy i smutkom stanie się odmiana;Mówi — „czas jest”, gdy inny „za późno”, wyrzeka.

Wszystkim dziękuję, którzy w sercu mię kochali,Głębokie wszystkim onym składam dziękowania,Których słuch się ku więzień murom chwilę skłania,Aby z pieśni mej przejąć, nim wyruszą dalej,

To, co głośne, aż wrócą do kupieckiej szaliCzy do świątyń, gdzie żaden ich zew nie dogania.Lecz ty, coś głos posłyszał szemrzący śród łkania,I, aby pojąć słowa, któremi się żali,

Lutnię swą własną, boską, rzuciłeś na stronę...Poucz mię, jak dziękować tobie! O, niech skrycieOżywiającą duszę treścią tak rozpłonę,

Ażby w lata odległe jaśniała w rozkwicie:Niech dla niej wyraz pełny i cześć znajdą one,Wielbiąc Miłość, co przetrwa mimolotne Życie!

„Przeszłych dziejów nie spisać mi w Przyszłości mojej”Napisałam tak niegdyś; anioł-stróż promienieÓcz swych ku niebu posłał, usprawiedliwienieSłowom znachodząc w ciszach Obłocznych Podwoi.

Spojrzę... aż tu, na miejscu anioła, ktoś stoi:Z aniołami w przymierzu — ty! Wnet się przemienię,W rychłą pociechę długie obracam cierpienie;Gdy w oczach twoich ból się lat ciężkich ukoi,

Kij pielgrzymi rozkwita, w perłowej odzieżyRannych ros oplecie się liśćmi zielonemi.Zwój kart, dumaniem długiem zmięty, próżno leży:

Nie chcę życiem ubiegłem podzielić się z niemi;Ty epigraf przyszłości mojej napisz świeży,Aniele, nieczekany już więcej na ziemi!

Jak ja cię kocham? Pozwól, sposoby wyliczę.Do głębi i, hen, w przestrzeń i w taką wyżynę,Dokąd tylko dosięga duch mój, gdy rozwinęCzucie za widnokręgi Piękna tajemnicze.

Kocham cię, co dnia ciebie sercu swemu życzę;W słońca blaskach czy w świecy lśnieniach zstąp w gościnę.Kocham, jak za Wolności walczący przyczynę,Kocham, jak chwalby próżnej depcący słodycze.

Kocham cię dziecka wiarą, i tym ogniem łona,Który niegdyś w żal kładłam, co sercem kolebie;Miłością, co się zdała mych świętych stracona

Stratą, — tchem życia swego każdym kocham ciebie,Łzą, uśmiechem! — wyroku jeśli Bóg dokona,Kochać cię lepiej mogę li po śmierci, w niebie.

Najdroższy, niosłeś dla mnie mnogie kwiaty w darze,Któreś w ogrodzie swoim zrywał całe lato,Zimę całą, jakgdyby wzrastały bogatoW pokoju tym, w pieszczocie dżdżu i słońca skwarze.

Przyjm więc, jako wzajemność uczucia nakaże,Więź myśli, które tobie rozkwitły odpłatą,Które w chłodzie i spiece hodowałam natoW głębiach serca. Kwietniki moje, wirydarze

Porosła gorycz chwastów, rozlicznego ziela:Ręki twej łakną; lecz tu rozkwita głóg biały,Tam znów bluszcz moje grzędy dla ciebie wyściela!

Weź, zachowaj, gdzie w krasie spoczęłyby trwałej;Prawdziwą dostrzeż barwę okiem przyjaciela,Powiedz sercu, ich kiełki w jej sercu zostały!

Comments

Loading comments…