Małołąka

Wszedłszy w czarny jar, którego ścianyZnagła runąć mogą,Kiedy widzisz, wśród kipiącéj piany,Jak gdzieś z żądzą srogą,Żrąc strzaskanych głazów rumowiska,Potok wściekle ryczy, wre i pryska,Aż drga ląd pod nogą,

Myślisz trwożny: toż w te głuche knieje,W których dzień przepada,Pewnie klęskę tę, z otchłani ziejeGrzmiących piekieł zdrada,Pewnie chcąc ją ziemi dobyć z gardła,Aż do wnętrza piersi jéj rozdarłaŚmierci przemoc blada.

W tem przed tobą, gdy się bór w dwie strony,Tu i tam rozskoczy,Stajesz w miejscu dziwem wskróś rażony,I przecierasz oczy —Rzadko kiedy, wiosna urodziwaSenne zmysły ukołysać spływaW szacie, tak uroczéj.

Przez złotawych pyłów rój skrzydlatySiany w poniewierce,W tłach z szafirów, dnieją tkane w kwiatyDrżące łąk kobierce,Wśród rozkoszą przepojonéj ciszy,Tętna echem, samo siebie słyszyW niebowzięte serce.

Więc ci w myśli przywidzeniem stanieCały trud przebyty...Gdzież ów potok, co tak opętanieCzarne trząsł granity?Patrz — on cichy, wonną mknie murawą,Niby słodka pieśń, szemrząca łzawoRajskich snów zachwyty.

Ztąd on rodem. W jego toń, w południe,Jasnych dni szczodrota:Błękit niebios, białość chmur, tak złudnie,Słońcem grając, miota —Iż się tobie zdaje, że AnieliSrebrne puchy pławią, w téj kąpieliZ płynącego złota.

Tak przy matki ziemi kędyś łonieCichem nieskończenie,Słońca kruszec złoty miękko tonieW ciemnych barw kamienieSnem iskrzącym zdjęty — lecz gdy będzieWzięty ztamtąd w świat, straszliwe wszędzieSzerzy spustoszenie. —

Comments

Loading comments…