W Zakopanem 2
Ma orzeł dom swój w samym krańcu igły,Która się buja w chmury spowinięta.I tam, dla piskląt, mknąc jak strzał nieścigły,Znosi porwane z górskich stad jagnięta.
Góral drapieżnych szpon ni skrzydeł nie ma,Tylko dwie długie nogi z pięśćmi dwiema,Lecz garnków nie lepią święci;Więc gdy mu równie obcy trud jak trwoga,We własném jego gnieździe dławi wroga —I nigdy karku nie skręci.
Nad mgłą, nad śniegiem, w wichrach, gdzie najchmurniéj,Gdzie tylko pełza mech wśród wiotkich ziółek,Na zrębie w otchłań przewieszonéj turni,Ma skalna koza, z strachu drżąc, przytułek.
Mógłby jéj góral dać spokojność świętą,Lecz niebezpieczeństw chęć mu w pierś wdmuchnięto,A garnków nie lepią święci;Więc z strzelbą w ręku gnając chybkie zwierzę,W powietrzu, mknącą w przepaść zdobycz bierze —I rzadko kiedy kark skręci.
Nad ryczącemi grozą wód parowy,Dzwonki, błękitu wabiące rozkoszą,Srébrzyste gwiazdki, gwoździk purpurowy,W tumanach mglistych tkliwą woń roznoszą.
Niechby tam kwitły i pachniały zdrowe,Lecz góral nosi nie dla kształtu głowę,Gdyż garnków nie lepią święci;On kwiaty musi miéć — i to jedynie,By z nich wianuszek uwił swéj dziewczynie —Jeżeli karku nie skręci.
Comments
Loading comments…