Szach-Nameh (Dywan wschodni)

Translated from Persian by Antoni Lange

Dawne powieści śpiewały rapsody:Żadnej nie minął wieszcz sprawy dostojnej.Ja ci nanowo witeziów przygodyPowiem — i niegdyś opiewane wojny.Wszystko już inni powiedzieli wprzódy,Zrywając z drzewa wiedzy owoc hojny:Lichej zaś mocy duch mój czy się wedrze,By zerwać owoc na tym bujnym cedrze?

Lecz i ten, co się zatrzyma w cigęzi,Próżny jest klęski pod Wysokiem drzewem.Może zasiędę na niższej gałęziCyprysu, wiatrów muskanej powiewem,Tak iż z tej księgi królów i witęziPamięć o sobie zostawię swym śpiewem?Słów moich kłamstwo ani fałsz nie mroczy,Chociaż nie każdy taką drogą kroczy.

A jeśli słuchacz znajdzie się i taki,Co będzie słowa me brał jako baśni,Niechaj rozsądnie baczy lotne ptakiMych słów, co płyną nie dla wszystkich w jaśni —Że jeśli tutaj widzi jakie braki,To mu się obraz wykładem rozjaśni.Bierz, jak ci dają. Lub, jeśli kto woli,Niech tu w legendach poszuka symboli.

Istniała niegdyś księga — niemal święta,W której spisano rozliczne powieści.Każdy z Mobedów chowa jej fragmenta,Każdy Pehlewan znał nieco z jej treści.Był rycerz z rodu Dikhan; ów pamiętaNiejedno co się w starej księdze mieści.Mądry był, mężny — a podania sławneKochał i zbierał pieśni starodawne.

Mobedów z różnej sprowadził rubieży,Co starej księgi posiadali szczątki;Pytał o królów ród i ród rycerzy,Jak wyłoniły się ziemi początki,Która tak nędzna przed nami dziś leży,Bo zmarły na niej odwieczne porządki,Gdy co dzień idąc pod gwiazdą szczęśliwą —Rycerze zwycięstw zdobywali żniwo.

Jeden po drugim starzec siwogłowyO królach prawił, co tworzyli dzieje.Pehlewan słuchał objawień ich mowy —I wszystkie słów ich spisywał koleje.Ze starych legend dywan uplótł nowy,Który barwami tęczy promienieje.Do dziś się imię pehlewana święci:W takiej u świata pozostał pamięci!

Później śpiewali wszystkim wędrownikiWiele powieści z owej księgi starej.I umiłował naród te kroniki —

Rozum i serce znalazły w niej czary.Był zasię młodzian, imieniem Dachiki,Świetny wymowy przedziwnemi dary:Ten w rym przyodziać tę księgę zamierzył,I wszystkie serca radością poszerzył.

Lecz złe kamraty zgubiły młodzieńca:Wiodą go w orgie i w pijane wrzaski,Aż śmierć przedwcześnie wzięła go za jeńca —I w swoje czarne spętała potrzaski.Szalona żądza ku grzechom go znęca —Iż w nich tonęła ta dusza bez łaski.Krótko tym światem cieszył się Dachiki —Nożem przebiły go dwa niewolniki.

Tak zginął niby rażon od pioruna. —Poemat jego urwany w połowie,Zaś czuwająca nad zmarłym fortuna,Jak płaczka siedząc przy zagasłej głowie,Okrywa zwłoki zawojem całuna;Bo on już żadnej pieśni nie opowie.Boże, za grzechy daj mu przebaczenie —I tam w najwyższym umieść go Edenie.

Duch mój ten obraz opuszcza grobowy.Kornie się zwracam przed tron chwały bożej.Gdzie stara księga? A na język nowyPióro me słowa umarłe wyłoży.Pytałem ludzi o księgi osnowy,A ciągle szybki czasu bieg mnie trwoży,Że gdy żywota mego nić strawionaSpłonie, kto inny dzieło me wykona.

Mógłby mi skarb ten wyślizgnąć się z dłoni,Mógłbym nie zyskać za mój trud nagrody —Bo czas wojenny był i w krwawej toniI obojętne były mu rapsody.

W oczekiwaniu duch mój chwile roni,A zamiar kryją wciąż tajemnic wody.Bo niewidziałem na ziemi nikogo,Komu-bym zwierzył tajemnicę drogą.

Nad dobre słowo — jakąż nam świat chowaRzecz lepszą? Znajdziesz — nie taj go przed nikiemGdyby nam Ałłach nie objawił słowa,Jakżeby prorok był nam przewodnikiem?Mam przyjaciela. Dusza to gotowa,Gdy trzeba, skórę oddać mi, pewnikiem.Rzekł mi: Szlachetny plan twój i wysoki.Szczęśliwie ciebie poprowadzą kroki.

Przyniosę tobie pehlewańską księgę.Nie drzem! Masz słowa dar niewyczerpany.Przepleć na nowo tę królewską wstęgę —Głoś, jak Irany waliły w Turany —Na nowo śpiewaj rycerzy potęgę:Chwałą na dworach będziesz powitany.I oto wręczył mi te pergaminyI radował się duch mój z tej przyczyny.

W dniach owych książę tu na Perskiej ziemiPanował młody, przezorny, szlachetny;Duszę miał zdobną cnotami wszelkiemi,Pan dobrej rady, a w przemowach świetny,Rzekł: Za wieszczami chcesz śpiewać staremiBieg bohaterskich wieków tysiącsetny?Zrobię ci wszystko, a jest w mojej mocyNigdzie postronnej nie szukać pomocy.

Tak mię uchronił, niby owoc świeżyPrzed wszelką burzą, zniszczeniem i słotą.Z nizin uniosłem się ku gwiazd rubieżyPrzez szczodrość pana, dla którego złoto,Jest jak pył, co to na gościńcu leży!

Czemuż dni życia w kwiat mu się nie splotą?Świat cały przy nim godny był pogardy,Stał, jak śród krzewin stoi cyprys hardy.

Już mi nie zjawił się martwy ni żywy,Odkąd wpadł w kleszcze zbójców krokodyli!O, ta postawa! Ta moc! Nieszczęśliwy...Osaczyli go, przebili, zdusili.Ja, co mi serce podbił książę tkliwy,Drżałem z rozpaczy jak liść, co się chyli.Serce by pękło mi, lecz pilnie słucha —Rad, które dał mi dla ochrony ducha.

Rzekł mi: Gdy księgę tę napiszesz całą,Królom ją Persyi chciej złożyć u tronu.Serce me szczęściem od tych słów zadrżałoI dusza była radosna do skonu.Więc, Królu Królów strojny wieczną chwałą,Który nadajesz hart ludzkiemu łonu —O władco świata i koron potęgi,Boże, w Twe imię zaczynam te księgi!

Comments

Loading comments…