Powieści Kantorberyjskie — całość
Translated by Jan Kasprowicz
Rycerz był godnym i szacownym mężem.Od pierwszej chwili, gdy wyszedł z orężem,Serce mu biło dla rycerskiej sprawy,Wolności, prawdy, dworności i sławy.Wielce był czczony w wojsku swego księciaI na wojenne chadzał przedsięwzięciaW ziemice chrześcian i między pogany,Wszędzie z odwagi oraz siły znany.Widział upadek Aleksandryi; w koleRycerskich mężów siadywał przy stoleNa pierwszem miejscu w krainie Prusaków;Był pośród ruskich i litewskich szlaków —O wiele częściej, niż inni rycerze;W Grenadzie walił Algeziry wieże,Walczył pod Lajas, Belmarją zdobywałI pod Satalją chwałą się okrywał,Nawet na wodzie dokazywał cudów —Na Wielkiem Morzu śród znoju i trudów.W piętnastu krwawych a rycerskich bitwachI na rycerskich trzykrotnie gonitwach —
Pod Tramisseną — bronił chrześcian sławy,Z władzcą Palacyi urządzał wyprawyPrzeciwko innym tam, w Turczech, niewiernym:Plon jego męstwa był zawsze niezmiernym.Mimo tej chwały, był człekiem rozumnymI, jak dziewica, łagodnym, nie dumnym,Zawsze wybredną była jego mowa,Nigdy grubego nie użył on słowaPrzeciw nikomu: był to w każdej porzeRycerz szlachetny, jak tylko być może.Coś o rynsztunku powiedzieć należy;Na dzielnym koniu, sam w skromnej odzieży,Z zwykłej kuczbai miał kubrak wytarty,Stary, zbrudzony, rdzą kolczugi zżarty.W drogę na odpust, nie czekając dłużej,Wybrał się, właśnie wróciwszy z podróży.
A był z nim także junak urodziwy,Syn jego, młodzian wesoły, kochliwy:Gęsto miał krętych, jak palonych, loczków,I liczył sobie ze dwadzieścia roczków.Z figury smukły, wytworny, wysoki,Wielką miał siłę, chyże stawiał kroki;Służąc przy jeździe, walczył z poczty swymiW Flandryi, Artoa, w pikardyjskiej ziemi,A takie zdobył imię, chociaż młody,Że się spodziewał już u dam nagrody.
Zawsze się stroił, niby łączka w lecie,W przeróżne — białe i czerwone — kwiecie.Świstał i śpiewał, gdzie tylko się zjawił,W zdrowej świeżości, jak ten maj, się pławił,Kubrak miał krótki, szerokie rękawy,Na koniu jeździł zręcznie, pełen wprawy;Umiał malować, pisać, wiersze składaćI deklamować, szyku w tańcu zadać;Na złość słowikom umiał czuwać w nocy:Takiej gorącej był w kochaniu mocy!Lecz zawsze skromny, usłużną miał wolę,Kąski dla ojca zwykł krajać przy stole.
Giermek to jego towarzysz jedyny —W drodze liczniejszej nie lubił drużyny —;Był w kapeluszu, zielonym kaftanie,Pęk strzał świecących nosił w swym kołczanie,Pięknie pawiemi ozdobionych pióry,A zawsze zręcznie trzymanych do góry,By się piórami na dół nie spuszczały.W ręku łuk dzierżył, potężny, wspaniały.Ciemny na twarzy, włos miał krągło ścięty —Był to myśliwy od czubka do pięty.Miał w zarękawia lśniące uzbrojonyŁokieć; miał tarczę i miecz z jednej strony,Z drugiego boku gładki nóż się mieściO ostrzu dzidy, pięknej rękojeści;Święty się Krzysztof w srebrnej błyszczał krasie
Na jego piersiach, a zaś róg przy pasieWisiał zielonym; wyglądał z postaciNa leśniczego.
Do pątniczej braciTakże się mniszka, przeorysza, liczy.Uprzejma, pełna prostoty dziewiczej.Cną Eglantyną zwala się ta pani,A święty Ludwik był wezwaniem dla niej,Ilekroć ręce do przysięgi złoży.Nie było nad nią lepszej w służbie bożej:Przez nos śpiewała mile nad pojęcie;Francuskim ślicznie mówiła — w akcencie,Jaki w Stratfordzie wbijają do głowy,Paryskiej bowiem nie znała wymowy.Wiedziała, jak się zachować przy stole:Nigdy paluszka nie moczy w rosole,A każdy kąsek tak podnosi składnie,Że ani krzta jej z gęby nie wypadnie,Ani na piersi nie spłynie kropelka;Dworski obyczaj to jej troska wielka.Wargę też górną tak zawsze obciera,Że na kielichu, jeśli chęć ją zbieraNapić się czego, ni ślad nie zostajeŻadnej tłustości: gładkie obyczajeUmie przy całej zachować biesiadzie;
Zawsze starała się o wdzięk w układzie,Zawsze wesoła, nigdy w złym humorze,Mile widziana była w każdej porze;Zawsze dworskiemi przejęta maniery,Szacunek k’sobie rozbudzała szczery.Pytacie teraz, jak tam z jej sumieniem?Litości była ożywiona tchnieniem,Wielce łagodna, miłosierna w duszy.Nieraz, bywało, do łez ją poruszyMyszka w pułapce, ranna lub zabita;Nieraz widziano, jak psinki do sytaMlekiem, pieczenią, kromką chleba raczy.A zdechła która, to była w rozpaczy;Ba! gdy kto psince nieco bolu sprawi,Już się jej serce litościwie krwawi.Nadzwyczaj wdzięcznie miała welon spięty,Oczy szarawe, nosek wyciągnięty,Usteczka małe, różowe, łagodne,Czoło przed wszystkiem piękne a swobodne —Na piędź szeroką miała skroń nadobną;Wogóle w wzroście swym nie była drobną.W chędogiej wielce chodziła sukience,Z parą różańców z korali na ręce,Poprzekładanych tu ówdzie zielenią,Z złotem zamknięciem, na którem się mieniąPod A, wyrytem u góry z koroną,Słowa, że «Amor vincit omnia».Z onąSzła przeoryszą jeszcze mniszka drugaI ich kapelan, ksiądz, ołtarza sługa.
Był i mnich także, wielce urodziwy,Szykowny jeździec, namiętny myśliwy;Męskiej postawy, a godnej opata!Miał nie jednego w swej stajni bachmata;A kiedy pędził, jak szalony, błonią,Tak uździenice na wietrze mu dzwonią,Jak gdyby były dzwonkami w kościele,Przy którym pan ten miał w zarządzie cele.Na Benedykta świętego regułęCzy też Maurusa miał serce nieczułe;Sprawy to stare, a on stare sprawyZawsze zostawiał w spokoju, łaskawy;Za to hołdować nowym prądom raczył:U niego przepis nie wiele tam znaczył,Jeśli łowiectwo między grzechy składa;A już za słowo, które wręcz powiada,Że mnich, jak ryba bez wody, się stawa,Jeśli odbiegnie od mniszego prawa —To jest, gdy nie chce wciąż siedzieć za kratą, —Pusta łupina byłaby dlań stratą.I słusznie myślał. Cóż? Jak oszalałyMiał się zagrzebać w klasztorne szpargały?Miał się mozolić, jak gdyby najęty,By od tej pracy — jak Augustyn świętyRadzi nam ludziom — aż dostać pęcherzy?I światu jakiś wzgląd się przynależy —I cóż natenczas ze światem się stanie?Haruj, kto lubi takie harowanie!
Tak to był z niego junak nad junaki!Chart jego gonił, niby ptak, przez szlaki;Wyprawiać harce, w polu szczwać zwierzynę —To dlań jest rozkosz, to szczęście jedyne!Najcudowniejsze w kraju popieliceMiał u rękawów; pod brodą kapicęZłocistą szpilką zawsze spinał sobie;Węzeł miłości nosił ku ozdobie;Głowę miał łysą, szklącą jak zwierciadło.I na policzkach tak się szkliło sadło,Jak gdyby były maczane w oleju,I brzuch tłuściuchny był na dobrodzieju;Z gęby mu para buchała, jak z pieca,Źrenica w głębi, z pod skroni, prześwieca.Koń w pięknym rzędzie, eleganckie buty —Ksiądz to, w istocie, jak gdyby wykuty:Ot, męczennikiem nie był w żadnym względzie;Najbardziej lubił pieczone łabędzie.Koń jego ciemny, jak w lesie jagoda.
Był tam braciszek, filut, paliwoda,Kwestarz, zapewne najlepszy z kwestarzy.Nie wiem, czy w czterech zakonach się zdarzyMąż równie gładkiej i pięknej wymowy.W wielkich go łaskach miały białogłowy;Przezeń niejedna ślub zawarła para,Zakon lepszego nie posiadł filara.Na okolicę — pomiędzy włościany)Był on ogółem bardzo dobrze znany —
I w mieście znały go niejedne panie:W konfesyonale miał on zaufanieWiększe, jak sam to zwykł mawiać przed światem,Od wikarego, gdyż licencyatemBył w swym zakonie. Nikt go nie wyprzedziW uprzejmem wielce słuchaniu spowiedzi:Nikt też od niego grzeczniej nie rozgrzeszy.A już gdy grzesznik z jałmużną pospieszy,To i nie wielką pokutę odbiera,Bo jużci taki, co ubóstwo wspiera,Nie może wiele na sumieniu nosić.Z tej on przyczyny mógł już naprzód głosić:Grzechów żałuje zawsze ten, kto daje;Gdyż człek niejeden, choć się serce kraje,Płakać nie umie — i to jest boleśniej!Stąd mu też płacze i pobożne pieśniZastąpi srebro dla braci ubogiej.W kołnierzu zawsze nosił zapas mnogiMiłych drobnostek; śpileczki, nożykiKtóremi piękne obdarzał podwiki.Głos miał przyjemny i dźwięczny, grał ładnieI zacnie śpiewał, a jeśli wypadnieCoś opowiadać, nikt go nie pobije.Karku białego, jak szczere lilije,Mógł był swej siły wojakom użyczyć!A w każdem mieście umiał ci wyliczyćSzynki, znał wokół kiprów i szafarzyLepiej, niż ślepych i chromych nędzarzy;Zresztą — przystoi-ż wielebnej osobie
Częściej, niż można uniknąć w złej dobie,Walać się w takiem towarzystwie brzydkiem?To nie zaszczytnie ani też z pożytkiem!Lepszy już zawsze, ma biedna hołota,Ten komu w worku nie zabraknie złota.Wszędzie, gdzie skutek widział pożyteczny,Odrazu bywał pokorny i grzeczny.Pośród braciszków — w nikim cnota taka —Za najlepszego uchodził żebraka.Czynsz klasztorowi, bywało, wciąż płaci,By mu w okręgu nie żebrał nikt z braci.Choć biednej wdowie nie stało trzewika,Swem «in principio» tak jej w duszę wnika,Że grosz ostatni daje mu niezwłocznie —Więcej, niż z pensyi, miał z tych targów rocznie.Jak psiak, tak szczekał, gdy był rozsierdzony;Stąd powaśnione umiał godzić strony;Przy takich sprawach któż w nim poznał wtedyTego braciszka, żebrzącego z biedy?Istny kanonik, papież oczywisty,Ornat na siebie brał gruby, wełnisty,Sterczący wokół niby dzwon — prawdziwie!Coś też pod nosem mruczał pożądliwie, —TakżeTak, że w nim były te angielskie dźwiękiSzczególnie słodkie. A gdy brał do rękiHarfę po śpiewie, zwykł przymrużać oczy,Jak drgają gwiazdy śród zimowej mroczy.Hubertus zwał się ten mnich przewielebny.
Nie brakło również poczciwej kobietyZ pod Bath, a tylko coś głuchej, niestety!
Fabryką sukna był jej dom, miał sławę,Cypr swym towarem obsyłał, Gandawę.Żadna w parafii na mszę białogłowaNie śmie iść przed nią; a gdy pójść gotowa,Wnet ona z gniewu tak się trzęsła cała,Że o mszy w złości tej zapominała.W czepcu jej było nadzwyczaj wspaniale:Pewnie z funt jaki ważył, nie mniej wcale,A zwłaszcza czepiec, noszony od święta.Pończoszka na niej szkarłatna, opięta,I nowy bucik jak ulany, leży.Kolor jej liczka rumiany i świeży,Wzrok rezolutny. Wszystkie dni żywotaTak się sprawiała, jak nam każe cnota.Z pięciu mężami szła już do ołtarza,A jak, bywało, żyć się jej wydarzaW latach młodości, powiem, w innej dobie.Trzykrotnie była już przy Świętym Grobie,Nieraz rzek obcych przepłynęła tonie,I Rzym widziała święty i ii Bolonię,W tumie bolońskim i w Sankt Jago byłaI niejednego w drodze doświadczyła.Lecz, prawdę mówiąc, lubiła łakocie,Na koniu dobrze jeździła, w istocie,I lekko — w pięknym welonie. Szeroki,Jak tarczę, miała kapelusz, a bokiPłaszcz jej okrywał dostatni; u nogi,Jednej i drugiej, nosiła ostrogi.
Zaledwie ją kto pozdrowił, w tej chwiliZaraz szczebioce, śmieje się i mili,Jak to się napój sporządza miłosny, —Sztukę tę znała jeszcze z lat swych wiosny.
Był tam i młynarz, chłop krzepki i zdarny,O tęgich kościach, jędrny, muskularny,Siłę w niejednym udowodnił czasie:Skopa w nagrodę w każdym brał zapasie.Krótki a gruby, barczysty okrutnie,Z wielką łatwością mógł wysadzić wrótnie,Albo też łbem je rozbijał na wiory.Brodę miał rudą, a jak u maciory,Twardą, szeroko niby rydel ściętą,Na czubku nosa krostę, porośniętąKilkoma włosy, równymi szczecinie,Z jaką na uszach paradują świnie;Nozdrza miał czarne i dzikie: u bokuTarcz i miecz nosił, pyskował co kroku,A przytem gębę, niby piec rozdziawiał;W cnotę się, grzesznik, wcale nie zabawiał.Brał po trzy garnce, kradł zboże z ochotą,A jednak rękę miał czystą, jak złotą.W niebieskiej czapce a w białym kaftanieChodził, do kobzy miał zamiłowanie,
Tylko że nieraz tą swoją muzykąW nas wszystkich razem budził wściekłość dziką.
Kat, wyjechawszy, zobaczył z dalekaKonno pod lasem jadącego człeka —Coś niby giermek: w zielonym kaftanie,Miał łuk i strzały błyszczące w kołczanie,Kapelusz z czarną frendzelką dokoła.«Hej! pomyślności!» tak nań kat zawoła.«Szczęścia życzliwym!» ów giermek odrzecze,«Kędyż tym lasem zielonym człowiecze?Czy może we świat? w dalszą drogę może?»Na te mu słowa odrzekł kat: «Broń Boże,Jadę w pobliże, zamierzam tej poryPościągać wszystkie zaległe pobory,Nikt memu panu płacić ich nie raczy».«A więc poborcą jesteś?› «Nie inaczej».Przez wstyd brudnego nie chciał wyrzec słowa,Nie chciał się przyznać, że w nim kat się chowa.«De par dieu! zatem widzę brata w tobie!Bo masz poborcę i w mojej osobie.Po okolicy tej nieznany gonię,Więc mi przyjazne zechciej podać dłonie,Bądźmy — jak bracia, bardzo proszę o to:Mam w swojej skrzyni i srebro i złoto;Jeśli cię do nas zawiodą podróże,Czego zapragniesz, wszystkiem ci usłużę».«Grand merci» — rzecze kat — «przyjmij podziękę».
I tak na miejscu, kładąc ręka w rękę,Wieczne braterstwo sobie ślubowali,Potem z kopyta, pośród żartów, dalej.Kat, co, jak srokosz robactwa w swem ciele,Miał w sobie kiepskich pomysłów za wieleI za pytaniem wciąż stawiał pytanie,Rzecze: «A powiedz gdzie masz swe mieszkanie?Może się kiedy u ciebie pojawię».Na to mu lennik odrzeknie łaskawie:«O, stąd daleko, na północy, bracie!Lecz mam nadzieję ujrzeć cię w mej chacie;Wiesz, na rozjezdnem, najpewniejszą drogę —Tak, że nie błądzisz — pokazać ci mogę!»«Mam jeszcze jedną prośbę» — kat wyrzecze — :«Jesteś poborcą, jak i ja, więc, człecze,Podczas tej jazdy opowiedz mi szczerze,Jakichże sztuczek używasz w tej mierze,By też coś zyskać na naszym zawodzie;Jeśliś w czemkolwiek z sumieniem w niezgodzie,To nic! opowiedz, co czynić wypada».«A więc uważaj» — tak giermek powiada; —«Mówię-ć uczciwie, niby brat do brata:Za wielkie znoje skromniutka zapłata,Pan mój surowy, nikt mu nie dogodzi,A człowiek w służbie, niby w jarzmie, chodzi,Więc też ze zdzierstwa trzeba żyć w tym trudzieI brać to wszystko, co mi dają ludzie.Tak więc podstępem i gwałtem, prawdziwie,Z roku się na rok, jako mogę, żywię.Taką to sobie, widzisz, drogą radzę».«I ja», kat rzecze, «ten żywot prowadzęI, Bóg to widzi, biorę, co się zdarzy —
To, co udźwignę i co mnie nie sparzy.Jeśli pocichu coś znajdzie się w domu,To nie tłómaczę się z tego nikomu.Wiem, że bez zdzierstwa to się człowiek biedzi —Zdzieram, lecz z tego nie czynię spowiedzi.Nic mnie nie gniecie w sumieniu ni w brzuchu:Trap spowiednika, jeśli chcesz, zły duchu!O na świętego Jakóba! Na Boga!Dobrze, że tak nas złączyła ta droga.Ale, braciszku — kim jesteś z nazwiska?»Uśmiech na wargi giermka się przeciska:«Jak się nazywam? chcesz wiedzieć, mój panie?Jam czart» — odrzecze —, «mam w piekle mieszkanie.Dziś za zarobkiem wyjechałem sobie,To moim zyskiem, widzisz, co zarobię,Baczę, gdzie ręce me coś chwycić mogą.I ty tą samą postępujesz drogą,Jak tam zdobywasz, mało cię to gniecie,Mnie też nie boli. Dziś będę po świecieJeździł, aż sobie nie wyjeżdzęwyjeżdżę czego».«Cóż wy mówicie? Boże chroń od złego!»Rzekł kat — jać«jać we was giermka przypuszczałem,Bo taki człowiek jesteście swem ciałem,Jak ja, zupełnie! Tam, u siebie, macieZapewne swoje właściwe postacie?»«Nie» — tak mu powie; — «lecz gdy trzeba kiedy,Mieć je możemy bez najmniejszej biedy;Wam się jawimy tu, na waszej górze,W kształcie człowieka lub w małpiej posturze.Umiem też latać, jak anioł, bez trudu;Ale w tem niema zbyt wielkiego cudu,Toć lada kuglarz, widzisz, otumani
Ciebie swą sztuką; znam się dobrze na niej».«Czemu», — kat rzecze — «powiedz-że mi szczerze,Raz ten, raz inny kształt z was każdy bierze?»«W takiej się» — powie — «jawimy postaci,Która się zawsze najlepiej opłaci».«Lecz cóż was skłania, powiedz, mój jedyny,Do tej mitręgi?» «Ha, różne przyczyny.Lecz każda sprawa ma swój czas; dzień krótki,Pryma minęła, a mej jazdy skutkiDotychczas liche; wyjechałem w celu,By coś zarobić, a nie, przyjacielu,Ażeby z tobą rozprawy prowadzić.Za słaby mózg twój, by mógł sobie radzićW tych oto rzeczach; dotąd on nie sięga.Lecz jeśli pytasz, poco ta mitręga:Nieraz się sprawa tak, widzisz, ułoży,Że się narzędziem stajem woli bożejW niejednym celu i w różnej postawie,Jak Bóg stworzeniem zarządzi łaskawie.Bez niego bowiem — jeśli on przeszkadza —Staje się niczem wszelka nasza władza.U jednych tylko ciała nam pozwalaMęczyć, a każe być od duszy zdala.Tak było z Jobem, co zniósł przez nas tyle!Lecz innym razem mamy w swojej sileJedno i drugie — i ciało i duszę.U innych znowu możemy katuszeZadawać tylko duchowi, bez cieniaWładzy do ciała — wszystko dla zbawienia!Ten, kto się oprze pokusie, bezpieczny:Albowiem dojdzie szczęśliwości wiecznej,Choć my go zbawić nie mamy w zamiarze,
A tylko oddać potępienia karze.I ludziom służyć mamy też zadanie,Tak i ja byłem w służbie przy Dunstanie,Biskupie świętym, i u apostoła».«Teraz mi powiedz jasno» — kat zawoła, —Czy«Czy sobie nowe ciała przyrządzacieZe świeżej gliny?» «O nie! te postacie,To nieraz puste mamidła, my, wiécie,W ciałach umarłych nowe mamy życie.,A tak rozumne wychodzą z nas słowa,Jak ongi z wieszczką Samuela mowa,O którym wątpić dziś niejeden raczy. —Bo cóż tam wasza teologia znaczy!Ale to jedno powiem ci bez żartów:Pytasz się, jaka jest postać u czartów?Sam ty wnet zajdziesz tam, gdzie ci nie będziePotrzeba mojej nauki w tym względzie:Sam z doświadczenia będziesz mógł w tej chwiliWykładać o tem lepiej, niż Wergili,Zanim go jeszcze w grobie pochowali,A także Dante. Ale jedźmy dalej,Chcę, byśmy jeszcze byli razem oba,Aż ci się druha porzucić spodoba».«O nie!» — kat rzecze — «wiedzą o tem wszyscy,Co zacz jest ze mnie, dalecy i blizcy;Moja uczciwość wszędzie dobrze znana:Chociażbyś nawet był czartem Szatana,Dotrzymam słowa, jakom przysiągł sobie,A ty mnie również, że w wszelakiej dobieBędziem, jak bracia, wspierali się w zgodzie,Gdyż pracujemy w jednakim zawodzie.Ty bierz, co-ć dają, ja zabiorę swoje
I tak żyć będziem, nie wiedząc, co znoje.A jeśli który nieco więcej zbierze,Jak bracia, dzielić się będziemy szczerze».«Owszem» — czart rzecze — «moje słowo daję».Tak przejechali jedno, drugie staje.A gdy już byli w pobliżu mieściny —Podróży kata cel dzisiaj jedyny —Furę ze sianem spostrzegło ich oko,Przy niej parobka. Koła się głębokoZaryły w ziemię, ruszyć się nie dały.Chłop bił i wrzeszczał, jakby oszalały:«A wiśta, hejta! cóż dla was kamienie!Niech czort was bierze i wasze nasienie!Na to was szkapsko wylęgło, widzicie,Aby się człowiek trapił całe życie!Niech czort was bierze, wóz, konie i siano»«Tu», kat powiada, «coś nam zyskać dano».Niby niechcący, otrze się o lichoI tak do ucha poszepce mu cicho:«Słyszysz braciszku, co ten chłop powiada?Bierz-że co prędzej! wszystko tobie składa —I wóz i siano i wszystkie trzy konie».Na to czart rzecze: «Wyciągać tu dłonieByłoby darmo; wierz mi, jesteś w błędzie.Ujrzysz za chwilę, co to z tego będzie,Tylko zostawmy go nieco przy furze.Parobek szkapy swe lunął po skórze,I te od razu skręciły, o dziwy!I dalej naprzód! «Hejta! MiłościwyNiechże wam będzie Pan Jezus na niebie —Wam i wszystkiemu stworzeniu w potrzebie.Dobrze ruszyły, dobrze siwek bierze —
Sam Ludwik święty i Bóg niech cię strzeże!Furzysko z jamy wydobyte ładnie».«Com ci powiedział?» — tak go czart zagadnie;«Teraz, mój bracie, widzisz sam wyraźnie,Że wcale inna była chęć w tym błaźnie,Dlatego myślę — chodźmy swoją drogą,Z takiego wozu zyski być nie mogą».Ledwie że wyszli z miasteczka, kat druhaCiągnie ku sobie i szepce do ucha:«Tutaj, braciszku, mieszka pudło stare:Raczej-ci zniesie szubieniczną karę,Niż choć grosz jeden da wydusić z siebie,Lecz ja z niej dzisiaj dwanaście wygrzebię,A nie, to wraz ją pozwiem do urzędu,Chociaż żadnego nie jest winna błędu:Lecz weź to sobie za przykład czem prędzej,Inak nie dojdziesz nigdy do pieniędzy».I kat zapukał do mieszkania wdowy:«A wyłaż-że raz, ty grzybie morowy!Ha! ponoś mnich tu czy ksiądz na kwaterze?»«O nieba!» krzyknie — «któż tam bije w dźwierze?Czegoż, panowie, chcecie? Bóg was wspieraj».«Mam tutaj pozew na ciebie — otwieraj!»Klątwą jej grozi, jeśli jutro onaNie będzie w sądzie archidyakona,Gdzie na niejedno odpowie pytanie.«Tak mi dopomóż, Jezu Chryste Panie!To być nie może! dawna to już poraJak na tem łóżku leżę ciężko chora;Nie mogę jechać ani zrobić kroku —Umrę na miejscu, tak mnie kłuje w boku.Może na piśmie podacie mi sprawę?
Oddam obrońcy, aby zasiadł ławęI odpowiadał na wasze zarzuty».«Ha! zobaczymy! — kat odpowie kuty.«Dwanaście groszy, a uwolnić da się:Mój profit bardzo w tem mały, a zasięPan mój największy ma z tego pożytek.Dwanaście groszy! śpiesz-że się! nasz wszytekCzas wymierzony! bądź-że nieco prędsza!»«Dwanaście groszy! Maryjo najświętsza!Tak mnie od grzechów wybaw i od nędzy!Nie wiedziałabym, skąd tyle pieniędzyWziąć, choćby chciano obdarzyć mnie światem!Stara-m i biedna! Nie bądźcie mym katem,Okażcie litość, jam litości warta!»«Nie! raczej pójdę» — rzecze kat — «do czarta,Niż ci przebaczę, choćbyś umrzeć miała»«Bóg mi jest świadkiem, żem niewinna cała!»«Dawaj pieniądze! lub, na świętą Florę!Wnet ci tę nową patelnię zabioręZa dług z tej nocy, wiesz, aniele drogi,Kiedyś mężowi przyprawiała rogi;Grzywnę za ciebie wyłożyłem wtedy».«Niech Bóg mnie chroni od wieczystej biedy!Czy jako żona czy wdowa ni razuPrzed wasz trybunał nie miałam rozkazu,Ani mi na myśl te czyny bezwstydneNigdy nie przyszły! Twe ciało ohydneDaję z patelnią wraz do rąk szatana!»Widząc, jak baba, padłszy na kolana,Przeklina kata, czart do niej tak powie:«Czy rzeczywista prawda w waszem słowie? —Powiedzcie, matko Maryanno, szczerze».
«A niech go szatan żywego zabierze —Jeśli mu nie żal — wraz z patelnią moją!«Et! stara korowo, mnie się nie zarojąNigdy te myśli,» rzecze kat, «bym w poręJaką żałował tego, co-ć zabiorę,Choćby to były wszystkie twe manatki».«Ha!» czart powiada — «targ, mój druhu, gładki:Moim-ś z patelnią razem! baba rzekła,Dziś w nocy zejdziesz wraz ze mną do piekła;Tam nasze sprawy poznasz lepiej zgoła,Niż wszyscy mędrcy waszego kościoła».To powiedziawszy, czart dłużej nie czeka,Tylko go z duszą i ciałem zawlekaTam, gdzie siedzibę mają wszyscy kaci.Bóg, co nas stworzył według swej postaci,Niech nas prowadzi, strzeże w każdym względzieI temu katu niech miłościw będzie.Mógłbym wam więcej powiedzieć, panowie,(Gdyby mi kat ten nie przerywał w mowie) —Rzecze braciszek — według Chrysta pana,Według słów Pawła i świętego JanaI innych mężów o piekieł katuszy,Żebyście wszyscy zadrżeli w swej duszy...
Comments
Loading comments…