Dywan — całość

Translated by Antoni Lange

Światło się stań! — zawołałBóg w nocy ciemnej mroku —I patrz zabłysło światło:Promienie w twojem oku.

Sławię Boga, który stworzyłDnia i nocy wdzięk uroczy:Dzień — promienność twego lica,Noc — hebany twych warkoczy.

Zefir jął walkę toczyć z przyrodą —Nie chce już krzaków różanych —Nad czarowniejszą wiać chce gospodą —Do warg twych leci rumianych.

Tam, gdzie jesteś ty, o pani —Na tem miejscu chcę umierać:Nie chcę żadnej mórz przystani,W twej przystani chcę umierać!

Bogacz skarby i klejnoty,Gdy nadejdzie czas, porzuci:Ja przy tobie, skarbie złoty,Ach, przy tobie chcę umierać.

A gdy skryjesz się przedemną,Ja u drzwi się twych położę:Czy w dzień jasny czy w noc ciemną —U twych drzwi — ja chcę umierać.

Me ostatnie słowo, Boże,Jakież będzie? Ach, jej imię!Toć inaczej być nie może.Z tem ja słowem chcę umierać.

Moje oko jest po to, aby twe promienieMiały zwierciadło;Moje łono jest po to, by twe objawienieW głąb mą zapadło.

Sąd wasz o mnie zbyt ostry, zbytek w nim pośpiechu —Bo chociaż błądzę, alem jest czysty od grzechu.Toż kiedy Bóg mnie tworzył, jakiś anioł płochyNa wskroś przesączył winem me drzemiące prochy.Gdy więc schnę — szukam rzeczy, która mnie odświeży.Jasne, jakiej wilgoci użyć tu należy.Na nic tu chłodna fala z rzecznej głębi sinej.Konieczne tu ogniste winnych gron rubiny.

Zieleniejem i więdniejemJako lichej trawy źdźbło:Szczęście zwija się, przemija —Kruchsze niby szkło.

Niech zabłyśnie mi kochanka,Choć na krótkich parę mgnień:Jestem jak mydlana bańka —Pełna barw i drgnień.

Czem wymierza świat ten — wieczność?Miarą — nudy pełne dni,Miarą — własna niedorzeczność,W której duch nasz tkwi.

Oddaję swego duchaPodniosłą siłę wiatrom —Oddaję swoją mądrośćI swą naukę wiatrom.Oddaję swą pokutęI swą askezę wiatrom —Oddaję dzisiaj wszystkoTo obłąkanie — wiatrom.Niech skroń mi zajaśnieje,Niech twarz się rozpogodzi:Oddaję wszystkie zmarszczki —I ich przyczynę — wiatrom.Oddaję swe zwątpieniaI wszystkie zamyślenia —Pijane miodem LipcaI sokiem wina — wiatrom.Oddaję twe kazanie,Że niby duch takowy,Co z bredni się wyzwolił —Do piekła idzie — wiatrom.Oddaję, co się szarzyI to, co się błękici —I wszystko co mistycznieZapada próżnię — wiatrom.Oddaję to, co burzyI grozi anatemą,Kacerzy w prochy waliI głupców straszy — wiatrom.Oddaję to co belfrzy —I to co bakałarzy —I to co klasztorujeI co popu je — wiatrom!

— Mów, najmilszy z kim twój związek?Kto są twoi towarzysze?— Te słowiki śród gałązek.— Ach, te rozkochane twory,Co śpiewaniem mącą ciszęW letnie noce i wieczory.— Zefir. — Ach, ten szaławiła,Co swe szepty w świat rozsyła —I jest różnych bajek posłem!— Róże, lilie te pachnące!— Ach, toż pachnąć ich rzemiosłem —Toż jedynie pachną wiecznie —Ni się modlą na swej łące,Ni pracują użytecznie.Teraz znamy cię do rdzenia —Z jakiegoś ty jest plemienia:Brak rozsądku — twoją cechą,Wiersze pisać — twą uciechą.

Kamień przynieś mi mądrości,Puhar przynieś mi Dżemszida —I zwierciadło AleksandraOraz pieczęć Salomona:Jednem słowem — przynieś, mówię,Wino przynieś mi, karczmarzu!Abym obmył włosienicę,Którą pycha i nienawiśćOczerniły w brudne plamy;Bym złud przędzę niedorzeczną,Którą w świat i żywot ludzkiDerwiszowe kłamstwo wplotło,Dłonią rozdarł spotężniałą.Wino, abym zdobył ziemię,Wino, bym szturmował w niebo,Wino, abym jednym skokiem

Ponad oba stanął światy:Wino — przynieś mi, karczmarzu!

Chcę czarę wina wychylać za czarą —Chcę pocałunek pić za pocałunkiem —Chcę kochać wiecznie nad miarę nad miarą —Chcę nieskończenie upajać się trunkiem.

Ja jestem Salamandra —W płomieniach jeno żyję —Ja kocham ogień skrzący,Palący, gorejący —Czerwone żary piję!

Moi przyjaciele — to nie z monasterówMnichy — z opętańców albo wizyonerów.

Znajdziesz u mnie puste nagie ściany chaty —Nie jest ci mym krewnym żaden pan bogaty.

Miewam ja czasami w domu ładne twarze,Ale to nie widma ni senne miraże.

Hafiz to poeta dumny choć ubogi —O nic on nie prosi pod pańskiemi progi.

— Ależ miej rozsądek — nie mów tak — inaczejPowodzenie twoje na nic się wypaczy.

— Ach, napróżno mówisz: rozsądek! Bez likuSłów znam, ale tego nie masz w mym słowniku!

O gdybym morzem był przezroczystem —Ty słońcem, które w niem się przegląda!

Gdybym na łące był źródłem czystem —Ty kwiatem, co mej rosy pożąda!

Gdybym był róży majowej krzakiem —Ty na nim różą ku mej ozdobie!Gdybym był ziarnem słodkiem, ty ptakiem,Który to ziarno z rozkoszą dziobie! —

Dość już długo o północySpoczywałem na swem łożu —Aż coś straszyć mię zaczęło —I — patrz! nagle — niespodzianieStanął przy mnie z wszystkich duchówNajmilejszy i najsłodszy,Uśmiechnięty, rozśpiewany —Wzrok miłosny miał, łotrowski —Upojenia ogniem lśniący.Oto zbliżył ci się do mnie —I u boku mego siadaI ramieniem mię obejmie —Chyli ku mnie swoje usta —I do ucha tak mi szepcze.— Cóż ty śpisz, nygusie stary!Cóż tak wcześnie odpoczywasz!Czy już nie masz pić ochoty —I całować nie masz chęci?Zbudź się — rzeźko spójrz dokoła —Spróbuj wina tego kroplę!Ten zaś Sofi, co doń takimTrunkiem zacnym przepijają —Jeśli wina nie zażąda:Iście duszę ma, jak kłoda —A tak martwy jest, jak kamień.

Tam w komnacie człowiek obcyLubą moją w dłoniach trzyma;Ja na progu siedzę smutnyZ zapłakanemi oczyma.Uciec, skryć się, stronić zdala:Takby głos mi kazał świata.Każę rozum, lecz ja siedzę,Gdzie nieszczęsna jej komnata.Świat szeroki, ależ dla mnieMiejsca innego nie będzie:Innej z niego niema drogiPrócz tej, co do grobu wiedzie.

Płacz mój podobien do deszczu,Który upada w dzień wiosny:Wiosenny deszczyk nie spłuczeZieleni świata; miłosnyjeszcze ją mocniej podnosi:Mój płacz mi w duszy żałosnejObrazu lubej nie spłucze,Chociaż oblicze jej rosi —Płacząc — ja kochać cię uczę.

Biadaż! dotknął mnie gniew Pański!Nieprzyjaciół mam ja siła:Każdy derwisz muzułmański,Każdy świątobliwy wiła. —Nieobłudny, niewyjadacz,Co ja biedny z nimi zrobię?Ot! podpiję wina sobie.Coraz trudniej mi żałować,Coraz krzywiej patrzy cnota!Niema tu już co pracować,By odwrócić dopust Pański:

W oczach naszych świątobliwychWszak czarniejszym być nie mogę,Niżli murzyn afrykański!

Kiedy kwitną róże, miłość szkołę zakłada,Słowik jako profesor rzecz w gaju wykłada.

Stary Hafiz pokorny do szkoły się wkrada,Słowik mówi, on pisze, światu rozpowiada.

Nauczył się dwóch rzeczy i śmiało je gada:Niema jak piękne dziewczę i z winem biesiada.

Gdzie tego niema, pusto: żywot się nie nada.Straszno: piekielnych duchów gnieździ się gromada.

Dla tego prosi nieba, choć sławę postrada:Zostaw mnie w moich grzechach, dusza grzechom rada.

Poco słuchać, jak derwiszePustą huczą mową,Aby cię zabraliW niewolę duchową?

Ja niech raczej słyszęSłowika, z zielonejCo róże ambonyPo swojemu chwali;

Co wiośnie, miłościW zachwycie pieśń śpiewa.Niebiosa — meczetem,Wiernymi mu drzewa.

Nie żałuje Hafiz, co się stało,On żałuje, co się omieszkało.On żałuje, ale każdej chwili,Którą spędził w oszukańców gronie,Bez puharu, co duszę posili,Bez kochanki, co w uścisku tonie,Bez wolnego geniusza polotu:Bo zginęła, — a już bez powrotu!

Comments

Loading comments…