Tekst

Translated by Maria Konopnicka

Atta Troll

W ciemnym dzikich skał pierścieniu,Co się hardo pną w niebiosy,Szumem kaskad kołysane,Leży, niby obraz senny,Cauterets. Bieluchne domki,Na balkonach piękne panieStoją, śmiejąc się serdecznie,I wśród śmiéchu patrzą na dół,Na pstry, gwarny rynek miejski,Tam, gdzie niedźwiedź z niedźwiedzicąPrzy odgłosie bębna tańczą.Atta Troll i jego żona,Tak nazwana Czarna Muma,Tańczą oto ku ucieszeI zdziwieniu Baskijczyków.Jak dostojnie i jak dumniePląsa dzielny Atta Troll!

Ale jego pięknéj żonieBrak godności i powagi.Tak jest. Trudno mi to ukryć,Że jéj taniec był lubieżny,Że ruchami zalotnemiPrzypomina Grande-Chaumière.To téż dzielny ten niedźwiednik,Co ją trzymał na łańcuchu,Zawstydzony obserwowałTańca Mumy niemoralnośćI od czasu ją do czasuNapominał śmigłym biczem,A ryk Mumy przeraźliwyBudził wtedy echa skalne.Sześć posążków miał niedźwiednikNa szpiczastym kapeluszu,Które głowy jego strzegłyOd kul wroga i robactwa,A na barkach mu wisiałaPstra kapica, szmat kościelny,Który teraz za płaszcz służył,Kryjąc nóż i pistolety.Dobry brat był niegdyś mnichem,Potém hersztem szajki łotrów,Więc, by złączyć oba fachy,Wszedł w usługi don Carlosa.Gdy don Carlos musiał zmykaćZ całym swym okrągłym stołem,Wielu z jego paladynówZa rzemiosło się chwyciło.Pan Sznaphański autorem,A nasz zbożny rycerz został

Niedźwiednikiem i za chlebemZ Atta Trollem szedł i MumąI obojgu tańczyć kazałW rynkach miejskich, wobec tłumów.I tak w rynku, w Cauterets,Tańczy jeniec Atta Troll,Atta Troll, ten, który niegdyśKsięciem był najdzikszéj puszczyNa swobodnéj gór wyżynie; —Tańczy teraz przed motłochemZa grosz nędzny. Tak, za piéniądzTańczyć musi on, co niegdyśW groźnym swoim majestacieCzuł się panem téj krainy!Kiedy wspomni młode lataI stracony tron wolności,Wtedy groźne, mroczne dźwiękiPłyną z piersi Atta Trolla,I jak murzyn Freiligrath’aChmurno patrzy dookoła,I jak tamten licho bębnił,Ten — źle tańczy, z nienawiści.Przecież, zamiast łzy współczucia,Śmiéch wywołał. Nawet JuliaNa swym śmieje się balkonieZ desperackich jego skoków.Julia! O, ta nie ma w łonieTkliwych uczuć, jest francuzkąI na zewnątrz tylko żyje.Lecz zewnętrzność jéj jest śliczna!Jéj spojrzenia się krzyżująJak siéć światła, w któréj węzłach

Męzkie serca, niby rybkiUłowione, się trzepoczą...

Że murzyński czarny książęFreiligrath’a z taką bębniłWściekłą, gniéwną melancholią,Że aż w bębnie skóra pękła,To jest bębno-wzruszającém,Powiem nawet, bębno-wzniosłém...Ale bardziéj wzruszająca,Gdy się niedźwiedź z pęt swych wyrwie.Gwar, muzyka, żarty, śmiéchy,Wszystko w jeden krzyk wybucha,Przerażona gawiedź pierzcha,Na balkonach bledną damy.Tak z łańcuchów swego jeństwaNagle wyrwał się na wolnośćAtta Troll i w dzikich skokachPrzez zaułki wązkie pędził.Wszyscy dwornie ustępują,Atta Troll dosięga skały,Rzuca w dół spojrzenie wzgardyI w ojczystych górach znika.A na pustym rynku stoiOpuszczona Czarna MumaI niedźwiednik, który wściekleNa bruk cisnął swój kapelusz.

Cisnął — i Madonny na nimDepcze wściekle; potém zrywaPłaszcz z nagości swojéj wstrętnéj,Klnąc niewdzięczność czarną świata,Brak wdzięczności u niedźwiedzi.Wszak on tego Atta TrollaMiał za brata, przyjaciela!On go tańca sam wyuczył,Niedźwiedź wszystko mu był winien,Życie nawet! Wszak za skóręSto talarów mu dawano,Za tę skórę Atta Trolla,A nie sprzedał przecież skóry!Więc na biédną Czarną Mumę,Co, jak obraz cichéj troski,Na dwóch tylnych łapach stałaPrzed swym władzcą rozsrożonym,Gniéw najwyższy wywrzéć raczył,We dwójnasób ciężko bijącI królową zwąc Krystyną,Panią Munoz i Putaną...Wszystko to się stało w ciepłéj,Przedwieczornéj dnia godzinie,A noc, co po dniu tym przyszła,Była cudną nocą letnią.Do połowy ją strawiłem,Piękną noc tę, na balkonie,Przy mnie Julia moja stałaI patrzyła w gwiazdy złote.„Ach!” — z westchnieniem lekkiém rzekła, —„Ach! w Paryżu, tam są gwiazdy

Najpiękniejsze, kiedy zimąLśnią, odbite w ulic błocie!błocie!”

Letniéj nocy sen!.. Kapryśna,Bezcelowa jest pieśń moja,Tak jak miłość, tak jak życie,Tak jak Stwórca i stworzenie...Własnéj tylko patrząc woli,Pędzi ziemią, wichrem leciI w krainę cudów wpadaMój Pegazus ulubiony.Nie jest on cnotliwą szkapą,Co mieszczańskie ciągnie wozy,Ni podjezdkiem obozowym,Co rży wzniosie w duchu partyi.Z złota kute ma podkowyKoń mój biały i skrzydlaty;Sznury pereł ma za uzdę,Które wolno mu opuszczam.Nieś mnie, koniu, gdzie ci wola!Na powietrzne, górskie szlaki,Gdzie kaskady, szemrząc trwożnie,Od przepaści stopy strzegą.Na doliny nieś mnie ciche,Tam, gdzie szumią dęby stare,Z pod korzeni sącząc krętychSłodkie źródło starych baśni.

Tam mi pić daj! tam mi obmyjOczy senne... Ach, już pijęŻywą wodę, która czyniWszechwidzącym, wszechwiedzącymI ślepotę każdą spędza...Ach, już wzrok mój bystry dostrzegłAtta Trolla skalną jamę,Już rozumiem jego mowę!Dziwna, jak mi swojsko w uchuBrzmi ten język niedźwiedziowy!Miałżebym w ojczyźnie drogiéjSłyszéć niegdyś już te dźwięki?

Ronsewalska ty dolino!Kiedy słyszę imię twoje,Drży i w sercu wonią dyszyDawnych dziejów kwiat błękitny.Jasny marzeń świat powstaje,Co przed lat tysiącem runął,A ogromne oczy duchaPatrzą na mnie przenikliwie.Zgiełk i wrzawa! Oto walcząSaraceny i Frankowie,Krwawo brzmi tam róg Rolanda,Rozpaczliwém brzmi wołaniem. —Tam, w dolinie Ronsewalu,Przy wyłomie Rolandowym,

Co od tego wziął nazwanie,Że wódz, drogę sobie czyniąc,Tak potężny cios wymierzyłW skalną ścianę, iż ślad ciosuDo dziś widną szramą świéci;Tam, w zawale dzikich głazów,Co porosły gęstym bukiemI jedliną czarną, leżyCiemna jama Atta Trolla.Tam na łonie swéj rodzinyWypoczywa on po trudachI ucieczki i tych wypraw,W których poznał świat i ludzi.Błoga chwilo! Młode swojeZnalazł w owéj drogiéj jamie,Kędy Muma je zrodziła, —Czterech synów i dwie córy.Wylizane niedźwiedziczki,Obje blond, jak pastorówny;Chłopcy ciemni i najmłodszyTylko — czarny „Jednouszek”.Ten najmłodszy był pieszczochemMatki, która z nim igrającKiedyś ucho mu odgryzłaI pożarła je z miłości.Był młodzieniec to genialny,W gimnastyce wielce biegły,A na drzewa lazł tak zręcznie,Jak na słupy sam mistrz Massmann.Wykwit swojskiéj edukacji,Kochał tylko ojców mowęI czuł wstręty do żargonu

Starych Rzymian i Hellenów.Dzielny, wolny, niezależny,Nienawidził wszelkich mydeł;Nowoczesny zbytek praniaObcy mu jak Massmannowi.Geniusz jego się objawiaZwłaszcza, gdy na sosnę lézie,Co z najgłębszéj skał przepaściWzdłuż szczeliny w górę śmigłaI dosięgła aż do szczytu,Kędy nocą gniazdo całeIgra z ojcem swoim starym,Pieszcząc się z nim w lubym chłodzie.Chętnie wówczas stary gwarzyO tém, co na świecie zaznał,Jak to wiele miast i ludziWidział i jak przeniósł wiele,Ze szlachetnym LaertydemW tém się tylko różniąc nieco,Że miał żonę towarzyszką,Czarną swoją Penelopę.Chętnie także opowiadał,Jak niezmierne powodzenieMiędzy ludźmi zyskał sobieJako tancerz doskonały.Starzy, młodzi — wszyscy klaszczącPodziwiali jego gracyę,Gdy na rynku tańczył miastaPrzy najsłodszych kobzy tonach.A szczególniéj młode damy,Te znawczynie wdzięku tkliwe,Biły mu szalone brawa

I mrugały nań zalotnie.O, ty żyłko artystyczna!Smętnie duma niedźwiedź staryO dniach chwały, gdy publicznośćPodziwiała talent jego,I wspomnieniem uniesiony,Dziatwie dowieść chce natychmiast,Że nie nędznym samochwalcą,Ale wielkim jest artystą.Więc się w nagłym skoku zrywa,I na tylnych łapach staje,I jak niegdyś tańczy z gracyąUlubione swe gawoty.Milcząc, z nosy wytkniętemiPatrzą młode niedźwiedziętaNa ojcowskie dziwne skokiTu, to tam — w księżyca blasku.

Wśród rodziny, w jamie ciemnéj,Leży Atta Troll na grzbiecieI w zadumie ssie swe łapy,Ssie swe łapy i tak mruczy: —„Mumo! Mumo! czarna perło,Którą-m w wielkiém morzu życiaZłowił był i którą-m w wielkiémMorzu życia znów utracił!Czyż cię nigdy znów nie ujrzę?

Czy téż ujrzę cię za grobem,Gdzie, od ziemskich kudłów wolna,Dusza twoja się spromieni?O! jakżebym pragnął jeszczeChoć raz liznąć nos twój luby,Nos méj Mumy, co tak słodkoUmazany bywał miodem!O! jakżebym chciał oddychaćMiłą, lubą Mumy wonią,Wonią czarnéj mojéj Mumy,Słodszą, niźli zapach róży.Ale Muma moja więdnieW pętach tych okrutnych zwierząt,Co się ludźmi nazywająI panami świata mienią!Śmierć i piekło!... Ci to ludzie,Ci arcy-arystokraci,Patrzą na królestwo zwierzątZ wzgardą i szlachecką pychą!Żony biorą nam i dzieci,Więżą nas, mordują, męczą,Aby tylko zabrać w zyskuNaszą skórę, nasze zwłoki!I czują się jeszcze w prawieTych występków się dopuszczaćPrzeciw nam, niedźwiedziom czarnym,I zowią to „ludzkiém prawem!”Ludzkie prawa! ludzkie prawa!Któż to im je nadał, proszę?Nie natura. Ona gwałtuSama sobie nie zadaje.Ludzkie prawa!... Któż wam dał je,

Owe sławne przywileje?O zaprawdę, że nie rozum,Bo on nie jest bezrozumnym!Ludzie! czy wy przez to lepsi,Niźli my, że wasza strawaW garnkach wre, na rożnach skwiérczy,A my naszą rwiem surową?Wszakże w końcu rezultatySą jednakie. Nie uszlachciWas potrawa! Ten szlachetny,Kto szlachetnie czuje, żyje!Ludzie! czy wy przez to lepsi,Że kształcicie się w naukach,Oraz w sztuce? I nas przecieNikt nie walił po ciemieniu!Czy to niéma psów uczonych?Niéma koni, co rachująJak referent? Czy zająceNie umieją bębnić przednio?Jakże nisko myśl wam pełza!Czyż się bobry nie wsławiłyTu i tam w hydrostatyce?Czy bocianom nie zawdzięczaWynalazku świat klistery?Czyż nie piszą osły krytyk?Czyż na małpach zbywa scenie?Miała-ż Roma większych mimów,Jak Batawii morskie koty?Czyż tenorem nie jest słowik?Czyż Freiligrath nie poeta?Kto lwów sławę wdzięczniéj wydał,Niźli wielbłąd, jego ziomek?Czyż-em sam nie doszedł w tańcu

Tak wysoko, jak w pisaniuRaumer? Czyż on lepiéj pisze,Niż tańczymy my, niedźwiedzie?Ludzie, czém wy od nas wyżsi?Głowę macie wprawdzie w górze,Lecz w téj głowie podniesionéjJakże nizko myśl wam pełza!Ludzie! czy wy przez to lepsi,Niż my reszta, że was skóraGładka kryje? Tę przewagęWszak musicie z wężem dzielić.Ludzie! Wy, dwunożne gady!Ach, pojmuję teraz, czemuOdzież szyć i kłaść musicie!Oto chcecie cudzą wełnąZakryć nagość swą sromotną!Dzieci! strzeżcie się jak ogniaTych bezwłosych wyrodzeńców!Córki moje! nie ufajcieTym, co mają nogi w spodniach!” —Nie chcę daléj mówić o tém,Jak ten niedźwiedź w mrzonkach swoichO równości rezonował,Bijąc w nasze ludzkie plemię,Bo, nakoniec, ja sam takżeJestem człekiem i powtarzaćNie mam chęci wszystkich bredni,Które — w końcu — obrażają.Tak, ja-m człowiek — i ja-m wyższyNad zwierzęta inne ssące.Zysków mego urodzeniaNigdy, w niczém się nie zaprę!

W każdym boju z inną bestyąBędę zawsze wiernie walczyłZa ludzkości prawa święte,Przyrodzone ludzkie prawa!

Byłoby to jednak błogoDla człowieka, co przedstawiaWyższy stan zwierzęcy, wiedziéć,Co tam niższe stany mówią.O tak! — nizko, w tych posępnychSferach wszelkich nędz społecznych,W niższych owych świata słojach,Żal wybucha, zawiść, duma!Temu, co przez lat tysiąceStało prawem nawyknieniaI przyrody dziejów prawem,Lada morda dzisiaj przeczy.Starzy młodym kładą w uszyTakie lekcye i teorye,Które i cywilizacyiI ludzkości całéj grożą. —„Dzieci!” — mruczy Atta Troll,Z boku na bok się na twardémPrzewracając legowisku: —„Dzieci, przyszłość naszą będzie!Gdybyż więcéj tak niedźwiedzi,Więcéj zwierząt tak myślało,Jak ja, — siłą zjednoczoną

Pokonaliby tyranów!Niech się złączą dzielne zebryZ rumakami, dzielne słonieNiech zjednoczą bratnie trąbyZ rogatemi głowy wołów,Wilk i niedźwiedź wszelkiéj barwy,Kozioł, małpa, nawet zając,Niech działają wszyscy wspólnie,A nie ujdzie nam zwycięztwo!Jedność, jedność! To jest piérwszyDo wolności krok! Rozbici —Służyć musim, lecz złączeniPrzemożemy swych ciemięzców!Jedność, jedność — a zwyciężym!A przepadną niecne rządyMonopolów! UtworzymyNową zwierząt respublikę,A w niéj piérwszém prawem będzieRówność wszystkich boskich stworzeń,Bez różnicy miary, wiary,Maści, sierści, nawet woni.Ścisła równość! Każdy osiołBędzie pełnić mógł urzędyChoć najwyższe; lew, przeciwnie,Będzie worki niósł do młyna.Co się tyczy psa, ten wprawdzieJest nikczemnym serwilistą,Bo téż całe lat tysiąceCzłowiek go jak psa traktował,Ale w naszej respublicePrzywrócimy mu znów stareI nieprzedawnione prawa,

Co go wkrótce uszlachetnią.O tak! Żydzi nawet będąPełnych ludzkich praw używaćI zostaną porównaniZ wszelkiém inném zacném bydłem!Tylko — byłbym zdania, abyŻydzi w rynkach nie tańczyli;Ten wyjątek jeden czynięW interesie mojéj sztuki.Rasa to nie obdarzonaZmysłem stylu i plastykiWdzięcznéj ruchów; więcby psułaSmak wykwintny publiczności.”

Chmurny, w ciemnéj swéj jaskini,W zaufaném blizkich gronie,Atta Troll, mizantrop wzniosły,Sapie i przez zęby mruczy: —„Ludzie, ludzie! wy, szydercy,Śmiéjcie się! Od śmiéchów waszychI od jarzma nas waszegoPrzyszły wielki dzień wyzwoli!O! najcięższa to zniewaga —Owe słodko-kwaśne minyW sam nos! Dzisiaj znieść nie mogęTych obrzydłych ludzkich śmieszków!Gdym na białém licu zoczył

Ten fatalny śmiészek drwiący,Wszystkie we mnie się wnętrznościPrzewracały z oburzenia!Obelżywiéj, niźli słowem,Umié człowiek tknąć uśmiéchem —I w uśmiéchu zdradzać nawykłDuszy swéj największą wzgardę.Zawsze uśmiéch! nawet wtedy,Gdy rzecz sama chce powagi;Uśmiéch nawet i w miłości,W uroczystéj szczęścia chwili,Zawsze uśmiéch! człowiek zdolnyŚmiać się nawet w tańcu! To téżSparodyował już tę sztukę,Godną kultem ludów zostać.Tak, tak! Taniec w dawnych czasachBył pobożnym aktem wiary.Pląsał chór kapłanów bożych,I król Dawid niegdyś pląsałZ harfą przed przymierza arką.Tak i ja téż pojmowałemTaniec, kiedym jeszcze tańczyłW rynkach miast przed całym ludem,Co nie skąpił mi uznania.To uznanie — rad przyznaję —Miłém było sercu memu.Bo to słodycz nad słodycze,W oczach wroga ujrzéć podziw!Ale nawet w entuzyazmieLudzie śmieją się — i taniecNie ma siły ich odmienić.Zawsze ród to będzie płochy!”

Czasem zdarza się, że człowiekNajcnotliwszy — szewcem trąci,Podczas kiedy duch służalczyAmbrą pachnie i lawendą.Są dziewicze czyste dusze,A czuć od nich szare mydło,Gdy występek się częstokroćRóżanemi wody myje.Przeto nie krzyw, proszę, nosem,Drogi bracie, jeśli jamaAtta Trolla nie przywodziNa myśl ci arabskich woni.Zejdź w te ciemne kręgi ze mną,Gdzie powietrze jest przyciężkie,Gdzie wódz stary jak z za chmuryTak synowi swemu prawi:„O, mój synu! lędźwi moichTy ostatnia latorośli!Nakłoń ucho twe jedyneI posłuchaj słów rozumu.Strzeż się ludzkiéj filozofii!Ona kazi krew i ducha.Między ludźmi niéma zgołaPorządnego filozofa.Nawet Niemcy, niegdyś prawi,Nawet ci synowie Thora,Od prawieku nam pokrewni,

Wyrodzili się w tych czasach,I bez Boga dziś, bez wiary,Głoszą wiedzę ateizmu...Dziécię! dziécię moje! Strzeż sięFeuerbacha i Bauera,Strzeż się zostać ateistą,Niedźwiedziem bez czci, bez wiaryW mądrość Stwórcy! Tak jest, StwórcaStworzył nas i świat ten cały.Tam, na górze, księżyc, słońce,Gwiazdy długo-ogonowe,Równie jak bezogonoweSą odbiciem Jego chwały.A tu, w dole — lądy, morzaSą potęgi Jego echem,I stworzenie tutaj każdeWielbi Jego miłosierdzie.I najmniejsza nawet weszka,Co w pielgrzyma siwéj brodzieZiemską podróż swą odbywa,Głosi chwałę Przedwiecznego...W górze, pod gwiaździstym sklepem,Na królewskim, złotym tronie,Władnąc światem, w majestacieSiedzi niedźwiedź lodowaty.Nieskalana, śnieżno-białaSkóra jego, a na głowieMa koronę dyamentową,Co oświeca niebo całe...Jego lica — słońc harmonia,A myśl jego — czyn milczący.Skinie berłem — i wnet oto

Sfery światów śpiéwać poczną.U nóg jego siedzą błogoŚwiątobliwe ojców cienie,Które tu cierpiały zbożnie,Dzierżąc palmy w świętych łapach;Czasem skoczy nagle który,Skoczy drugi, jak natchnionyDuchem Świętym, i zawiodąUroczysty tan wieczności.Tan to, w którym promień łaskiWzmaga talent przyrodzony,W którym dusza uniesionaZ własnéj skóry chce wyskoczyć!Czyż dostąpię ja, niegodny,W tém zbawieniu Pańskiém cząstki?Czy z padołu płaczu przejdęDo radości wiecznéj raju?I czy będę, w uniesieniu,Pod gwiaździstych sfer namiotem,W wiecznéj gloryi, z palmą w łapie,Przed najwyższym tańczył Panem?”

Jak szkarłatny język, któryCzarny książę Freiligrath’aW nienawiści i pogardzieZ czarnéj paszczy swéj wysuwa, —Tak wszedł księżyc z za obłoków.

W dali kędyś wodospadyHuczą pieśni swe bezsenne,Budząc cichy świat uśpiony.Atta Troll na szczycie stoi,Na samotnéj skały szczycie,I samotny ryczy nocąNa przepaście, na głębiny: —„Tak! Ja-m niedźwiedź! Niedźwiedź jestem,Jestem ten, którego zwiecieTo maruchą, to kudłaczem,Misiem i smorgońskim klocem.Tak! Ja-m niedźwiedź! Niedźwiedź jestem!Jestem ową bestyą dziką,Jestem skoczkiem waszym nędznym,Pośmiéwiskiem waszéj ciżby,Tarczą, w którą dowcip strzela!Tak, ja jestem tą potworą,Którą wasze dzieci straszą,Grymaszące ludzkie dzieci.Tak, ja jestem tém straszydłemZ opowieści nianiek waszych!Obwołuję to rozgłośnieNa ten cały nędzny świat!Słuchaj, ziemio! Ja-m jest niedźwiedź!Rodu mego się nie wstydzę!Taki-m dumny, jakby dziademBył mi Mojżesz Mendelsohn!“

Dwie postacie mroczne, dzikie,Na czworakach kroczą dumnieO północy, drogę sobieCzyniąc wpośród jodeł gęstwy.Jest to Atta Troll wraz z synem,Młodym owym jednouchem.Gdzie zmierzch leśny wskróś przeświéca,Przy ofiarnym głazie stają:„Ten głaz” — mruczy ojciec stary —Jest to ołtarz, gdzie druidy,W dniach ciemnoty i przesądu,Poświęcali krew ofiarną.O, nieszczęsne zaślepienie!Kiedy myślę o tém, włosyDębem stają mi na grzbiecie.Na cześć Boga krew przeléwać!Dziś już czasy oświéceńsze.Nie zabija już brat brataZ dzikiéj jakiejś gorliwościO niebieskie zyski swoje.Nie; już niéma takich szaleństw,Ani rojeń fantastycznych.Korzyść ziemska, samolubstwo —To dziś ludzi pcha do mordów.Dziś za dobra ziemskie człowiekChwyta jeden przez drugiego.W tym rabunku nieustannym

Każdy kradnie sam dla siebieI dziedzictwo wszystkim wspólneKażdy swoim mieni łupem,I o prawie posiadania,O własności księgi pisze...Własność! prawo posiadania!Co za fałsz! Co za złodziejstwo!Taki podstęp głupi, nędzny,Człowiek tylko mógł wymyśléć.Nam przyroda nie oddałaNic na własność. Bez kieszeni,Bez kieszeni w naszych futrachWszyscy na świat się rodzimy.Żaden, synu, z nas, niedźwiedzi,Nie ma mieszków przyrodzonych,Żeby w sierści swéj kudłatéjUkryć kradzież i zataić.Człowiek tylko, wąż ten gładki,Co się w cudzą wełnę stroi,Ten wié dobrze, jak foremnieZaopatrzyć się w kieszenie.Kieszeń! Ona — tak potworną,Jak i prawo posiadania,Jak i własność! Wszyscy ludzieTo złodzieje kieszonkowi!O! jakże ich nienawidzę!Ty, ty, dziedzic mego ducha,Przysiąż mi na tym ołtarzuNienawidziéć rodzaj ludzki.Bądź śmiertelnym wrogiem chciwcówI ciemięzców aż do śmierci...Przysiąż! przysiąż mi to, synu!”

Młodzian przysiągł, tak, jak niegdyśPrzysiągł Hannibal; a księżycŚwiécił na ofiarny kamieńI na obu mizantropów. —

........

Późniéj może się dowiémy,Jak dotrzymał niedźwiedź słowaSwéj przysięgi. Lutnia mojaNowe epos mu poświęci.Co zaś tycze się starego,Zostawimy go na stronie,By go późniéj znowu spotkaćI na pewno kulką trafić.Śledcze akta twojéj sprawy,Niecny zdrajco ty ludzkości,Zamykają się na dzisiaj.Jutro wyrok twój zapadnie.

Jak uśpione bajaderyStoją góry ciche, senne,W białych z lekkiéj mgły zasłonach,Poruszanych wiatrem rannym.Lecz nie długo się rozjaśnią,

Gdy bóg słońca zstąpi na nie,I zasłony te z nich zdejmie,I oświéci piękność nagą.W taki wczesny, mglisty ranekWybraliśmy się z LaskaremNa niedźwiedzie. O południuPrzebyliśmy Pont d’Espagne;Tak się most nazywa, któryWiąże Francyi kraj z Hiszpanią,Z krajem owych barbarzyńców,Co lat tysiąc wstecz zostali.Cały tysiąc lat! Pomyślcie!W nowoczesnych dni kulturzeWschodni moi barbarzyńcyO sto tylko się spóźniają!Gniéwny, prawie zły, rzuciłemBłogi grunt francuzkiéj ziemi,Téj ojczyzny wolnych duchów,A i pięknych kobiét także.Coś w połowie mostu siedziałBiédny Hiszpan; głodna nędzaWyziérała mu z łachmanówI z zapadłych, czarnych oczu.Jakiéjś staréj mandolinyWyschłą ręką szczypał strunyI dobywał wtór fałszywyZ swojéj staréj, zwiędłéj piersi.Czasem nizko się pochylałNad przepaścią z cichym śmiéchemI poczynał grać zaciekle,Grać i śpiéwać w takie słowa: —

„W mojém sercu stolik złoty,Przy stoliku małym, złotymStoją cztéry złote krzesła,A na krzesłach siedzą damy.Cztéry damy. Złote strzałyLśnią w warkoczach; damy grają,W karty grają, lecz wygrywaJedna tylko donna Klara.Gra i śmiejeśmiéje się zalotnie...Ach, w mém sercu, donno Klaro,Ty wygrywać zawsze będziesz,Bo wszak twoim tryumf każdy!” —Idąc tedy daléj, rzekłemSam do siebie: — Rzecz szczególna!Między Francyą i Hiszpanią,Ot, szaleństwo siedzi, śpiéwa.Jest-że waryat ten obrazemWspólnych myśli obu krain?Czy téż jest własnego krajuTytułową śmiészną kartą? —Zmrok był, gdyśmy wreszcie doszliDo posady opłakanéj,Kędy Ollea-PotridaZ brudnéj się kurzyła misy.Tam to jadłem i Garbanzos,Ciężkie, jak z ołowiu kule,I niestrawne nawet Niemcom,Co na kluskach rosną z dziecka.A w pobliżu kuchni łóżkoStało, jakby opieprzonePrzez robactwo. Ach, te pluskwy!To największy wróg człowieka!

Gorszą, niźli gniéw tysiącaSłoniów, jest nieprzyjaźń jednéj,Tylko jednéj małéj pluskwy,Co po łóżku twojém łazi,A ty musisz dać się kąsać,Bobyś trafił gorzéj jeszcze,Gdybyś zgniótł ją... Woń zabójczaDręczyłaby cię do rana...Tak! Na ziemi najstraszliwsząWalką — walka z tém robactwem,Co wojuje wonią własną,Walka nocna z jedną pluskwą!

Jak téż kłamią ci poeci,Nawet najumiarkowańsi!Mówią oto, że naturaJest świątynią wielką Boga,Jest świątynią, któréj cudaObwieszczają Stwórcy chwałę,W któréj słońce, księżyc, gwiazdyWiszą jak u stropu lampy.Niech-że i tak, dobrzy ludzie!Lecz, przyznajcie, że w świątyniTéj są schody niezbyt świetne,Diablo nawet nędzne schody!Piąć się w górę, z góry schodzić,Drapać na szczyt i przesadzaćSkał szczeliny — to mnie męczyI na duszy, i na ciele.

Obok mnie Laskaro kroczy,Blady, długi, jak gromnica.Ni w nim słowa, ni uśmiéchu,Syn to zmarły czarownicy;Tak jest, zmarły dawno człowiek,Bardzo dawno! Przecież matkiCzarnoksięzki wpływ, Uraki,Pozór życia mu nadaje.Ach! przeklęte stopnie chramu! —Żem, po dzikich tych przepaściachWłócząc się, nie skręcił karku,To mi do dziś nie pojęte.Wodospady plują w oczy,Wiatr biczuje sosny czarne.Co za jęk! Chmurzyska ciężkieWloką się! Fatalna pora.W małéj chatce, u rybaka,Przy jeziorze Lac-de-Gobe,Znaleźliśmy dach nad głowąI forelle srébrno-płetwe.W wielkiém krześle nawpół leżałRybak stary, siwy, chory,A dwie piękne siostrzenicePrzy nim, jakby dwa anioły.Nieco grube i flamandzkieByły to anioły, jakbyZ ram uciekły Rubensowi:Jasne włosy, jasne oczy,Dołki dwa w różowych licach,Zkąd zalotność czyha skrycie,A postawy silne, świéżeBudzą żądzę i obawę.

Najśliczniejsze te stworzeniaByły z sobą w ważnym sporze,Jaki napój dać stryjowi,Aby mu powrócić strawność...Jedna daje mu czareczkęZ naparzonym kwiatem lipy,Druga wciska mu do rękiSzklankę leków rumiankowych. —„Precz mi z jedném, jak i z drugiém!” —Woła stary niecierpliwie. —„Wina dajcie! Niechaj gościGodnym ich uraczę trunkiem.” —Było-ż to istotnie winoTo, co piłem w Lac-de-Gobe,Tego nie wiem; lecz w BrunświkuWziąłbym lurę tę za Mummę.Łagiew była z czarnéj skóryKozła i woniała przednio.Jednak starzec pił z niéj chciwie,Aż ozdrowiał, aż odmłodniał.Pijąc, prawił nam powieściO bandytach, przemytnikach,Którzy tu na wolnéj stopieW pirenejskich lasach żyją.Znał on także stare dzieje,Stare baśnie fantastyczneO olbrzymów wielkich bojachZ niedźwiedziami dawnych czasów.Te olbrzymy i niedźwiedzie

Bojowały niegdyś z sobąO królestwo gór i dolin,Nim w nich człowiek się osiedlił.Lecz z przybyciem człeka pierzchłyOlbrzymiska z téj krainy,Bowiem w takich wielkich głowachMózgu mało jest na podziw.Powiadają — cała kupa,Kiedy przyszła raz nad morzeI ujrzała, jak się w faliBłękit nieba załamuje,Uwierzyła, że to niebo,I rzuciwszy się w nie hurmem —W miłosierdzie Boże ufna —Zatonęła co do nogi.Co zaś tyczé się niedźwiedzi,To ich ród zanika w górach,Wciąż tępiony bezlitośniePrzez zdobywcze, ludzkie plemię. —„Tak to jedni” — mówił stary —„Miejsce drugim, robić muszą.A po ludzkich rządach przyszłoPanowanie karłów w górach.Mądry to był ten ród karli,W skalnych głębiach zamieszkałyI kujący kilofamiW szczérém srébrze, w szczérém złocie.Oj! widziałem ja ich nierazPo księżyca nowiu jasnym,Kiedy z szczelin wytkną głowy.I strach jakiś brał mnie za łeb,Strach przed złota ich potęgą

I przed głupstwem naszych wnuków,Co gotowi w morze skoczyć,Gdy w niém niebo kto pokaże!”

W czarnéj, dzikiéj skał kotlinieŚpi jeziora głębia czarna.Smętne gwiazdy patrzą z nieba,Patrzą z nieba w noc i w ciszę.Noc i cisza. Plusk dwu wiosełSzemrze dziwnie tajemniczo;Płynie czółno, a u steruStoi piękne dziéwczę hoże.Płyniem raźno. Wśród ciemnościBłyśnie czasem gibkie ramię,Ramię nagie, srébrno-białe,Błysną czasem modre oczy.Obok mnie Laskaro siedzi,Jak zazwyczaj, blady, niemy,A mnie w mózgu myśl świdruje,Czy on jeden jest umarłym?Czy już może i ja takżePłynę oto ku wieczności,W téj widmowéj czarnéj łodzi,Przez królestwo chłodne cienia? —Może czarne to jezioro —To styksowe wody smętne,

A służebne ProzerpinyMiast Charona nas uwożą?Nie, nie! Jeszcze nie umarłem!Nie zagasłem! W mojéj duszyPali, żarzy się i tryskaŻywy płomień mego życia!Te dziewczęta, które wiosłemRaźno pluszczą, i ta woda,Woda, którą w jasnych kroplachOtrząsają na mnie z śmiéchem,Te wiosenne, świéże twarze, —Nic nie mają widmowegoI, choć może rodem z piekła,Nie są w służbie Prozerpiny!Aby całkiem się upewnić,Że w nich niéma nic z za świata,I o własnéj żywotnościDotykalnie się przekonać,Przycisnąłem nagle ustaDo różowéj, ślicznéj twarzy,Ten logiczny czyniąc wniosek:Tak, całuję — a więc żyję!Lecz u brzegu znów musiałemDobre dusze ucałować,Gdyż jedynie w téj monecieChciały przyjąć swą zapłatę.

Z słonecznego tła się śmiejąFijołkowe górskie szczyty,A na stoku, gniazdo ptasie,Przylepiona wioska biała.Puste było gniazdo owo:Stare ptaki wyleciały,I znalazłem tylko młode,Którym jeszcze pierza brakło.Drobne chłopcy i dziéwczątka,Zakutane w chusty krasne,W samym środku białéj wioskiOdprawiały swe wesele.Obcy przybysz ich nie spłoszył.I wnet oto zakochanyMysi królik patetycznieKląkł przed córą króla kotów.Biédny książę! Gdy poślubiszOwą piękną, mruczéć zacznieI zadławi cię, igrając...A gdy zdechnie mysz — skończone! —Cały dzień mi przeszedł bożyNa gawędce poufałéjZ dziatwą, co koniecznie chciałaWiedziéć, kto ja — i co robię? —„Druhy moje” — rzekłem — „NiemcyZwie się kraj, gdziem się urodził,A niedźwiedzi jest tam mnogość,A ja wśród nich byłem łowcem.

Nie jednemu wyciągnąłemKudły wyżéj jego uszu,Choć i mnie się przytrafiałoByć głaśniętym przez maruchę.Lecz z kudłatą ową zgrająDrzéć się co dzień i uganiaćW drogiéj méj ojczyźnie, przyznam,Że dojadło mi już srodze.Więc przybyłem tutaj oto,By robotę znaléźć inną:Chętnie wziąłbym się za baryZ waszym wielkim Atta Trollem.To przeciwnik jest szlachetnyI mnie godny. Ach! tam, w Niemczech,Prowadziłem boje takie,Żem się wstydził w nich zwycięstwa!” —Kiedym z dziatwą się rozstawał,Tańczył drobiazg ten koło mnieI głosikiem cienkim śpiéwał:„Girofflino! Girofflette!”A najmłodsze w wielkiéj chuście,Drobnym kroczkiem szło przede mnieI dygnęło dwa, trzy razy,Piszcząc cienkim swoim głoskiem:

„A jak spotkam króla pana,Kłaniam mu się do kolana,Jak królowę spotkam panią,To trzy razy dygam za nią,A jak diabła rogatego,Cztéry dygi mam dla niego,Girofflino, GirofletteGirofflette!”

„Girofflino — Girofflette!”Odpowiedział chór i raźnoTańczył kołem u nóg moichSwój kolisty śpiéw i taniec.A gdym schodził z gór w doliny,W cichém się powietrzu niosłyGłoski cieńkie jak pisk ptasząt:„Girofflino, Girofflette!”

Te olbrzymie skał odłamy,Nieforemne i zwietrzałe,Patrzą na mnie, jak potworySkamieniałe dawnych wieków.Dziwna! Szare owe chmury,Co tam ciągną po nade mną,Zdają mi się być odbiciemTych kamiennych dzikich kształtów.W dali huczą wodospady,Wicher w jamach świszczy, wyje,Szum i łoskot idą w koło,Jak rozpaczne krzyki, jęki.Coraz dziksza tu samotność!Czarne kruki tylko siedząNa zwichrzonych czubach sosenI machają krzywém skrzydłem.Obok mnie, milczący, blady,Kroczy mój Laskaro; przy nim

Ja wyglądam, jak szaleństwo,Które śmierci towarzyszy.Szpetnie pusta okolica!Czy przekleństwo ciąży nad nią?Zda się krew na pniu spostrzegamKarłowatéj jodły czarnéj.Jodła ta przy chacie stérczy,Co się kryje zawstydzonaPrzez pół w ziemię; błagająco,Trwożnie patrzy dach słomiany.Mieszkańcami owéj chatySą Kagoty, szczęty marnePrastarego gór plemienia,Które w cieniu tu wymiéra.W sercach prawych BaskijczykówDziś się jeszcze tli nienawiśćDo Kagotów. Smętne resztkiSmętnych czasów fanatyzmu.W starych Basków starym tumieJest żelazna furtka nizka.Było to, jak prawi kustosz,Wejście dla Kagotów nędznych.Im wzbronione były niegdyśWielkie drzwi kościelnéj nawy,Więc się tędy do świątyniPrzekradali, jak złodzieje.Tam, na nizkim owym stołkuSiedział, żebrząc, Kagot stary,Zdala, jak zapowietrzony,

Od gromady bab i dziadów.Ale oto światło wiekuZapłonęło, jak pochodnia,Rozpraszając w kątach nawyStare cienie średniowieczne! —U drzwi został się Laskaro,Kiedym wszedł do nędznéj chaty,By Kagota, co w niéj mieszkał,Dłoń uścisnąć po bratersku.I złożyłem pocałunekNa dziécięcia jego czole,Które ssało pierś matczyną,Niby cienki, chory pająk.

Kiedy patrzysz z oddalenia,To gór czuby tak się błyszcząŁuną złota i purpury,Jak królewskie słońca trony.Ale zblizka czar ten znika.Przepych gór, jak każda wielkośćZiemska, zdala tylko łudziZwodniczemi światła blaski.To, co brałeś za purpurę,Śniegiem tylko jest i lodem,Nędznym śniegiem, co na szczytachLeży w martwéj swéj głuchocie.Idę wyżéj, słyszę głosy

I skrzypiące skargi słyszę.To ów śniég przed wichrem górskimNa swą nędzę tak narzeka. —„O! jak wolno” — wzdycha — „płynąW tym bezmiarze smętne chwileI godziny te bez końca,Co wiecznością są zamarłą!O! ja nędzarz! Czemuż raczéj,Zamiast na te głuche szczyty,Nie zleciałem na dolinę,Na dolinę ukwieconą?Byłbym stopniał w strumyk świéżyI popłynął, szemrząc, wioską;Najpiękniejsze dziéwczę we mnieLiczko myłoby śmiejące...I do morza bym dopłynął,I zaklęty w perłę białą —Kto wié — może bym téż kiedyNa królewskiéj lśnił koronie.”Na to ja — te słysząc mowy: —„Miły śniegu! bardzo wątpię,Aby cię w dolinie cichéjTaki świetny los miał spotkać.Pociesz się! Nie wszystkim danoW jasne perły się zamieniać.Tybyś może w rynsztok spłynąłI zwyczajném błotem został!”A gdym te i tym podobneZ śniegiem owym miał rozmowy,Huknął strzał. Z powietrznych wyżynSpadł brunatny, wielki jastrząb.Był to drobny żart Laskara,

Ot, łowiecki żarcik. PrzecieżOn sam, martwy stał i tylkoStrzelba w ręku mu dymiła.Potém, milcząc, wyrwał pióroZ skrzydła ptaka; milcząc, zatknąłZa kapelusz pióro owoI szedł, milcząc, w dalszą drogę.Dziwny, dziwny był to widok,Kiedy jego cień wraz z piórem,Na płaszczyźnie śniéżnéj, czarny,Wydłużony się poruszał.

Jest dolina wązka, długa,Drogą duchów się nazywa.Nagie skały stérczą z boków,Kradnąc światło dnia i słońca.Pod urwistym zrębem głazuStoi w jarze, jak wideta,Mały domek czarownicy;Podążyłem tam z Laskarem.Tam on z matką miał naradęW najtajniejszych znaków mowie,Jakby znaléźć Atta Trolla,Na strzał zwabić i zastrzelić.Bo już trop my jego zeszli,Wyśledzili, i już nie mógłUjść przed nami. Policzone

Są dni twoje, Atta Trollu!Czy ta stara, ta Uraka,Była w rzeczy czarownicą,Tak, jak o tém szły posłuchyMiędzy ludem w Pirenejach,Za to głowy dać — nie daję.Ja wiem tylko to, że miałaMinę bardzo podejrzanąI złowrogie oczy krwawe,Oczy bardzo podejrzane.Słychać było téż, że kiedyObróciła je na krowę,Wysychało wymię z mléka.Zapewniano również, jakoSzorstkiéj dłoni swéj dotknięciemZabijała tłuste wieprze,Ba! i wołu najzdrowszego.Była nawet raz skarżonaO podobne przewinieniaPrzed wielmożnym sędzią; aleSędzia był wolteryaninemI dziécięciem płochém wieku,Bez przekonań i bez wiary;Więc szyderczo i sceptycznieWyśmiał kumów i kumoszki.Urzędownie miała babaSwe rzemiosło, tak, jak każdy;Handlowała górskiém zielemI wypchaném ptactwem dzikiém.Pełną była jéj chatynkaTego kramu; woń duszącaSzła z ziół zwiędłych i z korzeni,

I z martwego ptactwa w pierzu.Była tam kolekcya całaRudych sępów i jastrzębi,Rozpostartych jak do lotu,Każdy z wielkim, ciężkim dziobem.Nie wiem, czy to woń szalejuUderzyła mi do głowy,Lecz mi było jakoś dziwnie,Kiedym patrzał na te ptaki.Zdało mi się, że to wrogiCzarownicy, złą jéj sztukąUwięzione w ptasim kształcie,Muszą tutaj stać wypchane.Tak patrzyły na mnie bystro,Tak boleśnie, natarczywie,Czasem nawet krągłe oczyObracały w wiedźmy stronę.Lecz Uraka, obok synaPrzy kominie pochylonaNad czerwonym ognia żarem,Lała ołów, kule lała.Były to wyroczne kule,Atta-Troll miał od nich zginąć.Jakże krwawo pełza płomieńPo obliczu czarownicy,Gdy porusza wargą zwiędłą,Zwiędłą wargą swą, bez głosu,Szepcząc ciche zaklinaniaI czarując lane kule...Czasem śmieje się bezdźwięcznieI na syna kiwa, mruga.Lecz ten pełni swą powinność,

Jak śmierć martwy i milczący.Odurzony tchem téj izbyChciałem wiew pochwycić świéżyI, ku oknu się zbliżywszy,W oddalony jar spojrzałem.Com tam widział w ową chwilę,W tę północną duchów porę,To wam powiem pięknie, wiernieW tym rozdziale, co nastąpi.

A było to czasu pełni,W noc widmową, świętojańską,Kiedy dzikie łowy duchówPrzeciągają po nad ziemią.Z drobnéj szybki u okienka,Z czarownicy staréj gniazda,Mogłem widziéć jakby we dnie,Całą straszną kawalkatę.Miejsce miałem wyjątkoweDo takiego widowiska.Pełném okiem mogłem patrzéćNa upiorów dzikie harce.Trzask z batogów, hejże! hasa!Rżenie koni, sfór szczekanie,Rogi, trąbki, głośne śmiéchy,Na tysiące ech rozbite!Po powietrzu, niby w kniei,

W przeraźliwym gonie sadząDziki, sarny i jelenie,A za niemi łowców chmara.Łowcy różnych sfer, narodów,Różnych czasów i rynsztunków.Przy Nemrodzie assyryjskimKarol pędzi w cwał Dziesiąty.Bok w bok sadzą konie białe,A tuż przy nich biegnie pieszoPikier z swoim kordelasem,Z pochodniami gibkie pazie.I niejeden w tym orszakuZda mi się być dobrze znanym:Ten, ot, w złotéj, cennéj zbroiNie byłżeby to król Artur?A ów Duńczyk, messer Ogier,Czyż to nie on ma zielonyPancerz z blachy szmelcowanéj,W którym żabie jest podobny?Widzę także wodzów myśliW tym orszaku widm goniących,Oto-m poznał cię, Wolfgangu,Po pogodnym oka blasku.Hengstenberg cię wyklął, mistrzu,I nie możesz spać dziś w grobie,Lecz z pogańskim korowodemZa uciechą życia pędzisz.Oto-m poznał po uśmiéchuNieśmiertelnych ust — Williama!Niegdyś go przeklęli święciPurytanie... I ten grzésznikMusi pędzić w dzikim harcu

Na rumaku swoim czarnym.Przy nim osioł galopuje,A na ośle... Wielkie nieba!..Po zawiędłéj, tępéj twarzy,Po szlafmycy bawełnianéjI po drżeniu własnéj duszy —Poznałem cię, druhu, Hornie!Za komentarz do SzekspiraMusisz teraz, musisz, stary,W wysłużonéj swéj szlafmycyI po śmierci pędzić za nim.Ach! mój słodki Franz w tym cwale!On, co ledwo śmiał się ruszać,On, co tylko przy kolacyi,Albo w łóżku się poruszał!Co powiedzą na to, proszę,Stare panny, co go znałyTakim cichym, gdy usłyszą,Że Franz Horn jest dzikim łowcem!Jedzie, a gdy w galop wpadnie,Wielki William patrzy drwiąco,Jak ten biédny komentatorPoci się na swoim ośle,Jak, bezwładnie i kurczowoSiedząc w siodle kłapoucha,Żyw czy martwy, zawsze wiernieSwego trzyma się autora.A i damy téż widziałemW dzikim duchów korowodzie,A szczególnie piękne nimfyO wysmukłych, gibkich ciałach.W olimpijskiéj swéj nagości,

Jak mąż, konia dosiadały,I włos tylko długi, złoty,Płaszcze dawał im powiéwne.Po nad czołem miały wieńce,Ciała wdzięcznie w tył podane,I pędziły tak galopem,Całe w blaskach księżycowych.Obok nich widziałem także,Jak przypięty kwiat na siodle,Piękne, młode amazonkiZ sokołami na ramionach.Po za niemi, jak parodya,Na wychudłych Rosynantach,Mknął cudaczny dziéw korowód,Komedyancko postrojonych;Minki miały dziwnie wdzięczne,Chociaż nieco wyuzdane,A krzyk, śmiéch szalony buchałZ ustek ich wymalowanych.O! jak grzmiąco niosły echaRogi łowców, śmiéchy, wrzaski,Rżenie koni, psów szczekanie,Trzask batogów... Hejże! Hasa!

Lecz ze wszystkich najpiękniejszeW samym środku łowców pędząTrzy postacie. Nie zapomnę

Nigdy zjawisk tych dziewiczych.Piérwsza miała nów u czoła —I tę łatwo poznać było.Harda, czysta, posągowa,Jedzie wielka łowów ksieni.Jéj tunika do połowyKryje piersi, biodra kryje,A pochodni blask i księżycŚlizga się po członkach białych.Jak z marmuru białe lica,I jak mundur zimna cała.Straszną była dumna bladośćTych surowych, boskich rysów.Przecież w czarnych jéj źrenicachGorzał jakiś blask namiętny,Jakiś słodki ogień, któryDuszę ślepił i pożérał.Jakże inną ta DyanaOd bogini téj okrutnéj,Co, w jelenia zamieniwszy,Psami szczuła Akteona!Czyżby teraz za tę winęW wyuzdaném łowców gronie,Jak zwyczajny upiór ziemski,Pędzić miała w noc miesięczną?Późno, ale tém gwałtowniéjPłomień żądzy w niéj się zbudził —I dziś pali się w jéj oku,Jak prawdziwy żar piekielny.Dziś nagradza czas stracony,Kiedy każdy mąż — był bogiem,I być może, iż ilością

Jakość sobie zastępuje.Obok niéj jechała piękna,Któréj rysy, mniéj helleńskoWyrzeźbione, promieniałyWdziękiem Celtów pokolenia.Była to Abunda, wieszczka,Którą łatwo rozpoznałemPo prześlicznych, świéżych ustach,Po serdecznym, srébrnym śmiéchu.Twarz jéj zdrowa i różana,Jak obrazek mistrza Greuze’a,Wpół otwarte ust serduszkoI urocze ząbki białe.Ta błękitną miała szatę,Którą wiatr rozwiéwał wolny.Nawet we śnie najpiękniejszymNie widziałem takich ramion.Mało brakło, abym skoczyłTak wprost z okna ją całować.A byłby to drogi całus,Bobym kark na pewno skręcił.Ach! jak głośno, jak serdecznieŚmiałaby się, gdybym upadłW przepaść, u jéj stóp, skrwawiony...Ach! jak dobrze znam śmiéch taki!Lecz ta trzecia postać cudna,Co do głębi serce wzrusza,Czy to także piekielnica,Jak te dwie, co obok jadą?Szatan-że to jest czy anioł?Nie wiem, i nikt pewno nie wié,Gdzie w kobiécie się zaczyna

Szatan, a gdzie anioł kończy.Na namiętnie bladéj twarzyLeżą wszystkie czary Wschodu.Droga szata przypominaZłotą baśń Szeherezady,Usta słodkie — jak granaty,Przygarbiony lekko nosek,A wysmukła, wiotka postać —Jak oazy palma drżąca.Wielbłąd pod jéj siodłem kroczy,A wędzidło jego złoteDwóch Murzynów dzierży pieszych,Po księżniczki obu stronach.Tak, księżniczką była prawą,Judei królową byłaPiękna owa Herodyada,Co pragnęła głowy Jana.Dziś, za udział w krwawym czyniePotępiona, błądzić musiJako widmo w dzikich łowachDo dnia sądu ostatniego.W obu rękach zawsze niesieMisę z ową ściętą głowąI całuje usta martwe,I z tkliwością patrzy na nią.Ach! kochała kiedyś Jana —I, choć o tém biblia milczy,Między ludem dotąd żyjeWieść o krwawéj téj miłości.Bez kochania któżby pojąłGust szczególny owéj damy?Czyż kobiéta może żądać

Obojętnéj męzkiéj głowy?Była może zadąsanaI kazała ściąć miłego;Lecz na misie gdy ujrzałaUkochaną głowę martwą,Wpadła w płacz i w obłąkanieI w miłosnym szale zmarła.(Szał miłosny — pleonazmus!Sama miłość jest już szałem.)Dziś, gdy wstaje o północy,Bierze — jak-em już powiedział —Głowę krwawą z krwawą misąI, jak gdyby w szale pieszczot,Ciska ją wysoko w górę,Śmiejąc się dziécięcym śmiéchem,I napowrót chwyta w dłonie,Niby piłkę wśród igraszki.A gdy blizko mnie już była,Spojrzy na mnie, główkę skłoniTak zalotnie, tak uroczo,Że mi dreszcz po sercu przeszedł. —Trzykroć jechał i powracałOrszak dzikich łowców; trzykroćW swym przelocie mnie pozdrawiaWdzięczne widmo Herodyady.A gdy wszystko się rozwiało,Gdy przegrzmiały rogów echa,W mózgu mi, jak szruba złota,Pozdrowienie to wierciło.I noc całą, aż do rana,Przewracałem się na sianie,Gdyż w Uraki chatce niéma

Pierzyn, ani materacy.I myślałem: co téż możeZnaczyć owo pozdrowienie?Czemu ty tak tkliwie na mnieSpoglądałaś, Herodyado?

Słońce wstaje! złote strzałyBiją w mgliste chmurki białe,Co się krwawią, jak zranione,I znikają w jasnym blasku.Bój zwycięztwem się zakończył,A dzień, jasny tryumfator,W swéj promiennéj chwale wstąpiłNa kark szczytów ujarzmionych.Zaćwiérkało raźnie ptactwoZ gniazd ukrytych wśród zieleni,I z ziół górskich poszły wonie,Jakby żywy oddech jaru.O najpiérwszym zorzy brzaskuZ gór zeszliśmy na doliny,A gdy dzielny mój LaskaroNiedźwiedziego szukał tropu,Ja myślami chciałem zabićCzas; lecz przyznam, że myślenieJakoś w końcu mnie znużyło,Zasmuciło nawet trochę.A więc smutny i znużonyNa mchy miękkie padłem w jarze,

Pod tym czarnym wielkim świérkiem,U którego źródło biło.I tak mnie te szumy szklane,Te szelesty, te szeptaniaRozmarzyły, że i myśliI myślenie mnie odeszło.Nagle zdjęła mnie tęsknotaZa snem, śmiercią i za szałem,I za temi łowczyniami,Które-m widział w dzikim gonie.O! wy cudne, nocne mary,Które słońca wschód rozprasza!Mówcie, gdzie znikacie, mgliste?We dnie przebywacie kędy?Pod zwaliska starych świątyń,Na romańskich brzegach cichych,Chroni się Dyana białaPrzed Chrystusem i przed krzyżem.Tylko o północnéj dobieŚmié wychylać się z ukrycia.Wtedy cieszy się i marzyO pogańskich pięknych czasach.I Abunda, wróżka cudna,Lęka się NazarejczykaI dzień cały spędza w państwieNiedostępném Awalunu.Ta kraina jest ukrytaGdzieś wśród cichéj mórz przestworzy,Kędy tylko romantykaNiesie baśni koń skrzydlaty.Nigdy troska nie zarzucaTam kotwicy, ni parowiec

Pełny gapiów i filistrów,Z których każdy fajkę kurzy.Nigdy tam nie niosą echaJęków, dźwięków dzwonów naszych,Owych bim-bam! bim-bam! smętnych,Których wróżki nienawidzą.Tam, w swobodzie niezmąconéjI w wieczystéj kwitnąc wiośnie,Mieszka pani jasnowłosa,Wróżek królowa, Abunda.Tam przechadza się z uśmiéchemW cieniu wielkich słoneczników,W uprzejmości pełném gronie,Wśród rycerskich paladynów.Ale ty, o Herodyado!Powiédz, gdzieś ty?.. Ach wiem, wiem już!Tyś umarła, a twe ciałoLeży u bram Jeruzalem.Przez dzień cały śpisz snem śmierciW marmurowym sarkofagu,Północ budzi cię dopiéro,Trzask batogów, hejże! hassa!..Zrywasz się i na łów dzikiZ Dyaną pędzisz i Abundą,Wśród swobodnych łowców grona,Którym krzyż i płacz obrzydły.Co za dzielne towarzystwo!O! gdybym to ja mógł nocąWśród was z wichrem się uganiaćPrzy twym boku, Herodyado!Boś ty jest najmilsza dla mnie!Więcéj, niż boginię grecką,

Niż północy piękną wróżkę,Kocham cię, Judei córo!Tak! Ja kocham cię! Ja czujęTo po drżeniu mojéj duszy,O, bądź moją! o, pokochajTy mnie, piękna Herodyado!O, pokochaj i bądź moją!Rzuć tę krwawą, martwą głowę,Wytrzyj misę, ja ci na niąDam smaczniejsze, żywe dania.Ja-m się rodził na rycerza,Jakiego ci właśnie trzeba.Żeś umarła i przeklęta —Co mi tam! Przesądów nie mam!Wszak o mojém téż zbawieniuCoś na dwoje babka wróży...A czy-m jeszcze żyw? to o témI sam miéwam wątpliwości.Więc chciéj wziąć mnie na rycerza,Za cavaliere servente...Będę nosił szal za tobąI w czém tylko masz kochanie.Każdéj nocy przy twym bokuW galop puszczę się na łowyI śmiać będziem się, jak dzieci,Z różnych moich głupstw i szaleństw.Tak ci będę skracał chwileKażdéj nocy. Dzień, co płoszyWszelką radość, dzień przesiedzę,Płacząc na twym zimnym grobie.Tak. Ja we dnie siądę, płacząc,Na królewskich grobów progu,

Na mogile ukochanéjU bram miasta Jeruzalem.A Żyd stary, co tam przejdzie,Będzie myślał, że ja płaczęNad Syonem tym zburzonym,Nad zburzoną Jeruzalem!

Argonauci bez okrętu,Co się w górach pieszo włóczymZa niedźwiedzia lichą skórą,Nie zdobywać nam run złotych!Ach! jesteśmy biédne dyabły!Bohatéry nowéj mody...Żaden klasyk przyzwoityNie uwieczni nas w swém pieniu!A cośmy użyli biédy!Co, na przykład, za uléwaSpadła na nas gdzieś na wiérchu,Gdzie ni drzewa, ani fiakra!Istny potop, chmur zerwanie!Jakby z cebra — na łby lało.Przysiądz mogę, że w KolchidzieJazon nie zmokł tak ni razu.Parasola! Parasola!Trzydziestu i sześciu królówZa parasol oddam jeden!Wołam, a tu ciurkiem leje.

Na śmierć zbici, źli, jak licho,Jak zmoczone pudle nocą —Dowlekliśmy się z powrotemDo domostwa czarownicy.Przed płonącym jasno ogniem,Przed kominem, wiédźma siedziI grubego mopsa czesze.Spędziła go, gdyśmy weszli,Aby się zatrudnić nami.Przyrządziła mi posłanie.Zdjęła ze mnie espardille,Niewygodny ten strój nogi,Potém jęła mnie rozbiérać.Lecz gdy spodnie ściągać przyszło,Myślałem, że z skórą zlézą,Tak je dészcz przylepił wiernie.Szlafrok! Szlafrok! Dam trzydziestuSześciu królów za ten szlafrok! —Wołam, a z koszuli na mniePara idzie jakby z garnka.Zębem w ząb szczękając, drżący,Stałem chwilę przed kominem,Potém jakby oczadzony,Nieopodal padłem w siano.Alem nie mógł zasnąć; oczySame mi się obracałyDo ogniska, kędy wiédźma,Rozebrawszy syna swego,Piastowała go na łonie.Z boku służył mops otyłyI w jednéj z swych przednich łapekNader zręcznie garnczek trzymał.

Z garnczka brała czarownicaTłuszcz czerwony i w pierś synaTłuszcz wciérała ten i w lędźwie,Gorączkowym szybkim ruchem.A przy pracy téj mruczałaPrzez nos starą jakąś piosnkę,Kołysankę jakąś... DziwnieTrzeszczał przytém żar w kominie.Jak trup — sztywny, jak trup — żółtyLeżał syn na matki łonie,A śmiertelnie smutne oczyMiał széroko otworzone.Czy naprawdę to umarły —I matczyna tylko miłośćCzarem mu, co noc, potężnymŻycie daje jednodniowe?Dziwny, dziwny stan pół jawy,W którym członki, jak z ołowiuOdrętwiałe, ale zmysłyGorączkowo czujne, bystre...A tu wonie ziół aż duszą!Tchu mi brakło. Więc myślałem,Skąd ja znam już zapach taki?Lecz myślałem nadaremnie.A tu świszczy wiatr w kominie!Były to jak gdyby skargi,Jakby jęki dusz zaklętych,Jakby znane jakieś głosy.Lecz najsrożéj udręczonyByłem przez wypchane ptaki,Które u wezgłowia megoStały na drewnianéj półce.

Zwolna, zwolna, poruszałyCiężkie skrzydła i nade mnąPochylały krzywe dzioby,Właśnie jakby nosy ludzkie.Ach! gdzież to ja nosy takieJuż widziałem? Czy w Hamburgu,Czy w Frankfurtu gdzieś zaułkach?Niby wiem coś, niby nie wiem...Wreszcie całkiem mnie znużenieZwyciężyło, a na miejsceFantastycznych mar półjawy,Przyszedł zdrowy sen krzepiący.Śniłem, że w balową salęNagle izba się zmieniła,W salę, wspartą na kolumnach,Rozjaśnioną świéc tysiącem.Niewidzialne muzykantyGrały w niéj z Roberta dyabłaÓw grobowy mniszek taniec,A jam zwolna się przechadzał.Wtém, otwarły się podwoje,Jak szérokie, i na salęUroczystym, wolnym krokiemWeszli dosyć dziwni goście.Same były to niedźwiedzie.Każdy na dwóch łapach kroczył,A pod rękę wiódł straszydło,Zawinięte w całun biały.Nagle dziwne owe paryW walc puściły się szalony;Był to widok — że choć umrzéćI ze strachu i ze śmiéchu!

Ciężkim misiom trudno byłoDotrzymywać w tańcu krokuTym powietrznym marom białym,Co się niosły jakby tchnienie.Była to nieznośna mękaDla tych biédnych grubych bestyj;I wkrótce téż ich sapanieZagłuszyło orkiestr tony.Nieraz, gdy na skręcie saliDwie na siebie pary wpadły,Biédne widmo wzięło w plecyŁbem niedźwiedzim, albo łapą.Nieraz téż w zawrocie tańca,Mniéj uważny niedźwiedź zerwałBiały całun i obnażyłSwéj tancerki głowę trupią.Nagle wzmogła się muzyka,Wrzasły trąby i cymbały,Zagrzmiał bęben śpiesznym taktem —I wszczęła się galopada.Nie dośniłem już jéj końca,Gdyż niezgrabny tancerz jedenW sam nagniotek mnie udepnął.Krzyk wydałem — ból mnie zbudził.

Feb w dorożce swéj słonecznéj,Ćwicząc konie płomieniste,

Przebiegł prawie do połowyNiebios, zwykłą swoją drogą,Gdym ja jeszcze leżał w sianie,Śniąc o widmach i niedźwiedziach,Śmiésznie z sobą pomięszanych,Jak dziwaczne arabeski.O południu się zbudziłem.Lecz sam tylko byłem w chacie;Gospodyni i LaskaroDo dnia wyszli już na łowy.W izbie mops się gruby zostałI przed ogniem przy kominieNa dwóch łapach stał nad garnkiemI drewnianą łyżkę trzymał.Mops ten znał kuchenną sztukę;Gdy zakipiał w garnku wrzątek,Szybko mięszał go i łyżkąSzumowiny zbiérał wzdęte.Cóż to? czy-m ja sam pod czarem?Czy mi jeszcze gorączkowoGłowa krąży? Ledwo wierzęWłasnym uszom! Mops ten gada!Tak! On gada! Chociaż jegoAkcent jest akcentem szwabskim.Jakby w myślach zatopiony,Jakby senny, tak przemawia: —„O! nieszczęsny ja poeta!Na obczyźnie służyć muszę,Służyć jako mops mizernyI pilnować garnków wiédźmy.Co za hańba! W naszych czasachCzarownice! Jak tragiczna

Dola moja! Czuć po ludzku,A być psem, być mopsem nędznym!Obym był pozostał wiernyNaszéj swojskiéj, szwabskiéj szkole!Ach! tam niéma czarodziejów!Nikt tam ludzi nie czaruje!Obym wiernie był pozostałPrzy Karolu Mayer słodkim,Przy ojczystéj myśli strawie,Przy ojczystéj papce z mléka!Dziś umiéram tu z tęsknoty!I zaledwo widziéć mogęDym z kominów, gdzie się warząNasze knedle i szweinbraty!...”Kiedym to usłyszał, wielkieZdjęło mnie współczucie. Wstałem,I pobiegłem do komina,I usiadłem tam, i rzekłem: —„Powiédz mi, szlachetny piewco,Jakżeś popadł w moc téj wiedźmy?I dlaczego tak okrutnieW mopsa jesteś przemieniony?” —Na to mops z radością wielką: —„Jakto! więc pan nie Francuzem?Więc pan Niemcem? zrozumiałeśCichéj skargi méj monolog?Ach, mój ziomku! Cała biédaPoszła ztąd, że radca Kölle,Gdyśmy w knajpie, kurząc fajki,Pili piwo i gwarzyli,Utrzymywał zawsze, jakoW podróżach się tylko człowiek

Poleruje należycie,Tak, jak on, co właśnie jeździł.Więc ot, żeby choć z téj piérwszéjGrubéj skóry się wylenićI, jak radca Kölle, chlipnąćNieco wyższéj światowości,Pożegnałem się z ojczyznąI zwróciłem drogę mojąKu tym górom PirenejskimI ku chacie téj Uraki.Miałem list polecającyOd Kernera; nie myślałem,Że ten druh, ten Justyn słodki,Za pan brat z jędzami żyje...Przyjacielsko powitany,Uważałem, że ta przyjaźńZa gwałtownie jakoś rośnie,Ba! przekracza wszelką miarę!Powiem krótko, że w téj jędzyZagorzały złe płomienie,Że, nie bacząc na mą cnotę,Uwieść chciała mnie nikczemnie.Błagam, proszę: wybacz, pani!Ja nie jestem żaden płodnyŻak Goethe’go... Jestem sobieZ zacnéj szwabskich wieszczów szkoły.Muzą naszą jest przystojność,A ta muza nosi majtkiZ najtęższéj hamburskiéj skóry...Wybacz, pani! Ja nie mogę!..Są poeci, którzy mająDucha, inni znów fantazyę,

Inni jeszcze żar natchnienia —My, poeci szwabscy, — cnotę.To jedyne dobro nasze!O! pozostaw mi płaszcz cnoty,Co żebraczą nagość mojąPrzystojnością swą okrywa!Tak błagałem. IronicznieBaba na to się rozśmiałaI haczykiem się od śmieciGłowy méj dotknęła, śmiejąc.Nagle czuję jakieś dreszcze,Tak, jak gdyby gęsia skórkaCzłonki me powlokła. — AleNie była to gęsia skórka!Raczéj była to psia skóra!Od téj to nieszczęsnéj dobyZamienionym jest haniebnie,Widzisz pan, w nędznego mopsa!...” —Biédaczysko! Głośne łkanieMówić daléj mu nie dało.Więc gdy płakał tak i szlochał,Że się prawie w łzach rozpływał —„Słuchaj pan” — z współczuciem rzekłem —„Czy nie mógłbym panu służyć,Z psiéj go skóry wyswobodzićI przywrócić ludzką postać?” —Podniósł w górę obie łapy,Jak w zwątpieniu, jak w rozpaczy,I, wzdychając i szlochając,Tak przemówił, we łzach cały: —„Aż do dnia sądnego będęUwięziony w mopsa skórze,

Jeśli czysta mnie dziewicaNie wybawi z mojéj biédy.Tak, dziewica tylko czysta,Jako lilii kwiat najbielszy,Ta wybawić mnie ztąd może,Jeśli zrobi to, co mówię.W noc Sylwestra noworoczną,Niech dziewica owa weźmiePłody cne Gustawa PfizerI tom cały niech przeczyta.Jeśli wytrwa w tém czytaniuI nie zaśnie — wolny będę,Będę wolny, wybawiony,Człowiekiem się z mopsa stanę!” —„A! to co innego!” — rzekłem —„W takim razie sam nie mogęSłużyć panu, — gdyż po piérwsze —Ja-m nie owa czysta dziewa,A powtóre — ja bym nie mógłPłodów cnych Gustawa PfizerNaraz tomu przewertowaćI nie usnąć przy czytaniu.” —

Wreszcie zeszliśmy w dolinyZ téj gospody czarowniczéj,A nasz krok uchwycił znowuPozytywny grunt swéj drogi.

Precz widziadła! Nocne mary!Gorączkowych snów majaki!Teraz znowu się rozsądnieZatrudnimy Atta Trollem.W jamie swojéj, obok młodych,Leży stary miś i chrapie,Jako chrapią sprawiedliwi.Wreszcie budzi się i ziéwa.Obok niego jednouszekLeży, drapiąc się po głowie,Właśnie jak poeta, którySzuka rymu i skanduje.Daléj, tuż przy ojca boku,Słodko śniąc, na grzbiecie leżąCzworonogie lilie białe,Obie córy Atta Trolla.Słodkie mary, sny powiéwnePieszczą dusze te w rozkwiciePłowych młodych niedźwiedziczek,W których oku lśni łez wilgoć.Zwłaszcza młodsza jest głębokoCzémś wzruszona i w serduszkuCzuje żywe niepokoje,Jakby strzałę Kupidynka.Tak jest! bystra owa strzałaGęste futro jéj przebiła,A ten, kogo Atta TrollaCóra kocha, jest człowiekiem.Tak, to człowiek, to Sznapphański.W wielkiéj jakiéjś rejteradziePrzebiegł mimo niedźwiedziczki,Drogi swéj szukając w górach.

Serca kobiét łatwo wzruszaCiężka dola bohatérów,A na licu SznapphańskiegoWidać było wszystkie długi.Obozowa jego kasa,Całe dwadzieścia dwa grosze,Które uniósł był z Hiszpanii,Wpadła w ręce Espartera.Nie ocalił ni zégarka,Gdyż ten został był w lombardzie,W Pampelunie; pamiątkowyKlejnot drogi, cały srébrny.Więc gdy zbieg nasz na swych długichNogach sadził wprost przed siebie,Znalazł więcéj, niźli stracił,Znalazł skarb, — bo znalazł serce.Tak, ona go pokochała,Pokochała go, nieszczęsna!O! gdyby to ojciec wiedział,Dopiérożby ryknął srodze!Tak, jak stary Odoardo,Twardy w swéj mieszczańskiéj pysze,Zabił Emilię Galotti,Tak i stary Atta TrollRaczéj by swą córę zdławił,W swoich własnych zdławił łapach,Niżby miał pozwolić na to,By w ramiona księcia padła.W téj atoli jeszcze dobieLeży on, tkliwości pełen,I nie myśli łamać róży,Zanim burza ją obłamie.

Pełen miękkich uczuć, leżyW jamie stary przy swéj dziatwie,A jakby w przeczuciu zgonuTęskność dziwna go przejmuje. —„Dzieci!” — wzdycha, załzawionymWzrokiem wodząc dookoła, —„Już pielgrzymka moja ziemskaDo swojego kresu sięga.Dziś w południe miałem we śnieDziwne jedno przywidzenie,Które mi rozrzewnia duchaI śmierć rychłą zapowiada.Nie jestem ja zabobonny,Ani zbytnio łatwowierny,Wszakże są na ziemi rzeczy,O których się ani mędrcom,Ni zwyczajnym głupcom nie śni.Zatopiony w myślach ważnychO początku wszechistnienia,Chrapnąłem był, aż tu patrzęPod ogromném drzewem leżę,A z gałęzi tego drzewaKapie miód, jak cukier biały,I prosto mi w paszczę wpada...Dotąd czuję rozkosz błogą!Patrzę w górę, a tam w górze,Między liście i konary,Siedem coś niedźwiadków małychIgra sobie najrozkoszniéj.Lube te stworzenia miałyFutra barwy jasnéj róży,A na karkach włos im długi

W kształcie skrzydeł się podnosił.Tak, niedźwiadki owe miałyPo skrzydełek jasnych parzeI nadziemsko cienkim głosemTak śpiéwały, jak fleciki.Jam słuchając, począł stygnąć,A tu z zimnéj mojéj skóryWyszła dusza, jako płomień,I ku niebu się uniosła...” —Tak przemawiał rozrzewnionyAtta Troll, a potém, chwilkęPomilczawszy w zadumaniu,Nagle strzygnął jedném uchem,Strzygnął drugiém i wyskoczyłZ legowiska, drżąc z radości: —„Dzieci!” — wołał — „czy słyszycie?Dzieci! nie jest-że to słodkiGłos najmilszéj matki waszéj?O, jam poznał to mruczenie!Muma! czarna moja Muma!” —Z temi słowy, jak szalony,Wypadł Atta Troll z swéj jamy.Ha! nie minie, co sądzone! —Wypadł, godząc na swą zgubę.

Tam, w dolinie Ronsewalu,Na tém samém miejscu, kędy

Siostrzan Karola WielkiegoDuszę z siebie z krwią wypuścił,Tam padł wielki Atta Troll.Padł przez podstęp, jak i tamten,Co go Judasz ów rycerstwa,Ganelon, haniebnie zdradził.Ach! co może być w niedźwiedziuNajwznioślejszém, miłość żony,To dlań było śmierci sidłemW ręku wiedźmy, złéj Uraki.Owe mruki czarnéj Mumy —Jéj to podstęp, jéj udanie;Ona to z bezpiecznéj jamyWywabiła Atta Trolla.Na tęsknoty pędząc skrzydłachPrzez jar dziki, stawał czasemI w zawałach wietrzył skalnych,Czy tam Muma się nie kryje.Ach! Laskaro Był tam skrytyRazem z swoją celną strzelbą.Błysło — i mordercza kulaWielkie serce to przeszyła!Krwi czerwonéj żygnął strumień,Niedźwiedź zachwiał się, zatoczyłI łbem na dół runął wreszcie,Tchem ostatnim szepcząc: Muma!Tak to padł i tak to zginąłMój bohatér. NieśmiertelnąBędzie przecież pamięć jegoW pieśniach wszystkich znanych piewców.Narodowa pieśń go wskrzesi,A olbrzymia jego sława

Krążyć będzie poprzez ziemięNa trocheach czworonożnych.Cześć potomnych go umieściW Walhalli ojczystéj chwały,A na grobie jego takiLapidarny napis stanie: —„Atta Troll. Z tendencyą niedźwiedź.W obyczajach, wierze — prawy.Wzór małżonków. Duchem wiekuUwiedziony, piérwszy lasówSankiulota. Mierny tancerz,Ale ideę wzniosłościW piersi miał. Nie zawsze pachniał.Nie talent to, lecz charakter!”

Bab trzydzieści i trzy stało,W purpurowych z chust kapuzachI w baskijskich starych strojach,U wejścia do górskiéj wioski.Jedna śród nich, jak Debora,Biła, tańcząc, w tamburinoI śpiéwała hymn pochwalnyNa cześć łowcy, cześć Laskara.Cztérech chłopów jako dębyTryumfalnie trup niedźwiedziaNiosło, w krześle siedzącego,Jak gość jaki kąpielowy.

Za nim, niby bliscy krewni,Szli Laskaro i Uraka.Ta kłaniała się publiceW lewo, w prawo, lecz dość chłodno.Adjunkt mera palnął pięknąMówkę przed ratuszem miejskim,Kiedy pochód tam przystanął.W mówce dotknął kilku kwestyj,Jak na przykład — uzbrojeniaMarynarki, dziennikarstwa,Także kwestyi buraczanéj,Oraz hydry ducha partyi...Potém, zręcznie pochwaliwszyDzieło Ludwika Filipa,Gładko przeszedł do niedźwiedziaI Laskara wielkich czynów: —„Ty, Laskaro” — wołał gromko,Ociérając pot z obliczaSzarfą swą trójkolorową, —„Ty, Laskaro! Ty, Laskaro,Któryś Francyę i HiszpanięUwolnił od Atta Trolla!Tyś bohatér obu krain,Pirenejów Lafayette!” —A Laskaro, gdy posłyszał,Że go w taki wielbią sposób,Popod wąsem się uśmiéchnąłI pokraśniał od radości.Potém, w słowach urywanych,Które wzajem się szturchały,Wykrztusił podziękowanieZa ten wielki, wielki honor!

Z dziwem, z strachem patrzał każdyNa niezwykłe widowisko.Tajemniczo i trwożliwieW bok potrąca baba babę: —„Patrzcie... zaśmiał się Laskaro!Patrzcie... skraśniał ot Laskaro!Patrzcie... słowo rzekł Laskaro!On, syn martwy czarownicy!” —Tegoż dnia odarto skóręZ zwłok śmiertelnych Atta Trolla.Kuśmierz jeden ją zakupiłZa sto franków od Laskara.Wnet wyprawił ją kunsztownie,I szkarłatem obramował,I sprzedał ją znowu daléj,Ale już w podwójnéj cenie.Z trzeciéj ręki coś dopiéroDostała ją piękna JuliaI w sypialni swéj, w Paryżu,Przed łóżkiem ją rozpostarła.O! jak często bosą stopąDeptałem tę miękką skórę,Tę doczesnych dni powłokęSzlachetnego Atta Trolla!I, przejęty nagłym smutkiem,O! jak często wraz z SzylleremMyślałem: „Co żyć ma w pieśni,Musi wpiérw przeminąć w życiu.”

A cóż Muma? Ha, cóż! MumaJest kobiétą — i „Ułomność”Jest jéj imię. Ach, kobiétySą ułomne, tak, jak fajans.Kiedy losu ręka twardaRozdzieliła ją z małżonkiem,Nie umarła z troski, z żalu,Nie dostała melancholii,Lecz, przeciwnie, sama daléjProwadziła życie skoczne,Tańcząc w rynkach i przyjmującLuźne hołdy, luźne związki.Los jéj wreszcie się ustaliłI znalazła byt spokojny,Na paryzkim żyjąc bruku,W Jardin des Plantes owym znanym...Gdym tam przeszłéj był niedzieli,Gwoli mojéj pięknéj Julii,I objaśniał jéj naturęRoślin, zwierząt różnorodnych;Gdym jéj mówił o żyrafie,O libańskim cedrze wzniosłym,O wielbłądach, o bażantachI o zebrach pręgowanych, —Stanęliśmy jakoś blizko,Tuż przy kracie owéj bramy,Gdzie niedźwiedzie rezydują,I — o nieba! — cóżem zoczył!

Oto wielki niedźwiedź wschodnio-Syberyjski, śniéżno-biały,Zabawiał się nader tkliwieZ jakąś piękną niedźwiedzicą.Była to — niestety — Muma.Poznałem ją po wilgotnymBlasku pięknych czarnych oczu.Tak, to ona! Tak, to Muma!Ta południa piękna córaŻyje teraz.....................Wtém przemówił do mnie przez nosMurzyn, który tam się zbliżył: —„Jest-że widok gdzie piękniejszyJak ta miłość dwojga istot?” —Na to ja: — Z kimże mam honorTak czarowną myśl wymieniać? —„Jakto” — odrzekł zadziwionyMurzyn — „alboż pan mnie nie znasz?Ja to jestem Czarny Książę,Który bębnił w Freiligracie.Lecz mi jakoś nie szło w Niemczech,Czułem się osamotniony.Ale tu, gdziem za dozorcęPrzystał i gdzie widzę drzewaMéj ojczyzny zwrotnikowéj,Oraz nasze lwy, tygrysy, —Tu o wiele jest mi raźniéj,Niż tam u was, w waszych Niemczech,Gdziem codziennie bębnić musiał,A dość licho był żywiony.Właśnie-m świéżo się ożenił

Z kuchareczką blond z Alzacyi —I tak jakoś w jéj objęciuCałkiem się tu przyswoiłem.Nogi jéj są mi obrazemStóp słoniowych, a gdy mówiPo francuzku, to tak właśnie,Jakbym ojców słyszał mowę.Czasem chrapie; wtedy sobieOwą trąbkę przypominam,Co, czaszkami obwieszona,Odstraszała lwy i węże.Czasem płacze; wtedy myślęO łzach naszych krokodylów,Co czyhają z ciepłych bagien,Aby zdobycz jaką chwycić.A gotuje!... Smaczny kąsekUmié zrobić kąskiem strawnym.Odzyskałem znów apetyt,Mój apetyt afrykański.Już i brzuszka się dorabiam,Co wygląda mi z koszuli,Jakby krągły miesiąc czarny,Gdy z za białych chmur wyziéra...”

„Zkąd, u licha, messer Luigi,Wygrzebaliście te wszystkieWasze głupstwa?” — Temi słowyOzwał się kardynał Este,Gdy przeczytał był ostatniąPieśń „Orlanda Szalonego,”Co go Ariost najpokorniéjZłożył jego Eminencyi. —Barnhagenie! Druhu stary!Na twych ustach dzisiaj widzę,Ot, te same prawie słowa,A i uśmiéch ten sam prawie.Czasem uśmiéch w śmiéch przechodziPrzy czytaniu; wkrótce jednakI zadumą i wspomnieniemMroczy się twe wielkie czoło: —„Nie jest-że to sen ów młody,Który śniłem wraz z Chamissem,Wraz z Brentanem i Fouqué,W modre noce księżycowe?...Nie są-ż to tych dzwonów dźwięki,Co w kapliczce leśnéj biły,

Z któremi się mięsza nagleBrzęk błazeńskiéj czapki dzwonków?W śpiéw słowiczy, w śpiéw natchnionyWpada czasem mruk niedźwiedzi,Głuchy, groźny, i znów ginieW szmerach, w szeptach mar kamiennych.Szał — tu togę mędrca nosi,Mądrość — napad ma szaleństwa,A westchnienia konającychW wybuch śmiéchu się zmieniają!...” —Tak, mój bracie. To są dźwiękiDawnych snów i dawnych czasów...I współczesne tylko tryleTon naczelny ich maskują.Tu i tam, wskróś słów swawoli,Znajdziesz stary świat ukryty,Twemu téż wyrozumieniuPieśń tę zlecam i oddaję.Ach! to może już ostatnia,Pieśń ostatnia romantyki!W dniach, co walczą ogniem, mieczem,Przyjdzie przebrzmiéć jéj bez echa!Inne czasy, inne ptaki!Inne ptaki, inne pieśni!Co za wrzask! jak gdyby gęsiZnów Kapitol wybawiły.Co za wrzawa! Niby szpaki,Niby kawek stada w słotę;A udaje to Jowiszów,Orłów upiorunowanych...Co za hałas! Te turkawkiNienawidziéć pragną oto

I z zaprzęgu słodkiéj WenusChcą iść — wóz Bellony ciągnąć.Co za brzęk! Wstrząśnienie świata!Ha! to wielkiéj jakiéjś wiosnyKolosalne wzrostem chrząszcze,Upojone żądzą życia...Inne czasy, inne ptaki!Inne ptaki, inne pieśni!Możebym i ja je lubił,Gdybym inne mógł miéć uszy!

Comments

Loading comments…