Pielgrzymka do Kewlaar (Heine, tłum. Kraushar, 1882)
Translated by Aleksander Kraushar
Na łożu leżał syn blady,A nad nim czuwała matka;— Czy nie powstaniesz Wilhelmie?Patrz, spieszy wiernych gromadka. —
— Jestem tak chory, mateńko,Że nic w mej duszy nie śpiewa:Gdy wspomnę o zmarłej Gretchen,Serce mi bolem nabrzmiewa. —
— Powstań, pójdziemy do Kewlaar,Odrzecze matka synowi:Tam, Przenajświętsza Dziewica,Twe chore serce uzdrowi. —
Szeleszczą święte sztandary,I słońce z wolna zapada,A do Kolonii, nad Renem,Dąży pobożnych gromada.
Matka za ludem podąża,I tuli syna do łona.W chórze — śpiewają oboje:„O Marjo! bądź pozdrowiona!“
II.Najświętsza Panna w Kewlaarze,Odziana szaty lśniącemi,Dziś wiele świadczyć łask musi,Bo wiele nędzy na ziemi...
Chorzy, przynoszą Jej w daniOfiary skromne, dziecięce:Z wosku robione figurki,Woskowe nogi i ręce...
Kto z wosku rękę Jej składa,Ten zdrowiem rękę użyźnia;Kto daje nogę woskową,Temu się rana zabliźnia...
Nie jeden przybył o kuliA dziś już biega po linie;Ten, co nie władał palcami,Dziś z gry na skrzypkach już słynie.
Matka do syna się zbliżaZ małem serduszkiem woskowem:— „Oddaj to Pannie Najświętszéj,A serce twe będzie zdrowem!“
Syn westchnął, spojrzał na matkę,A potem w obraz cudowny;Oczy nabiegły mu łzami,Z ust płynął żal niewymowny:
— „O Ty! bądź błogosławiona,W przeczystych aniołów chórze!Królowo nieba i ziemi,Tobie mą boleść wynurzę!
Mieszkałem z matką nad Renem,W Kolonii, pobożnym grodzie,Gdzie lśnią kościołów wieżyceO bladym słońca zachodzie;
A przy nas — Gretchen mieszkała...Lecz zmarło dziewczę kochane!
Marjo! bierz serce w ofierzeA serca zabliźnij ranę!
Uzdrów me serce zbolałe...A dusza moja stęsknionaBędzie Ci śpiewać co rano:O Marjo! bądź pozdrowiona!“
III.Na łożu, w cichej komorze,Śpi syn — i matka spoczywa.Nagle, do chaty, z lazurówNajświętsza Panna przybywa...
Schyla się lekko do łoża,I dłoń, jasności promyka,Kładzie choremu na serce,Patrzy nań chwilę — i znika.
Matka to we śnie widziała...Dziwny jej ciężar dolega;Zrywa się ze snu wylękłaI drząc, do łoża przybiega.
Tam leżał syn jej nieżywy,Z białym krzyżykiem u ręki!
Lecz twarz miał jasną, pogodną,Jak gdyby odbłysk jutrzenki.
Matka, spojrzała w niebiosa,Klękła — i łzami zroszona,Szeptała usty drzącemi:— „O Marjo! bądź pozdrowiona!“
Comments
Loading comments…