Prolog (Intermezzo)

Translated by Aleksander Kraushar

Był ongi rycerz milczący, smutny,Blady, wychudły, znękany...Szedł po pielgrzymce życia pokutnéj,W marzenia swoje wsłuchany...Był tak dziwaczny, niezdarny srodze,Że gdy dziewczątka spotykał w drodzeŚmiechem był zawsze witany...

Zdala od ludzi miał swe ustronie,Gdzie cisza była grobowa...Tam często w niebo wyciągał dłonieAle nie mówił ni słowa...Raz północ biła... Wtém dźwięk tajemnyOzwał się w głuszy i w domek ciemnyWstąpiła jasność jutrzniowa...

To była Ona — cudnie przybranaWelonem z drogich kamieni...Twarz jéj — jak róża świeżo zerwanaBlaskiem jutrzenki się mieni...Wzrok jéj tajemne rzuca zaklęcia,Więc on i ona w wspólne objęciaPadli tym blaskiem olśnieni...

Z twarzy rycerza bladość już znika,Łza tryska okiem natchnioném...Już i w pierś jego miłość przenika,Lżéj mu już w sercu zranioném...

Lecz ona zdradnie jak jeziór divaGłowę rycerza z lekka okrywaBiałym z brylantów welonem...

Zdumiony — widzi pałac z kryształu...Szmer fontann słyszy dokoła...Zmysły się wonią poją do szału,Natchnienia blask bije z czoła...Więc temi blaski rycerz olśniony,Do piersi swojéj dziwnie wzburzonéjZdradnego tuli anioła...

Chór dziewic wodnych czarownie śpiewa,Nęcące brzmią kastaniety...Rycerz w marzeniach słodko omdlewa,Drgają w nim zmysłów podniety...Wtém — cichną dźwięki... blask dogorywaI rycerz smutny znowu spoczywaW skromnéj izdebce — poety...

Comments

Loading comments…