Apoteoza artysty

Translated from German by Stanisław Budziński

Już tyle czasu po dniach całych siedzę!A tak mi tęskno!... Choć ciągle się biedzę,Jednakże rady nie mogę dać sobie,I wiem zaledwie czego chcę, co robię!Kontur w kwadratach... Spełniam mistrza radę,W sposób wskazany wszędzie barwy kładę,I wszystko robię jak na pierwowzorze;

A gdy dłoń daléj pracować nie może,Wstaję i błędném patrzę na wzór okiem,Jak gdyby można coś wykonać wzrokiem!Jakbym był w więzach, bez ruchu tak stoję,Głowa ma płonie, żar tli ciało moje!...Mimo to wszystko, któż ból mój wypowié?Nie mogę zrównać oryginałowi:Co tam swobodą i życiem oddycha,U mnie tak zimne, martwe i bezwładne;Co tam czaruje wdzięcznie się uśmiecha,U mnie jest takie śmieszne i szkaradne;Co tam przejrzyste i jasnością błyska,Tu do starego podobne garnczyska!...Brak mi wszystkiego, oprócz dobréj woli.A jeszcze bardziéj, srożéj mnie to boli,Że, co mi braknie, to sam wiem dokładnie.

Twoja robota wygląda dość ładnie,A jaka wierna! snadź pracujesz pilnie.Widzisz, com mówił, tom rzekł nieomylnie:„Im więcéj mistrz się do pracy pobudza,A sztukę kocha, czasu nie mitręży,Tém większe zawsze przeszkody zwycięży.”Niech nic zapału twego nie ostudza,A o czém wątpisz, z czasem ci się uda;I wszelka trudność zostanie zwalczona,Każdego celu wtedy się dokona,Bo wszak żelazna wola tworzy cuda!

Tak pracuj! pracuj! to ma szczera rada,Z czasem swobodnie dłoń pędzlem zawłada.

Dzięki ci, mistrzu, za dobroć i względy;Lecz teraz wskaż mi, jakiem zrobił błędy.

Ja widzę tylko, żeś wykonał dzieło.Które mię szczerą radością przejęło,Że się do sztuki zabierasz pochopnie,Coraz na wyższe pragnąc się wznieść stopnie.I to i owo wprawdzie jest ułomne;Lecz inną razą o błędach ci wspomnę.

Chwili nie spocznę, a pracować będę,Póki tajemnic sztuki nie zdobędę!

Dziwna, dla czego pan próżno czas traci?Niechaj pan błędną tę drogę porzuci,I ku naturze tylko się obróci:Z niéj jednéj czerpać można najbogaciéj,Ona najwyższym mistrzem nad mistrzami,W niéj trzeba szukać wszech tajemnic kluczy,Ducha i prawdy ona nie omami.Tak! ona jedna czegoś cię nauczy.Słuchaj méj rady, bo ci szczerze życzę,Naśladownictwo porzuć niewolnicze:

Nic na téj drodze i gieniusz nie wskóra,Natura! panie, natura! natura!

Jużem się o tém nasłuchał nie mało.Kiedym się na tę drogę rzucał śmiało,To mojéj duszy było coraz błożéj,Czasem się nawet udało niezgorzéj;Lecz ileż razym trudził się daremnie,A wtedy boleść, rozpacz, wrzały we mnie!Więc już się na to więcéj nie ośmielę,Bo tylko czasu zmarnowałbym wiele.W księdze natury karty zbyt olbrzymie,Słowa — zagadką; w nich myśl boża drzémie.

Nie ma talentu! widzę jak na dłoni!Więc próżno radzę, tylko czas się trwoni.

Nic nie znać pracy, a robiłem tyle!Ha! trudna rada, więc zacznę na nowo.

Proszę cię mistrzu, pozostań na chwilę,Przynajmniéj jedno racz wymówić słowo;Ono mnie zawsze raduje, zachwyca,I żądzę wiedzy tak błogo nasyca!Możem dla wątłych sił tego nie godzien,Lecz mam chęć szczerą i naukim głodzien.

Jam podziwieniem, lecz i żalem zdjęty:Tyś niekłamanym zapałem przejęty,Tyś urodzony prawdziwy artysta,Co z każdéj chwili rozumnie korzysta;Każdą namiętność uczujesz głęboko,Z radością chciwie chwyta twoje oko,Wspaniałe kształty uroczego świata;Wrodzoną siłą duch z sztuką się brata,I ciągła wprawa biegłością dłoń krzepi.Już idzie dobrze, może pójdzie lepiéj,Lecz......

Mów otwarcie!

Kto oko, dłoń ćwiczy,Niech i myśl kształci, ten dar niewidomy:Sama natura i instynk zwodniczyNigdy nie wzniosą ducha nad poziomy.Ledwie się czasem geniuszom udało,Że z takiéj próby zdołali wyjść cało:Bo sztuka — sztuką! a kto jéj nie zbada,Ten nie artystą, ten w powszedniość wpada;Nim dobre zdziałasz, pojąć je należy,A zawsze zboczy, kto na oślep bieży.

Mistrz i natura kształcą wzrok i rękę;Lecz rozum kształcić jedno tylko w stanie,

Z światłemi ludźmi ciągłe obcowanie.Mistrzu! powszechną zyskałbyś podziękę,Gdybyś się światu chciał czasem udzielać,By mądrość twoją w łaknących jéj przelać,Zamiast tak milczeć jako sfinx zaklęty.

Dzisiaj świat cały czem innem zajęty:Lubi co łatwe, dogodne, a nowe;Na co mu moje zasady surowe?Gdybym więc moją chciał śpiewać piosenkę,Toby nikomu nie było na rękę.

Lecz powiedz, mistrzu, czyli ja nie błądzę,Że mię duch jego tak silnie owionął,

Iż jam mą myślą w nim całkiem utonął,Że go nad innych mistrzów wyższym sądzę;Gdy go kopiuję, czuję żem szczęśliwy,A tak go kocham, jak gdyby był żywy.

Młodzian jest zawsze do uniesień gotów;Więc za to wcaleś nie godzien nagany:Wszak młodość musi probować podlotów,I być namiętną w miłości, zawiści.Ten mistrz przez ciebie szczęśliwie wybrany:Ducha podniesie i smak twój oczyści.

Lecz w jedném błądzisz, jedno tobie braknie:Ty zamiast sztuki ukochałeś wzory.

To téż choć zawszem studyować go skory,Zawsze ma dusza czegoś więcéj łaknie.

Co mistrz dokonał trzeba pojąć pierwéj,Potem co pragnął usilnie wybadać;Wtedy nie będziesz w jednostronność wpadać,Ani się mistrzem zajmować bez przerwy.Czyż w jednym tylko człeku cnota mieszka?Do sztuk świątyni jednaż tylko ścieżka?

Słucham cię mistrzu, o! mów jeszcze daléj!

Inną znów razą będziem rozmawiali.

O dniu radosny, jakich w życiu mało!Cóżto za szczęście nas dzisiaj spotkało!Będziem mieć obraz cudny, istne czary,A taki drogi, że niedacie wiary!

Czyjże to obraz?

Czy tego, mój panie?Tak chciałbym wiedzieć!

Tak jest, tego właśnie.

Więc me gorące spełnia się żądanie!Teraz dopiero sława mu rozbrzaśnie!...Gdzież jest ten obraz, gdzie go szukać mamy?

Zaraz przyniosą i ustawią w ramy.

Teraz galerya niech się śmiało chwali,Że w tym rodzaju ma obraz jedyny;A świat niech wielbi wzniosłe księcia czyny,Co sztukę kocha, wspiera najwspanialéj.Zaraz przyniosą. Nic równego w świecie!Ręczę, od niego ócz nie oderwiecie!Co przez me ręce przeszło, któż to zliczy?A przecież takiéj nie miałem zdobyczy!Żal mi go oddać! A przyznam się szczerze,I setnéj części człek za to nie bierze:Bo téż ten obraz jest nieoceniony.

Tak go kupiłem od malarza żony:Nieprzeciągnięty, bez najmniejszéj zmiany;Tu się obejdzie całkiem bez fortelu;Patrzcie, panowie, jak jest zachowany!

Co to za wprawa! Takich jest nie wielu!

Cudna myśl, dłonią ziszczona natchnioną!

Nie mogę patrzeć, powieki me płoną!

To boski obraz, raj myśli otwiera!

Bo téż to jego najlepsza maniera!

No, Bogu dzięki, już przynieśli ramy:Daléjże chłopcy, zwijajcie się żwawo!Teraz się właśnie księcia spodziewamy.

Prześliczny obraz! wnet uczczą go sławą!

Muszę zobaczyć czy to ważne złoto.

Upewniam pana!

Zważmy, mniejsza o to!

Dokądże z tobą przyjaciółko bieżę?

Poznaj tam siebie, czy widzisz tam w doleTwéj czci i sławy nieśmiertelnéj pole?

Czuję się tylko w ziemskiéj atmosferze.

Tam twoje dzieło! spojrzyj tylko z góry!Dzieło, co inne utwory przyćmiewa;A rozjaśniając mrok życia ponury,Jak gwiazda pierwszéj wielkości olśniewa,Patrzaj, jak ono wszystkich widzów wzrusza:Z wnętrza je swego wysnuła twa duszaW najczystszéj życia i marzeń twych chwili;A wykonałeś mądrze, pracowicie.

Nawet i mistrze nań patrzą w zachwycie,Żeby od ciebie coś się nauczyli.I mądry władca, pełen uniesienia,Czuje, jak wielki teraz skarb posiada;Stoi jak wryty, tak nim duch twój włada.Lice młodziana radość rozpromienia;Wzrok jego pała żądzą, by przewodniąDuch twój mu świecił natchnienia pochodnią.Tak myśl, co w duszy wielkiéj zajaśniała,Przez wieków wieki na wszech bliźnich działa:Bo, k’czemu zacna wola męża rwie się,W ciasnym żywota nie spełnić zakresie.Ale on żyje, działa i po zgonie:Czyn, słowo piękne w nicości nie tonie.Tak i ty będziesz istnieć nieskończenie;Nieśmiertelności nasycaj pragnienie.

Czuję, jak wiele bogowie mi daliW wędrówce życia mego, choć tak krótkiéj,I jaką przyszłość mi przygotowali;Lecz mnie ten widok wskrzesza dawne smutki.Czyż młodzian może składać bogom dzięki,Gdy ukochana, wtrącona w ciemnicę,Zdala łzy leje i rozwodzi jęki?Któż wtedy jego potępi tęsknicę,Kto go szczęśliwym nazwać się ośmieli?I czyżto radość w jego duszy wznieci,Że jedno słońce dla obojga świeci,Gdy on z nią nawet boleści nie dzieli?

Łaknęła zawsze ma nędza żebracza,Tego, co dzisiaj me dzieło otacza.O przyjaciółko! na cóż mi się zdało,Że dziś mię płacą, że dziś błyszczę chwałą?Gdybym choć tyle mógł mieć złota wtedy,Co ramy mego obrazu tak stroi,Tobym nie doznał zawodów, ni biedy,I żyłbym szczęśliw śród rodziny mojéj.Jam tego nie znał, czém książę wspaniały,— Przyjaciel, który naszą myśl zrozumie;Nie! jam w zakącie przeżył żywot cały,Męcząc się w pracy i w tęsknéj zadumie,Bez znawców, uczniów, coby mię pojęli:Jam w prostych mnichach znalazł wielbicieli.

Jeżeli tego pragniesz wznieść młodziana,Spraw, by dlań bogi stały się łaskawsze:Niech jutrznia szczęścia świeci mu różana,Niechaj od nędzy będzie wolnym zawsze;Chwila za chwilą niech mu płynie słodka,Niechaj go żadna troska nie zasmuca;A cześć, co ciszę mą w niebie zakłóca,Niechaj go jeszcze w tém życiu napotka.

Comments

Loading comments…