Z Goethego — 1
Translated from German by Józef Weyssenhoff
Już do niej czas. Więc noga w strzemię —Poleciał koń mój lotem strzałWieczorny sen kołysał ziemię,Zawisła noc na szczytach skał;Już, wypiętrzony w błękit siny,Stał olbrzym-dąb w spowiciu mgłyI patrzył czarno z pod gęstwinyTysiącem oczu pomrok zły.
Miesiąc, wyjrzawszy z za pagórka,Przyświecał tęskno w wonnych mgłach.Wiatr, szeleszczący w lekkie piórka,Nawiewał w uszy dziwny strach —Noc wyłoniła swe bojaźnie,
Przy drodze mej czyhają, tkwią —Lecz dobrze mi, wesoło, raźnieI w żyłach ogień płynie z krwią.
Przy tobiem był. Z twych ócz lazuruWszechzapomnienia piłem zdrój —I wszystko w nas było do wtóruI każdem tchnieniem byłem twój.Wiosennej jutrzni pierwsze grotyRóżowe padły ci na twarz — —Od wymarzonej w snach pieszczotyPrzecudowniejszy uścisk nasz!
Lecz oto słońce już nas płoszy,Uciekać mi potrzeba w dal — —W uścisku twym ile rozkoszy,W spojrzeniu twojem jaki żal!Nie żegnaj mnie tym wzrokiem szklanym,Odchodzącemu uśmiech daj —Co to za szczęście być kochanymI kochać, Boże, co za raj!
Comments
Loading comments…