Raj utracony (1902) — całość
Translated by Władysław Bartkiewicz
Pierwszą człowieka winę i ów zgubny,Z zakazanego drzewa owoc zdjęty,Który sprowadził na świat śmierć, a za niąZ utratą Raju wszystkie nasze klęski,Aż nas Bóg-człowiek przyszedłszy odnowiłI wieczną szczęścia odzyskał dziedzinę,Śpiewaj niebiańska Muzo, co na skrytychSzczytach Horebu, Synaju, natchnęłaśPasterza, aby pierwszy uwiadomiłWybrane plemię, jak w początku świataNiebo i Ziemia powstały z chaosu;Lub jeśli większe masz upodobanieW wzgórzach Syonu, strumieniu Siloe,Płynącym tam, gdzie Bóg wyrocznie wieścił,O, przybądź, wspomóż me zuchwałe pienia,Co pogardzając lotem pospolitym,Nie chcą się wznosić nad Aońską górą,Lecz dążą drogą, na którą się dotądNie odważyły ni proza, ni rymy.
A nadewszystko, Duchu Święty, któryPonad świątynie cenisz serce szczereI czyste, natchnij mnie, wszystkowiedzący,I od początku czasów wszechobecny!Ty, rozpostarłszy skrzydła przepotężne,Jak gołębica tuląc otchłań wielką,Płodnąś uczynił; oświeć ciemność mojęPodnieś poziomość, bym na wysokościPrzedmiotu stając, mógł objaśnić ludziomDrogi, jakiemi Bóg szedł do człowieka,I sprawiedliwość wiecznej Opatrzności.Powiedz, gdy Niebo, ni głębiny PiekłaSkrytości żadnej nie mają dla Ciebie,Czem się to stało, że pierwsi rodziceNasi, tak szczęsnym stanem obdarzeni,Wkrótce odpadli od Stwórcy swojego,Jego jedyny zakaz przekroczyli,Chociaż panami byli reszty świata?Kto pierwszy skusił ich do takiej winy?Wąż, wyszły z piekła, złudził matkę roduLudzkiego, wiedzion zemstą i zazdrością,Kiedy go pycha z Nieba wytrąciłaI zbuntowane z nim tłumy aniołów.Za ich pomocą pragnąc wzrosnąć w blaskuNad równych sobie, stać się równym Bogu,Opór mu stawiać i dążąc do władzy,Wojnę rozpoczął przeciw Najwyższemu.Próżne zamachy: wszechmocnością BożąRażony, wypadł z eterycznych Niebios,W płomieniach, głową na dół, do bezdennej
Otchłani, straszna, zgorzała ruina;W dyamentowej twardości kajdanach,Na karę ognia wiecznego skazany,Za to, że wyzwał zuchwale do bojuWszechmogącego. Dziewięć dni i nocy,Według śmiertelnych miary, ze swą hordąTarzał się w toni ognistej, zdrętwiały,Choć nieśmiertelny! Lecz wyrok zapadłyDo jeszcze większej zachował go kary:Dręczy go pamięć szczęścia straconegoI widok przyszłej bez końca katuszy;Toczy wzrok błędny, smutkiem przepełniony,Rozpaczą, pychą niepohamowanąI nienawiścią, bo oczami duchaWidzi, że niema dla niego nadziei;Straszne więzienie ze wszystkich stron pałaJak piec ognisty, a chociaż płomienieNie dają światła, noc czynią widoczną,A w niej obrazy niedoli, cierpienia,I potępieńców żałobliwych tłumy;Kędy nie mieszka pokój ni spoczynek,I nie pojawia się nigdy nadzieja,Ta, która wszystkim błyska; ale mękaDręczy bez końca, i potop ognisty,Sycony siarką, ciągle gorejącą,A nie mogącą nigdy się wytrawić.Takie odwieczny Sędzia przygotowałDla buntowników miejsce, tę ciemnicę,Tak oddaloną od Boga, od NiebaI jego światła, jak trzykrotnie wzięta
Odległość środka od krańca bieguna.O, jak to miejsce, gdzie są, niepodobneTemu, skąd spadli! Leżą towarzyszeJego pogromu, przemożeni, zbiciSzalejącego ognia potokamiI rwącym wirem; tuż obok się tarzaNajbliższy mocą, najbliższy mu w zbrodni,Znany daleko później w PalestynieJako Belzebub. Do niego zły Anioł(Odtąd Szatanem nazywany w Niebie)Zwraca zuchwałe słowa, przerywającStraszne milczenie: »Tyżeś? O, jak nisko!Jakże odmienny od tego, co w szczęsnemKrólestwie światła, w jasność przyodziany,Doskonałością błyszczał nad miryady!Tyżeś, co ze mną sojuszem tak ścisłym,Jednością myśli i celu związany,Równy nadzieją, odwagą, hazardemW świetnym zamachu, a teraz już równyW świetnym zamachu, a teraz już równyPrzepaść, i z szczytu jakiego! On zatemZnacznie silniejszy ze swoim piorunem!Ale, kto wiedział o sile tej broni?!Ni piorun przecie, ni jakiebądź mękiZada Zwycięzca potężny a srogi,Mnie nie przymuszą do żalu, nie zmienią(Choć zmienionego w powierzchownym blasku)Mej starej woli, zawziętego gniewuW poczuciu siły znieważonej, takiej,Co z Wszechpotężnym do walki stanąwszy,
Do uporczywej bitwy wprowadziłaNieprzeliczone hufce zbrojnych duchów,Gardzących śmiało Jego panowaniem,Wolących moje; Jego wszechpotędzePrzeciwstawiając inną, i w tak długoWątpliwych losów bitwie w polach NiebaWstrząsły tron Jego. Cóż znaczy przegrana?Nie wszystko znikło: trwa niezwyciężonaWola, pragnienie zemsty i nienawiśćNigdy niezgasła; trwa męstwo, co nigdyAni się podda, ani nie ustąpi,I wszystko, czego pokonać niemożna.Tej chwały nigdy Jego złość, ni siłaZe mnie nie wydrze: schylać się, o łaskę,Prosić na klęczkach, wielbić władzę tego,Którego państwo, tą ręką wstrząśnięte,Drżało w posadach, to byłoby hańbąNikczemną, wstydem, gorszym od upadku!Kiedy wyrokiem losu nie możemyStracić natury naszej, siły boskiej,A doświadczeniem świeżem nauczeni,W walce nie gorsi, przezornością więksi,Możemy z lepszą nadzieją zwycięstwa,Jawnie, podstępem, a nieprzejednanieWojnę prowadzić z naszym wielkim wrogiem,Co tryumfuje teraz, i w nadmiarzeRadości, rządząc sam, ciemięży Niebo.«Tak się odezwał Anioł przeniewierczy,Głośno chełpiący się, choć bólem zdjętyI bezgraniczną rozpaczą miotany.
Jego zuchwały towarzysz mu na to:»Książę! Zwierzchniku tylu panującychPotęg, co pod twem dowództwem do bojuPoprowadzili tłumy SerafinówNieustraszonych, w najcięższych przewagachWiecznego Króla Niebios tron zachwiali,Szukając podstaw, na których opartaJego najwyższa władza, skąd pochodzi?Z siły, z przygody, czy też z przeznaczenia?Widzę zbyt jasno, i boleję srodzeNad tym wypadkiem, co pogrom sprowadził,Nieba pozbawił nas i te potężneTłumy, poległe w haniebnem rozbiciu,O ile mogą niebiańskie i boskieNatury poledz: myśl i duch albowiemNiepokonane, siła wkrótce wraca,Choć chwała nasza i stan błogi zgasły,Tu pochłonięte nędzą bezgraniczną!Lecz gdy Zwycięzca (bo teraz już z musuWierzę w wszechmocność Jego, kiedy przemógłTaką, jak nasza, siłę) na to tylkoNam pozostawił całość ducha, życie,Byśmy cierpienia nasze mocniej czuli,Kary znosili, i pozostawaliNa pastwę jego mściwości i gniewu,Lub mu służyli z prawa wojennego,Jak niewolnicy, w samem wnętrzu piekła,W czarnej czeluści w ogniu pracowaliI wszelkie jego spełniali zlecenia;To cóż za korzyść nam z sił niezmniejszonych,
Z nieśmiertelności, jeśli nieśmiertelnejBędziemy tylko podlegali karze?«Na to porywczo Arcywróg odpowie:«Spadły Cherubie, być słabym, to nędzaZarówno w czynie, jak w znoszeniu doli,Ale bądź pewny, czynić coś dobregoNigdy już naszem nie będzie zadaniem;Jedyną naszą uciechą źle czynić,By się sprzeciwić woli przeciwnika.Opatrzność Jego z naszych złych uczynkówStara się dobro wywodzić, nam zatemNależy cel ten niweczyć, a dobroNa złe obracać — co się może udać,Może go martwić, jeśli się nie łudzę,Może krzyżować jego przedsięwzięcia.Oto Zwycięzca okrutny odwołałJuż swe odwetu i pogoni sługiWstecz do bram Nieba; ustał grad siarczysty,Niesiony wichrem; pozostały falePłomieni, w które wpadliśmy z Niebiosów.Może grom szparki z czerwonemi błyski,Z wściekłością pędu niepohamowaną,Wyczerpał już swe ostrza, bo przestajeHuczyć przez otchłań pustą, bezgraniczną;Nie traćmy pory, czy ją daje wzgarda,Czy zasycony gniew Nieprzyjaciela.Widzisz posępną tę równinę pustą,Ciemną siedzibę spustoszenia, tylkoPłomyki blade migocą złowrogo;Tam się uchrońmy z wrzącej ogniem fali
I odpocznijmy, jeśli odpoczynekMożna tu znaleść. Potem, zgromadziwszyNasze rozbite wojsko, uradzimy,Jakby na przyszłość najmocniej obrażaćNieprzyjaciela, jak wyrównać naszeStraty, jak ciężką pokonać niedolę,Jakie nam wsparcie może nieść nadzieja,Lub rozpacz jakie dać postanowienie.«Te słowa Szatan rzekł do najbliższegoWspółbrata, wznosząc ponad fale głowęZ iskrzącym wzrokiem, inne jego członkiNa morzu ognia wzdłuż i wszerz leżały,Zajmując kilka stajan; wzrostem równyOwym z legendy olbrzymom, Tytanom,Zrodzonym z Ziemi, walczącym z Jowiszem,Bryareowi, albo Tyfonowi,Pod starożytnym Tarsem w grocie skalnejMieszkającemu, lub Lewiatanowi,Co go ze wszystkich swych tworów Bóg nadałNajwiększym wzrostem pośród pływającychNa oceanie. O nim to żeglarzeOpowiadają, iż gdy zaśnie czasemW spienionych wodach u Norwegów brzeguBywa, że sternik łodzi zapóźnionejMa go za wyspę w wieczornym pomroku,Wbija kotwicę w grubą łuskę skóry,Przy jego boku od wiatru się chroniąc,Czeka bezpieczny, aż zasłony nocyZ nad wód podejmie bladawy poranek.
Tak rozciągnięty na ognistej faliLeżał okuty Szatan; jużby nigdyOdtąd nie podniósł się, ni ruszył głową,Lecz wola Tego, co wszystkiem rozrządza,Dała mu spełniać nowe czarne plany,Aby zbrodniami wciąż powtarzanemiGromadził na się potępienia góry,I obmyślając złe dla innych istot,Widział z wściekłością, jak wszystka złość jegoPosłuży tylko za pobudkę łaskiI nieskończonej dobroci dla człeka,Którego skusił, lecz jego samegoZgniecie potrójna hańba, gniew i zemsta.Teraz z topieli wznosi groźne członki:Z obu stron fale ognia odepchnięteZygzakowatym płomieniem się toczą,Pozostawiając w środku straszne pole.Z rozpostartemi skrzydły lot kierujeSzatan, w pomrocznem wznosząc się powietrzu,Które uczuwa ciężar nadzwyczajny;Zdąża do lądu, jeśli nazwać lądemTo, co gorzało niezgasłem zarzewiem,Gdy morze ogniem roztopionym wrzało.A barwa lądu taka, jakby siłyPodziemnych wiatrów przeniosły zrąb skałyOd gór Peloru, lub poszarpanegoBoku wciąż grzmiącej piorunami Etny;Jej trzewia pełne żywiołów zapalnychGdy ogień zajmie, w górę strzela lawąI pozostawia zgorzelisko, pełne
Kopcia i dymu: taki odpoczynekZnalazła stopa przeklęta. Szedł za nimNajbliższy spółbrat, oba chlubni wielce,Że się z styksowej wydobyli fali,Sądząc, że własną, jako bogów, siłą,Nie z dopuszczenia Najwyższej Potęgi.»Więc to siedlisko, to ląd, to powietrze?«Rzekł potępiony Archanioł: »to miejsce,Które musimy zająć zamiast Nieba?Smętna ciemnica za blask eteryczny?Więc niech tak będzie! Gdy On, teraz władca,Narzucić może to, co zowie prawem,Im dalej odeń jesteśmy, tem lepiej;Równy rozumem, siłą stał się większymI zapanował nad równymi sobie.Żegnam was pola szczęśliwe, gdzie mieszkaNieustająca radość i wesele!Witaj, piekielny świecie, witaj zgrozo!Głębio bezdenna, przyjm nowego pana!Ducha nie zmienia zmiana miejsca, czasu,Duch sam jest sobie miejscem, może sobieZ Nieba utworzyć Piekło — Piekło z Nieba.Gdzie? O to mniejsza, dość, że ten sam zawsze.A czem? Czemkolwiek — byłem nie był mniejszymOd tego, co go wielkim piorun zrobił.Tu zresztą wolni będziemy: WszechmocnyTe czarne lochy nie na to zbudował,By ich zazdrościł; stąd nas nie wypędzi..Można panować tu, a panowaniaWarto pożądać, choćby nawet w Piekle.
Raczej pan w Piekle, niźli sługa w Niebie!Lecz czemuż naszych towarzyszów losuWiernych spółbraci, druhów, zostawiamyPółmartwych w owem bagnie zapomnienia?Czemu nie wezwiem ich, aby wraz z namiTę nieszczęśliwą siedzibę dzielili,Albo raz jeszcze stanąwszy pod bronią,Wypróbowali swą siłą, co możnaOdebrać w Niebie, albo stracić w Piekle?«Tak mówił Szatan, a Belzebub na to:»Wodzu zastępów świetnych, które przemódzJeden Wszechmocny zdołał, gdy usłysząTwój głos, najżywszą rękojmię nadzieiW niebezpieczeństwie, w najcięższej potrzebie,To najpewniejsze hasło w wrzawie bitwy,I w tylu szturmach — nowem niewątpliwiePrzejmą się męstwem, nowem zbudzą życiem,Mimo, że teraz na morzu ognistemObezwładnieni, rozciągnięci leżą; —Nie dziw, po spadku z takiej wysokości!«Zaledwie skończył, a już Czart zwierzchniczyRuszył ku brzegom; na barki zarzuciłEmpirejskiego hartu tarczę ciężką.Zwieszał się z ramion jej obwód szerokiNakształt księżyca, którego orbitęPrzez szkło optyczne artysta toskańskiOgląda wieczór ze szczytu FiesoleAlbo Valdarno, odkrywając nowyKraj, rzeki, góry w plamach księżycowych.W ręku ma dzidę, obok której sosna
Ścięta w norweskich górach na maszt statkuAdmiralskiego, byłaby pręcikiem;Wspiera się na niej, stawiać z trudem krokiPo rozpalonej ziemi: nie tak kroczyłPo lazurowem Niebie, — a powietrze,Ziejące żarem, rani go dotkliwie.Wytrzymał jednak i stanął u morzaPłomienistego; woła na swe hufce:Anielskie kształty powikłane leżąGęsto, jak liście jesienne w strumieniachValombrozyjskich, gdzie lasy etruskieWysokie łuki wznoszą; lub jak trzcinaPorozrzucana, i w wodzie płynąca,Kiedy Oryon w srogie wichry zbrojny,Napadł na brzegi morza Czerwonego,Którego tale niegdyś pochłonęłyWraz z Buzyrysem memfickie rycerstwo,Gdy nienawiścią przejęte goniłoWychodźców z Gosen: ci, stojąc na brzeguBezpieczni, trupy płynące widzieliI połamane wozów zbrojnych koła.Tak rozproszeni podli zatraceńcyLeżeli, gęsto pokrywając fale,Zdrętwiali po tak ohydnej przemianie.Czart na nich krzyknął, a piekielne głębieEchem rozbrzmiały: »Książęta, Potęgi,I wojownicy, kwiecie górnych Niebios,Waszych przed chwilą, a teraz straconych,Gdy taki strach zdjąć może Duchy wieczne.Możeście miejsce to wybrali sobie
Na wypoczynek po trudach wojennych?Może tu drzymać równie wam wygodnieJak na równinach Nieba; albo plackiemW podłej postawie leżąc, przysięgliścieWielbić Zwycięzcę, co teraz spoglądaNa Cherubinów swych i Serafinów,Jak się tarzają w morzu ognia, obokPorozrzucanej broni i chorągwi,Aż szybcy szczwacze z bram niebieskich ujrząSposobność, znijdą i zdepczą omdlałych,Lub łańcuchami piorunów przybijąDo dna samego tej czarnej przepaści:Zbudźcie się, wstańcie, lub zgińcie na wieki!«Słyszą, i wstydni wnet rwą się do lotu.Tak ludzie śpiący, których obowiązkiemCzuwać, gdy naraz słyszą głos zwierzchnika.Powstają, chociaż na wpół przebudzeni.Wprawdzie świadomi byli strasznej doli,W jaką popadli, doznawali cierpieńStraszliwych, jednak głosu swego wodzaWnet posłuchały tłumy niezliczone.Jak dzielna laska potomka Amrama,W dniu nieszczęśliwym egipskiej krainyW górę wzniesiona, wywołała chmuręCzarną szarańczy, wiatrami wschodniemiGnaną na państwo króla Faraona,Co jak noc czarna przysłoniła całyKraj nadnilowy: tak też niezliczoneByły gromady złych duchów na skrzydłach,Ulatujące pod kopułą Piekła
Wśród ogni, co ich zewsząd otaczały.Aż kiedy skinął podniesioną dzidąIch sułtan wielki, wskazując kierunek,Wnet się spuścili w równoważnym locie,Całe, siarczyste zapełniając pole.Takiego tłumu Północ przeludnionaNigdy z swych mroźnych nie pchnęła obszarów,Gdy barbarzyńskie jej dzieci, jak potop,Szukały przepraw przez Ren albo Dunaj,Ku Południowi się rozpościerającOd Gibraltaru do Libijskich piasków.Zaraz z gromady każdej przełożeniI dowodzący dążą ku tej stronie,Gdzie stał wódz główny: nadludzkie postaci,Bogom podobne, godności książęce,Potęgi, które niegdyś zasiadałyTrony niebieskie; teraz ich nazwiskaTam zapisywać przestano; z ksiąg życiaSą wykreślone, jako buntownicze.Ani też nowych nazwisk używają,Jakie im Ewy synowie nadali,Odkąd po ziemi chodzą z dopuszczeniaBożego, aby doświadczać człowieka.Większą część ludzi obłudą i kłamstwemTak obłąkali, iż o Bogu StwórcySwym zapomnieli, Jego niewidzialnąChwałę na obraz zwierza zamienili,Cześć mu oddając w wesołym obrządku,Pełnym przepychu, złota; nawet czartomPokłony bili, biorąc ich za bóstwa.
Pod różną wtedy nazwą ludziom znanychW różnych bałwanach wielbił świat pogański.Muzo, kto pierwszy powiedz, kto ostatniPowstał z ognistej fali przebudzonyGłosem wielkiego Mocarza! jak każdyWedług swej rangi stawał na wybrzeżu,A za nim zbierał się tłum pospolity!Główni ci byli, co z głębi otchłaniSzli, poszukując zdobyczy na ziemi,I ośmielili się w późniejszym czasieStawiać swe trony obok tronu Boga,Swoje ołtarze przy Jego ołtarzu.Bożki, wielbione przez rozliczne ludy,Śmiały się zbliżyć nawet do Jehowy,Który wśród gromów, w orszaku Cherubów,Miał na Syonie świętym swą stolicę.W Jego świątyni stawiali posągi,I przeklętemi rzeczami brzydziliŚwięte obrzędy i uroczystości,Ciemnością swoją urągając światłu.Pierwszy straszliwy Moloch, król, zmazanyKrwią ofiar ludzkich i łzami rodziców,Choć niesłyszących okrzyku rozpaczy,ZagłuszonegoZagłuszanego hukiem trąb i kotłów,Kiedy ich dzieci szły w ogień bałwana.Ammonitowie cześć mu oddawali,Rabba z bogatą w wodę okolicą,Argob i Basan, aż do dalekiegoPotoku Amon. Nie przestając na temWyzywającem sąsiedztwie, podstępem
Nawet tak mądre serce SalomonaObłąkał, że mu wystawił świątynięWprost przed świątynią Boga prawdziwego,Na wzgórzu hańby, gajem jego zrobiłDolinę Ennon, odtąd Tofat zwaną,Albo Gehenną, czarną jak wzór Piekła.Szedł dalej Chomos, obrzydłe straszydłoSynów Moaba, od Aroer, Nebo,I na południe pustyni Abarim,W Horonaimie, w Hesebonie, dalejW państwie Seona, za kwitnącąDoliną Sibma, winogradem strojną,I w Eleale, do bagien smolistych.Zwan też Peorem, gdy IzraelitówW drodze od Nilu, w Sittim, do obrzędówWszetecznych wabił — za co ukarani.Stąd swe rozpustne orgie posuwałAż do owego wzgórza pohańbieniaPrzy gaju kata Molocha; rozpustaPrzy okrucieństwie; aż wreszcie go strąciłDobry Jozyasz na samo dno piekła.Dalej szli owi od wód EufratuStarego, aż do strumienia, co dzieliOd ziem syryjskich Egipt, a nosiliNazwy Baala, albo Astaroty,Męskie lub żeńskie, duchy bowiem mogąDowolnie przybrać płeć jedne lub drugą,Tak giętka i tak prosta ich istota,Nieskrępowana członkami, stawami,Jak ciało ludzkie, — i w jakim chcą kształcie,
Większym lub mniejszym, jasnym albo ciemnyMogą wypełniać swoje eteryczneCele i czyny miłości lub zemsty.Dla nich to plemię Izraela częstoZapominało swojej żywej siły,Opustoszałe mijając ołtarzeŚwięte, schylając głowy przed bożkami,Wziętemi z bydląt; więc też te ich głowyRównie się nisko w bitwach pochylałyI upadały, rażone włóczniamiMarnych zwycięzców. Była w tej gromadzieAstarte, której rogi jak półksiężyc;Fenicyanie zwali ją królowąNiebios, a do jej jasnego obrazuW noc księżycową sydońskie dziewiceWznosiły modły i śpiewy; w SyonieRównież ją czczono, i tam jej świątyniaStała na wzgórzu hańby; ją zbudowałÓw król rozpustny, chociaż wielkiej duszy,Co się pogankom pięknym dał tumanić,I prędko popadł w sprośne bałwochwalstwo.Dalej szedł Tammuz, z każdoroczną raną,Która na Liban w dni letnie ściągałaPanny syryjskie, by w pieśniach miłosnychOpłakiwały jego smutną dolę,Podczas, gdy potok, Adonis, ze skałyToczył do morza wody purpurowe,Niby płynące z każdorocznej ranyTammuza. Ta baśń miłosna wzniecałaW córach Syonu podobne płomienie;
Widział wybuchy ich w przedsionku ŚwiętymEzechiel, wzniesion nadziemskiem widzeniem,Gdy obłąkanych Żydów bałwochwalstwoCzarne potępiał. Dalej postępowałTen, co się żalić śmiał, kiedy po bitwieArka Przymierza, jako łup zabrana,Jego zwierzęcy posąg pokruszyła:W jego świątyni własnej głowa, ręceOdpadły, cały wraz runął na ziemięKu zawstydzeniu swoich wielbicieli;To Dagon, potwór morski, pół człowieka,Pół ryby; jednak wysoką świątynięMiał zbudowaną w Azocie, postrachemBędąc wybrzeży Palestyny, GaduI Askalonu, również w Akkaronie,Aż do granicy Gazy. Za nim Remmon,Który najchętniej przebywał w Damaszku,Na urodzajnych wybrzeżach Abbamy,U przezroczystych wód Farfaru rzeki.I ten zuchwale lżył świątynię bożą,Trędowatego strąciłstracił, zyskał króla,Achaza, swego zdobywcę głupiego,Którego skłonił, by ołtarzem PańskimWzgardził, a inny na modłę syryjskaZbudował, na nim zapalał ofiaryObrzydłe, wielbiąc bożków zwyciężonych.Szła też gromada nazwisk niegdyś słynnychOziris, Izis, Orus i ich orszak.Potwornym kształtem i czarodziejstwamiTak zwiedli Egipt i jego kapłanów,
Że fanatyczny lud swych błędnych bogówSzukał w zwierzęcej raczej, niźli ludzkiejPostaci. — I tej nie uszedł zarazyIzrael, kiedy ulał na HorebieZ pożyczanego złota cielca: zdwoiłGrzech zbuntowany król w Bethel i w Danie,Na podobieństwo wołu czyniąc Stwórcę,Jehowę, który w ciągu jednej nocyPrzechodząc Egipt, zabił pierworodnychWszystkich, i z nimi ich ryczące bogi.Belial w końcu: odeń wszeteczniejszyDuch nie spadł z Nieba, ni bardziej lubiącyWystępność dla niej samej. Ni ołtarzyOfiarnych nie miał nigdzie, ani świątyń,Lecz któż w nich częściej od niego przebywał,Wtedy gdy kapłan sam stał się bezbożnym,Jak złej pamięci synowie Heli’ego,Co napełnili dom Boży gwałtamiI wyuzdaniem? Belial panujeW pałacach, dworach i w miastach rozpustnych,Gdzie wrzask hulaszczy, a wraz z nim zniewagi,Krzywdy się wznoszą nad najwyższe wieże,A gdy cień nocy przysłoni ulice,Snują się po nich Beliala syny,Zuchwali, pełni wina i bezwstydu.Świadkiem Sodomy rynki i noc owaW Gabaa, kiedy gościnnie matronyCześć poświęcono, by gorszych ujść gwałtów.Ci byli pierwsi stopniem i potęgą;Innych wymieniać byłoby zadługo;
Bogowie jońscy, których szczep JawanaWielbił jak bogów, lecz późniejszej dobyNiż Niebo z Ziemią ich sławni rodzice.Szedł pierworodny Nieba, Tytan, za nimSyny olbrzymy. Przez młodszego brata,Saturna, tronu pozbawiony, jemuJowisz, syn jego i Rei, odpłaciłPodobną miarą; tak panował Jowisz!Tych naprzód znała Kreta, góra Ida,Potem z wierzchołka zimnego OlimpuRządzili średnią powietrza dziedziną,Swojem najwyższem Niebem; lub na skaleDelfickiej, albo w Dodonie, wzdłuż granicCałego kraju doryckiego; inniZ starym Saturnem aż do HesperyiUciekli; nawet na najodleglejszychCeltyckich wyspach szukali czcicieli.Szli tłumnie wszyscy ci i innych wieluZ wzrokiem spuszczonym, chmurami osnutym,Jednakże nie bez iskierki radości,Widząc, że wodza nie ogarnia rozpacz,Że nawet w zgubie jeszcze nie zgubieni.Spostrzegł to, zmienił się Szatan na twarzy,Lecz wkrótce pycha zwyczajna wróciła.Więc w mowie szumnej, mającej pozoryGodności, chociaż bez jej treści, wzbudziłIch słabiejącą odwagę. Dał rozkaz,By na bojowy odgłos trąb i surmyWzniesiono jego potężną chorągiew.Tego zaszczytu, jako prawa swego,
Żądał Azazel, Cherubin sążnisty,I zaraz z drążka gładkiego rozwinąłChorągiew państwa; wzniesiona wysoko,Wiatrem szarpana, jak meteor błysła,W drogie kamienie i w złoto przybrana,Na niej trofea i godła Serafów.A jednocześnie wrzaskliwe mosiądzeBrzmiały bojowym dźwiękiem; tuż się rozległOkrzyk całego wojska, aż zadrżałyNietylko Piekła sklepienia: strach wstrząsnąłPaństwem Chaosu i Nocy Prastarej.I tejże chwili w pomroku piekielnymWzniesiono dziesięć tysięcy sztandarówPowiewających barwami świetnemi,A z niemi razem zabłysnął las całyDzid przeogromnych; w ściśniętych kolumnachNieprzemierzenie długich i głębokichHełmy i tarcze gęsto połyskały.Szli doskonałą falangą doryjską,Przy dźwięku słodkich fletów i piszczałek,Które przed bitwą wysoko wznosiłyUczucia dawnych świata bohaterów,Nie zapalczywość wściekłą, lecz odwagę,Rozważną, stałą, niedopuszczającąObawy śmierci, lub myśli odwrotu.Urocze dźwięki fletów łagodziłyMyśli wzburzone, wyganiały troskę,Bojaźń, zwątpienie, smutek i niepokójZ duszy śmiertelnych, jak i nieśmiertelnych.Tak zjednoczeni, z myślą ustaloną,
W milczeniu szli przy miłym fletni głosie,Co im łagodził stąpanie po ziemiOgniem dyszącej; zbliżywszy się, stająStraszliwie długim, wyciągniętym frontem,Z błyszczącą bronią, jak starzy żołnierze,Do dzid lub tarczy noszenia przywykli,Komendy wodza możnego czekając.Ten doświadczonem okiem mierzy długieSzeregi zbrojne, ich szyk i postawęBogom właściwą; liczbę ich rozważa;Serce mu rośnie pychą, chełpliwością,Z tak wielkiej siły: nigdy bowiemJeszcze, od czasu jak człowiek stworzony,Nie było wojska, coby z tem mierzoneZasługiwało na inne nazwanie,Jak małoludków, których zwyciężyłyŻórawie. Choćby z pól flegrejskichPlemię olbrzymów złączyło się w jednoZ bohaterami, co wiedli bój w TebachI pod Pergamem z bogami zmieszani,Obudwu stronom pomagającymi;Chociażby dodać rycerstwo BretonówI Armoryki pod wodzą Artusa,Których waleczność sławią pieśni stare,I wszystkich chrzczonych i niewiernych z bitewPod Aspramontem, czy pod MontalbanemPod Trebizondą, Damaszkiem, w Marokko,I tych z Bizerty, z afrykańskich brzegów,Gdy Karol Wielki wraz z palatynamiSwymi padł w boju pod Fontarabią.
Chociaż tak bardzo wojska tego dzielnośćPonad śmiertelnych była, jednak posłuchGroźnego wodza był zupełny; wyższyNad wszystkich wzrostem, dumny, okazały,Sterczał jak wieża; kształt jego nie straciłJeszcze całego pierwotnego blasku,Wyglądał jako Archanioł strącony,Tylko się przyćmił w nim nadmiar jasności,Jak słońca, kiedy o wschodzie spoglądaPrzez mgłą przetkane ziemi horyzonty.Tracąc promienie, albo gdy się skryjeZa księżyc podczas zaćmienia: złowrogimZmrokiem okrywa ziemię, i obawąZmiany przeraża królów; tak ciemniejąc,Archanioł świecił jeszcze nad innymi.Głęboką blizną grom zorał mu czołoA na policzkach zwiędłych siadła troska;Ale brwi kryły niezłomną odwagęI pychę, chłodno szukającą zemsty,Srogość miał w oczach, a czasami śladyŻalu i bólu na widok wspólników,A raczej swojej zbrodni zwolenników.O, jak inaczej wyglądali w Niebie!Teraz skazani każdy na swój udziałW wiecznie mającej trwać piekielnej kaźni!Za jego winę miliony duchówWygnane z Nieba, i z wiecznej jasnościZa jego rokosz wyrzucone; jednakWierne zostały mu nawet po stracieWieczystej chwały. Tak, gdy ogień z nieba
Uderzy dębyw dęby puszcz, lub górskąw górską sosnę,Z spalonym szczytem, pozbawione liści,Wznoszą się dumnie na pogorzelisku.Teraz chce mówić: więc zdwojone szykiZ dwu stron zachodzą, otaczają wodzaWraz z jego sztabem; słuchają ciekawie.Trzy razy zaczął, i mimo hardościTrzy razy łzami wybuchnął takiemi,Jakiemi płaczą Anioły; nareszcieRzekł te zmieszane z westchnieniami słowa:»O, miryady Duchów nieśmiertelnych!Potęgi, równe tylko Wszechmocnemu,Z nim tylko walka była nie bez chwały,Chociaż jej wynik straszliwy, jak świadczyTo miejsce i ta okropna przemiana:Język się wzdryga, gdy ją wspomnieć musi.Lecz jakaż dzielność ducha proroczego,Jaka z zasobów wiedzy przeszłych czasów,Lub z teraźniejszych, mogła wywnioskować,Że takie siły bogów zjednoczone,Jak te tu stoją, doznają porażki?Bo kto uwierzy teraz, choć po klęsce,Że te potężne wszystkie legiony,Których wygnanie opróżniło Niebo,Raz się nie porwą jeszcze samodzielnieI nie zdobędą gniazda swego rodu?Świadkiem mi całe to wojsko niebieskie,Czy przez wahanie moje lub zlęknięcieUpadły nasze nadzieje. MonarchaW Niebie rządzący bezpiecznie zasiadał
Dotąd na tronie swym, podtrzymywanySławą odwieczną, układem, zwyczajem.Rozwijał przepych królewski nad miarę,A siły taił; to nas pokusiłoBy zrobić zamach, stąd nasza zaguba.Dziś znamy jego moc, znamy i nasze,Ani wyzywać zatem nie będziemyDo nowej walki, ani się jej lękać.Wyzwanym lepiej nam działać podstępem,Kiedy zawiodła siła; niechaj kiedyśOd nas wie o tem, że kto siłą gromi,Osiąga tylko połowę zwycięstwa.Przestrzeń wyłoni może nowe światy;Już dawniej w Niebie chodziła pogłoska,Że On niebawem stworzy świat, a na nimOsadzi nowe plemię, i w swej łasceI Na równi stawi je z synami Nieba.Trzeba to zbadać, może pierwsza naszaWycieczka będzie tam, może gdzieindziej;Bo w tej piekielnej jaskini nie mogąW ciągłej niewoli żyć niebiańskie Duchy,Ni się okrywać pomrokiem otchłani.Lecz te zamiary rozważyć wszechstronniePowinna Rada. Pokój znikł, bo ktobyRadził poddanie? Wojnę zatem, wojnęJawną lub skrytą trzeba postanowić.«Rzekł, a na słów tych jego zatwierdzenieWnet miliony mieczów płomienistychDobyły straszne Cheruby; blask nagłyRozświecił Piekło; wściekle się miotali
Przeciwko Bogu, groźno uderzającDobytą bronią w tarcze na znak wojny,Rycząc wyzwanie ku Niebios sklepieniom.Stało w pobliżu wzgórze, a szczyt jegoOgniem i dymem buchał, boki kryłaGładka skorupa, znak to nieomylny,Że wzgórze w łonie swem, działaniem siarkiSkrywało rudę metaliczną. DuchemI am oddział liczny, jakoby saperów,Poleciał, rydle i oskardy w ręku.Ci to przed wojskiem królewskiem biegają,By wytknąć obóz lub okop usypać.Dowodził nimi Mammon, najpochylszyZ duchów strąconych z Nieba, bo tam nawet,Wzrok i myśl na dół zwracając, podziwiałWięcej posadzkę niebieską ze złota,Niż wszystko święte i boskie w wizyachBłogosławionych. Z jego to podszeptu1 Ludzie bezbożną ręką jęli szarpaćWnętrzności matki ziemi, by ukryteSkarby znajdować. Teraz jego rzeszaSzeroką raną otwarła brzeg wzgórzaI kłęby złota wydzierała. Nie dziw,Że skarby rosną w Piekle: to najlepszyGrunt tej truciznie cennej. Ci, co wielbiąRzeczy znikome i z podziwem mówiąO babilońskich i memfickich gmachach,Niechaj to wiedzą, że największy pomnikSiły i sztuki, owoc wielu wieków,Rąk niezliczonych, pracy nieustannej,
Nie zrówna temu, co w jednej godzinieWybudowały duchy potępione.Tuż przy równinie, w przelicznych komorach,Którym z pod spodu dopływały strugiPłynnego ognia z ognistego morza,Druga gromada sztucznie wytapiała.Kruszec, natychmiast oddzielając złotoOd szlaku: trzecia, z niemniejszą szybkościąRozliczne formy wytwarzała w gruncie;A z owych komor dziwnemi przewodyPłynął szmelc, puste wypełniając jamy,Jako w organach, za jednym podmuchemWydaje dźwięki cały rząd piszczałek.Teraz od ziemi budynek olbrzymiJak mgła się wznosi, z jednoczesnem brzmieniemŚpiewów łagodnych, słodkich symfonii.Gmach jak świątynia, doryckie kolumny,Wkoło pilastry z złotym architrawem;Nic brakowało gzymsu, ani fryzu,Ni rzeźb wypukłych; dach z kutego złota.Ani Babilon, ani wielki KairNie wyrównały takiej wspaniałości,Gdy blaskiem lśniące wznosiły świątynieDla Serapisa lub Belusa, bożków,Albo stolice swym królom, gdy EgiptWspółzawodniczył w bogactwach i zbytkachZ państwem Assura. Wysokie kolumnyTworzyły rzędy, a za podwojamiBronzowej bramy otwartej był widok
Na wielką halę z posadzką kamienną,Równą i gładką; z sklepionego dachuSztuką magiczną zwieszały się liczneRzędy gwiaździstych lamp, świeczników jasnych,Te, odżywiane naftą i asfaltem,Dawały światło słonecznemu równe.Skwapliwe rzesze biegły, podziwiały:Ten chwalił utwór, tamten architekta,Znanego w Niebie z niejednej budowyWysokiej, zdobnej w wieże! AniołowieDzierżący berła tam mieli swe trony,Jako książęta. Nadał ich potęgąNajwyższy Władca i zakreślił władzę.Nazwisko tego architekta znaneI czczone było w Grecyi; u ludówZaś Auzonii zwan był Mulcyberem.Opowiadano tam, że Jowisz, gniewny,Zrzucił go z blanków kryształowych Nieba:Spadał Mulcyber od wczesnego ranaDo południowej pory dnia letniego,I od południa do wieczornej rosy;Wtedy z zenitu spadł jak gwiazda błędnaNa Lemnos, wyspę Egejskiego morza.Lecz to opowieść mylna: dawno przedtemSpadł on ze swoją zbuntowaną zgrają;I nie pomogło mu, że w Niebie wznosiłWysokie wieże: nic mu nie nadałyJego machiny sztuczne: spadł na głowęWraz z swą czeladzią, i buduje w piekle.Teraz skrzydlate heroldy, z rozkazu
Panującego, bardzo pompatycznie,Przy hucznym dźwięku trąb głoszą tłumowi,Że się odbędzie rada uroczystaW Pandemonium, wysokiej stolicySzatana z jego sztabem; że mandatyZ każdego pułku i z każdej gromadyWzywają, według rangi i wyboru,Co najgodniejszych. Przyszli wnet z setkami,Inni arbitrów tysiące przywiedli,Zapchały tłumy przysionki i bramy,Najbardziej wielką halę (podobniejsząDo krytej dachem równiny, na którejZbrojni rycerze przed tronem sułtanaDo walki na śmierć, albo do skruszeniaLancy wzywali najdzielniejszych pogan);Na ziemi, w górze, gęste roje pędząI brzęczą ruchem skrzydeł, jak na wiosnęPszczoły, gdy słońce wstępuje w znak Byka.Rojno i gwarno opuszczają ule,Dążą w zarośla, krzątają się żwawoWśród rosy świeżej, wśród kwiatów w rozkwicie;Lub na deszczułce gładkiej, tem przedmieściuSwej cytadeli, zbudowanej z słomy,Nowym balsamem obciążywszy członki,Radzą nad państwa swojego sprawami.Podobna ciżba zaległa powietrze,Aż na znak dany: cud oto! — ci sami,Co wzrostem zdali się olbrzymów ziemskichPrzenosić, naraz małemi karłamiW ciasnej przestrzeni tłoczą się bez liczby,
Jak Pigmejczycy z po za gór Indyi,Albo jak elfy, zgrabne, pląsająceW północ na brzegu lasu, lub u źródła.Widzi je wieśniak zapóźniony, możeŚni mu się tylko, że widzi, gdy księżycZ nieba rozstrzyga wątpliwość, i corazNiżej ku ziemi krąg blady zatacza;One wesołe tańczą bez wytchnienia,Rzeźwą muzyką czarują słuch chłopa,Ale z weselem strach w serce mu wnika.Tak niecielesne duchy kształty swojeOlbrzymie do tej szczupłości przywiodły,Że się mieściły przestrono, choć weszłyW niezmiernej liczbie do sklepionej haliPałacu w Piekle; lecz głębiej daleko,Przy drzwiach zamkniętych, i w zwykłym swym wzrościeSerafinowie i CherubinowieZnaczniejsi siedli na krzesłach złocistych:Tysiąc półbogów. Po krótkiem milczeniuI odczytaniu odezwy, otwartoWielkie piekielnej Rady posiedzenie.
Na tronie, w godła królewskie ozdobnym,Bogatszym wiele od skarbów indyjskich,Lub wyspy Ormus, lub pysznego Wschodu,Co szczodrą ręką sypie perły, złotoNa barbarzyńskich swoich panujących,Siadł Szatan, tego dostojeństwa godny.Ledwie się otrząsł z bezdennej rozpaczy,Już tak wysoko, a ponad nadziejęWzniesiony, sięga wyżej: wojny z NiebemPragnie daremnej, a nienauczonyTem, czego doznał, takie plany kreśli:»Potęgi, Państwa i Bóstwa niebieskie!(Bo jeśli żadna głębia w swojem łonieNie może zamknąć siły nieśmiertelnej,To choć najmocniej zgnębieni, upadli,Jeszcześmy wcale Nieba się nie zrzekli;Siły niebieskie z tak niska się wznosząc,Jeszcze sławniejsze okażą się w czynie,Jeszcze straszniejsze, niźli przed upadkiem,
Od nowej klęski jeszcze bezpieczniejsze).Zarówno prawo i Nieba ustawyNaprzód mnie wodzem waszym uczyniły,A potem wolny wybór i zasługi.Którem położył i w radzie i w boju.Nawet ta klęska w części złagodzonaTem, że tron wzmacnia: nikt go nie zazdrości.Szczęśliwszy w Niebie byt, w ślad za godnościąIdący, może zazdrość innych budzić,Tu któż zapragnie najwyższego miejsca,By stać naprzeciw Gromowładcy, celemJego pocisków, a waszym być szańcem,I większy kary wiecznej dział otrzymać?Gdy zatem niema ubiegać się o co,Żadna się walka stronnictw nie wytworzy,Pewno nikt w piekle nie pragnie pierwszeństwa,Bo komu mniejsze męki wyznaczonoO większe chyba nie będzie się prosił.Mając więc jedność i ufność i zgodęWiększe, niż mogą być w Niebie, żądamyPonownie zwrotu dziedzictwa staregoZ większą nadzieją pomyślnego skutku,Niż go nam sama pomyślność dać mogła.A jaką drogą, czy jawnem wyzwaniem,Czy skrytą sztuką? O tem mamy radzić.Kto może dobry dać pomysł, niech mówi.«Umilkł, a po nim król dzierżący berłoWstał, najsilniejszy i najsroższy z duchów,Które walczyły w Niebie: zwał się Moloch.Teraz z rozpaczy jeszcze sroższy, sądzi,
Że równi w siłach są z Przedwiecznym, aleChociażby słabsi, lepiej przestać istnieć:O byt nie troszczy się: z utratą bytuZniknie i bojaźń, czy Boga, czy Piekła,Czy gorszych rzeczy — nic go nie obchodzi.I tak rzecz kończy: »Wojnę jawną radzę,Podstępów nie znam, nie szczycę się niemi,Niech je stosuje ten, komu potrzebneI gdy potrzebne, lecz wcale nie teraz.Siedzieć, obmyślać, a tu milionyWciąż będą stały pod bronią, czekając,Tęskniąc za hasłem boju, zbiegi z Nieba,Zmuszone mieszkać w tej czarnej, haniebnejJamie, więzieniu, gdzie nas zepchnął tyran,Rządzący w Niebie tylko z naszej zwłoki.Nie! Uzbrajajmy się raczej w płomienieI w wściekłość; naraz na wysokie NiebaUderzmy łącznie, nieprzezwyciężenie,Zdobądźmy wejście, obróćmy torturyNasze w broń straszną na Udręczyciela;Na łoskot jego wszechpotężnych gromówNiech grom piekielny odpowie, niech w oczachBłyśnie mu ogień czarny, na Aniołów,I na tron jego z wściekłością miotany;Niech pali siarka i ten osobliwyPłomień na nasze męki wymyślony.Może za trudnem wydawać się komuZ rozpostartemi skrzydłami szturmowaćNieprzyjaciela w górnem stanowisku?Ten niech pomyśli, gdy go już nie mroczy
Haust z niepamięci jeziora, że w góręRuch nam właściwy, jako do ojczyzny:Spadanie naszej naturze przeciwne.Kiedy przed chwilą nieprzyjaciel srogiGromił złamane nasze tylne straże,Któż nie czuł z jakim przymusem i pracąOpadaliśmy? A zatem wzlot w góręJest łatwy, tylko nas straszą następstwa.Czy mamy znowu drażnić mocniejszego?A gdy gniew jego znajdzie gorsze środkiI nas zniweczy? Czyliż zniweczeniaMożna obawiać się w Piekle? Cóż możeStać się gorszego, niż pobyt w tem miejscuGdzie odepchnięci od szczęścia niebianów,W bezdennej głębi na jęki skazani,Niegasnącego ognia cierpiąc żary,Końca nie widząc nigdy; Jego gniewuWasale, kiedy bicz nieubłaganyI czas tortury zawezwą do kaźni?Jeśli większemu ulegniem niszczeniu,Spotkać nas może tylko zgon, nicestwo;Mamyż się lękać, ażeby gniew jegoNie doszedł szczytu, by nas nie zniweczył?W proch nie obrócił? Daleko szczęśliwszyLos byłby, niż ten byt nędzny a wieczny!A jeśli istność nasza, jako boska,Nie może przestać istnieć, nic gorszegoNam nie zagraża; z doświadczenia wiemy,Żeśmy dość silni do wichrzenia w Niebie,I najazdami ciągłemi wstrząsania
Tym niedostępnym, groźnym jego tronem,Choć nie zwycięstwo, ale zemsta będzie.«Umilkł, brwi marszcząc, a w oczach znać byłoPostanowienie desperackie, wojnę,Zbyt niebezpieczną dla mniejszych niż bogi.Z przeciwnej strony wstał Belial, w ruchachZgrabny, uprzejmy; piękniejszej postaciNiebyło między strąconymi z Nieba.Pełen godności, i do wielkich czynówZdał się gotowym, lecz wszystko w nim byłoFałszywe, choć mu z ust płynęła manna,I mógł złą sprawę w lepszem stawić świetle,Kręcąc, gmatwając rady najdojrzalsze.Niski miał umysł, do złego pochopny,A do szlachetnych czynów gnuśny, trwoźny,Lecz umiał głaskać ucho, a więc tonemPerswadującym w te przemówił słowa:»Wojnę otwartą głosićbym powinien,Kiedy nienawiść moja nie jest mniejsząOd waszej, tylko, że właśnie powodyNatychmiastowej wojny przytaczaneNajmocniej nam ją odradzają, wróżącNiepowodzenie, gdy ten, co najlepiejZna sprawy wojny, nie ufa swej sztuce,I chce gruntować męstwo na rozpaczy,Na znicestwieniu, które ma być celemI całym skutkiem jakiejś strasznej zemsty.Naprzód gdzie zemsta? Niebieskie wieżycePełne są straży zbrojnej, niemożliwyPrzystęp, bo często na krańcach otchłani
Stoją obozem legiony, alboW różnych kierunkach, ciemnemi skrzydłamiLecą na zwiady po królestwie Nocy,Gardząc zasadzką wszelką z naszej strony.Choćbyśmy siłą mogli zdobyć drogę,I całe Piekło pociągnąć za sobą,By najczarniejszem powstaniem zaciemnićPrzeczyste światło Nieba, nawet wtedyNasz Nieprzyjaciel Wielki, nietykalnySiedziałby na swym nieskalanym tronie,Typ eteryczny, nieuległy zmazie,Prędkoby odparł najazd, i zwycięskoOtrząsnął ogień poziomego rzędu.Tak odepchniętym ostatnia nadziejaZostaje podła rozpacz. WszechmocnegoZwycięzcę mam}’ — w taki gniew wprowadzić,Że nas do szczętu zgładzi: znicestwienieMa uzdrowieniem być naszem — straszliwem!Kto bowiem zechce, choć w najcięższej kaźni,Utracić byt swój duchowy, te myśli,Pędzące poprzez wieczność, naraz wpadłeW szerokie łono Nocy niestworzonej,Ruchu i czucia pozbawione? ChoćbyTo było dobrem, nie wiem, czy nasz gniewnyWróg dać je może, albo czy dać zechce?Czy może? — wątpię; że nie zechce — pewnym.Bo czyżby chciał, On, tak mądrością szczytny,Zrzec się swojego gniewu, bądź z niemocy,Bądź z niebaczności; spełnić nieprzyjaciółŻyczenie, byt ich ze złości zniweczyć,
Gdy im złość jego wieczną kaźń naznacza?»Czegóż czekamy, « mówią ci, co radząWojnę, « skazani na wieczne katusze,»CobądźCobądź uczynim, jakież większe mękiMogą spaść na nas?« Czyż to już najgorszaTak siedzieć, radzić i broń trzymać w ręku?W nagłej ucieczce, kiedy gnani, biciGromami Nieba, błagaliśmy głębi,By nas ukryła, Piekło się zdawałoWtedy uchroną dla ran naszych; alboGdyśmy leżeli w ognistem jeziorzeSkuci w łańcuchy? Chyba gorzej było.Cóż jeśli tchnienie, które zapaliłoTe straszne ognie, obudzi się znowu,I rozszalałe, z siedmiokrotną siłąPchnie nas w płomienie? Lub jeżeli zemsta,Wstrzymana z góry, znów na męki naszeUzbroi swoję czerwoną prawicę,Jeżeli wszystkie upusty otworzy,A to sklepienie Piekła zewsząd zionieKataraktami ognia? Gdy te zgrozy,Ponad głowami naszemi zwieszone,Przerażą groźbą zapadnięcia na nas?W chwili, gdy głosić będziem lub planowaćWojnę zaszczytną, rozniesie nas burza;Przybity każdy na osobnej skale,Będziem igraszką i łupem wirowychOrkanów, albo rzuceni na wiekiW głębię wrzącego oceanu, skuci,Tylko jękami będziemy przemawiać,
Bez przerw, bez ulgi, bez politowaniaI bez nadziei. To byłoby gorsze!Wojny więc jawnej, czy skrytej nie radzę,Bo co mu zrobi siła albo podstęp?Kto złudzi umysł tego, czyje oczyJednem wejrzeniem wszystko przenikają?On z wyżyn Nieba wszystkie nasze ruchyPowstańcze widzi i czczość ich wyśmiewa.Obali nasze siły, bo Wszechmocny,Rozwieje nasze spiski, bo Przemądry.Mamyż więc żyć tak podle, plemię z Nieba,Znosić wygnanie, tortury, zniewagi,Z obawy przed czemś, co gorsze? — Tak radzę.Tak postanowił los nieunikniony,Wyrok wszechwładny i wola Zwycięzcy.Cierpienia takie nam nie ponad siły,I słuszne prawo, które je naznacza.Gdybyśmy mieli rozum, tak byłobyPostanowione wtedy, gdyśmy z wojnąRuszyli przeciw NieprzyjacielowiTak potężnemu — zguba była pewna.To mnie rozśmiesza, że drżą ci, co w mieczuUfając, byli dzielni, przedsiębierczy,Ale gdy chybił miecz, kurczą się, trwożąNastępstw, o których wiedzieć należało,Że nieochybne; że wypadnie znosićWygnanie, hańbę, więzy albo mękiZ woli Zwycięzcy. Taki nasz los teraz.Jeśli cierpliwie przyjmiemy go, możeZ czasem Najwyższy Wróg gniew pohamuje
W tem oddaleniu; jeśli go obrażaćZaprzestaniemy, on się zadowoliJuż wymierzoną karą; jego tchnieniemNie podsycane płomienie przygasną;Czystsza natura nasza weźmie góręNad szkodliwemi waporami, alboPrzyzwyczajeni, mniej będziem wrażliwi;Albo zmieniwszy się działaniem czasu,Przystosowawszy do miejsca naturę,Gdy się z tym srogim żarem oswoimy,Pozbędziem męki: wtedy przerażenieStanie się miłem, ciemności jasnością.Nieustający potok dni płynących,Trochę nadziei zresztą dawać możeJakiejś przemiany, której warto czekać.Wprawdzie obecny los nasz nie jest błogi,Jest zły, lecz złe to jeszcze nie najgorsze,Jeżeli sami siebie nie skrzywdzimy.«Tak przystroiwszy Belial swe słowaW szaty rozsądku, radził podły spokój,Spasłe lenistwo, lecz nie pokój prawy.Po nim głos zabrał Mammon, i tak mówił:»Albo tą wojną, jeśli wojna lepszą,Zdetronizować chcemy Króla Niebios,Albo odzyskać prawa utracone.Zdetronizować możemy go wtedy,Gdy Przeznaczeniem wieczystem zarządziZmienny Przypadek, a Chaos zostanieSędzią. Pierwszego próżno się spodziewać,A i drugiego nie lepsza nadzieja.
Bo jakież miejsce możem zająć w Niebie,Nie pokonawszy wprzódy Niebios Patia?Choćby złagodniał, choćby przebaczenieWszystkim ogłosił, byłe obiecaliPoddać się znowu, z jakiemiż oczamiStanęlibyśmy przed nim, aby przyjąćSurowe prawa, jakieby nałożył?By znów przed jego tronem ćwierkać hymnyI wymuszone śpiewać Alleluja?Podczas gdy on, nasz Panujący, mocarzNa zazdroszczonym zasiadałby tronie,My niewolniczo na jego ołtarzuSkładalibyśmy wonie ambrozyjskieI ambrozyjskie kwiaty? ZatrudnienieTakie, i taki byłby obowiązek,Taka zabawa nasza. O, jak nudnoNa wieki wielbić znienawidzonego!Nie dążmy zatem do dawnego stanu,Chociaż świetnego, do wasalstwa w Niebie:Siła nie wskóra, a łaski przyjmowaćNam nie podobna; starajmy się raczejZ sił swych pożytek ciągnąć; żyjmy z siebieDla siebie; tutaj, choć w dzikiej pustyni,Wolni, przed nikim nieodpowiedzialni,Przenosząc twardą wolność nad wygodneJarzmo służalczej pompy. Nasza wielkośćWyda się wtedy znaczniejszą, gdy rzeczyPotężne z małych, dobre ze szkodliwych,Pomyślne z trudnych wytworzyć zdołamy.Tak w jakiemkolwiek miejscu wytrwałością
I pracą męki na rozkosz zmienimy.Czy strach tych czarnych, głębokich przestrzeni?Jak często chmurą gęstą, nieprzejrzystąOtoczon Władca wszystkiego, Pan Nieba!To nie umniejsza blasku jego chwały,Jeśli tron jego otoczy majestatCiemności, z której grzmią straszne pioruny,A Niebo wtedy podobne do Piekła.Jak on ciemności nasze, tak my światłoJego przejmiemy, gdy nam się spodoba.I ten grunt martwy ma swe skryte wdzięki,Drogie kamienie i złoto; nam nie brakZręczności ani sztuki, aby wznosićWspaniałe dzieła, cóż więcej ma Niebo?Zatem męczarnie nasze z biegiem czasuMogą żywiołem naszym stać się; żrąceOgnie miłemi; cały temperamentNasz się urobi według nich i straciPoczucie bólu. Wszystko to nas skłaniaDo pokojowych uchwał, do zważeniaJak się urządzić najlepiej w tej nędzy,Mając wzgląd na to, czem i gdzie jesteśmy.Wyrzec się wojny: oto moja rada.«Zaledwie skończył, już szmer powstał taki,Jakby w pieczarach nadmorskich odgłosyWichrów ryczących, co wodnym odmętemMiotały przez noc, nad ranem ustając,Ochrzypłym głosem do snu utulająŻeglarza, gdy ten po długich zapasachZ burzą, dopłynie zatoki, i z barki
Spuści kotwicę na dno kamieniste.Takie oklaski dano MammonowiI jego zdaniom nader pokojowym;Bo wielu było, co się drugiej bitwyBardziej niż Piekła bali, tak daleceJeszcze przejmował ich strachem głos gromuI miecz Anioła Michała, a nęciłProjekt mocarstwa piekielnego, które,Z postępem czasu, mądremi sztukamiPolitycznemi, mogłoby przebiegleWspółzawodniczyć z Niebem. Ten zwrot chęciSpostrzegł Belzebub, pierwszy po SzatanieW godności, powstał, a robił wrażenieFilaru państwa. Na czole troskliwośćO dobro kraju, królewska stanowczośćW majestatycznej twarzy, choć w ruinie;Stał mędrzec, gotów na barkach AtlasaDźwigać potężnych mocarstw przeznaczenie,Wzrokiem nakazał uwagę i ciszę:Nastała taka, jak wietrzyk południa,Lub nocy letniej, a on rzekł w te słowa:»Trony, Cesarskie Moce, PotomkowieNieba i Siły Eteryczne! CzyliżTytułów takich zbyć się trzeba? zwać sięW zmienionym stylu Książętami Piekła?Bo głos powszechny ku temu się kłoni,Żeby tu zostać i założyć państwo,Któreby z czasem mogło wzrosnąć w siły.Śni nam się? Tak jest. Wiedzmy, że to miejsceNam na więzienie wyznaczył Król Niebios;
To nie zacisze bezpieczne przed jegoWojskiem potężnem. Jeśli w nową ligęPrzeciw tronowi jego się zwiążemy,Nie zwolni nas to z pod jurysdykcyiWysokiej Nieba; tutaj w najsurowszejNiewoli mamy spędzać wieki wieków,Choć odepchnięci na taką odległość,Pod nieuchronnem jarzmem pozostawać;Bo on, to pewna, czy na wysokościach,Czy w głębi, zawsze pierwszy i ostatniBędzie panował. Przez nasze powstanieNie stracił żadnej części swego państwa,Które i Piekło także obejmuje.Żelaznem berłem będzie nami rządził,Jak w Niebie rządzi złotem. Cóż więc warteNasze rozprawy, czy pokój, czy wojna?O naszym losie wojna już orzekła:Nas obaliła niepowetowanie.Pokoju nikt nam nie zaofiarował,Ani też nikt z nas o pokój nie prosił.Bo kto zawiera pokój z niewolnikiem?Dla niego więzy, bicze, katowanieWedług kaprysu. A jakiż my pokójMożemy w zamian ofiarować, mającTylko nieprzyjaźń, nienawiść, zaciętyUpór i zemstę, powolną lecz stałąW ciągłych knowaniach, ażeby ZwycięzcaJak najmniej zebrał korzyści z zwycięstwaI najmniej cieszyć się mógł z cierpień ciężkich,Jakie nam zada? Znajdzie się sposobność
Bez niebezpiecznej wyprawy do Nieba,Które wałami wysokiemi zbrojne,Ni oblężenia ni szturmu się boi,Ani zasadzki z Otchłani piekielnej.A gdyby projekt wymyśleć łatwiejszy?Jeżeli stare prorocze pogłoski,Jakie krążyły w Niebie, nie są mylne,Jest jakiś nowy świat, szczęsna siedzibaIstot stworzonych teraz, Ludźmi zwanych,Podobnych do nas, choć nie tak wspaniałych,Nie tak potężnych, za to w większej łasceTego, co rządzi w górze. Taką wolęSwoję oświadczył bogom i zatwierdziłPrzysięgą, która wstrząsła całem Niebem.Usiłowania nasze tam skierujmy,By się dowiedzieć, jakie zamieszkująŚwiat ten stworzenia, z jakiej substancyi,Jaka ich postać, zdolności, potęga,Słabość, czem zdobyć, fortelem czy siłą?Kiedy zamknięte Niebo, i bezpiecznyW swej sile siedzi Wieczny Sędzia w Niebie,Świat nowy może leży na granicyJego królestwa, a obrona samymMieszkańcom jego tylko zostawiona;Nagłym napadem można odnieść korzyść,Albo piekielnym ogniem zniszczyć wszystko,Co on tam stworzył, lub na własność zająć,A niedołężnych mieszkańców tak wygnać,Jak nas wygnano; albo też namówićNa nasze stronę: niech ich Bóg się dowie,
Że są wrogami jego, niechaj zniszczySwe własne dzieło, rozżalony. ZemstaNiepospolita zamąci mu radośćZ naszej porażki, ale nas ucieszyZłość jego, kiedy drogie jego dzieciTu spadną głową na dół los nasz dzielić;Kiedy przeklinać będą błąd rodzicaPierwszego, swoje szczęście prędko zwiędłe!Zważcie, czy warto spróbować zamachu,Czy w tej ciemnicy siedzieć i myśl durzyćRojeniem czczego państwa?« Tak BelzebubWykładał swoję radę dyabelską,Już przez Szatana pierwej wymyślonąI w części przezeń zaproponowaną.Bo tak złośliwy projekt mógł wypłynąćTylko od sprawcy zła wszelkiego w świecie,Aby ród ludzki skaziwszy w korzeniu,Pomieszać Ziemię z Piekłem, i w ten sposóbObrazić Stwórcę; ale ta obrazaNa większą chwałę Stwórcy posłużyła.Plan śmiały bardzo podobał się RadziePiekielnej: oczy wszystkich zabłyszczałyRadością, kiedy zapadła uchwałaJednomyślnością: Belzebub rzekł dalej:»Dobrą uchwałą dobrze zakończoneWasze rozprawy, i postanowieniaGodne są Rady bogów; tak działającZ ostatniej toni raz jeszcze wybrniemyI wbrew losowi zbliżym się do naszejDawnej siedziby, może do tych granic
Przejasnych, z których przy pomocy broniSąsiedzkiej można się będzie odważyćNa szturmowanie powrotu do Nieba,Lub zamieszkanie w jakiej łagodniejszejStrefie, gdzie błyska jasne światło Nieba,Promienie wschodu spędzają ciemności,Gdzie wietrzyk słodkiem balsamicznem tchnieniemZagoi rany, żrących ogni skutki.Lecz naprzód kogo wyprawić należyNa wyszukanie nowej okolicy?Kogo uznamy zdolnym? Kto się skusiStopą wędrowca przemknąć przez przepaściCiemne, bezedna, bez brzegów, bez końca?Kto wśród najgrubszych ciemności odszukaNietkniętej żadną stopą drogi, alboPowietrznym szlakiem na niezmordowanychSkrzydłach przeleci otchłań niezmierzoną,Zanim przybędzie do tej szczęsnej wyspy?Jaka mu sztuka starczy, jak wyminieSurowe warty, liczne posterunkiCzujnych Aniołów? Jemu ostrożnościWielkiej potrzeba, nam wielkiej rozwagi,Bo na tym, kogo w tę drogę poślemyZawiśnie nasza ostatnia nadzieja.«Skończył i usiadł, wzrokiem mierząc wkoło,Czy go kto poprze, czy projekt nagani,Czy się podejmie niebezpiecznej drogi?Lecz cisza była; wszyscy zatopieniW głębokich myślach ważyli trudności,A z przerażeniem każdy w drugich twarzach
Własną obawę czytał. Nawet z owych,Wybranych, którzy szturmowali Niebo,Nikt nie śmiał podjąć się tej strasznej drogi.Nareszcie Szatan, niezwykłym zaszczytemNad towarzyszów swoich wywyższony,W poczuciu swojej przewagi nad rzeszą,Z dumą monarchy rzekł nieporuszony:»Plemię niebiańskie, empirejskie Trony!Słusznie milczenie nas opanowałoI powściągliwość, ale nie zwątpienie.Droga daleka i ciężka, co wiedzieZ Piekła do światła; turmą nasza mocna;Ogrom sklepisty a pełen płomieni,W którym zostawać byłoby nam hańbą,Dziewięciokrotnym murem nas otacza,Bramy z żarzących dyamentów wyjściaWszelkiego bronią. Za temi bramamiKtoby je zdołał minąć, ten napotkaGłęboką pustkę bezistotnej Nocy,Która mu grozi zatraceniem bytu,Jeżeli rzuci się w jej nurt jałowy.Jeżeli zdoła wymknąć się z niej w innyŚwiat jakikolwiek, lub w sfery nieznane,Niebezpieczeństwa nieznane mu grożą,Do uniknięcia trudne. Atoli, Książęta!Nie byłbym godnym tego tronu, władzyKrólewskiej, pełnej świetności i siły,Gdyby trudności i niebezpieczeństwaMogły odstraszyć mnie od wykonaniaCzegoś, co dobro publiczne obchodzi.
Jeżeli godność królewską objąłemI panowanie, to mi się należyNietylko udział największy w zaszczytach,Lecz i w trudnościach i w niebezpieczeństwach.Panującemu, wzniesionemu wyżejW zaszczytach, większy też udział przystoiW hazardzie. Zatem, o, wielce potężni,Straszni dla Nieba, choć upadli, idźcieI zważcie w domu, gdyż tu nasz dom będzie,Jakby zaradzić teraźniejszej nędzyNaszej, znośniejszym zrobić pobyt w Piekle,Znaleść lekarstwo lub czar, by ominąćAlbo złagodzić męki. Nie przestańcieTeż pilnie baczyć na czujnego wroga;A ja tymczasem przejrzę wszystkie krańceCzarnej zaguby, szukając dla wszystkichOswobodzenia. Nikogo nie bioręZa towarzysza wyprawy.« Tak rzekłszyPowstał monarcha, uprzedzając wszelkąOdpowiedź, aby inni, podnieceniJego przykładem, nie ofiarowali(Pewni odmowy) usług, przed któremiNiedawno drżeli; a choć odrzuceni,Uchodziliby za jego rywali,Zyskując tanim kosztem rozgłos duży,Który on strasznym hazardem miał zdobyć.Lecz, jak wyprawa zuchwała, głos jegoRozkazujący równy w nich strach budził,Więc wszyscy zaraz z miejsc swoich powstaliZ łoskotem jakby dalekiego gromu,
Zwracając się ku niemu, chyląc czoła,Cześć nadzwyczajną, jak Bogu, składali,Czyniąc go równym Najwyższemu w Niebie.Nie omieszkali też i uwielbieniaWyrazić dla tej jego gotowościOddania siebie dla dobra ogółu,Bo potępione duchy nie straciłyCałej swej cnoty, ażeby źli ludzieNie wychwalali się z dobrych uczynków.Których pobudką próżność i ukrytaPod gorliwości maską ambicya.Tak się skończyły ich czarne obradyWesołą chwalbą wodza bez zarzutu:Jak gdy od szczytów skał piętrzą się chmuryPosępne, kiedy wiatr północny drzemieI zakrywają nieba twarz wesołą,Ponury żywioł śniegiem albo deszczemMroczy krajobraz, aż naraz, ostatniePromienie słońce śle na pożegnanie:Pole tchnie życiem, ptaki ponawiająŚpiewy, a trzoda ryczeniem wesołemNapełnia w koło doliny i wzgórza.O hańba ludziom! Przeklęte demonyMogą być między sobą w stałej zgodzieTylko z pomiędzy istot obdarzonychRozumem ludzi piętnuje niezgoda,Choć pod nadzieją łaski Niebios żyją;Choć Bóg ogłosił pokój, ich nienawiśćDręczy, nieprzyjaźń, swary z sobą toczą,Wszczynają wojny, okrutnie pustoszą
Ziemię, by jeden mógł zniszczyć drugiego,Jak gdyby mało człek miał wrogów w Piekle,Co jego zguby dzień i noc szukają,I co powinno zgodę w ludziach szczepić.Gdy tak stygijska Rada rozwiązana,Przeszli w ordynku piekielni książęta,Wodza wielkiego prowadząc w pośrodku.Idąc wydawał się jedynym NiebiosAntagonistą, groźny władca Piekła.Z wielką paradą i okazałościąJakoby Boga otaczał go orszakSrogich Serafów, błyszczących herbamiI straszną bronią. Kazano ogłosićPrzy dźwiękach trąby stanowczą uchwałę:Na cztery strony cztery CherubinyNajszybsze, z brzmiącym przy ustach metalem,Głosem heroldów spełniły rozkazy:W pustej Otchłani daleko, szeroko,Rozbrzmiały echa, okrzyki radosneWszyscy mieszkańcy Erebu wydali.Rzeźwiejsi nieco, pokrzepiwszy myśliZarozumiałą a błędną nadzieją,Porozchodzili się mocarze Piekła,Każdy osobną obierając drogę:Tych skłonność, tych zły wybór pokierowałW szukaniu folgi myślom niespokojnymZajęcia godzin długich i dręczących,Aż do powrotu Wodza. Tu wyścigiNa polu, inni na skrzydłach się wznoszą,Współzawodnicząc szybkością obrotów
Jak w Olimpijskich lub Pityjskich polach;Inni rumaków ognistych dosiedli,Lub na rydwanach szparkiemi kołamiDo koła metę objeżdżają; tworząBrygady, fronty. Jak ta mara wojny,Co na przestrogę stolicom wspaniałymZjawia się naraz w powietrzu zamglonem:Naprzeciw siebie armie do bitwySuną się w chmurach, a przed każdem skrzydłemPędzą rycerze powietrzni z lancami.A gdy się wreszcie zewrą legionyCały widnokrąg od brzegu do brzeguZapełnią walką, płoną nieba stropy.Tam okrutniejsi z furyą TyfonówRwą skały, wzgórza, na wichrach się gonią;Szalony rozruch taki ledwo zdołaWytrzymać Piekło. Tak Alcyd zwycięzcaGdy z Oechalii wracał przyodzianyW suknię zatrutą, ból czując straszliwy,Sosny tesalskie zrywał z korzeniami,Ze szczytu Oety wiernego LychasaDo morza wrzucił Egejskiego. — Inni,Nie tak gwałtowni, do cichej dolinySzli, opiewając anielskiemi tonyPrzy dźwięku arfy swoje bohaterskieCzyny i smutny upadek po bitwiePrzegranej, skarżąc los niesprawiedliwy,Co tryumfować dał sile lub szczęściuNad wolną cnotą. Śpiew był samochwalczy,Lecz dźwięki jego, jako pochodzące
Od nieśmiertelnych, zarzekły na chwilęOkropność Piekła, i w zachwyt wprawiłyTłumy słuchaczów. Ponieważ wymowaCzaruje umysł, jak śpiew zmysły, inniW miłej rozmowie, na wzgórzu samotnem,Wypowiadali myśli bardzo wzniosłeO wiedzy przyszłych rzeczy, opatrzności,O woli, wolnej woli, przeznaczeniu,Bezwzględnej wiedzy przyszłości i losie.I tak bez końca plącząc się w swych zdaniach,Jak w labiryncie, argumentowaliO złem i dobrem, o szczęściu i nędzy,O namiętności i obojętności,Chwale i hańbie: wszystko to czcza mądrość,Filozofia błędna! lecz na chwilęCzarując, daje zapomnienie cierpień,Lub niepokojów, lśni nadzieją złudną,Albo w uporną cierpliwość, jak staląPotrójną, zbroi serca zatwardziałe.Inni zebrawszy się w wielkie gromady,Poszukiwania śmiałe przedsięwzięli,Chcąc odkryć, czy w tym świecie przeraźliwymŁagodniejszego nie znajdą klimatu.Szli więc brzegami czterech rzek piekielnych,Co smętne swoje wody do jezioraPłomienistego toczą. Tu Styx wstrętny,Rzeka śmiertelnej nienawiści; smutnyAcheron, zgryzot toń czarna, głęboka;Kocytus, zwany tak od głośnych żalów,Co się na falach jego rozlegają;
Dziki Flegeton, którego ognisteWody wściekłością zapalają serca.Daleko od nich, cicha a powolna,W licznych zakrętach toczy swoje wodyPosępna Lete, rzeka zapomnienia;Kto się napije jej wody, zapomniO swoim bycie poprzednim, zapomniRadości, zmartwień, wesela i bólu.Po za tą rzeką leży ląd zamarzły,Ciemny i dziki, dziedzina orkanów,Burz nieustannych, strasznych gradów, nigdyNie topniejących na lądzie, lecz zbitychW góry, podobne do budowli starychW ruinach; dalej już tylko przestrzenieNiezmierne śniegu i lodu wiecznego,Głębia przepastna nakształt trzęsawiskaSerbony, między Damiettą a górąKasius, w którem całe wojska znikły.Żrące powietrze tam pali jak mrozem,A zimna skutek taki sam jak ognia.Tam potępieńcy wszyscy, przez FuryeHarpionogie przyciągnięci, srogimOstateczności zmianom podlegają:Z łóż płomienistych zrzucani do lodu,Tracą tam swoje eteryczne ciepłoI tkwią bez ruchu, zamarzli dokoła,By w danym czasie znów lecieć w płomienie,A ku większemu swemu utrapieniuPo przez letejskie wody przepędzaneTo w tę, to w drugą stronę, pragną ciągle
I usiłują schwytać choć kropelkęWody, coby im dała w jednej chwiliSłodką niepamięć kary i cierpienia.A prąd tak bliski! Ale PrzeznaczenieZabrania: prądu pilnuje MeduzaZ wzrokiem Gorgony, a i sama z siebieWoda usuwa się od ust stworzonych,Jak unikała niegdyś ust Tantala.Tak po wertepach błądząc zatraconych,Zuchwałe bandy, pobladłe od strachu,Poznały teraz swój los opłakany:Nigdzie spoczynku! Przebyły rozliczneCiemne i smutne doliny, siedliskaBólu, to mroźne, to palące góry,Jaskinie, skały, jeziora, mokradła,Pieczary, cienie śmierci — i świat śmierci,Który w przekleństwie swojem Bóg złym stworzył,Dobry ku złemu tylko; w nim zamieraŻycie, tylko śmierć żyje, a naturaRodzi naopak same potworności,Rzeczy obrzydłe, niewypowiedziane,Gorsze niż larwy, które baśń zmyśliłaLub strach: Gorgony, Hydry i Chimery.Tymczasem spornik Boga i człowieka,Szatan, projektem wielkim zapalony,Na chyżych skrzydłach swój polot samotnyKu bramom Piekła kieruje; czasamiZbacza na prawo, zwraca znów na lewo,Lub płaskim rzutem skrzydeł wgłąb zapada,Nareszcie, wznosząc się wysoko, pędzi
Pod płomieniste piekielne sklepienia.Jako na pełnem morzu widać zdalaFlotę, wiszącą w chmurach, żeglującąZ wiatrami podczas zrównania dnia z nocą,Z Bengalu, albo z Ternatu, Tidoru,Skąd kupcy drogie przywożą korzenie,Przez Etyopskie morze do PrzylądkaPłynąc, zwalczają prądy, a nocamiWedług Północnej gwiazdy się kierują:Tak Czart wyglądał w pełnym locie skrzydeł.Nareszcie widać już granice Piekła,W górze łączące się z okropnym dachem,I dziewięciorne bramy: trzy spiżowe,Po nich żelazne trzy i trzy ze skałyDyamentowej, niedostępne, ogniemObwarowane, który ich nie trawi.Przed wierzejami, po każdej ich stronie,Siedziały jakieś dwie straszne Postaci.Jedna do pasa zdała się kobietą,I piękną, ale jej drugą połowąW licznych, potwornych, łuskowatych zwojach,Był wąż, śmiertelnem żądłem zbrojny; przy niejWkoło, piekielnych psów sfora bez przerwyCerberowemi paszczami szczekała,Czyniąc okropny hałas; każdej chwili,Z ochoty, albo gdy co przeszkadzałoIm hałasować, kryły się, jak w psiarni,W łonie postaci owej; tam szczekałyI wyły, chociaż ukryte. Mniej wstrętneOd nich dręczyły Scyllę, co się kąpie
W morzu dzielącem Kalabryjskie stronyOd Sycylii urwistych wybrzeży;Ni ohydniejsze te, co wiedźmę nocnąŚcigają, kiedy, tajemnie wezwana,Jedzie w powietrzu, znęcona krwią dziecka,By z lapońskiemi jędzami tańcować,Czarami tłumiąc światło księżycowe.Naprzeciw druga Postać, jeśli możnaPostacią nazwać to, co nie posiadaWy raźnych kształtów w członkach i w całości,Albo istotą to, co się wydajeCieniem istności, i jednem i drugiem;Czarna jak Noc, zła jak dziesięć Furyi,Straszna jak Piekło, potrząsała włóczniąPrzerażającą, a to, co się zdało,Jej głową, miało coś nakształt korony.Zbliżył się Szatan; wnet Widmo ku niemuRusza krokami strasznemi, aż PiekłoZadrżało; ale Czart nieustraszonyDziwił się tylko takiemu zjawisku,Wcale nie trwoźny; on lękał się tylkoBoga i jego Syna, ale stworzeńWszelkich nie cenił, miał je sobie za nic;Więc pogardliwie patrząc, tak zaczyna:»Skąd i czem jesteś, obrzydła Postaci,Że się ośmielasz tak wściekle i groźniePotwornem czołem zastawiać mi drogęDo tych wierzei? Przejdę je, bądź pewnaBez pozwolenia twojego. Ustępuj!Albo doświadczysz skutków swego szału,
Bo płód piekielny nie wytrzyma walkiZ Duchem Niebieskim.« Na to mu odpowieWściekłe Straszydło: »Tyżeś to, ów ZdrajcaAnioł, coś pierwszy zerwał pokój w NiebieI wierność, dotąd nigdy nie łamaną?Co potem, wznosząc zuchwałą broń buntu,Trzecią część Synów Nieba przeciągnąłeśDo spisku przeciw Najwyższemu Panu?Teraz od Boga odrzuceni wszyscyMacie tu pędzić dni wieczne w męczarniach.I śmiesz się liczyć do Duchów Niebieskich,Skazańcze Piekieł? rzucasz mi wyzwanieI wzgardę, tu, gdzie, ku twej większej złości,Ja jestem twoim królem, twoim panem!Wracaj do kaźni, odstępco kłamliwy,Spiesznie rozwijaj skrzydła, bym wahaniaNie skarał biczem z niedźwiadków, lub włóczniąTą, której jedno pchnięcie ból ci sprawiI przestrach, jakich nie zaznałeś jeszcze.«Gdy tak mówiło Widmo, wygrażając,Stała się postać jego dziesięć razyGroźniejszą, coraz potworniejszych kształtów;A przed nim Szatan, gniewem zapalony,Stał nieulękły: tak płonie kometaNad Wężownika wielkim gwiazdozbiorem,Rozświeca niebo północne, i z włosówOkropnych strąca zarazę i wojnę.Każdy z nich mierzy do drugiego głowyCiosem śmiertelnym, aby już cios drugiNie był potrzebny; a spojrzenia takie
Rzucają sobie, jak dwie czarne chmuryArtyleryą niebieską ładowne,Gdy nad Kaspijskiem morzem z trzaskiem stanąNaprzeciw siebie, zwlekając przez chwilę,Aż wiatr sygnały zadmie do groźnegoStarcia w przestworach środkowych powietrza.Tak spoglądali straszni przeciwnicy,A Piekło od ich wzroku pociemniało;Stali złożeni, wiedząc, że raz drugiŻaden nie spotka się z tak wielkim wrogiem.I straszna bitwa byłaby wybuchła,Na całe Piekło głośna, gdyby WiedźmaWężowa, z drugiej strony pilnującaWrót Piekła, z kluczem fatalnym, nie wstała,I pędząc między nich nie zawołałaOhydnym głosem: »Ojcze, co zamierzasz?To twój jedyny syn! Jakie szaleństwoOwładło tobą, synu, że śmiertelnyCios w głowę ojca mierzysz? Wiesz dla kogo?Oto dla tego, co w górze na tronieŚmieje się z ciebie w tej chwili. On żądaByś jak kat spełnił, co każe gniew jego,Który nazywa on sprawiedliwością.Kiedyś gniew jego zniweczy was obu!«Cofnął się na te słowa Mór piekielnyA Szatan rzecze: »Twój tak dziwny okrzykI dziwne słowa wstrzymały mą rękęOd opowiedzi swych zamiarów czynem;Więc zwlekam, póki nie dasz objaśnienia,Coś za istota, w tym podwójnym kształcie?
I czemu ojcem swoim mnie nazywasz,A to mamidło moim synem, kiedyPo pierwszy raz się spotykamy w Piekle?Nie znam cię, nigdy jeszcze nie widziałemIstot wstrętniejszych od niego i ciebie.«Odźwierna Piekła na to mu odpowie:»Toś mnie zapomniał? Tom teraz tak brzydkaW twych oczach? Kiedyś wydałam się piękną,Gdy się zebrali w Niebie SerafowieWszyscy, zuchwale sprzysiężeni z tobąPrzeciw Królowi Niebios, nagle ciężkiBól cię pochwycił, zaćmiły się oczyW omdleniu, z głowy twej gęste płomienieTryskały, wreszcie lewą stronę głowyOtwarłam nagle, i zbrojna bogini,Podobna tobie z postaci i twarzy,Błyszcząc pięknością nieba, wyskoczyłamZ twej głowy: rzesza niebieska zdziwionaI przestraszona, z początku odbiegła,Zowiąc mnie Grzechem i złowróżbnym znakiem;Lecz wkrótce, gdyśmy weszli w poufałość,Upodobanie wzbudziłam, zdobyłamNajuporniejszych, przedewszystkiem ciebie.Tyś mnie pokochał, widząc doskonałySwój obraz we mnie: rozkosze miłościTajemnej wkrótce obciążyły mojeŁono. Tymczasem wszczęto wojnę w Niebie,Stoczono bitwę, zupełne zwycięstwoOdniósł Wszechwładny (mogłoż być inaczej?),A nam przypadła klęska i ucieczka.
Po przez Niebiosa empirejskie całe,Aż do tej głębi oni głową na dółSpadli, ja z nimi; wtedy mi wręczonoTen klucz potężny z takiem rozkazaniem:Zawsze zamkniętą trzymać bramę Piekła,By nikt nie przeszedł, gdy ja nie otworzę.Siedziałam sama, w myślach pogrążona;Niedługo sama: wkrótce łono mojeKtóreś zapłodnił, wzrosło nadzwyczajnie,Coraz to większe bóle mnie dręczyły,Aż ten ohydny pomiot, co go widzisz,Twój płód, wyłamał sobie gwałtem drogę,Rwąc mi wnętrzności; wśród strachu i bóluKształt mej postaci dolnej tak się zmienił;A nieprzyjaciel, którego zrodziłam,Skoczył, wstrząsając pociskiem złowrogim,Narzędziem zguby. Krzycząc: Śmierć, uciekłam.Piekło zadrżało na to straszne imię,Jękło ze wszystkich pieczar echem: Śmierć!...Gdy uciekałam, gonił, raczej z żądzyNiż złości, wkrótce dognał przerażoną;Mnie, matce swojej, gwałt haniebny zadał,I te potwory spłodził; nieskończone mękiPonoszę; w ciąży będąc co godzina,I co godzina rodząc, bo gdy zechcą,Wracają w łono, które je zrodziło,Wyjąc i gryząc me wnętrze, swą strawę;I znów wyrwawszy się z moich wnętrzności,Ze wszech stron na mnie miotają się, dręcząPrzerażeniami umyślnemi; chwili
Spokojnej, przerwy, odpoczynku nie mam,A ciągle stoi przed oczami srogaŚmierć, nieprzyjaciel i syn, co je szczuje.I mnie, swą matkę, dawnoby już pożarłZ braku zdobyczy, lecz wie, że byt skończyWraz ze mną, i wie, że będę mu kiedyśGorzkim pokarmem, jadem: tak los orzekł.Lecz ty, mój ojcze, ostrzegam, unikajJego śmiertelnej strzały, nie dowierzajTej zbroi lśniącej, hartowanej w niebie;Nikt jego ciosom oprzeć się nie zdoła,Oprócz jednego, co panuje w górze.«Skończyła; chytry dyabeł odrazuPojął naukę, i uprzejmie rzecze:»Córko najdroższa, gdy mi ojca mianoDajesz, i syna lubego przedstawiasz,Ten drogi zakład pieszczot z tobą w Niebie,Słodkich radości, których przypomnienieTeraz bolesne po tak strasznej zmianie,Nieprzewidzianej i nieprzy puszczanej,Oto chcę zwolnić z tego domu karyI męki, ciebie, syna, i te tłumyDuchów niebieskich, które, popierającTak słuszną sprawę nasze, pochwyciłyZa broń, i spadły wraz z nami z wysoka.Od nich to idę z tak ciężkiem zadaniem,Jeden za wszystkich narażam się srodze,Idę samotny w głębię niezmierzoną,W pustość bez końca, by odszukać, zbadaćPrzepowiedziane dawno, wnosząc z pewnych
Oznak, stworzone już, rozległe miejsce,Pełne rozkoszy, w okolicy Niebios,na niem plemię jakichś istot nowych,Może mających nas zastąpić kiedyś,Teraz opodal trzymanych, by w NiebieZbyt ludnem, nowe nie zaszły rozruchy.tak jest, czy coś innego, tajnego,Prędko chcę zbadać, wrócić z wiadomością,I tam was przenieść; tam tobie i ŚmierciWygodnie będzie mieszkać: niewidzialne,Milczące, bujać będziecie w powietrzuŁagodnem, wonnem, karmione bez miary,Bo tam już wszystko będzie waszym łupem.«Umilkł, spostrzegłszy jak uradowaniByli oboje: Śmierć strasznym uśmiechemI warz wykrzywiła, słysząc, że raz przecie(Głód zaspokoi; sławiła swą gardziel,Przygotowaną na te dobre czasy,Niemniej cieszyła się jej brzydka macierz,I tak do ojca swego przemówiła:»Klucz od piekielnej głębi, z obowiązkuI z rozkazania NajpotężniejszegoKróla, ja trzymam, ale mi wzbronionoOtwierać bramę tę dyamentową;A Śmierć ma wszelki gwałt odeprzeć włóczniąOd której legnie każda siła żywa.Lecz cóż mi znaczą te rozkazy z góry,Dane od Tego, co mnie nienawidzi,Co w tę ciemnicę głęboką mnie wrzuciłI nienawistną służbę pełnić kazał
Niebios mieszkance, zrodzonej w Niebiosach,Tu konającej wiecznie i męczonejGroźbą i wyciem własnego pomiotu,Co jelitami mojemi się karmi?Tyś moim ojcem, ty mi dałeś życie,Komuż posłuszną mam być, jak nie tobie?Za kim pójść? Ty mnie niebawem przeniesieszDo tego świata blasku i błogości,Między te bogi, co żyją rozkosznie;Tam chcę panować po twojej prawicy,Bujno, jak córce twojej się należy,I nieskończenie.« To rzekłszy od bokuWzięła fatalny klucz, smutne narzędzieNiedoli naszej, podeszła ku bramie,Wlokąc za sobą ogon bestyalski,Z łatwością bronę podniosła olbrzymią,Którejby wszystkie piekielne potęgiRuszyć nie mogły; klucz w zamku obraca,Wnet wszystkie czopy i rygle potężneZ żelaza, z twardej skały, lekko spadły,Z trzaskiem na rozcież odskoczyły wrotaPiekielne, z zawias grzmot się rozległ srogi,I wstrząsł najgłębsze posady Erebu:Otwarła, zamknąć nie było w jej mocy.Stała na rozcież brama tak szeroko,Że rozwiniętym frontem, z chorągwiami,Z końmi, z wozami mogło przez nią wojskoPrzemaszerować. Obszerną czeluściąObficie buchnął dym i płomień skrzący;Przed ich oczami nagle się zjawiła
Tajnia śniadawej głębi, morze ciemne,Bez granic, w którem pochłoniona długość,Szerokość, oraz wysokość, czas, miejsce;Gdzie Noc prastara i Chaos, przodkowieNatury, wpośrod ciągłych wojen wrzawyI anarchii, na nieładzie wsparci;Gdzie Ciepło, Zimno, Wilgoć, Suchość walcząO panowanie, cztery zapaśniki,Wiodąc do boju zarodki atomów.Każda gromada otacza chorągiewSwoję, te lekko, tamte ciężko zbrojne,Ostre i gładkie, szybkie lub powolne,Rojne bez liku, jak piaski CyrenyLub Barki pustej, wichrami niesione,Lżejsze swe skrzydła wkrótce obciążają;Do których większy przylgnie pył, te rządząNa chwilę. Chaos zasiada na sądzie,Ale wyrokiem jeszcze bardziej gmatwaWalkę, podstawę swego panowania;Przy nim zasiada Trafi rządzi wszystkiem.Nad tą przepaścią, kolebką przyrodyI grobem może, gdzie ni wód, ni brzegu,Ani powietrza, ognia, lecz zarodyWszystkiego tego, zmieszane bez ładu.Muszą bez końca walczyć między sobą,Dopóki Sprawca Najwyższy nie zechceZ tego odmętu nowe światy tworzyć;Nad tą przepaścią, na krawędzi Piekła,Stał Czart ostrożny, spoglądał przez chwilę,Ważąc swą podroż, bo nie lada morze
Miał do przebycia. Huczała mu w uszachWrzawa rozgłośna. Jeżeli się godziWielkie z małemi porównywać rzeczy:Jakby Bellona ze wszystkich swych machinWojennych wielkie miasto szturmem brała,Lub jakby niebios stropy zapadały,A zbuntowane żywioły wypartyZiemię z jej starej utwierdzonej osi.Wreszcie rozwinął skrzydła, jak okrętuŻagle, i pchnąwszy się nogą od brzegu,Wpadł w buchającą parę, i w jej chmurze,Jakby na tronie, przejechał zuchwaleMil wiele, wkrótce jednak ta podstawaRunęła, a on wpada w wielką próżnię:Darmo skrzydłami macha, spada na dółDziesięć tysięcy sążni, i spadałbyDo tej godziny, lecz zdarzył los smutny,Że wybuch chmury jakiejś pchnął go znowuTyleż mil w górę; ten rozpęd go rzuciłW jakąś bagnistą puszczę, ni to morze,Ni ziemia, ledwie nie zagrzązł w tej drodze,Idąc lub lecąc przez bezkształtną massę,Wiosła lub żagla czasem zażywając.Jak gryf w pośpiesznym locie po nad wzgórzaI bagna ściga Arymaspa, którySkradł złoto, pieczy jego powierzone,Tak Czart zawzięcie, przez bagna, przepaści,Góry, przesmyki, gąszcze i rzedzizny,Głową, rękami, skrzydłami, nogami,Brodzi, zapada, czołga się, lub płynie,
Aź naraz słyszy hałas pomieszanychDźwięków i głosów niesfornych, płynącychPo przez czczą ciemność. Tam nieustraszonyDąży, by zbadać, jaki wśród tej wrzawyDuch, lub Potęga najniższej OtchłaniPrzebywa; prosić o wskazanie drogiNajkrótszej, w stronę, gdzie z ciemnością walczyŚwiatło; gdy nagle ujrzał tron Chaosa.Nad pustą głębią rozpostarty jegoPonury namiot; tron z nim podzielałaWspólniczka rządów, Noc w czarnej osłonie,Najstarsza z wszelkich rzeczy; dalej staliOrkus i Hades, strasznego imienia,Tuż Demogorgon, Pogłoska, Traf ślepy,Rozruch i Zamęt z sobą poplątani,Tysiącogębna Niezgoda za nimi.Do nich zwrócony rzekł Szatan zuchwale:»Potęgi, Duchy najniższej Otchłani,Chaosie, Nocy prastara, przychodzęNie na prześpiegi, nie po tajemniceWaszego państwa,, ni po zysk z nich jaki,Lecz z konieczności, podróżny przez puszczeCiemne waszego rozległego państwa,Do światła, w górę, sam, bez przewodnika,Zbłąkany, szukam najprostszej przeprawyDo granic waszych z Niebem, albo z innąDziedziną, którą król niebieski posiadłNiedawno, wasze uszczupliwszy państwo.Wskażcie mi drogę, a za to niemałoI wy zyskacie: gdy odbiorę kraje
Stracone, wrócę im pierwotną ciemnośćI wasze rządy; to cel mej podróży:Znów tam swój sztandar zatknie Noc prastara:Wam wszystka korzyść, mnie zemsta jedynie!Tak Szatan: jemu na to Anarch stary,Z twarzą skrzywioną, jąkając się, rzecze:»Znam, cudzoziemcze, ciebie, wiem, że jesteśAnioł potężny, obalony, sprawcaRokoszu przeciw Królowi w Niebiesiech.Widziałem wtedy i słyszałem: mnogieTłumy nie w ciszy leciały przez Głębię;Straszna ruina za ruiną, tłuszczaZa tłuszczą, zamęt zwiększony zamętem;Z bramy niebieskiej biegły milionyZwycięskich szyków w pościgu za wami.Tu na granicy mam swoję stolicę,By bronić trochy, jaka mi została,Wciąż pomniejszana przez niesnaski naszeWewnętrzne: słabnie berło starej Nocy.Naprzód więzienie wasze, Piekło w dole,Zajęło przestrzeń długą i szeroką,Teraz znów Niebo i Ziemia, świat nowy,Zwieszony nad mem państwem na łańcuchuZłotym, od strony Nieba tej, skąd waszeLegie spadły. Jeżeli tam dążysz,Masz niedaleko, lecz niebezpieczeństwoTem bliższe. Spiesz się! Rabunek, ruinę,I spustoszenie za zysk sobie liczę.«Skończył, a Szatan, nie odpowiedziawszy,Uradowany, że już brzeg ma blisko,
Do piramidy ognistej podobny,Poskoczył w przestrzeń, i lot swój skierowałPo przez walczące z sobą elementa,Bardziej ścieśniony i w niebezpieczeństwieWiększem, niż Argo przez Bosfor płynącyMiędzy sterczące skały, lub Ulisses,Gdy na okręcie stroniąc od Charybdy,Około wiru Scylli lawirował.Tak Czart z trudnością i pracą niemałąPodążał naprzód. Ale wkrótce potemDziwna przemiana! Upadek człowiekaUłatwił drogę: Grzech i Śmierć, śladamiCzarta stąpając (z dopuszczenia Nieba),Utorowały wielką, bitą drogęPrzez ciemną przepaść, a jej toń kipiącaCierpliwie zniosła, że pobudowanoCudownie długi most od granic Piekła,Aż do krawędzi ułomnego świata.Przez ten most duchy upadłe z łatwościąW jednę i drugą stronę przechodziły,Kusząc lub karząc śmiertelnych, z wyjątkiemTych, których Pan Bóg i dobre AniołySzczególną łaską swoją otaczają.Lecz teraz wreszcie już Szatan spostrzegaŚwięty prąd światła, co z murów niebieskichRzuca świtanie w łono martwej Nocy.Tu ledwo pierwsze ślady panowaniaNatury; Chaos tu, jak wróg pobity,Od wysuniętych szańców odstępuje.Gdy mniejsza wrzawa i mniej napastnicza
Z mniejszym też trudem Szatan i wygodniejNa cichszych falach waży się w pomroku;Jak skołatany burzą okręt, szczęsnyŻe port ogląda, choć żagle i linyUtracił. W czczości, podobnej powietrzu,Na rozpostartych skrzydłach się kołysze,By choć zdaleka przyjrzeć się dowoliPromienistemu Niebu, co szerokoCiągnie swój obwód tak, iż trudno poznaćKształt, czy okrągły, czy też kwadratowy.Wieże z opalu sterczą, gmachy zdobneW żywe szafiry; tam jego pielesze.A niedaleko, na złotym łańcuchu,Wielkości gwiazdy najmniejszej, świat wisi,Tuż przy nim księżyc. Tam z żądzą odwetuZmierza przeklęty w przeklętej godzinie.
Witaj, o światło święte, pierworodneDziecię Niebiosów, lub jeśli bezkarnieTak rzec się godzi, promieniu współwiecznyWiecznemu Bogu. On, światło odwieczne,Zamieszkał w świetle niedostępnem, czyliW tobie, przejasny wypływie przejasnej,A niestworzonej istoty; lub możeNazwać cię czystym prądem eterycznym,Którego źródła nikt odkryć nie zdoła?Nim słońce byłoś, nim Niebo; na rozkazBoga, jak płaszczem świat ten owinęłośWyrastający z wód ciemnych, odjętyNieskończoności bezkształtnej i pustej.Szczęsny do ciebie powracam polotemŚmiałym, umknąwszy z stygijskiej kałuży,Gdym w swej wędrówce przez ciemności głębie,Ostatnią, średnią, innym niż OrfeuszTonem opiewał Chaos i Noc wieczną,Mając niebiańskiej Muzy polecenie
Trudne i rzadkie, zstąpienia w ciemnościI powrotnego wzniesienia się w górę.Tyś nieskażone; czuję wpływ żywiącyTwego ogniska, lecz już nie nawiedzaszOczu, co próżno szukają promieniaTwego jasnego: dla nich nie ma świtu,Tak grube bielmo, czy też wypływ mętnyŚćmił me źrenice. Jednak nie zaniechamNawiedzać źródła jasnego, gdzie MuzyBywają, albo cienistych bugajówI wzgórz słonecznych, zakochany w śpiewieŚwiętym, lecz głównie nawiedzam ja w nocyCiebie, Syonie, i te źródła kwietne,Co obmywają twoje święte stopyI szemrzą słodko; wspominam też częstoDwóch owych, równy ze mną los dzielących,Maeonidesa i Tamyra, ślepych,Tyrezyasza i Phinea, wieszczkówStarych. Żywię się tak myślami, któreChętnie się w wiersze harmonijne łożą,Jak owo ptaszę w gęstwinie ukryte,Co w noc bezsenną melodyjne tonyLeje dokoła. Wciąż jedne po drugichWracają pory roku, dzień nie wracaDla mnie; nie zbliża się wieczór, ni ranek,Nie widzę kwiatów wiosny, ni róż lata.Ni trzód gromadnych, ani ludzkiej twarzyZ piętnem boskiego swego pochodzenia;Natomiast chmura wiecznotrwałej nocyOdcina mnie od wesołości ludzi,
Dzieła przyrody kryje pusta karta,Więc księga wiedzy starta, zamazana,A mądrość jedno wejście ma zamknięte.Tem mocniej świeć mi w duszy, ty, niebieskieŚwiatło, rozjaśnij umysłu potęgę;W nim osadź oczy; oczyść je z powłoki,Rozprosz mgły, abym widział i opiewał,Co niewidzialne dla śmiertelnych wzroku.Wszechmocny Ojciec z wysokości NiebaCzystego, z tronu po nad wszystkie szczytyWyniesionego, spojrzał na swe dziełaI na ich dzieła zarazem. DokołaWszystkie Świętości Niebiańskie, jak gwiazdyStały gromadnie i z Jego widokuCzerpały błogość niewypowiedzianą;Jedyny Jego Syn siadł po prawicy,Promieniejący obraz Jego chwały.Na ziemi naprzód ujrzał pierwszych naszychRodziców parę, samych dwoje, ludzkośćPrzedstawiających; w szczęśliwym ogrodzieW błogiej samotni zbierali owoceWiecznej radości i wiecznej miłości,Nieprzerywanej radości, miłościNieporównanej. I spojrzał Bóg w PiekłoI w przepaść: ujrzał okrążającegoGranice Nieba od tej strony NocySzatana, który w powietrzu się ważąc,Dla mdłej już nogi i strudzonych skrzydełSzukał spocznienia na pustej obsłonieŚwiata, co zdała się być lądem stałym
Bez firmamentu, ni to w oceanie,Ni to w powietrzu. Tego Bóg ujrzawszy,Z swej wysokości widzący co było,Co jest, co będzie, tak do swego SynaMówi proroczo: »O Jednorodzony,Czy widzisz, jaka wściekłość PrzeciwnikaNaszego niesie? Ani przepisaneGranice, ani wrzeciądze piekielne,Ani łańcuchów ciężkich skrępowanie,Ani olbrzymiej przepaści przestworyNie powstrzymały go: takiem pragnieniemZemsty rozpacznej dyszy, która spadnieNa buntowniczą jego głowę. TerazWyłamał wszelkie zapory, i dążyOpodal Nieba w zakresy świetlaneProsto ku światu nowostworzonemu,Ku Człowiekowi, którego chce siłąZniweczyć, albo, co gorsza, podstępem,Obłudą zepsuć. I zepsuje; CzłowiekUsłucha jego kłamstw pochlebczych liku,Łatwo przekroczy ów zakaz jedyny,Jedyny zakład swego posłuszeństwa;I on i cały ród jego upadniePrzeniewierzony. Czyja wina? Jego.Niewdzięczny! Dostał wszystko, co mógł dostaćOdemnie: dałem mu prawdę i prawość,Aby mógł wytrwać, lecz i wolną wolęUpadku. Wszystkie Potęgi NiebieskieI wszystkie Duchy tak samo stworzyłem,Te, co wytrwały, i te, co stracone.
Kto wytrwał w dobrem, z własnej woli wytrwał;Upadł też z woli własnej ten, kto upadł.Gdyby nie byli wolni, jakiż dowódMogliby złożyć poddaństwa, wierności,Albo miłości, gdyby to, co musząTylko czynili, a nie co wybiorą?Jakąż pochwałę mogliby otrzymać?Jakążbym radość miał z ich posłuszeństwa,Jeśliby wola i rozum (i wybórZ rozumu) były bez pożytku, próżne,Jako z wolności obrane; obojeBierne, w usłudze konieczności, nie mnie?Tak więc stworzeni są w słuszności prawa,Ani się mogą uskarżać na Stwórcę,Ni na to, żem ich stworzył, ni na losy,Jak gdyby z góry przeznaczenie woląIch kierowało, niezmiennym wyrokiem,Albo widzenie przyszłych rzeczy: sami,Postanowili rokosz, nie ja; przewidziałem,Lecz przewidzenie nie pchnęło do winy;Byłaby pewną i bez przewidzenia.Tak więc nie wpłynął ni los, ni cień losu,Ani niezmienne moje przewidzenie,Grzeszą z własnego sądu i wyboru,Bom ich wolnymi stworzył, i wolnymiMają pozostać, póki sami sobieJarzma nie włożą; inaczej musiałbymZmienić naturę ich, cofnąć wyrokiNiezmienne, wieczne, ustanawiająceIch wolność; oni sami swój upadek
Ustanowili. Z własnego popęduTamci upadli, skusili się sami,Sami zepsuli: przez nich pierwszy CzłowiekPadnie zwiedziony; człowiek zatem znajdzieŁaskę, nie znajdą jej tamci. Na NiebieI Ziemi chwała moja świecić będzieSprawiedliwością i Łaską, lecz ŁaskaNad wszystko światło jaśniej świecić będzie.«Gdy tak Bóg mówił, Niebo napełniłaWoń ambrozyi, nową rozkosz niosącBłogosławionym a wybranym Duchom.Syn Boży błyszczał po nad wszystkich w chwale;Współistnością z Ojcem jaśniejący;Niebiańska litość lśniła w jego twarzy,Miłość bez granic i łaska bez miary;Te wynurzając, tak mówił do Ojca:»Są miłościwe, Ojcze, twoje słowa,Wyrok najwyższy łaskę CzłowiekowiDający; Niebo i Ziemia Twą chwałąRozbrzmieją w hymnach niezliczonych, w śpiewachŚwiętych, a tron Twój będą otaczałyBłogosławieństwa ze wszech stron płynące,Bo czyżby Człowiek miał zginąć na zawsze?Ostatnie z stworzeń Twoich, ukochane,Najmłodsze dziecię, obłąkane zdradąI własnem głupstwem? Tego nie chcesz wcale,Nie chcesz, o Ojcze, Sędzio wszystkich rzeczyStworzonych, Sędzio zawsze sprawiedliwy.Lub czyż Przeciwnik miałby w taki sposóbCel swój osiągnąć, cel twój udaremnić?
Swą złość wykonać, Twą dobroć zniweczyć?I pyszny wrócić, wprawdzie do cięższegoWięzienia, ale z dokonaną zemstą,Ciągnąc za sobą w czeluści piekielneCałe ludzkości plemię, które zepsuł?Albo chciałżebyś znosić własne dzieło,I przez nie zniszczyć to, co dla swej chwałyStworzyłeś? W dobroć zwątpionoby Twoje,I w wielkość, próżno szukając odporuBluźnierstwom.« Na to Stwórca tak odrzecze:»O Synu, duszy mej upodobanie,Synu mojego łona, Synu SłowoJedyne moje, mądrość ma i siła,Wszystko, coś mówił, jest jak myśli moje,Jak wiecznych moich zamiarów dekrety;Nie będzie Człowiek stracony zupełnie;Kto zechce zbawion będzie, już nie swojąWolą, lecz łaską moją, z której możeCzerpać do woli. Raz jeszcze odnowięJego upadłe siły, chociaż postradaneW niewoli grzechu, skalane chuciamiRozpasanemi; we mnie mając wsparcie,Raz jeszcze może odeprzeć napaściNieprzyjaciela swego śmiertelnego;Przy mojem wsparciu, iżby czuł jak wątłeJest położenie jego po upadku,Że wybawienie tylko mnie zawdzięcza.Niektórych łaską mą szczególną nadam,Wybranych moich; taka moja wola;Inni usłyszą często me wołanie
I ostrzeżenie, że są w stanie grzechu,By przebłagali Boskość obrażoną,Póki czas mają, łaskę odzyskali;Chcę dostatecznie rozjaśnić ich umysł,Kamienne serca wzruszyć, do modlitwy,Pokuty skłonić i do posłuszeństwa;Bo dla modlitwy, pokuty, posłuchu,Byleby z szczerym zamiarem spełnianych,Zawsze otwarte będzie moje ucho,I nie zamkniętozamknięte oko, a za stróżaUmieszczę w duszy ich mego Sędziego,Sumienie; tego jeśli słuchać będą,Osiągną coraz wyższy stopień światła,I gdy wytrwają, znajdą ocalenie.Ale kto wzgardzi moją cierpliwościąI dniami łaski, ten nigdy nie doznaJej wpływu: twardy coraz twardszym będzie,Ślepy oślepnie jeszcze bardziej, abyPotykający się grzęźli wciąż głębiej.Ci tylko z mojej łaski wymazani.Ale nie wszystko rozstrzygnięte: człowiekNieposłuszeństwem swojem łamie wierność,Grzeszy przeciwko panowaniu Nieba,Robi się Bóstwem, i tak tracąc wszystko,Nie ma czem spłacić winy wiarołomstwa.Jako skazany, oddany na zgubę,Z całem potomstwem swojem umrzeć musi;Musi umierać on, lub Sprawiedliwość;Chyba kto inny i zdolny i chętnySpłaci surowe zadośćuczynienie:
Śmierć za śmierć. Rzeczcie, Niebieskie PotęgiGdzie znaleźć taką miłość? Kto z was gotówZostać śmiertelnym, by odkupić zbrodnięŚmiertelną Człeka? Kto ze sprawiedliwychZechce ocalić niesprawiedliwego?Czyż taka miłość nie znajdzie się w Niebie?«Pytał Bóg, ale cały chór niebieskiStał niemy: żaden opiekun Człowieka,Ani pośrednik nie stanął; na głowęSwoję nikt nie chciał wziąć śmiertelnej winyI odkupienia, bez którego całePlemię Człowieka, z ciężkiego wyroku,Musiało zginąć, Śmierci przysądzoneI Piekłu: Zbawił je Syn Boży,Który, miłością boską przepełniony,Tak pośrednictwo swe łaskawe wznowił:»Ojcze, wyrzekłeś, Człowiek znajdzie łaskę.A łaska czyżby nie znalazła drogi?Ona, najszybsza z Twych gońców skrzydlatych,Ona Twe wszystkie stworzenia odwiedzaNiespodziewana, nieoczekiwana,I nieproszona, nie myślana zgoła!Szczęście Człowieka to, że przyjdzie sama,On jej pomocy nie szukałby nigdy,Będąc umarły przez grzech i stracony:Tak zadłużony, upadły, nigdy byDostatecznego zadośćuczynieniaZłożyć nie zdołał: ale spojrzyj na mnie;Siebie za niego dam, życie za życie;Na mnie zwróć gniew Twój, mnie policz za Człeka;
By jego zbawić opuszczę Twe łono,Zrzeknę się chwały Twojej dobrowolnie,I chętnie umrę za niego, niech na mnieZwróci się cała wściekła zemsta śmierci.Nie będę długo leżał zwyciężonyJej czarną władzą; dałeś mi na wiekiMoc życia w sobie samym; żyję Tobą,A choć ulegnę śmierci, oddam wszystko,Co we mnie umrzeć może, com jej winien;Gdy dług ten spłacę, Ty mnie nie zostawiszW ohydnym grobie jej łupem; nie ścierpisz,By nieskalana, czysta moja duszaTam zamieszkała w skażeniu na zawsze.Ale zwycięski wstanę i pokonamMego zwycięzcę, odbierając zdobyczKtórą się chełpi. Wtedy śmierć otrzymaRanę śmiertelną, padnie pozbawionaŻądła swojego. Ja tryumfującyPo przez powietrzne sfery poprowadzęPojmane Piekło, wbrew Piekłu, pokażęW ciężkich okowach Potęgi Ciemności.Ty z wyżyn Nieba spojrzysz uśmiechnięty,A ja widokiem Twoim pokrzepiony,Zniweczę wszystkich nieprzyjaciół moich,Z nich Śmierć ostatnią; jej trupem zasycęWielki grób; wtedy, z wybawionym tłumemWejdę do Nieba, po długiej rozłące,By patrzeć, Ojcze, w twoje lica, w którychNie pozostanie żadna chmura gniewu,
Lecz pojednanie i pokój; nie będzieJuż odtąd gniewu: radość cię otoczy.«Ucichły słowa, łagodne spojrzenieMówiło jeszcze nieśmiertelną mowąUmiłowanie człeka śmiertelnego,A nad tę miłość jeszcze wyższym blaskiemGorzało tylko posłuszeństwo Syna:Jako ofiara chętna i gotowa,Czekał rozkazu Ojca potężnego.W podziwie stało Niebo, w niepewnościCo się stać może i na czem się skończy.Lecz Wszechmogący tak odrzekł niebawem:»Ty, co na Niebie i Ziemi jedynyZnalazłeś pokój dla ludzkiego roduPod moim gniewem pozostającego!Ty coś jedynem mem upodobaniem,Wiesz jak mi drogie wszystkie moje twory,Szczególniej Człowiek, chociaż na ostatkuStworzon. Dla niego rzucisz moje łonoI mą prawicę: na chwilę Cię stracę,By uratować cały ród stracony.Ty jeden tylko możesz go odkupić,Zatem naturę jego złącz ze swojąI bądź człowiekiem wśród ludzi na ziemi;Gdy czas nadejdzie, z poczęcia dziewicyCudownie zrodzon, przyobleczesz ciało.Choć syn Adama, ty zamiast AdamaGłową ludzkiego rodu się zostaniesz;Jak w nim zginęli wszyscy, tak niech w tobie
Jak z pnia nowego, ocali się tylu,Ilu z nich może: lecz nikt mimo ciebie;Przestępstwo jego wszystkie jego dzieciWinnemi czyni, lecz twoja zasługa,Im przyliczona, rozgrzeszy tych wszystkich,Co zaufają w miłosierdziu twojem,I przeszczepieni w tobie, nowe życiePrzyjmą od ciebie. Tak, jako rzecz słuszna,Człowiek zapłaci za winę Człowieka.Osądzon będzie i umrze, lecz z śmierciPowstanie, a z nim zmartwychwstaną bracia,Za cenę jego najdroższego życiaKupieni. Miłość niebiańska naprawiW ten sposób dzieło piekielnej zawiści,Na śmierć wydając, przez śmierć i przez miłośćZbawiając to, co nienawiść piekielnaŁatwo zburzyła i wciąż burzyć będzieW tych, co choć mogą, nie przyjmują łaski.I choć się zniżysz do przyjęcia ludzkiejNatury, własnej nie umniejszysz przeto:Bo gdy w najwyższej błogości, na tronieRówny mnie, ze mną równo używającBoskości, wszystko to porzucasz, abyOd ostatecznej zguby świat ocalić,Bardziej z zasługi jeszcze, niźli z rodu,Jesteś za Syna Bożego uznany;Bo więcej dobroć Twoja, niźli wielkość,Albo wysokość wskazuje, czem jesteś;Obfitowała miłość w Tobie więcej,Niż chwała; wzniesie Cię upokorzenie
Do tego tronu, i z Tobą ród ludzki.Tutaj zasiądziesz wcielony, tu będzieszKrólować w chwale, jako Bóg i Człowiek,Jako Syn Boży i Człowieczy, jakoKról namaszczony wszystkich światów: władzęWszelką ci daję; panuj po przez wieki,Oblecz się w swoje zasługi; pod Tobą,Jako pod Wodzem najwyższym, niech będąTrony, Potęgi, Panowania, Księstwa,Przed tobą niechaj pada na kolanaWszystko, co żyje w Niebie i na Ziemi,I co pod Ziemią w Piekle. A gdy w całymBlasku swej chwały zjawisz się w obłokach,Archaniołowie przez Ciebie posłaniSąd ostateczny ogłoszą: natychmiastGłos przeraźliwej trąby ze snu zbudziŻywych i martwych od najdalszych wieków,By wysłuchali wyroku wiecznego,Przy Tobie wtedy staną wszyscy święci,A złych aniołów i ludzi osądzisz.Wszyscy się schylą pod Twoim wyrokiem.Odtąd się zamknie Piekło zapełnione,Ogniem świat spłonie, a z jego popiołówPowstanie nowe Niebo, nowa Ziemia;W nich mieszkać będą wszyscy sprawiedliwi;Po utrapieniach przyjdą im dni złote,Owoce złotych czynów: radość, miłośćI prawda będą ich tryumfem. WtedyOdłożysz berło królewskie na stronę,Bo już nie będzie potrzebne: Bóg wszystkiem
Będzie we wszystkiem. A wy, Aniołowie,Wielbijcie Tego, który dla spełnieniaTych rzeczy, umrze. U wielbijcie Syna,I cześć mu złóżcie, tak jak mnie składacie!«Zaledwie umilkł Wszechmocny, wnet tłumyNieprzeliczone Duchów jednozgodnymOkrzykiem radość swoję objawiły.Niebo weselem brzmiało, słodkie hymny,Głośne hosanna naraz napełniłyKraje wieczności; ze czcią i z miłościąPrzed każdym tronem się chyląc, w oznakęAdoracyi swojej uroczystej,Rzucali złotem przetkane koronyI amarantem, nieśmiertelnym kwiatem,Co zakwitł w Raju, tuż przy drzewie życia,Raz, ale wkrótce dla grzechu CzłowiekaZnowu do Nieba został przeniesiony,Gdzie rosnął przedtem, i teraz tam rośnie,Kwiatami swemi wieńcząc źródło życia;Gdzie rzeka szczęścia samym środkiem NiebaToczy po kwiatach fale bursztynowe.Temi kwiatami, niewiędniejącemi,Duchy wybrane wiążą swe kędzioryJasne, splatając je z promieni wieńcem.Teraz pawiment niebieski zajaśniałLuźnemi kwiatów zwojami, jak morzeJaspisu w róże purpurowe zdobne.Potem, na nowo uwieńczywszy głowy,Duchy za harfy wzięły, wiecznie strojne,Błyszczące przy ich boku, jak kołczany,
I po przygrywce słodkiej świętym śpiewemWzbudziły zachwyt, bo śpiewali wszyscy,A żaden głos nie zmącił melodyi:Taka we wszystkiem zgodność jest w Niebiosach.Pierwszy śpiew Tobie, Ojcze Wszechmogący,Niezmienny, królu wieczny, nieśmiertelny,I nieskończony, Stwórco wszechstworzenia,Źródło światłości, a sam niewidzialnyW jasności chwały, wśród której zasiadaszNa niedostępnym tronie; a choć blaskiTwoich promieni przysłonisz obłokiem,Jakby kaplicą, rażą one NieboTak, iż przejasne nawet SerafinyPrzed tron twój idąc, zasłaniają oczyObu skrzydłami. Potem opiewaliCiebie, coś wszelkie poprzedził stworzenie,Jednorodzony Boskości Obrazie,W którego licu Ojca WszechmocnegoBlask się przejawia bez żadnej osłony,Taki, iż żadne z stworzeń go nie zniesie;Na Tobie jego odbija się chwała,W Tobie się jawi pełność jego Ducha,Twą ręką stworzył on Nieba NiebiosówI wszystkie, jakie w nich żyją, Potęgi;A buntownicze obalił przez Ciebie!Nie oszczędzałeś w dniu tym strasznych gromówTwojego Ojca, ani się zatrzymałTwój wóz płomienny, co wstrząsnął posadyWieczyste Nieba, kiedyś go prowadziłPo karkach wrogich Aniołów w rozbiciu.
Wracającego z pogoni NiebieskieZastępy Ciebie tylko uwielbiały,Synu ojcowskiej mocy, coś straszliwymPogromem skruszył Jego nieprzyjaciół.Nie tak surowo ukarany CzłowiekPrzez nich skuszony. Ojcze miłosierdzia,Tyś ku litości więcej się przychylił;Jak tylko Syn Twój kochany, jedyny,Spostrzegł, że nie chcesz zbyt surowo karaćSłabego człeka, że Twą litość budzi,Zaraz, by gniew Twój uśmierzyć, zakończyćW obliczu Twojem dostrzeżoną walkęSprawiedliwości z litością, nie baczącNa stan szczęśliwy, jakiego zażywaPo Twej prawicy, ofiarował życieZa grzech Człowieka. Miłość bezprzykładna!Miłość zaiste boska! Sława Tobie,O Synu Boży, Zbawicielu ludzi!Twe imię odtąd przepełni me pienia,I harfa moja nigdy nie przestanieWielbić Cię, wielbić wespół z Ojcem Twoim!Tak w Niebie, ponad gwiazd sferami szczęsneGodziny mknęły wśród hymnów radości;Tymczasem stanął Szatan na sklepieniuNieprzezroczystem okrągłego świata,Które oddziela Chaos i Noc starą,A pod niem słabsze światła bieg swój toczą.Zdala kuliste, teraz się wydałoJakoby stałym i obszernym lądem,Ciemnym, bezpłodnym, dzikim, a okrytym
Martwą, bezgwiezdną nocą, wystawionymNa wciąż grożące Chaosu zawieje;Tylko od strony Empirejskich Niebios,Choć oddalonych, słabe światło wnikaW powietrze, w którem mniej już huczą burze.Tu Szatan wyszedł na obszerne pole,Jak sęp z Imaus, przy którego szczycieŚnieżnym koczują Tatarzy, opuszczaKraj, gdzie spotyka rzadki łup, na wzgórzaPełne trzód tłustych dąży, by się objeśćMięsem jagniątek, albo koźląt młodych,Potem do źródeł rzek indyjskich leci,Gangesu albo Hydaspu, a w drodzeNa Serikany goły step zapada,Gdzie Chińczyk w lekkich swych wózkach ze trzcinyPędzi, na wiatry wystawiwszy żagle:Tak na tem wzdętem morzu piasku SzatanKroczył samotny, upatrując łupu.Samotny, bo tam innego stworzeniaŻywego ani martwego nie było. —Jeszcze nie było, lecz gdy dzieła ludziGrzech wskroś próżnością przejął, naleciałoTu z ziemi, jakby wyziewy powietrzne,Wszystko, co marne, i ci, co w marnościachNadzieje chwały swojej zasadzali,Lub szczęścia w życiu ziemskiem lub niebieskiem;Co otrzymali nagrodę na ziemi,Za zabobonność i ślepą żarliwość;Lub co szukali tylko ludzkiej chwały,Tutaj swych czynów znajdują zapłatę,
Tak marną jak ich czyny; tu PrzyrodyNiedokończone, poronione płody,Albo potworne, cudackie, gdy skończąByt ziemski, lecą tu, tu się błąkająDo ostatniego swego znicestwienia;Nie na księżycu, jak było mniemanie:Jego srebrzyste pola zapełniająLepsi mieszkańcy, duchy szlachetniejsze,Pośrednie między naturą anielskąA ludzką. Niegdyś stąd na ziemię przyszłyZ nieprawych związków zrodzone Olbrzymy,Syny i córki, i świat napełniłyWielu czynami próżnemi, natenczasJednak sławnemi. Naprzód budownicyOwi Babelu na dolinie Sennar,I ci, co teraz gotowiby wznosićNowe Babele, brak im tylko środków.Szli inni luzem: ten, co chętnie skoczyłW płomienie Etny, byle mógł uchodzićZa boga, znany Empedokles, drugi,Kleombrot, co się rzucił w morze, abyMógł się napawać bytem elizejskimPlatona; innych wielu pomijamy.Tu się gromadzą, odludki, szalbierze,Gimnosofiści, augurzy, bonzowie,Wieszczkowie z całem oszukaństwem swojem;Tu pełno owych pielgrzymów szalonych,Co karawaną długą przez pustynieChcą zdobyć niebo rozkoszy zmysłowych;I tych, co licząc na apoteozę
W godzinie śmierci, pochlebiali sobie,Że wkrótce w rzędzie bogów siedzieć będą:Mijają siedem planet, gwiazdy stałe,I ową sferę kryształową (któraWahaniem swojem tworzy drganie planet,Co było rozpraw rozlicznych przedmiotem),W próżnem mniemaniu, że poza tem NiebemOstatniem, ruch swój nadającem innym,Czeka ich jakieś bóstwo, aby OlimpOtworzyć dla nich; stawią śmiałą nogęNa próg niebieski, tymczasem gwałtownyWirowy wicher zmiata ich w przestworyDziesięć tysięcy mil opodal; z nimiLecą niesione wiatrem, roztrąconeZaczarowane pierścienie, bożyszcza,Tłum talizmanów różnych, amuletów,Bałwanów i ich wielbicieli roje:Wiatr ich unosi po za świat, daleko,W otchłań, nazwaną Rajem głupców, niegdyśZnanym powszechnie, teraz wyludnionym.Gdy ten posępny świat napotkał Szatan,Szedł przezeń długo, aż widząc brzask lekki,Ku niemu zwrócił utrudzone kroki,Spostrzega w dali wysoką budowę,Co szła piętrami aż do murów Nieba;Na jej wierzchołku coś jak królewskiegoPałacu brama, tylko że bogatsza:Fasada złotem i dyamentamiZdobna; drogiemi kamieniami WschoduIskrzył się portyk: podobny na ziemi
Wznieśćby się nie dał, ani namalować.Schody, jak owe w Jakóba widzeniu,Z wstępującemi i zstępującemiAnioły, kiedy do Padan-AramuUciekał trwoźny przed bratem Ezawem,I pod odkrytem niebem spał na poluW Luzie; tam, ze snu powstawszy, zawołał:»To jest do Niebios brama!« Każdy stopieńMiał tajemnicze znaczenie, czasamiNiknęły schody, wciągnięte do Nieba.U dołu jasne morze jaspisowe,Albo jak z pereł płynnych falowało;Tych, co pod żaglem na niem przybywaliZ ziemi, wznosili w górę Aniołowie,Albo na drugi brzeg morza przeprawiałWóz zaprzężony w ogniste rumaki.Schody w tej chwili były opuszczone,Może, by wejścia łatwego spróbowałSzatan, i mocniej odczuł wykluczenieSwoje od bramy szczęśliwości wiecznej.Prosto naprzeciw schodów z dołu drogaSzła ponad błogą Raju okolicąKu Ziemi, droga szeroka, o wieleSzersza, niż w czasach późniejszych przez góręSyonu, albo Ziemię Obiecaną,Tak miłą Bogu, droga, którą z woliI rozkazania Bożego AniołySzły, nawiedzając szczęsne pokolenia;Które też Boskie oko nawiedzałoChętnie, od źródła Jordanu, Panei,
Aż do Bersabe, granic Ziemi Świętej,Aż do Egiptu i Arabii brzegów:laki był otwór światłu, takie krańceCiemności, jakby brzegi oceanu.Stąd Szatan, stojąc na najniższym stopniuSchodów złocistych, wiodących do Nieba,Naraz spojrzeniem jednem świat ten całyObjął zdziwiony. Tak po całonocnejWśród niebezpieczeństw drodze, przez pustynie,Szpieg, gdy nareszcie o świcie dnia stanieNa jakiem wzgórzu wyniosłem i zoczyNiespodziewanie kraj obcy a piękny,Nieznany dotąd, lub sławnej stolicyBłyszczące wieże i blanki, złoconePromieńmi słońca o wschodzie, równegoDozna zdziwienia; chociaż Czart złośliwy,Co znał już Niebo, raczej zawiść uczułNa widok świata w całym blasku piękna.Patrzy dokoła (a łatwo to czynićMógł, stojąc ponad kulistą zasłonąNocy), od wschodu, gdzie gwiazdozbiór Wagi,Aż do Barana, co poza widnokrągI przez ocean Atlantycki poniósłCórkę Cefea; tak świat rozpatrzywszyWszerz od bieguna do bieguna, leciProsto przed siebie w pierwsze sfery świata;Powietrzem czystem, pomiędzy gwiazdamiNiezliczonemi, żegluje swobodnie.Gwiazdami były zdala, ale bliżejŚwiatami, albo wyspami błogiemi,
Jak Hesperydy, sławione przed wieki.Szczęśliwe pola i gaje i błoniaKwieciste, wyspy po trzykroć szczęśliwe,Lecz kto szczęśliwym mieszkańcem? DochodzićNie chciał Dyabeł. Nad temi światamiNęciło jego oczy słońce złote,Najpodobniejsze blaskiem swoim Niebu.Tam bieg swój zwraca (lecz w górę czy na dół,Do środka, albo odśrodkowym pędem,Trudno powiedzieć, lub wskazać na stopieńGeograficzny długości), gdzie wielkaBłyszcząca kula ponad gromadamiGwiazd mniejszych, które w należytej daliOd jej władczego oka blask przyjmują,Dni określają, miesiące i lata,Tańcem miarowym pędząc naokołoTego ogniska życia, lub pędzoneMagnetycznemi jego promieniami,Niewidzialnemi, chociaż grzeją światy,I tajne siły ślą nawet w ich głębią:Takie cudowne słońca stanowisko.Tam wylądował Czart, była to plamaNa świetnej tarczy słońca, jakiej możeŻaden astronom przez optyczną tubęNie widział nigdy. Miejsce mu się zdałoNad wszelki wyraz widne, niedająceRównać się z niczem na ziemi, ni z kruszcem,Ni też z kamieniem; nie we wszystkich działachJednakie, ale wszędzie napełnionePromieniejącem światłem, do żelaza
Rozpalonego podobnem; jeżeliKruszec, to w części zdał się złotem, w częściSrebrem, jeżeli kamień, to karbunkuł,Albo chryzolit, rubin, albo topaz,Nakształt dwunastu owych, co świeciłyW racyonale Arona, a możeTen w wyobraźni jedynie widzianyLub mu podobny, którego na ziemiFilozofowie szukali daremnie;Daremnie, chociaż siłą swojej sztukiMogli lotnego Merkurego związać,Nawet morskiego Proteusza, kształtyNajrozmaitsze przybierającego,Gdy przepędzili przez alembik, mogliZmusić, by stanął w kształcie przyrodzonym.Cóż więc dziwnego, że tu pola, niwyCzysty eliksir zioną, w rzekach płynieZłoto do picia zdatne, kiedy wielkiÓw chemik, słońce, choć od nas daleki,Z wilgocią ziemi, łącząc swoję siłę,W jej ciemnej głębi wytwarza przedmiotyBlaskiem i barwą tak niepospolite?Nowe widoki nie olśniły Czarta,Daleko sięga wzrokiem, który przeszkód,Ni cienia tutaj nie spotyka wcale,Lecz czyste światło, takie, jakie rzucaSłońce w południe na samym równiku,Tu prostopadle idzie zawsze w górę,Żaden więc przedmiot, choć nieprzezroczysty,Nie może rzucać cienia; a strzeń czysta
Wzrok zaostrzała na wielką odległość.Dostrzegł też Szatan w tym blasku Anioła,Tego, którego już w późniejszej dobie,Apostoł święty widział także w słońcu.Chociaż plecami zwrócon, jaśniał cały;Na jego głowie świeciła tyaraZ promieni słońca, jasnych włosów faleNa uskrzydlone barki mu spływały;Zdawał się ważną czynnością zajęty,Albo w głębokich myślach pogrążony.Spotkaniu rad był Szatan w tej nadziei,Że znalazł kogoś, co mu wskaże drogęDo Raju, błogiej siedziby Człowieka,Celu podróży jego, a początkuNaszej niedoli. Lecz wprzód swoje kształtyPrzemienia, by mu nie przyniosły szkodyLub zwłoki: naraz jako młody Cherub,Niepierwszorzędny, idzie do Anioła.Uśmiech młodości niebiańskiej na twarzy,Wdziękiem właściwym cechują się członki;Tak umiał Szatan udawać; na głowieZ pod wieńca fale kędziorów spływałyZ obu stron twarzy, skrzydła różnobarwneMiał nakrapiane złotem, odzież lekkąPodkasał, jako podróżny, pręt srebrnyTrzymając w ręku, szedł śpieszno i skromnie.Usłyszał jego kroki Anioł jasnyI twarz promienną zwrócił, poznał Szatan,Że to Archanioł Uryel, z tych siedmiuStojących wobec Boga, tuż przed Jego
Tronem, gotowych na każde skinienie;Oczami Jego będąc, przez NiebiosaBiegną i na dół do Ziemi, zleceniaRoznoszą szparko przez lądy i wody.Szatan do niego zbliżył się i rzecze:»Tyś jest Uryel,« jeden z siedmiu Duchów,Co przed wysokim tronem NajwyższegoW światłości stoją, i pierwszym w NiebiosachJego rozkazów jesteś głosicielem.Tam wszystkie jego syny oczekująTwego poselstwa; i tutaj zapewneZ jego rozkazu, będąc NajwyższegoOkiem, oglądasz nowe Jego dzieło;I ja też, pragnąc niewypowiedzianieWidzieć cudowne Jego twory, głównieCzłowieka, Jego rozkosz i cel łaski,Któremu w darze cały świat ten nowyDany od Boga, opuściłem chóryCherubów, w drogę wyszedłem samotny.Jasny Serafie, powiedz mi, na którejZ tych kul świecących siedlisko Człowieka?Lub może zmienia pobyt, do wyboruMając je wszystkie? Chciałbym go odnaleść,Obejrzeć skrycie, lub jawnie podziwiaćTego, któremu Stwórca podarowałŚwiaty, na kogo wylał wszelkie łaski;Chciałbym w nim samym i w tem, co tam spotkam.Uwielbiać Sprawcę i Rządcę wszechświata,Co sprawiedliwie wygnał zbuntowanychSwych nieprzyjaciół do głębiny Piekła,
I, by nagrodzić ten ubytek, stworzyłLepiej mający mu służyć ród nowy,Człowieka. Mądre wszystkie Jego drogi.«Tak rzekł obłudnik chytry, niepoznany,Bo nie odróżni Człowiek, czy też AniołObłudy, która ze wszystkich złych rzeczyJedyna krąży w świecie niewidzialna;Widzi ją tylko Bóg, i ją dopuszcza.A bywa tak, iż chociaż Mądrość czuwa,Śpi Podejrzenie u bramy Mądrości,Zdawszy swój urząd w opiekę Prostocie;Bo Dobroć nic tam złego nie dopatrzy,Gdzie się nic złego samo nie wydaje.Tak i w tym razie oszukany zostałUryel, choć był rządcą słońca, chociażPośród niebieskich Duchów z przezornościNajwiększej znany: prośbie obłudnikaW szczerości serca w ten sposób wygodził.»Miły Aniele, chęć twoja poznaniaDzieł Bożych w celu uwielbienia StwórcyNie jest nagany godnem przekroczeniem,A im się większem zdaje przekroczeniem,Tembardziej chwalić ją należy; onaPoprowadziła cię samego w drogę,Abyś to widział, o czem w Niebie wieluSłyszało tylko i na tem przestało;Cudowne bowiem wszystkie Jego dzieła,Zadziwiające, — wielką jest rozkosząIch poznawanie i ich wspominanie.Lecz czyż stworzony umysł objąć może
Ich liczbę, albo mądrość nieskończoną,Co je wydała, i głęboko skryłaPierwsze przyczyny? Widziałem, jak massaBezkształtna, pierwsza materya świata,Na Jego słowo stanęła do ładu;Zamęt usłuchał Jego głosu, rozruchDziki poddał się rządom; nieskończonośćPrzyjęła szranki; drugie Jego słowoSpędziło ciemność, i stało się światło;Powstał porządek z nieporządku, skoroW swoich granicach osiadły żywioły:Ziemia, powietrze, ogień, woda; aleNajsubtelniejsze siły, w różne formyUkształtowane, wzniosły się do góry.Zaokrągliły się w nieprzeliczoneGwiazdy, co w ciągłym, jak widzisz, są ruchu,Każda w swem miejscu, każda w swoim biegu:Spokój dokoła świat ten opasuje.Spójrz na dół, kula, co z tej strony świeciBlaskiem odbitym, to Ziemia, siedliskoCzłowieka, światło nasze dzień tam stwarza,Bez niego nocby tam była, tak samoJak jest na drugiej półkuli; sąsiedniKsiężyc (tak zwie się gwiazda przeciwległa)Zaradza temu: co miesiąc swój obiegKończy i znów go w środku nieba wznawia,Trójkształtną twarz swą pożyczanem światłemNapełnia, aby opróżnić niebawem.Tak świecąc Ziemi, bladym swym połyskiemNa wodzy trzyma Noc. Tam, gdzie wskazuję,
Jest Raj, mieszkanie Adama, wysokieTe drzewa jego schronisku cień dają;Drogi nie chybisz, a mnie wzywa moja.«To rzekłszy, zwrócił kroki w inną stronę,A Szatan nisko skłonił się, żegnając,Jak jest zwyczajem w Niebie, że należnejCzci wyższym Duchom nikt nie zaniedbuje;Potem nadziei pełen, z ekliptykiPuścił się w dół ku ziemi stromym pędem,Liczne w powietrzu zataczając koła,Aż wreszcie stanął na szczycie Nifaty.
O gdyby pierwsi rodzice słyszeliÓw wyszły z Nieba głos ostrzegający:»Biada wam synom ziemi!« który słyszałW Apokalipsie Jan Apostoł, kiedySmok wyrzucony wrócił po raz drugi,Wściekły, szukając na ludziach odwetu;Gdyby go pierwsi rodzice słyszeli.Wcześnie o przyjściu wroga ostrzeżeni,Uniknęliby jego sideł zgubnych;Bo teraz przyszedł Szatan pełen złości,Kusiciel naprzód, potem oskarżycielRodu ludzkiego, aby na niewinnym,Słabym człowieku mścić się za przegranąBitwę i swoję ucieczkę do Piekła.Jednak nie cieszy się swem powodzeniem,Choć tak zuchwały był dopóki zdala;Teraz nie chełpi się strasznym zamachem,Co się gotuje w piersi skotłowanej,I jak machina piekielna się cofa
Przed wybuchnięciem: strach i wątpliwościDręczą zmącone myśli; wre w nim PiekłoAż do dna duszy, bo je przyniósł z sobą;Ono otacza go: choć zmienia miejsce,Nie wyjdzie z Piekła, tak, jak i od siebieUciec nie może. Sumienie drzemiąceAż dotąd, teraz budzi rozpacz, budziGorzką myśl o tem, czem był, a czem został,I czem ma zostać — gorszym, a po gorszychCzynach nastąpić muszą gorsze męki.Czasami zwraca oczy zasmuconeNa Eden, przed nim rozkosznie błyszczący,TuTo znów ku Niebu, gdzie słońce u szczytuPołudniowego stało w całej mocy,I ważąc myśli, tak mówi z westchnieniem:»Ty, co tak wielkim blaskiem uwieńczone,Na swoje państwo niepodzielne patrzysz,Jak Bóg nowego świata; wszystkie gwiazdyGdy spojrzysz, kryją umniejszone głowy;Do ciebie zwracam głos mój nieprzyjazny,Słońce, powiadam ci, że nienawidzęTwoich promieni, bo przypominająW jaki stan wpadłem, a jak niegdyś świetnyPo nad twą sferą byłem, póki dumaI gorsza od niej pycha nie strąciłyMnie w dno przepaści. Walka w Niebie przeciwNiezrównanemu Królowi Niebiosów!O co? Nie taka wdzięczność należałaOdemnie, bo mnie stworzył tem, czem byłemU szczytu chwały, a łask swoich nigdy
Mi nie wymawiał; służba była lekka,Bo cóż lżejszego, jak wznosić mu dziękiI uwielbienia należne? Lecz wszystkieTe łaski w zło się obracały we mnieI złość budziły; wzniesion tak wysoko,Niepodległości chciałem; krokiem wyżej,Sądziłem, będę najwyższym, i w jednejChwili uwolnię się z wdzięczności długuBezgranicznego, ciężkiego, bo ciągleSpłacając, ciągle w długu pozostaję:Niepomny tego, żem ciągle dostawał,Nie rozumiejąc, że kto wdzięczność czuje,Dłużny bez długu, ale spłaca ciągle,I zadłużony i zwolniony razem.Jakiż więc ciężar? O, gdyby był raczejW potędze swojej uczynił mnie jakimNiższego rzędu Aniołem! SzczęśliwyByłbym: nadzieje, nieznające miary,Nie budziłyby pragnienia zaszczytów...Czy tak byłoby? A inna Potęga,Równa mi w mocy mogłaby bunt wzniecić,I mnie, jakkolwiek małoznaczącego,Na swoję stronę wciągnąć; lecz PotęgiInne, choć wielkie, nie upadły, stojąNieporuszone, przeciw pokuszeniomWszelkim wewnętrznym i zewnętrznym zbrojne.Ty czyś miał wolną wolę; czyś miał siłęDo trwania? Miałeś. Kogóż zatem winiszLub co oskarżasz? Chyba miłość wolną,Którą zarówno wszystkim Niebo daje?
Więc miłość jego niech będzie przeklęta!Miłość, nienawiść, zarówno mi niosąWieczne cierpienia. Nie, ty sam przeklętyBądź, bo naprzekór jego woli twojaWybrała to, co potępiasz tak słusznie.Biada mi! W którą stronę zwrócę kroki,Gniew bezgraniczny i rozpacz bez granic;Wszędzie jest Piekło; ja sam jestem piekłem;W największej głębi jeszcze większa głębiaGrozi pożarciem rozwarta szeroko:Wobec niej piekło, którem cierpiał dotąd,Niebem się zdaje. Och, sfolguj nareszcie!Czyż nic nie nada żal, ni przebaczenie?Nic bez poddania się, a słowo wzgardaBroni mi tego, i obawa wstyduWobec wspólników w otchłani, skuszonychObietnicami memi, samochwalstwem,Że zawojować zdołam Wszechmocnego.Biada mi! Oni nie wiedzą, jak ciężkoZa tę chełpliwość próżną pokutuję,Jakie cierpienia dręczą moje łono.Gdy hołd przyjmuję na tronie piekielnym,Im wyżej wznosi mnie dyadem, berło,Tem niżej spadam, tylko nędzą wielki.Takie rozkosze pychy! Ale choćbymMógł wzbudzić skruchę, choćbym aktem łaskiMógł do dawnego wrócić stanu; rychłoZ potęgą dawną wróciłyby myśliWysokolotne: rychłobym odwołałTo, com w udanej zaprzysiągł pokorze!
Pomyślność za nic miałaby te śluby,Jako czynione w bólu, wymuszone.Nigdy nie wróci szczere pojednanieTam, gdzie śmiertelna nienawiść tak wielkieRany zadała; tylko do gorszegoZłamania wiary toby mnie zawiodłoI do niższego upadku; drogobymZdwojonym bólem kupił ulgę krótką.Wie to Pogromca mój, nie daje miru,I ja też wcale o pokój nie żebrzę.Niema nadziei! Zamiast odrzuconychNas i wygnanych, stworzył ulubieńcówNowych, ród ludzi, i świat dla nich nowy.Zatem nadziejo żegnaj, i obawo,I skrucho żegnaj! Niema was już dla mnie.Złe, ty bądź moim Bogiem, niech przynajmniejPrzez ciebie władzę z królem Niebios dzielę,Przez ciebie może więcej niż połowęKrólestwa zyskam; o czem niezadługoDowie się człowiek i cały świat nowy.«Mówił, a każda namiętność kolejno,Gniew, zawiść, rozpacz, twarz mu wykrzywiałyWydając kłamstwo, jeśli jakie okoNań spoglądało, bo serca niebiańskieNie podlegają takim zaburzeniom;Stłumił je. wkrótce wielki mistrz obłudy,I przybrał pozór spokojny: on pierwszyZaczął ubierać fałsz w barwę świętości,By nią pokrywać złość i żądzę zemsty.Niedość był zręczny jednak, by Uryela
Oszukać, gdy już baczność jego zbudził:On patrzał za nim, widział, jak osiadłszyNa assyryjskiej górze, twarz odmieniłW sposób u duchów błogich niebywały,Jak dziko miotał się, srożył szalenie,W pewności, że nikt nie patrzy na niego.I znów się puścił w drogę, na EdenuGranicy stanął, gdzie wdzięcznego RajuZielone szańce wieńczyły szczyt góryStromej, jej boki obrastał gąszcz dzikiNie do przebycia, a nad niem cień niosłyDrzewa niezmiernej wysokości: cedry,Jodły i sosny, palmy rozłożyste;Szły ich szeregi ponad szeregamiCień ponad cieniem dając, i tworzyłyWidoki leśne niezrównanej krasy.Lecz wyżej nad ich szczyty się wznosiłoZielone wzgórze Raju; z niego mieliRozległy widok nasi prarodziceNa swoje państwo położone niżej.Ponad tem wzgórzem jeszcze biegły kołemRzędy najlepszych drzew, pełnych owocówNajsmakowitszych; owoców i kwiatówTuż obok siebie, w różne barwy zlanych:Słońce w nich piękniej tkało swe promienie,Niźli w wieczornej chmurze, albo w tęczy,Gdy dźdżem ożywczym Pan Bóg ziemię rosi...Tak wdzięczny był ten krajobraz; powietrzePrzedziwnie czyste spotyka przychodniaBudzi w nim rozkosz i wesele wiosny,
Wypędza z duszy wszelkie smutki, żale,Oprócz rozpaczy. Łagodne wietrzykiNa wonnych skrzydłach roznoszą zapachy,Szepcąc, skąd wzięły zdobycz balsamiczną.Jak żeglujący dokoła PrzylądkaDobrej Nadziei, gdy miną Mozambik,Jeśli poniesie wiatr północno-wschodniWonie sabejskie z brzegów ArabiiSzczęśliwej, radzi takiemu spotkaniu,Zwalniają biegu, a przez długie mileŚle im rozkoszną woń Ocean stary.Raczył się nią i Szatan, choć przychodziłJako zatruwacz jej, raczył się lepiejNiż Asmodeusz, gdy palonej rybyDym mu dokuczył: chociaż zakochany.Uciekł od Sary, żony Tobiasza,Z Medyi zbiegłszy ukrył się w EgipcieI tam zakowan. Na stromą i dzikąGórę wstępował Szatan zamyślonyI wolnym krokiem: gąszcz przeciął mu drogę.Krzaki cierniste, paprocią podszyte,W nierozerwaną całość się splątały,Człeka ni zwierza nie puszczając dalej.Jedna tam była brama ku wschodowiZ drugiego boku; gdy ją ujrzał Szatan,Wejść nią nie raczył, ale wznak pogardyPrzeskoczył lekkim susem wszystkie szrankiWału i wzgórza, i stanął w pośrodku.Tak wilk drapieżny, gdy mu głód doskwiera,W nowe obszary idzie, szuka łupu,
Czyha w zasadzce, aż owczarz wieczoremZapędzi trzodę do hurty wśród pola,Wnet przez zakole skacze między owce;Albo jak złodziej, łakomy na skarbyObywatela z bogactw słynącego,Widząc drzwi grube, sztabami okute,Mocnym wrzeciądzem zaparte, próbujeOknem się wdrapać, lub spuścić kominem:Tak wpadł ten wilk i złodziej do owczarniBożej, tak odtąd podłe najemnikiPną się do Jego świętego Kościoła.Podleciał z ziemi, i w postaci krukaOsiadł na drzewie Życia, w samym środkuRaju stojącem, ze wszystkich najwyższem,Lecz nie pozyskał prawdziwego życia,Śmierć układając dla żywych, nie myślałO drzewa tego mocy życiodawczej:Wziął za czatownią, co dobrze użyteNieśmiertelności rękojmię dawało.Prócz Boga, mało kto zna cenę dobra,Jakie spotyka, i najlepszych rzeczyNa złe używa, lub z nich nie korzysta.Teraz pod sobą z podziwem oglądaJakie rozkosze zebrane dla człeka.Wszystkie bogactwa przyrody tu były,A nawet więcej, bo Niebo na ziemi!Raj to był ogród, który Bóg założyłNa wschód Edenu, a ten swe graniceMiał od Auranu aż do SeleucyiWieżyc, przez greckich królów zbudowanych.
Dawno przed nimi tu Edenu dzieciZamieszkiwały w kraju Telassara.Na tej rozkosznej ziemi Bóg utworzyłJeszcze piękniejszy ogród. W żyznej glebieNajszlachetniejsze gatunki drzew rosły,Nęcące oczy, smak i powonienie.W pośród nich stało wielkie Drzewo Życia,Pełne owoców z roślinnego złota,Ambrozyjskiego smaku; obok życiaŚmierć nasza, rosło drzewo Wiadomości:Wiadomość dobra drogo okupiona,Bo wiadomością złego. W południowymEdenie rzeka płynęła szerokaI nie zmieniając kierunku, pod górąLesistą nikła: Bóg rzucił tę góręJako podstawę swojego ogroduPonad prądami wód, by nasycałyGrunt równomiernie wilgocią, a w górzeWytryskiwały, jako świeże źródła,I ponikami licznemi zraszałyOgród, a potem złączone, z urwiskaSpadały z drugiej strony góry w rzekę,Opuszczającą podziemie, tworzącąOdtąd ogromne cztery rzeki, w różneStrony płynące, przez różne królestwaI okolice, których tu wymieniaćNie ma potrzeby; wolę opowiedzieć,Jeżeli sztuka wyrazić to zdoła, —Jak szafirowe to źródło ruczajeLało po perłach i po piasku złotym,
Te w dal w tysiącznych zwrotach i zakrętach,W cieniu schylonych drzew niosły nektary,Żywiąc roślinę każdą, wszystkie kwiatyGodne ozdabiać Raj, a nie sadziłaIch ogrodnicza sztuka w osobliwychGrzędach, lecz hojna Przyroda płodziła.Na wzgórkach, błoniach, niwach i dolinach,Gdzie słońce ranne promieńmi pierwszemiOgrzewa pola otwarte, a gąszczeNieprzeniknione żar południa spieka.Szczęśliwa ustroń sielska, rozmaitychWidoków pełna: w gajach jedne drzewaSączą żywice balsamicznej woni,Na innych świecą złocistą łupinąOwoce smaku wytwornego. BaśniTu Hesperyjskie w prawdę się zmieniają.Owdzie trawniki, równiny, odłogiPełne trzód, miękką szczypiących murawę,Indziej palmowe wzgórza; tam dolinęPrzerzyna strumień, kryje go moc kwiatówRozlicznej barwy; tam róże bez ciernia.Gdzieindziej grotty, dające chłód miły,Na nich winorośl rozciąga swe wiciBujne a zdobne w grona purpurowe.Z pagórków szemrząc spływają potoki,I rozpraszają wody, albo tonąW jeziorze, które za zwierciadło służyWieńczonym w mirty brzegom kędzierzawym.Brzmią ptasząt chóry; wiosenne podmuchyWoń pól i gajów niosą, szmerem liści
Wtórują, a Pan pląsając z HoramiI Gracyami, wieczną wiedzie Wiosnę.Ani powabne Enny okolice,Gdzie Prozerpinę, zbierającą kwiaty,Nad kwiat piękniejszą zerwał Pluton smutny,Matce Cererze zadając trud ciężkiSzukania w całym świecie córki drogiej;Ani gaj miły Dafny przy Oroncie,Ani kastalskie Źródło poetyckieZ Rajem Edenu nie da się porównać;Ani Nizejska wyspa, którą rzekaTryton oblewa, kędy Cham, AmmonemZwany, a także Jowiszem Libijskim,Przed laty ukrył Amalteę wespółZ młodym Bachusem, jej kwitnącym synem,Przed złością Rei, macochą okrutną.Ani się równać mogą z tym ogrodemWzgórza Amary, skąd ród wiodą króleAbisynii, miane przez niektórychZa Raj prawdziwy, pod Etyopskiem słońcem,U źródeł Nilu, objęte skałamiNa liczne doby drogi wysokiemi.W tym assyryjskim raju Szatan chmurnyPatrzał na wielką wesołość dlań nowychI dziwnych stworzeń żywych; z których dwojeSzlachetniejszemi kształty wyróżnione,Prostej postawy, jak bogi podniosłe,W majestatycznej nagości, panowaćTu się zdawały nad wszystkiem stworzeniem;I godne tego snadź były, albowiem
W ich boskim wzroku odbijał się obrazIch Stworzyciela, prawda, mądrość, świętośćCzysta, surowa, lecz w dziecka swobodzieObjawiająca się; w ludziach znamieniemJest dostojności, prawdziwej powagi.Nierówni byli jednak, i w zewnętrznymKształcie odmienni i w usposobieniu:Jedno obrazem rozwagi i męstwa,Drugie słodyczy, łagodności, wdzięku,On sam przed Bogiem, ona przezeń tylko.Jego wysokie czoło i wzrok górnyZnaczyły siłę panowania; płoweZ rozdzielonego ciemienia kędziory,Bujno na barki szerokie spadały,Męski mu wygląd nadając. Jej włosyZłocistą falą po za smukłą kibić,Jakby zasłona spływały swobodnieW swawolnych zgięciach, podobnych wypustkomWinnej macicy wijącym się, znaczącPoddanie, ale łagodnemu władcy;Uległość, gdy jest wdzięcznie przyjmowana;Chętność z nieśmiałem a dumnem poddaniem,Z słodkiem, miłości pełnem, ociąganiem.Nieosłonięci niczem byli wtedy,Wstyd nie czuł winy; bezwstydem byłobyWstydzi się tego, co natura dała.O, nieszlachetny wstydzie, płodzie grzechu,Jakżeś zamącił wszystko człowieczeństwoPłonnym pozorem czystości, gdyś wygnałZ życia człowieka najszczęśliwsze dary,
Prostotę, wespół z niewinnością świętą!Szli nago dalej, nie bojąc się wzrokuBoga, Aniołów, bo nic złego w myślachIch nie postało, szli tak ręka w rękę,Najpowabniejsza para, jaką kiedyUścisk miłosny połączył na świecie.Adam nad wszystkie późniejsze swe synyWiększej urody; piękniejsza od wszystkichCór swoich Ewa.Na miękkiej darninieW cieniu drzew mile szemrzących, nad źródłemPo ogrodniczej pracy w takiej mierzeUtrudzającej, że im pożądanyBył chłód wieczorny, napój i posiłek,Siedli do smacznych jak nektar owoców,Które im same gałęzie chyliły.Wsparci o ławę darniny puszystejRóżnobarwnemi kwiaty przetykanej,Jedli soczystą miazgę, a łupinąCzerpali wodę z pieniącego źródła.Dużo tam było żartów i uśmiechów,Młodzieńczych pieszczot, jak przystało parzeNadobnej, węzłem małżeńskim związanej,Szczęsnej, samotnej. Dokoła igrałyWesoło wszystkie zwierzęta, co terazKryją się w lasach, pustyniach i norachPodziemnych. Skakał lew z koźlęciem w parze,Niedźwiedzie, rysie, tygrysy, lamparty,W susach pociesznych; aby rozweselićSwych władców; ciężki słoń zwijał swą trąbę
Giętką, wąż wsuwał się gładko, pochlebnie,I wiążąc ogon swój w gordyjskie sploty,Niebacznie składał im dowody rzadkiejA niebezpiecznej chytrości. ZwierzętaPrzeżuwające leżały na trawieSyte, spokojnie patrząc przed się; słońceŚpiesznie dążyło do wysp Oceanu;Po drugiej stronie nieba wstępowałyGwiazdy, odźwierny Wieczór je wprowadzał;A Szatan, co wciąż na tem samem miejscuStał zapatrzony, odzyskawszy wreszcieMowę, wykrzyknął: »O Piekło, co widzęKu utrapieniu? W siedzibie błogościNaszej stworzenia innego pierwiastkuW takiej godności! Może dzieci ZiemiNie duchy, ale mało pośledniejszeOd jasnych duchów w Niebie; myśli mojeZ podziwem ku nim dążą, by ich kochaćTak żywo boskość błyszczy w ich postaci,Takim je wdziękiem przyodziała ręka,Co je stworzyła. Ach, nadobna paro,Ani przeczuwasz, jak nagła odmianaZagraża tobie, jak cała ta błogośćNiebawem zniknie, w żałość się obróci, —W żałość tem większą, im większa dziś radość.Szczęśliwi! Ale nie na długo szczęścieWam przeznaczone; to błogie siedlisko,To wasze niebo, słabo, jak na niebo,Obwarowane przed nieprzyjacielem,Jaki tu wkroczył teraz; lecz nie jestem
Zdeklarowanym wrogiem waszym, mógłbymLitość czuć dla was, biednych, chociaż dla mnieNiema litości; przymierza waszegoSzukam, przyjaźni wzajemnej, tak ścisłej,Że odtąd z wami ja, albo wy ze mnąMieszkać będziecie; może ma siedzibaNie tak spodoba się wam, jak Raj piękny,Ale przyjmijcie to dzieło rąk StwórcyWaszego, jak ja chętnie je wam daję.By podejmować was, Piekło otworzyNajszersze swoje wrota, chętnie wyśleNa powitanie wasze wszystkich swoichKsiążąt, a miejsca będzie u nas dosyć,Nie tak, jak w ciasnym tym kącie, by przyjąćPrzeliczne wasze potomstwo. Kraj lichy?Dziękujcie temu, co mnie zmusił do tejOdpłaty na was, niewinnych, za tegoKtóry mnie skrzywdził. I chociaż mnie wzruszaWasza bezbronna prostota, lecz ważneRacye stanu, honor, dobro państwa,I przez zdobycie tu nowego świataSpełnienie zemsty, zmuszają mnie czynićTo, czem się brzydzę, chociaż potępieniec.«Tak mówił Szatan, wymówką tyrana,Swe dyabelskie czyny, koniecznością,Tłómacząc. Potem z wysokiego drzewaSpuścił się między hasające stadaZwierząt rozlicznych, raz taki, raz innyKształt przybierając, coraz się podsuwał,By zamierzony łup obejrzeć zbliska,
I bez zwrócenia uwagi rozpoznaćZ mowy i czynów, jakiej jest natury.Raz jak lew kroczy z płomiennem wejrzeniemTo znów jak tygrys, co przypadkiem zoczyłDwie młode sarny, igrające w knieiTo się na brzuchu czółga, to powstaje,I zmienia miejsce, poszukując skądbyNajpewniej można niespodzianym skokiemChwycić obiedwie w swe łapy; w tem Adam,Najpierwszy człowiek, do Ewy, najpierwszejNiewiasty, zaczął mówić: Szatan chciwieSłuchał tych nowych dlań wyrażeń myśli.»O towarzyszko jedyna, co dzieliszZe mną te wszystkie rozkosze, a droższaNiż one wszystkie mi jesteś, PotęgaCo nas stworzyła i dla nas świat całyMusi być dobrą bez granic, i szczodrąTak niezmierzenie, jak jest niezmierzoną.Z prochu nas wzniósłszy, umieściła tutaj,W tej pełni szczęścia, choć niezasłużonych,Chociaż nic dla niej uczynić nie zdolnych;Jeden nam tylko dała nakaz, łatwyDo wypełnienia; »Ze wszystkich drzew RajuTak rozmaite, wytworne owoceWolno wam jeść, prócz z drzewa Wiadomości,Które wyrasta tuż przy drzewie Życia.«Tak blisko śmierć przy życiu, niewątpliwieŚmierć musi być czemś strasznem, bo, wiesz dobrze,Bóg wyrzekł: śmiercią umrze, kto spożyjeOwocu z tego drzewa. Taki tylko
Znak posłuszeństwa naszego nałożył,Wśród tylu znaków nadanych potęgiI panowania nad wszelkiem stworzeniemNa ziemi, w morzu i w powietrznych sferach.Niech więc ten mały zakaz nam nie będzieTrudnym, gdy mamy wolność używaniaWszystkich tych innych rzeczy, i rozkoszyRozlicznych wybór nieograniczony,Czcijmy Go, zawsze chwalmy dobroć Jego,Spełniajmy nasze łatwe zatrudnienieCzyszczenia roślin, hodowania kwiatów,Co choćby było mozolne, przy tobieSłodkiem się wyda.« A Ewa mu na to:»Ty dla którego i z którego jestemStworzona, ciało z twego ciała, nie mamCelu bez ciebie, przewodniku, panie,Coś rzekł jest słuszne, mądre, sprawiedliwe.Zaprawdę, Jemu należy się chwała,I dzięk codzienny, odemnie szczególniej,Co większy nadział mam szczęścia, mam ciebie,Górującego tylu przymiotami,Gdy ty istoty równej sobie nigdzieNie znajdziesz. Często pamięć mi przywodziMe przebudzenie pierwsze. W cieniu kwiatówLeżałam, dziwiąc się mocno, gdzie jestem,Czem jestem, skąd i jak tu zaniesiona?Z pobliskiej groty słyszałem szmer wody,Która spływała dalej na płaszczyznę,I nieruchoma tam stała, jak nieboJasna i czysta; nieświadoma siebie,
Tam się zwróciłam i ległam na brzeguZielonym, patrzeć chcąc w wody przejrzysteCo mi się drugiem niebem wydawały;Gdy się schyliłam, tuż naprzeciw siebieUjrzałam postać, kłoniącą wzrok ku mnieZ przezrocza wody; cofnęłam się nagleTak samo postać owa uczyniła;Zadowolona, schyliłam się znowu,I znowu postać spojrzenia uprzejmeI kochające podobnie płaciła.Byłabym dotąd tam wzrok natężałaI udręczała się próżnem życzeniem,Lecz w tem głos jakiś ostrzegł mnie w ten sposób:»To, co tam widzisz, rozkoszna istoto,Jest tobą, z tobą zbliża się i z tobąOdchodzi, lecz pójdź, a ja cię powiodęTam, gdzie twojego przyjścia i uściskówNie cień znikomy czeka, lecz ten, czyimśObrazem; twoim będzie nierozdzielnie,Mnóstwem podobnych sobie go obdarzysz,Matką ludzkiego rodu zwana będziesz.«Cóż miałam czynić, jak nie iść natychmiast,Tak niewidzialnie wiedziona? Aż ciebieSpostrzegłam w cieniu jaworów, pięknegoI wysokiego, lecz, zdawało mi się,Mniej powabnego i mniej łagodnego,Niźli ów obraz w wodzie. Uciekałam,Tyś gonił krzycząc: »Powróć, piękna Ewo,Przed kim uciekasz? Czy przed tym, coś z jegoCiała stworzona? Na twoje istnienie
Oddałem z mego boku, tuż od sercaPierwiastek życia, bym odtąd, przy sobieMiał zawsze drogą pociechę, jedynąI nierozdzielną cząstkę mojej duszy;Szukam cię, żądam, druga ma połowo!«Tu rękę moje ująłeś łagodnie;Przystałam, i od tego czasu widzę,Że ponad piękność wyższy jest wdzięk męskiI mądrość; ta jest prawdziwą pięknością.«Tak rzekła matka rodzaju ludzkiego,A wzrok jej czystej miłości małżeńskiejI uległego poddania tchnął żarem;Więc się przytula, nawpół obejmującPierwszego ojca naszego; jej nagaWpół rozwinięta pierś, okryta złotąKaskadą włosów, spotkała pierś jego.Pięknością jej i wdziękiem zachwycony,Uśmiechnął się z miłością i przewagą,Jak się uśmiecha Jowisz do Junony,Kiedy zapładnia chmury, by sypałyNa ziemię kwiaty wiosny, — i wyciskałNa ustach żony czyste pocałunki.Opodal Szatan, zazdrością przejęty,Odwrócił głowę, lecz zyzem złośliwymSpoglądał, takie w sobie budząc żale:»Przeklęty widok, dręczący! Ci dwojeObjęci rajem, w objęciach wzajemnych(Raj jeszcze większy!), ze wszystkich błogościNajwiększą mają, podczas gdy ja w PiekłoPchnięty, gdzie niema rozkoszy miłości,
Tylko pragnienie wściekłe, niezgaszone,Męka tęsknoty płonnej, pośród innychLicznych udręczeń naszych nie najmniejsza.Ale zachować w pamięci należy,Com z ich ust własnych zdobył; toż nie wszystkoDo nich należy: jest drzewo złowrogie,Co Wiadomości drzewem się nazywa,Z niego owocu niewolno spożywać.Wiedza wzbroniona? To jest podejrzaneI bezzasadne. Czemu nie dozwoliłIch Pan im tego? Czy wiedza jest grzechem?Możeż być śmiercią? Mająż oni istniećNieświadomością? Toż to jest ich szczęście?Ich posłuszeństwa, wiary dowód taki?Piękne warunki! Na nich wybudujęIch zgubę! Zatem podniecę ich myśliPragnieniem wiedzy, pogardą zakazu,Co jest zazdrości płodem, wymyślonymNa to, by w niskim stanie ich utrzymać,Gdy wiedza wznieśćby ich do stanu bogówMogła: zapragną być nimi i umrą;Bo cóż inszego stąd wyniknąć może?Lecz wprzódy ogród obejdę dokoła,Przetrząsnę ściśle każdy jego kątek;Może się zdarzyć, że napotkam, kogoZ podróżujących mieszkańców niebieskich,U źródła, albo w cieniu gęstych drzewin,Może od niego zdołam się wywiedziećO tem, co jeszcze wiedzieć mi potrzeba.Tymczasem, szczęsna paro, bywaj zdrowa!
Zanim powrócę, używaj rozkoszyKrótkich, bo długie po nich przyjdą smutki.«Rzekł i z pogardą zwrócił kroki dumneAle powolne, patrząc bacznie w koło,Szedł tak przez gaje, pustki, wzgórza, pola.Wtedy na krańcach najdalszych, gdzie nieboSpotyka ziemię i morze, powoliSchodziło słońce, promienie poziomeŚląc naprzeciwko wrot zachodnich Raju.Alabastrowe tworzyły je skały,Piętrzące się aż w chmury, widne zdala;Od ziemi jeden przystęp wił się ścieżką,I jedno od niej wejście było w górze,Reszta opoką stromą się zwieszała,Wdrapać się przez nią było niepodobna.Wśród tych filarów skalistych, przed nocą,Siedział Gabryel, wódz anielskiej straży.Dokoła niego rycerskie igrzyskaSprawiała młodzież anielska, bez broni;Ale opodal wisiały oręże,Hełmy, oszczepy, tarcze, połyskującDyamentami i złotem. Tu przybyłUryel, sunąc na promieniu słońcaSzybko, jak gwiazda spadająca w nocyJesiennej, kiedy wyziewy powietrzneObejmie ogień, wnet kompas majtkowiWskaże, z którego punktu przyjdą wichry.Z pośpiechem wielkim Uryel tak rzecze:»Tobie w udziale padło, Gabryelu,Ściśle pilnować tej szczęsnej siedziby,
Aby nic złego nie weszło w jej kresy.Dzisiaj w południe do mojej wszedł sferyDuch wielce żądny jakoby poznaniaDzieł Wszechmocnego, a z nich nadewszystkoCzłowieka, nowy Boga wizerunek.Wskazałem drogę śpieszącemu, wkrótceWidziałem jego lot przez niebios szlaki,Ale na górze, na północ Edenu,Gdzie naprzód osiadł, dostrzegłem niebawemZe spojrzeń jego namiętnych a podłych,Że obcy Niebu. Dotąd go śledziłem,Aż mi nareszcie zniknął w cieniu drzewa.Zapewne który z wypędzonej tłuszczyZdołał się wyrwać z otchłani i krąży,By nowe jakie czynić zamieszania:Twą sprawą będzie wyszukać go rychlej.«Na to odpowie rycerz uskrzydlony:»Nie dziw, że bystry twój wzrok, Uryelu,Z samego środka słońca, w jego blasku,Widzi daleko. Przez bramę straż czujnaPrzepuszcza tylko dobrze znanych Niebu,A od południa nikt się tu nie zjawił.Może jednakże Duch innej naturyUmyślnie ziemne granice przeskoczył,Bo jak wiesz dobrze, fizyczne przeszkodyNie powstrzymają istoty duchowej;Ale jeżeli w obrębie tych wałówTen, o kim mówisz, w jakimkolwiek kształcieCzai się, jutro gdy świt będę wiedział.«
Tak przyobiecał, a Uryel wróciłDo obowiązku na jasnym promyku,Którego koniec teraz podniesionyPoniósł go skośnie na dół aż do słońca,Już za Azorskie wyspy zapadłego.Albo niebieska tarcza z niesłychanąSzybkością dzienną tam się zatoczyła,Albo, mniej szybka w krótszym na wschód zwrocie,Swą odwróciła ziemia, a w odbiciuLśnią się purpurą i złotem obłoki,Które zachodni jej tron otaczają.Nadszedł spokojny wieczór, już zmierzch szaryWszystko dokoła skromną odział szatą;Cisza nastała: zwierz do legowiskaA ptak do gniazda pomknął; tylko słowikCałą noc trele miłosne rozwodził.Słodka ta cisza była; strop niebieskiPałał żywemi szafirami: Hesper,Wiodący orszak gwiazd, najjaśniej świecił,Aż księżyc, skryty w majestat obłoków,Jak król się zjawił, swe nieporównaneŚwiatło odsłonił i na cienie nocySrebrny płaszcz rzucił.Rzekł Adam do Ewy:»Droga małżonko, ta nocy godzinaGdy wszystko do snu słodkiego się kłom,I nam zaleca wytchnienie, ponieważBóg ustanowił pracę i spoczynekLudziom na zmianę, jak dzień noc zamienia.Już sen swą rosę zsyła, miękko tłoczy
Nasze powieki. Gdy inne stworzeniaPędzą bez troski próżniaczo dzień cały,Odpoczywają bez potrzeby, człowiekSwą dzienną pracę ciała i umysłuMa wyznaczoną; dowodzi to jegoGodności, że Bóg jego kroki waży;Inne stworzenia bujają bezczynnie,A Bóg ich czynów nie bierze w rachubę.Jutro, nim pierwszy brzask światła na wschodzieZrumieni chłodne opony poranku,Trzeba nam podjąć miłą nasze pracę,I poprzycinać te kwitnące drzewa;Gąszczem zieleni przerosły chodniki,Miejsce przechadzki naszej południowej;Bujne gałęzie szydzą z usiłowańNaszych: rąk więcej tamby się przydało,By ograniczyć ich rozrost nadmierny.A i to kwiecie opadłe, żywiceOciekłe, brzydko zaległy nam ścieżkiI niewygodnie; uprzątnąć potrzeba.Tymczasem, zgodnie z prawami Natury,Noc spocząć każe.« Na to mu odpowieW pełni piękności Ewa: »Ojcze, władco!Spełnię bez zwłoki każdą twoje wolę;Tak Bóg stanowi; On jest twojem prawem,Ty mojem: nad to nic więcej nie wiedziećNajwiększe szczęście i chwała niewiasty.W rozmowie z tobą nie pomnę o niczem;Czas niknie, pory dnia wszystkie mi słodkie,Miły mi powiew ranka, i jutrzenka
Budząca czujne ptactwo; miłe słońce,Gdy rzuca pierwsze promienie na ziemię;Zioła i kwiaty, drzewa i owoce,Błyszczące rosą; pachnie żyzna ziemiaPo deszczu; miłe zbliżanie wieczoruI noc z jej wdzięcznym śpiewakiem, i księżycPiękny, i niebo gwiazdami sadzone;Ale i tchnienie poranku i zorzaZ czujnego ptactwa gromadą; i słońcaPromienie nad tą rozkoszną ziemicą;I zioła, kwiaty, owoce błyszczącePoranną rosą; i zapach po deszczu;I wypoczynek wieczoru i nocyZe swoim wdzięcznym piewcą; i przechadzkaW blasku księżyca; i gwiazdy błyszcząceNie są mi słodkie, gdy ciebie brakuje.Lecz po co gwiazdy co noc niebo zdobią?Dla kogo widok ten świetny, gdy wszystkieOczy sen sklei?« Na to odpowiedziałPierwszy nasz ojciec: »O, nadobna Ewo,Boga i człeka córo, gwiazdy biegnąDokoła ziemi i rano i wieczór,Z kraju do kraju, aby niezrodzoneJeszcze narody obdzielać gotowemŚwiatłem; wciąż one zachodzą i wschodzą,By podczas nocy ciemność całkowitaNie przywróciła swego panowania,I nie zniszczyła wszystkiego, co żyje;Aby nietylko świeciły, lecz takżeŁagodnem ciepłem różnorakie wpływy
Rozpościerając, podniecały życie,Lub miarkowały, albo część swej mocyGwiaździstej słały na każdy twór ziemi,Zdolniejszym czyniąc go do korzystaniaZ potężniejszego słonecznego wpływu.Tak, chociaż nikt nie patrzy na nie w nocy,Nie próżno świecą. Ani mniemaj sobie,Iż gdyby ludzi brakło, nie miałybyNiebiosa widzów, Bóg nie miałby chwały:Duchowych stworzeń miliony krążąNa ziemi, czy to czuwamy, czy śpimy,Nam niewidzialne; wszystkie nieustannieI w dzień i w nocy, widząc dzieła Boga,Wielbią moc Jego. Jak często z skał stromych,Ze wzgórz niosących echo, z gęstwin leśnychGłosy niebiańskie słyszeliśmy w nocy,Same lub sobie odpowiadająceI śpiewające chwałę Stworzyciela.Często gromadą, gdy na straży stoją,Lub nocny obchód czynią, ze śpiewamiDźwięki nadziemskich łączą instrumentów:Noc czynią krótszą, myśl nam w Niebo wznoszą.«Tak rozmawiając, dłoń w dłoni, dążyliWprost do szczęsnego swojego schroniska.To miejsce wybrał Wszechmocny Ogrodnik,Kiedy zakładał siedzibę człowieka.Z mirtu, z wawrzynu dach gęsto uwity,Nad nim wznosiły się cieniste drzewaO liściu twardym, rozkosznie pachnącym;Po każdej stronie akant, różne wonne
Krzewy zielone stanowiły ściany.Z pośród nich jasne wytykały główki,Tworząc mozajkę, najpiękniejsze kwiaty.Róże, jaśminy, kosaćce barw wszelkich;Niżej fiołki, hyacynt i krokosz,Świetniejszym haftem okrywały ziemię,Niżby najdroższe kamienie. Tu inneStworzenia, ptaki, zwierzęta, owady,Nie śmiały wchodzić, taką uczuwałyCześć dla człowieka. W cienistszem schronisku,Ni świętszym niż to, ni bardziej zacisznym,Nie sypiał nigdy, opiewany w Bajce,Pan, ani Sylwan, Nimfy albo Fauny.W takiem ustroniu Ewa, młoda żona,Pierwszy raz łoże małżeńskie przybrałaW kwiaty, girlandy i zioła pachnące,A chór niebiański śpiewał pieśń weselną,Gdy Anioł, małżeństw opiekun, ją przywiódłOjcu naszemu, nagą, lecz zdobniejsząI powabniejszą od Pandory, którąBogowie w wszelkie opatrzyli dary,Niestety, z równie jak tej złem następstwem,Kiedy ją Hermes do nierozważnegoJafetowego syna przyprowadził.Otumaniła oczami pięknemiRód ludzki, by go skarcić za skradzionyOgień pierwotny, własność Jowiszową.Do cienistego przybyli mieszkania,Stanęli przed niem, i zwrot uczyniwszy,Podnieśli w górę oczy, i wielbili
Boga, co stworzył ziemię i obłoki,I niebo, w które patrzyli, powietrze,I krąg księżyca i biegun gwiaździsty:»Ty uczyniłeś noc, Stwórco Wszechmocny,I dzień ten, w pracy zadanej spędzony,Szczęśliwi naszą pomocą wzajemną,Naszą miłością wzajemną, koronąBłogosławieństwa Twojego; Tyś stworzyłMiejsce rozkoszne to, za wielkie dla nas,Szczodrobliwości Twej tu leżą dary,Bez żniw opadłe zaścielają ziemie.Lecz Tyś obiecał, że z nas dwojga wyjdziePlemię, zapełni ziemię, i wraz z namiTwą nieskończoną dobroć wielbić będzie,Czy to czuwając, czy, Twojego daru,Snu oczekując, jako my tej chwili.«To jednogłośnie rzekłszy, bez obrzędówInnych, prócz czystej czci złożonej Bogu,Jemu najmilszej, weszli w głąb schroniska.Szat uciążliwych, jakie my nosimy,Zrzucać nie mieli potrzeby; tak legliPrzy sobie; mniemam, że się nie odwróciłAdam od pięknej swojej żony, aniNie odmówiła Ewa obyczajuTajnego pieszczot małżeńskiej miłości.Niech obłudnicy surowo gadająO niewinności, czystości i miejscaPoszanowaniu, lżąc jako nieczystośćTo, co Bóg uznał czystem, co niektórymNakazał, wszystkim zostawił do woli
W wyborze stanu. Bóg kazał się mnożyć;Kto powściągliwość zaleca? Zagubca,Ów nieprzyjaciel Boga i człowieka.Błogosławiona miłości małżeńska!Ustawo pełna tajemnicy, źródłoPokoleń ludzkich, jedyna własnościW Raju, gdzie wspólność powszechna panuje!Tyś od człowieka żądzę cudzołożnąZepchnęła między zwierząt stada; związkuDrogi, oparty na rozumie, prawie,Czystości zmysłów; przez ciebie dopieroZnamy uczucia ojca, syna, brata;Nigdy nie nazwę ciebie grzechem, nigdyUwłaczającym miejscu, choć świętemu!Nieustające domowych słodyczyŹródło, twe łoże, niezmazanem, czystemUznane teraz i niegdyś przez świętychI patryarchów. Tu Miłość śle strzałyZłote, tu lampę swą stale zapala,1 rozpostarłszy skrzydła purpuroweTryumf swój głosi; nie w płatnym uśmiechuNierządnic, które w doraźnym stosunkuAni kochane, ani miłość czują;I nie w miłostkach dworackich z tańcamiW swawolnych maskach, balach, serenadach,Które kochanek czuły wyśpiewujeSwej dumnej pani, pogardą płacony.Ukołysani słowików śpiewaniemSpali w objęciach; na ich członki nagieSpadały róże z kwiecistego dachu,
Które nowemi zastępował ranek.Szczęśliwa paro, śpij; oh! najszczęśliwsza,Gdybyś większego szczęścia nie szukałaI wiedzy większej od tej, co ci dana.Już noc cienistym stożkiem odmierzyłaPołowę drogi pod sklepieniem niebios,Już w bramie z kości słoniowej CherubyStały pod bronią, by o zwykłej porzeW bojowym szyku nocne odbyć straże,Kiedy Gabryel najbliższemu sobieStopniem i władzą Aniołowi rzecze:»Uzzyelu, weź z tych połowę i obejdźBardzo uważnie stronę południowca,Druga połowa niech okrąży północ,W zachodniej stronie się spotkamy.spotkamy.« Naraz,Jakby płomienie na prawo i lewoRuszyły straże. Dwóch z nich najsilniejszychI najbystrzejszych, którzy przy nim stali,Przyzwał i takie dał im polecenie:»Ithuryelu i Zephonie, szybkoNa skrzydłach ogród przetrząśnijcie cały.Nie opuszczając żadnego zakątka,A głównie tam, gdzie piękne dwie istotyMieszkają, może śpią teraz bez troski.Dziś przed zachodem słońca przybył CherubZ wieścią, że w stronę tę bieg pokierowałJakiś piekielny Duch, zdoławszy umknąćNiespodziewanie z miejsca wiecznej kaźni,I tuła się tu pewno w złych zamiarach:Gdzie go znajdziecie, schwyćcie i sprowadźcie.«
To rzekłszy, swoje promienne szeregiĆmiące księżyca blask, powiódł w przestworza;Ci dwaj zwrócili kroki ku schronisku,W poszukiwaniu zbiega, i niebawemZnaleźli, że kształt przybrawszy ropuchy,Przy uchu Ewy przykucnął, próbującCzartowską sztuką na jej wyobraźnięPodziałać, tworzyć według swojej woliSny i mamidła; lub tchnąwszy truciznę,Skalać jej zmysły, by z czystej krwi wstałyOpary, niby łagodne rzek tchnienie,W końcu drażniące, niespokojne myśli.Próżne nadzieje, cele i pragnieniaZdrożne, natchnione górnemi myślami,Z których się rodzi pycha. IthuryelDotknął go lekko włócznią; przed dotknięciemNiebiańskiem żaden fałsz się nie ostoi,I musi wrócić do prawdziwej formy:Więc Czart się zerwał, odkryty, poznany.Jak kiedy iskra padnie na stos prochuSaletrzanego, co wsypany w beczkiDo magazynu miał być przeniesionyNa zapas, gdy o wojnie krążą wieści,W nagłym wybuchu niknie czarne ziarnoI rozpłomienia powietrze dokoła;Tak stanął Szatan we własnej postaci.Oba Anioły cofnęły się nieco,Ujrzawszy nagle ohydnego króla;Nieustraszone jednak wnet pytają:»Ktoś jest z pomiędzy duchów buntowniczych,
W Piekło strąconych, coś uszedł z ciemnicy,I tu, zmieniwszy postać, jak wróg czyhaszU głów tych dwojga śpiących?« Szatan na toPełen szyderstwa: »Czyliż mnie nie znacie?Znaliście niegdyś, nie śmiąc równać ze mną,Ani się wznosić tam, gdzie ja siedziałem;Jeśli nie znacie, to tylko dowodzi,Że do najmniejszych w ciżbie należycie;A jeśli znacie, zbyteczne pytanie,Zbyteczne także pełnienie missyi,Gdy próżny będzie jej wynik.« KtóremuZephon, szyderstwem płacąc za szyderstwo,Odrzecze: »Nie myśl, duchu buntowniczy,Że kształt twój ten sam i jasność nie mniejsza,Niż gdyś stał w Niebie podniosły i czysty;Znikła twa dobroć, opadły i blaski;Teraz podobnyś do grzechu twojegoI do ciemnego miejsca twojej kaźni.Pójdź i zdaj sprawę przed tym, kto nas posłał,Kto ma zlecenie bronić od napaściTo uświęcone miejsce i tych dwoje.»Tak mówił Cherub, słów jego powagaNiezwyciężonym wdziękiem otoczyłaJego młodzieńczą piękność. PomieszanyStał Szatan i czuł, jak dobroć szanowna,Widział, jak miła postać cnoty; widział,I bolał nad swą stratą, a najbardziejNad swego blasku widocznym upadkiem;Lecz stał niezłomny w dumie. »Mam się spierać,To z najgodniejszym,« rzekł, »z wysyłającym,
A nie z wysłanym, lub z wszystkimi naraz;Tak więcej zyskam chwały, lub mniej stracę.«Na to mu Zephon śmiało: »Twa obawaZbyteczny czyni dowód z naszej strony,Ile najmniejszy z nas uczynić zdołaPrzeciwko tobie, coś zły, a więc słaby.«Nie odpowiedział Czart pełen wściekłości,Lecz szedł jak pyszny rumak okiełznany,Żując żelazne wędzidło; uciekać,Lub opór stawiać sądził za rzecz próżną;W zetknięciu z Niebem utracił odwagę,Niegdyś tak pewną. Teraz się zbliżaliDo stron zachodnich, w których spotkać mieliDrugą połowę straży, właśnie stałaW szyku, czekając komendy. Gabryel,Ich wódz, przed frontem, tak przemówił głośno:»Bracia, stąpanie śpiesznych kroków słyszę,I rozpoznaję w zmierzchu dwie postaci,Ithuryela i Zephona, z nimiTrzeci, królewskich ruchów, lecz przyćmionychBlasków, z pysznego chodu wyda mi sięKról Piekieł; pewno, że stąd nie ustąpiBez walki; baczność, bo wzrok jego groźny.«Zaledwie skończył, wraz i dwaj anieliZe sprawozdaniem przyszli, kogo wiodą,Gdzie go znaleźli i czem zajętego,Jaki kształt przybrał, postawę. Któremu,Gabryel, patrząc surowo, tak rzecze:»Szatanie, czemu przekroczyłeś szrankiTwoim przestępstwom wyznaczone; czemu
Stawiłeś opór tym, co obowiązekSpełniali, co się do grzechu nie kłoniąZa twym przykładem, lecz z prawa i władzyPytają po coś tu wkroczył zuchwale?Może zakłócić sen usiłowałeś,Tym, którym Bóg dał to błogie mieszkanie?’:A Szatan na to z pogardliwym gestem:Ty Gabryelu, w Niebie miałeś mianoMędrca, i ja cię za takiego miałem,Lecz wątpić muszę, słysząc twe pytanie.Czy jest na świecie taki, coby lubiłSwoję męczarnię? Któż znalazłszy drogę,Nie wyrwałby się z Piekieł, choćby wyrokTam go osadzał? Ty sambyś tak zrobiłI szedłbyś śmiało, gdzie oczy poniosą,Byle od miejsca kaźni jak najdalej,Byle nadzieja była, że cierpieniaZmienią się w spokój, że czemprędzej rozkoszZa ból nagrodzi: tego tu szukałem.Ty mi słuszności nie przyznasz, bo tylkoDobro znasz, złegoś nigdy nie próbował;I powołujesz się na wolę TegoCo nas uwięził! Niech mocniej zapieraSwoje żelazne bramy, jeśli pragnieTrzymać nas wiecznie w tem czarnem więzieniu,To na pytanie odpowiedź; a zresztąPrawda, żem był tam, gdzie ci powiadają,Lecz to nie znaczy, iżbym miał na celuGwałt, albo krzywdę.« Tak mówił szyderczo.Na to mu Anioł wódz wojska z wzgardliwym
Uśmiechem rzecze: »Jakąż stratę NieboMa w ocenieniu mądrości prawdziwej,Odkąd padł Szatan, własną obalonyGłupotą; teraz znów przez nią skuszonyDo opuszczenia kaźni wyznaczonej,Na seryo wątpi, czy mądrym być możeTen, kto go pyta, czemu przekroczywszyGranice Piekła, tu przyjść się ośmieliłBez pozwolenia. Więc mądrością mniemaszUciec od bólu i od swojej kary!Zarozumialcze, trwaj w takiem mniemaniu,Aż siedmiokrotna dogoni cię karaZa twą ucieczkę, i do Piekieł wpędziTę mądrość, która cię nie nauczyłaPrawdy, że żadna męka niedorównaGniewowi wiecznie wywoływanemu.Czemu sam idziesz? Czemu cale PiekłoNie wyłamało się z tobą? Czy mniejszaJest ich męczarnia, czy twa wytrzymałość?Odważny wodzu! Pierwszy do ucieczkiOd męki. Gdybyś opuszczonej tłuszczyObjaśnił powód twej ucieczki, pewnoTubyś nie przyszedł, jako zbieg, sam jeden.A Czart mu na to, marszcząc brwi ponuro:»Ni wytrwałości w męce, ni odwagi,Nie brak mi, lżący Aniele, wiesz o tem,Bom natarczywie walczył w bitwie z tobą,Kiedy za ciebie wszystkiemu zaradzałGrom trzaskający, biegnący na pomocTwej włóczni, nigdy nie strasznej nikomu.
Lecz i te twoje, jak poprzednie, słowaPłoche dowodzą, żeś niedoświadczony:Po ciężkich próbach, po niepowodzeniach,Nigdy wódz wierny wszystkich sił nie stawiaNa łaskę losu, wprzód sam drogę bada.I ja dla tego zamierzyłem naprzódSam się przeprawić przez puste otchłanie,Przepatrzyć, zbadać świat nowostworzony,O którym już się wieść rozeszła w Piekle,Wynaleść lepsze mieszkanie, osiedlićMoje rozbite wojsko tu na ziemi,Albo w powietrznej sferze; choćby przyszłoRaz jeszcze siłą spróbować odwagiTwojej i twoich jasnych legionów,Którym łatwiejszy urząd służyć Panu,Śpiewać pochwalne hymny w koło tronuI w odległości bić czołem, niż walczyć.«Anioł wojownik wraz na to odpowie:»Rzec, odwoływać, i znowu dowodzić,Że mądrość każe uciekać, wraz potemJawnie się przyznać do szpiegostwa, znamięNie wodza, ale łgarza pojmanego.Szatanie, mógłżeś zwać się wodzem »wiernym?«O, święte słowo, jakżeś splugawione!Wiernym! A komu? Buntowniczej tłuszczy,Gromadzie czartów? Wojsko godne wodza!Czyż wasza wierność i karność wojskowaKazały zerwać węzły posłuszeństwa,Poddaństwa względem Najwyższej Potęgi?Teraz, podstępny obłudniku, chciałbyś
Odegrać rolę obrońcy wolności;Któż niżej niż ty niegdyś padał w Niebie,Płaszczył się i bił służalcze pokłonyPrzed Panem Nieba? Czemu? Już w nadzieiWyzucia z władzy i objęcia rządówSamemu. Teraz zważ moje słowa: Precz!Tam, skąd uciekłeś, natychmiast uciekaj.Jeżeli kiedy w tych granicach świętychZjawisz się jeszcze, skutego powlokęW łańcuchach do twej nory, i przyłożęTakie pieczęci, iż nie będziesz nadalSzydził z piekielnych bram, że źle zamknięte.«Tak groził Anioł, ale na te groźbyNie zważał Szatan coraz bardziej wściekły,I rzekł: »Gdy będę jeńcem twoim, wtedyMów o łańcuchach, zuchwały Cherubie,Stróżu graniczny, lecz nim to nastąpi,Wprzód możesz poczuć ciężar mojej ręki,Chociaż Król Niebios na twych skrzydłach jeździ;A ty i twoja brać nawykłszy jarzma,Po drodze Nieba, gwiazdami sypanej,Ciągniecie jego rydwan tryumfalny.«Zarumieniły się lica AniołówNa takie słowa: oddział na dwie stronyRozwinął boki, jak rogi księżyca,I oszczepami gęstemi otoczyłSzatana, jakby na polu CereryWiatrem smagany chylił się las kłosów.Gotów do żniwa rolnik frasobliwyLęka się, aby snopki okazałe
Nie samę plewę dały na klepisku;Czart z drugiej strony stał gotów do bojuJak Teneryffa, lub Atlas sterczący;Głową obłoków sięgał; jak pioropuszNa hełmie siadło blade Przerażenie;W rękach coś niby oszczep, niby tarcza:Straszliwe rzeczy stać się mogły teraz.I Raj i całe gwiaździste sklepienieNiebios, lub wszystkie przynajmniej żywiołyMogły się rozbić, pomieszać, poszarpaćWśród takiej walki, jeśliby Przedwieczny,By jej zapobiedz, nie zawiesił WagiZłotej na Niebie, widzialnej i terazMiędzy Astrei i Niedźwiadka znakiem,Na której wszystko stworzone wprzód ważył:Wiszący okrąg ziemi i powietrze,Utrzymujące ziemię w równowadze;Teraz zdarzenia wszelkie waży, bitwy,I panowania. Na ich szale rzuciłCiężary dwa; z tych jeden rozłączenie,A drugi znaczył walkę, i ten właśniePoleciał w górę i uderzył drążek;Kiedy to spostrzegł Gabryel, rzekł Czartu:»Szatanie, znam twe siły i ty moje,Nie własne nasze, lecz nam dane, zatemCo za szaleństwo chlubić się przewagąOręża? I twój tyle tylko może,Ile pozwolą Nieba, i mój; terazBędąc zdwojony, mógłby cię w proch skruszyć,Bo spojrzyj w górę i w niebieskim znaku
Swój los przeczytaj, zważony tam jesteś,I znaleziony jak lekkim, jak słabym,Jeśli chcesz opór stawić!« Szatan spojrzał,I uciekł szemrząc, gdy ujrzał swą szalęW górze; uciekły z nim i nocy cienie.
Już różowemi stopy kroczył ranekOd wschodniej strony, zasiewając ziemięUryańskiemi perłami, gdy Adam,Zwykły tej pory, obudził się ze snuLekkiego, jakim darzy pokarm czysty,A z niego lekkie humory do głowy;Prędko je spędził szmer liści, chłód rannyStrumyka, wiany wachlarzem Aurory,I szczebiotliwy poranny śpiew ptaków,Odzywających się z każdej gałęzi.Dziwił się Adam, że Ewa śpi jeszcze;Włosy w nieładzie, pałające licaŚwiadczyły o śnie niespokojnym. Adam,W pół się podniósłszy, wzrok pełen miłościUtkwił w nią, piękność wielką rozważając,I wdzięk szczególny, nietylko na jawie,Ale i we śnie. Więc głosem łagodnym,Jak kiedy Zefir Florę tchnieniem pieści,Lekko jej ręki dotykając, mówi:»Obudź się, piękna moja, moja żono,
Ostatni darze Nieba, i najlepszy,Moja rozkoszy wiecznie nowa! Zbudź się!Poranek świeci, woła świeża niwa;Upływa pora, a my nie patrzymy,Jak rosną nasze krzewy, jak zakwitaGaj cytrynowy, jak mirra łzy roniI balsamiczna trzcina, jak PrzyrodaNakłada swoje barwy, jak na kwiatachSiadają pszczoły, by zbierać płyn słodki.«Tak szepcąc budzi ją Adam, lecz onaPatrzy nań błędnym wzrokiem, i tak rzecze:»Jedyny, w tobie myśl moja ma spokój,Tyś moją chwiała i doskonałością.Cieszę się, że cię widzę, że już ranek.Taka noc jeszcze mi się nie zdarzyła,Bez końca śniło mi się, jeśli śniło,Lecz nie o tobie, jak zwykle, ni pracachDnia ubiegłego, ani o jutrzejszychZamiarach, lecz coś o krzywdzie, o troskach,Jakich nie znałam aż do tej złej nocy.Wydało mi się, że ktoś przy mem uchuŁagodnie wzywał, bym szła z nim, z początkuMyślałam, że to twój głos, a tak mówił:»»Czemu śpisz Ewo? Teraz czas przyjemny,Chłód, cisza, którą przerywają tylkoCzuwającego śpiewaka nocnegoTryle, najsłodszą przejęte miłością;Panuje teraz księżyc pełną tarcząI na wydatne kształty wszystkich rzeczyBlask tajemniczy leje, lecz napróżno,
Gdy nikt nie widzi; wszystkiemi oczamiSpogląda niebo — kogóż widzieć pragnie?Ciebie, tęsknoto Przyrody, twój widokWszystkim uciechą; wszystko zachwyconeTwoją pięknością: tylko patrzeć pragnie.««Jakby na twoje wezwanie powstałam,Ale nie było ciebie; więc szukałam,I, zdało mi się, że sama szłam drogą,Aż się ujrzałam przed drzewem wzbronionejWiedzy: pieknempięknem się wydało, piękniejszemW sennem marzeniu, niźli w dziennym jawie.Gdym tak patrzała z podziwem, stał obokKtoś uskrzydlony, postacią podobnyDo tych aniołów, jakich widzim często,Włosy wilgotne ambrozyą tchnęły,Spoglądał także na drzewo, i rzecze:»»Piękna roślino, jakżeś obciążonaOwocem! Niktże, czy to bóg, czy człowiek,Nie raczy ulżyć ci, i zakosztowaćTwojej słodyczy? W takiejże pogardzieWiedza? Czy zazdrość; czy też inne względyCię zakazały? Niech kto chce zabrania,Nikt nie pozbawi mnie nadal twych darów,Bo na cóż jesteś tutaj posadzona?««To powiedziawszy, ściągnął bez wahaniaZuchwałą ręką, zerwał i pożywał.Dreszcz zimny przejął mnie na tak bezczelneSłowa, złączone z uczynkiem bezczelnym,Lecz ten, radości pełen, woła: »»BoskiOwocu, słodki sam z siebie, a słodszy
Tem, żem cię zerwał tu, zakazanego;Możeś dla bogów tylko, aleś zdolnyLudzi bogami robić. Dla czegóżbyLudzie nie mieli być bogami? Dobro,Gdy się udziela, wyrasta obficiej,Dawcy nie ujmę, ale zaszczyt czyni.Zbliż się, szczęśliwa istoto, anielskaEwo, bierz udział; choć jesteś szczęśliwą,Możesz szczęśliwszą być, choć nie cenniejszą.Spożyj i odtąd wejdź pomiędzy bogi,Sama bogini, z ziemią nie związana,Wzlataj w powietrze czasem, naszym wzorem,Czasem do Nieba, już własną zaletą;Patrz, jakie życie wiodą tam bogowieI tak żyj sama.«« To mówiąc, przybliżyłI przy mych ustach trzymał zerwanegoOwocu cząstkę: zapach tak ponętnyBudził oskomę, i zdawało mi się,Ze zakosztować musiałam, NatychmiastZ nim odleciałam w chmury, a pod sobąWidziałam ziemię rozległą, szeroką,I rozmaitą; dziwiąc się wzlotowiDo tej wyżyny, i własnej przemianie.Nagle przewodnik zniknął, sama byłam.Jak mi się zdało, spadłam i zasnęłam.Ach, jakżem rada, gdy po obudzeniuWidzę, że sen był tylko!« Tak noc swojęOpowiedziała Ewa. — Adam na to:»W tobie ja siebie samego oglądamDroga małżonko, i mnie martwi mocno
Twych myśli we śnie nocnym zamieszanie,Dziwny ten sen twój: nie podoba mi się,Może od złego pochodzi, lecz skąd złe?W tobie nie może przebywać, boś czystąStworzona; jednak wiedz, że w duszy ludzkiejSą różne niższe siły, które służą,Jako naczelnej władzy, Rozumowi.Z nich Wyobraźnia pierwsza służbę niesie,Ona ze wszystkich przedmiotów zewnętrznych,Które jej zmysły czujne przedstawiają,Wyobrażenia tworzy, kształty nikłe,Które gdy Rozum łączy lub rozdziela,Buduje wszystko, co twierdzimy, alboCzemu przeczymy, i to się nazywaBądź wiadomością naszą, bądź mniemaniem;To do komórki swej byt ogranicza,Gdy wypoczywa Natura; lecz częstoPod nieobecność Rozumu się budziNaśladująca go ImaginacyaI błędnie łącząc różne kształty, snujeDzikie wytwory, podczas snu najczęściej,Ze słów bez związku i z dawno minionychLub świeżych czynów’. Pewne podobieństwoZnajduję między snem twoim a nasząW poprzedzającym wieczorze rozmową,Tylko z dodatkiem dziwnym, lecz się nie smuć;Czy do ludzkiego, czy do nadludzkiegoUmysłu może złe wstąpić: gdy mijaNiezatwierdzone, nie zostawia plamyNi winy; to mię utwierdza w nadziei,
Że na czyn, który przerażał cię we śnie,Na jawie nigdy nie mogłabyś przystać.Nie trać więc serca, nie zasępiaj wzroku,Co zwykłe bywa milszy, pogodniejszy,Niźli pięknego poranku do świataPierwsze uśmiechy; wstawajmy do naszychNowych zatrudnień, wśród gajów, przy źródłach,Przy kwiatach, które teraz wyziewająNajwytworniejsze wonie, gromadzonePrzez noc dla ciebie.«Tak małżonkę swojęPocieszał, ale, choć weselsza, roniKilka łez cichych, obciera włosami;Dwie inne, zanim spadły z kryształowychŹrenic, całusem otarł Adam, jakoZnak życzliwego współczucia i łaski,I świętej trwogi na samę myśl grzechu.Uspokojeni śpieszą do swej niwy,Lecz wprzód, gdy jeszcze pod sklepieniem liści, —Ujrzeli niebo i rydwan słonecznySwemi kołami tykający krańcówWielkiego morza, wilgotne promienieŚląc równolegle z ziemią, na szerokiKrajobraz w wschodniej stronie RajuI na Edenu szczęśliwe równiny, —Kornie schyleni zaczęli modlitwę,Każdego ranka odmawianą, zawszeW różnym układzie; bo nigdy nie brakłoIm formy, ani zachwytu świętegoKu czci swojego Stwórcy; z ust im płynął
Potok natchnienia, prędki, bez namysłu,Mówiony albo śpiewany, bez rytmu,Lub też rytmami tak melodyjnemi,Że im słodyczy nicby nie dodałaLutnia, ni arfa. W ten sposób zaczęli:»To są rąk twoich dzieła, o Wszechmocny!Ojcze dobroci! Twój cały gmach świataCudownie piękny, jakże więc cudownyTy sam być musisz! Niewypowiedziany,Który nad temi niebiosami siedziszNam niewidzialny, lub jak przez mgłę tylkoW tych Twych najmniejszych dziełach ujawniony;I one świadczą o Twej niepojętejDobroci, boskiej potędze wszechmocy.Mówcie, Synowie Światła, wy Anieli,Którzy najlepiej możecie Go chwalić,Bo oglądacie Go, i otaczacieTron Jego śpiewem przez dni nieskończoneI symfonii chórami dźwięcznemi,Pełni radości, — tak w Niebie; na ziemiWszystkie stworzenia w chór jeden złączone,Wciąż uwielbiają Tego, kto początkiem,Środkiem i końcem zawsze nieskończonym.Gwiazdo wspaniała, ostatnia z orszakuNocy, lub może świtu towarzyszko,Pewna rękojmio dnia, co rzeźki ranekWieńczysz koroną jasną, złóż Mu hołd}W swoim zakresie, w tej słodkiej godzinieGdy dzień się rodzi. O słońce, coś okiemTego wielkiego świata, jego duszą,
Uznaj, że Bóg jest większy, jego chwałąRozbrzmiewaj w twoim nieskończonym biegu,Czy w górę idziesz, czy na południowymSzczycie, czy kłonisz się ku zachodowi;Księżycu, co raz spotykasz wschodząceSłońce, a drugi raz przed niem uciekasz,Wespół z gwiazdami w ich kręgu ruchomymUtwierdzonemi, i wy pięć wędrownychInnych Płomieni, w tańcu tajemniczymI dźwięcznym, chwałę ogłaszajcie TegoKto z wiecznych cieni światło wyprowadził.Powietrze i wy, Żywioły, co pierwszeWyszłyście z łona Przyrody i wiecznieKrążycie w czworo, kształt różny bierzecie,A wszystkie rzeczy mieszacie, żywicie,Niech nieustanne wasze zmiany tworząWciąż nową chwałę Stwórcy Najwyższego.Mgły i wyziewy, co teraz wstajecieZe wzgórz lub jezior, zasłoniętych parą,Zanim ozłoci słońce wasze rąbkiRuniaste, wstańcie ku czci Twórcy świata,Aby lub chmurą osnuć szare niebo,Albo spragnioną ziemię deszczem zrosić;Wstając, spadając, zawsze chwalcie Jego.Chwalcie Go wiatry, z czterech stron wiejąceCichym oddechem lub hukiem; wy, sosny,Chylcie wierzchołki wasze, kołyszcie się,Wy i roślina każda na cześć Jego;Źródła szemrzące mile w wartkim biegu,Szemraniem waszem głoście Jego chwałę;
Wszystkie żyjące Dusze łączcie głosy:Ptaki wzlatajcie pod bramy niebieskieŚpiewając, niosąc na skrzydłach i w śpiewieChwałę Wszechojca. Wy, płynące w wodzieI co po ziemi kroczycie wspaniale,Albo pełzacie nisko, świadczcie wszyscy,Choćbym ja milczał; rano lub wieczorem,Przed dolinami, wzgórzami, źródłami,I przed gajami, które rozbrzmiewająCzcią Boga, moim głosem pobudzone.Chwała Ci Panie świata! Bądź nam dobryI zsyłaj tylko dobro, a jeżeliZłe noc przynosi, lub kryje, rozpraszaj,Jak teraz światło rozprasza ciemności.«Tak się modlili w świętej niewinności,I prędko wrócił pokój do ich duszy.Śpieszyli teraz do zatrudnień sielskichWśród rosy rannej i kwiatów, gdzie rzędyDrzew owocowych bujnych zadalekoRozpościerały gałęzie soczyste;Więc należało rychło ograniczyćPędy splątane, nieowocujące;Do wiązu winną łozę prowadzili,Jako małżonkę, w ślubne go ramionaObejmującą, niosącą w posaguGbrona, by jego marny liść zdobiły.Na pracujących tak spojrzał litośnieWielki Król Niebios, przyzwał Rafaela,Towarzyskiego Ducha, co to później,Raczył wędrować z młodym Tobiaszem,
I opiekować się jego małżeństwemZ niewiastą siedem razy zaślubianą.Rzekł: »Rafaelu, słyszysz zawichrzenia,Jakie wyprawia w Raju Szatan zbiegłyZ Piekła przez czarną Otchłań; jak udręczałTej nocy ludzkie stadło, a zamierzaZgubić je, a w niem cały rodzaj ludzki.Idź zatem dzisiaj, rozmów się z AdamemJak z przyjacielem przyjaciel; on terazW cieniu schroniska, gdzie zwykle się skrywaPrzed żarem słońca w południowej porze,Aby po trudach dziennych wypoczynkiemI pożywieniem odnowił swe siły.Wskaż mu w rozmowie jego stan szczęśliwy,Pozostawiony jego wolnej woli;Która, że wolna, zmianie uledz może;Przed zabłąkaniem ostrzeż go, zarazemOpowiedz, jakie mu niebezpieczeństwoGrozi od kogo; jaki nieprzyjaciel,Który niedawno sam odpadł od Nieba,Knuje upadek innych, w szczęśliwościPozostających. Czy gwałtem? Nie. To muWzbronione, ale oszustwem i kłamstwem,O tem niech Adam wie, by dobrowolnieGrzesząc, nie składał się niespodziewaniemFortelu, albo brakiem ostrzeżenia.«Tak mówił Wieczny Ojciec w całkowitejSprawiedliwości wymiarze: tej chwiliSkrzydlaty Święty, otrzymawszy rozkaz,Z pośród tysiąca Niebian Pałających,
W których stał gronie, w wielobarwne skrzydłaOdziany, mignął pędem błyskawicy,Leciał przez środek Nieba: na dwie stronyRozstąpiły się wraz anielskie chóry,By nie tamować empirejskiej drogi.Do bram niebieskich przybył, te na złotychZawiasach, dzieło Architekta świata,Otworzyły się same. Tu już żadnaChmura, ni gwiazda, chociażby najmniejsza,Nie stała oku na przeszkodzie; widziDosyć podobną innym światłym globomZiemię, i ogród boski, uwieńczonyCedrami, których wierzchołki się wznosząNad wszystkie wzgórza; jak w nocy lunetaGalileusza niezbyt pewny obrazMniemanych krajów księżyca podaje;Lub sternik, gdy wśród Cykladów wyróżniaW plamie mgły szarej Delos albo Samos.Tam w chyżym locie spuszcza się ArchaniołPrzez eteryczne niezmierne przestrzenie,Mijając światy i światy, z wiatramiBiegunowemi na skrzydłach się waży,To znów przychylne prądy żwawym ruchemPrzebywa, aż tam, gdzie orły szybująWpadłszy, zdziwionym skrzydlakom się wydałFenixem, który jeden z wszystkich ptaków,Do Teb egipskich zlata, by pochowaćW świątyni słońca swoje szczątki. NarazOsiada Anioł w wschodniej stronie RajuNa skale, i do własnych kształtów wraca.
Skrzydlaty Seraf: sześć skrzydeł osłaniaPostać niebiańską: jedna para kryłaPotężne barki, zachodząc na piersiZdobne w królewskie godła; średnia paraJak pas gwiaździsty w około kibiciBiodra mu złotym puchem lamowała,I kolorami czerpanemi w niebieCieniła, trzecia jego stopy obieZbroją pierzastą barwy lazurowejOd pięt wyrosłą. Tak stał jak syn MaiW baśni głoszony, gdy wstrząsnął pióramiZapach niebiański rozszedł się dokoła.Zaraz poznały go straże anielskie,Cześć wielką czynią zarówno godnościJak i missyi, bo się domyślali,Że pewno przybył z jakiemś poruczeniem.Przeszedłszy mimo ich świetnych namiotów,Skierował kroki do błogosławionychPól rajskich po przez gaiki mirtowe,Kassyi, nardu, balsamiczne ziołaWonne pustynie; bo tutaj PrzyrodaRozrzutna w pierwszej młodości rozpędziePuszczała wodze dzikiej fantazyi,Płodząc bezmierny czar, niepowstrzymanaŻadnem prawidłem, sztuką. IdącegoPrzez gaj żywiczny dostrzegł zdala Adam,Przed swem cienistem schroniskiem siedzący:Bo właśnie słońce stanęło u szczytuI prostopadle palące promienieRzucało, grzejąc głębsze łono ziemi,
Lecz dla Adama zbytni to był upał.Wewnątrz schroniska punktualna EwaPrzysposabiała na obiad owoceWyborne w smaku i pobudzającePrawy apetyt; pragnienie miał gasićNektar z przeróżnych jagód albo z mleka.Adam się ozwie: »Ewo, co ja widzę!Od wschodu między drzewami się zbliżaWspaniała postać; jak drugi wschód słońcaZjawia się teraz o samem południu;Może nam niesie jaki wielki rozkazZ Nieba, a może zechce zostać naszymGościem na dzisiaj; spiesznie przynoś wszystko,Co masz w zapasie, aby przyjąć godnieZwiastuna Niebios: jakże łatwo dawaćMożemy naszym dawcom otrzymaneDary z ich ręki; obficie obdarzaćZ otrzymanego obficie. PrzyrodaWciąż mnoży płody swoje, a gdy zrzucaIch brzemię, jeszcze płodniejszą się staje,Nie powinniśmy zatem nic oszczędzać.«Na to mu Ewa: »Adamie, tyś modłąŚwiętą z tej ziemi, od Boga natchnioną;Małe zapasy starczą, tam gdzie zapasDojrzały w każdej porze do użytkuWisi na drzewie; wyjąwszy nieliczne,Które gdy uschną smaku nabierają.Spiesznie więc zerwę owoce z gałęzi,Obłamię zioła, melony soczyste,A przytem wybór zrobię tak staranny,
Iż gość nasz Anioł, widząc tę obfitość,Przyzna, że równie szczodrze Bóg obdarzyłZiemię, jak Niebo.« To rzekłszy pośpiesznieWybiega, cała przejęta zadaniemSwem gościnności: co wybrać wśród tyluWytwornych rzeczy, i w jakiej koleiPodawać, by nie zepsuć smaku, aleZ podniecającą apetyt przemianą,I jak ułożyć ponętnie dla oka?Krząta się zatem, i z wątłych szypułekZbiera sowitą dań od wszystkich płodówWszechrodzicielki Ziemi; z tych, co rosnąW Indyach Wschodnich, czy Zachodnich, czy teżNa mórz Śródziemnych brzegach, Pontu,W Alcynousa królestwie: przeróżneOwoce, w szorstkiej lub miękkiej łupinie,W łusce włochatej, w skórce i skorupie,Nie oszczędzając ręki, stawia stosy.Moszcz z winogrona, a z jagód rozlicznychMiody wyciska, nieodurzające,Z ziarn rozgniecionych ma tłustą śmietankę;Nie brak też czystych naczyń pod przysmaki.W końcu różami wonnemi i różnemKwieciem, obranem z łodygi i kolcówZaściela ziemię. Tymczasem praojciecNasz na spotkanie gościa niebiańskiegoIdzie, za cały orszak mając tylkoDoskonałości swoje, w sobie samymWszystką dostojność mając, uroczystsząNiż nudna pompa na przyjęcie książąt,
Gdy długi szereg koni prowadzonychW ręku, i jeźdźców błyszczących od złotaOślepia tłumy i w zapał je wprawia.Zbliżył się Adam, choć nie przestraszony,Ale z pokorą ukłon złożył niski,Jako istocie wyższej z przyrodzenia,I rzekł: »Mieszkańcze Niebios! bo prócz NiebaŻaden świat takiej wspaniałej postaciNie może mieścić; ponieważ, zstępującOd Tronów górnych, raczyłeś na chwilęOpuścić owe szczęśliwe dziedziny,A te zaszczycić, zechciej z nami dwojgiemKtórzy z nadania Najwyższego dzierżymObszerne owe ziemie, spocząć w cieniuTego schroniska, a też pokosztowaćCo najlepszego owocu z ogrodu,Póki nie przejdzie upał południowy,A słońce skłoni się w zachodnią stronę.«Któremu Anioł uprzejmie odpowie»Adamie, taki cel mnie tu prowadzi:I ty stworzony jesteś w tej przyrodzie,I miejsce, które zamieszkujesz, takie,Iż łatwo Anioł może czuć chęć szczerąDo odwiedzenia ciebie; prowadź zatemDo cienistego twojego schroniska;Aż do wieczora dzisiaj mam czas wolny.«Tak do leśnego przybyli mieszkania,Uśmiechniętego, jak drzewo Pomony,I okrytego wonnemi kwiatami,Jedynie Ewa nieokryta niczem,
Chyba wdziękami własnemi, piękniejszaOd nimfy leśnej, lub od najpiękniejszejZ trzech owych bogiń, wymyślonych w baśni,Które na górze Ida się spierały,Stała, by przyjąć gościa niebieskiego.Nie używała osłony, bo byłaCnotą bez skazy: żadna myśl wątpliwaRumieńcem wstydu nie mieniła twarzy.»Zdrowaś,« powiedział do niej Duch niebiański,Witając słowy, któremi powitałPo wielu wiekach inny poseł BożyBłogosławioną Maryę, Dziewicę,Powtórną Ewę. »Zdrowaś, matko roduLudzkiego, której urodzajne łonoŚwiat liczniejszymi napełni synami,Niźli te drzewa Boże obciążyłyStół owocami.“ Stół ten był z darniny,Wokoła krzesła z mchu miękkiego stały,A na obszernym stole aż po brzegiNagromadzone leżały bogateDary Jesieni, bo Wiosna i JesieńTutaj pląsały pospołu. Czas jakiśWiedli rozmowę, nie bojąc się, abyObiadł im ostygł; wreszcie nasz praojciecTak zaczął: »Gościu niebiański, pokosztujTych darów, które Opatrzny Karmiciel,Źródło dobroci doskonałej, kazałZiemi wydawać nam na pożywienieI na uciechę; może to niesmaczny
Pokarm dla istot duchowych, wiem tylko,Że jeden Ojciec w Niebie wszystkim daje.«Na to mu Anioł: »To też czem obdarza —Chwała niech będzie Dawcy nieustanna, —Człowieka, w części istotę duchową,Może za pokarm służyć czystym duchom.Bo i te, czysto duchowe istoty,Muszą mieć pokarm, jak wy, rozumowi,I one władzą zmysłów obdarzone,Słyszą i widzą, czują, dotykają,Jedzą i trawią, przyswajają sobieI przemieniają cielesne w duchoweBo wiedz, że wszystko, co stworzeniem zwie sięŻywić się musi: żywioły surowszeSą pożywieniem dla wyższych; tak ziemiaOdżywia morze, a jedna i drugieŻywią powietrze, które żywi ognie,Te eteryczne, naprzód z nich najniższyKsiężyc; dla tego w pełnej jego twarzyPlamy wyziewów, co nieoczyszczone,Jeszcze się w jego ciało nie zmieniły.I księżyc także z swych mokrych obszarówWyższego rzędu gwiazdom śle karm lotną;Słońce użycza wszystkim swego światła,Wzajem od wszystkich dostaje w nagrodęŻywność z wyziewów wilgotnych, a kończy,Dzień z oceanu napojem. I w NiebieAmbrozyańskie drzewa życia niosąOwoc, winorośl daje nektar, tak, żeZ każdego drzewa gałęzi co rano
Zbieramy rosę miodową, a w kołoWidzimy pola ziarnem pereł kryte.I tu jednakże Bóg urozmaiciłSwe dary, nowe stwarzając rozkosze,Mogące równać się z Niebem, i nie myśl,Bym był w jedzeniu wybredny.« ZasiedliZatem. Jadł Anioł, lub tak się zdawało,Że jadł, jak oni. Tymczasem przy stoleGospodaruje Ewa i napełniaIch kubki słodkim płynem. NiewinnościPrawdziwie rajska! Gdyby synów NiebaMożna tłómaczyć kiedy, że się w ludzkichCórach kochali, to chyba w tej chwili!Ale w tych sercach panowała miłośćCzysta, nieziemska; nie znały zazdrości,Która jest piekłem miłości wzgardzonej.W końcu biesiady naraz AdamowiPrzyszła myśl, aby, gdy się tak nadarza,Powziąć wiadomość o rzeczach nadziemskich,O tych istotach, co mieszkają w NiebieI przewyższają go doskonałością;Których postaci jasne, — odblask Boży,Tak przewyższają ludzi swą potęgą.Więc do wysłańca Niebios w taki sposóbOstrożną zwraca mowę: »Czuję dobrze,O współmieszkańcze Boga, wielkość łaskiI zaszczyt, jaki czynisz człowiekowi,Schodząc pod jego strzechę i kosztującOwoców Ziemi, pokarm nie Aniołów.Lecz je przyjąłeś z taką uprzejmością,
Jakbyś świąteczną w Niebie miał biesiadę:Chociaż żadnego nie ma porównania.«Na to mu Anioł skrzydlaty odpowie:»Adamie, jeden jest Wszechmocny, wszystkoPochodzi z niego i do niego wraca,Jeśli nie zboczy od dobra ku złemu.Wszystko stworzone do doskonałości,Wszystkiego jedno tworzywo, co zdolneRóżne przybierać kształty, różne stopnieBytu i życia w dziedzinie żyjących;Lecz subtelniejsze i bardziej duchoweI czystsze stoją bliżej Jego tronuLub dążą bliżej, i każde w swej sferzeWypracowywa ducha z ciała w szrankachWedług rodzaju proporcyonalnych.Tak wzrasta lżejsza łodyga z korzenia,Z niej powietrzniejsze liście, z nich nakoniecKwiat doskonały tchnie wonią duchową.Kwiaty, owoce ich, pokarm człowieka,Dążą po stopniach wciąż wyższego życiaDo zwierzęcego i umysłowego,Życie i czucie dają, wyobraźniąI rozumienie; przez nie do rozumuDusza dochodzi, ten jest jej istotą,Przez wnioskowanie lub wnętrzne widzenie;Wy używacie częściej wnioskowaniaA my widzenia; różne są to stopnieLecz ten sam rodzaj. Niech cię więc nie dziwi,Że tego, co Bóg dla was dobrem uznał,Nie odmówiłem, lecz jak wy, zużyłem
Na własną istność, może kiedyś ludzieZ aniołmi będą ucztowali, możeAnielski pokarm będzie im stosowny,Nie nazbyt lekki; może przez użycieJego po pewnym czasie wasze ciałaUduchownione i jak my na skrzydłachWzniosą się w Niebo; albo do wyboruW ziemskim, w niebieskim mieszkać będą Raju;Jeśli posłuszni będziecie, i całąNiezmienną miłość zachowacie TemuCzyimi dziećmi jesteście. Tymczasem.Gdy do większego niezdolni, czerpajcieW pełni to szczęście, jakie macie tutaj.«»Duchu przyjazny i gościu łaskawy, «Odrzecze na to patryarcha roduLudzkiego, »jasno nakreśliłeś drogi,Któremi stąpać mamy w nabywaniuWiedzy; wskazałeś i stopnie PrzyrodyOd jej obwodu do ogniska; po nichPrzez rozważanie całego stworzeniaMamy wstępować do Boga. Lecz powiedz,Co znaczy taki dodany warunek:»»Jeśli będziecie posłuszni««? CzyżbyśmyNieposłusznymi być mogli? OdmówićMiłości Temu, który nas powołałZ prochu do życia i umieścił tutaj,Nad wszelką miarę obdarzywszy szczęściem!Jakiegoż człowiek jeszcze pragnąć możeI jakie sobie wyobrazić?« Na toOdrzecze Anioł? »Zważ to sobie, Synu
Nieba i Ziemi! Że jesteś szczęśliwy,Toś winien Bogu; że zawsze nim będziesz,To będziesz winien sobie, posłuszeństwuSwojemu. Tego się trzymaj; przestrogęMasz daną. Bóg cię stworzył doskonałym,Lecz nie niezmiennym; dobrym cię uczynił,Lecz twoja wola wytrwać w tej dobroci;Nadał ci wolę swobodną z natury,Niekierowaną żadnem przeznaczeniemNieuniknionem, albo koniecznością;Chce dobrowolnej służby, nie chce z musu:Tejby nie przyjął i nie może przyjąć;Bo jak niewolne serce złoży dowód,Że chętnie służy, że chce, gdy zmuszoneJest przeznaczeniem i wyboru nie ma?I ja i wszystkie zastępy Aniołów,Przed tronem Boga stojące, szczęśliwośćNaszę, zarówno, jak wy, trwałą mamy,Bo posłuszeństwo nasze trwałe; innejPewności niema: ochotnie służymy,Bo miłość nasza ochotna; do woliNaszej miłować, albo nie miłować;Na tem oparty nasz byt błogi, na temNiektórzy padli — przez nieposłuszeństwo:Z Nieba do Piekieł! Straszliwy upadek:Z szczytu błogości do głębi niedoli!«Na to praojciec nasz rzecze: »Słów twoich,Nauczycielu boski, wysłuchałemZ większą uwagą i z większą rozkoszą,Niż gdy z pobliskich wzgórzy nocną porą
Niosło powietrze śpiewy Cherubinów.Wiedziałem wprawdzie, że wolna jest wolaI czyny wolne, lecz, że nie przestaniemKochać naszego Stwórcy, słuchać Tego,Co nam dał zakaz jedyny, tak słuszny,Tego myśl moja wraz mi pewność dałaI ciągle daje. Ale to, co mówiszO Niebie, budzi pewne wątpliwościW mej duszy; chciałbym słyszeć więcej,Jeżeli można, zupełną opowieść.Dziwna być musi, a słuchać jej trzebaW świętem milczeniu. Noc jeszcze daleka,Słońce ubiegło zaledwie pół drogiSwojej codziennej, a drugą połowęLedwie zaczęło.« Taką prośbę AdamWniósł, a Rafael, po chwili, przystając,Zaczął w ten sposób: »Prarodzicu ludzi,Żądasz odemnie bardzo ważnych rzeczy,Smutnych i trudnych; bo jak opowiedziećI uzmysłowić niewidzialne czynyWalczących Duchów? Jak wspomnieć bez żaluUpadek tylu i tak świetnych niegdyś,Tak doskonałych, póki trwali? WreszcieMoże nie godzi się tutaj odsłaniaćInnego świata tajemnic? — dla dobraTwojego przecież mam to dozwolone;A co nad miarę ludzkiego pojęcia,Nakreślę w sposób, byś je mógł zrozumiećPrzez porównanie duchowych postaciZ ziemskiemi, bowiem czem jest Ziemia, jeśli
Nie cieniem Nieba? Więcej, niż się zdajeNa Ziemi, sprawy ich sobie podobne.»Gdy jeszcze świat ten nie został stworzonyA Chaos dziki panował, gdzie terazToczą się Niebios przestwory, gdzie ZiemiaŚrodkiem się swoim w równowadze trzyma,Pewnego razu (bowiem i w wiecznościCzas względem ruchu wszelkie trwałe rzeczyTeraźniejszością, przeszłością, przyszłościąMierzy), jednego z dni wielkiego roku,Wojsko Aniołów promiennych, skinieniemPańskiem wezwane, ze wszystkich stron NiebaNiezliczonemi stanęło oddziały.Pod wodzą książąt w błyszczących szeregachPrzed Wszechmocnego Tronem; a nad niemiDziesięć tysięcy chorągwi, sztandarów,Proporców w górze płynęło w powietrzuNa odznaczenie straży przedniej, tylnej,Godności różnych, stopni i urzędów;Lub też w błyszczących tkaninach dawałyGodła, pamiątki święte znakomitychCzynów miłości, szczytów gorliwości.Tak kiedy stali niezmiernym obwodem,Koło za kołem, w środku Pan Wszechświata,Z Synem, siedzącym na łonie błogości,Płomieniejącej górze był podobny,Której szczyt jasność niewidzialnym czyni.»Tak rzecze: »»Wszyscy Synowie ŚwiatłościAnieli, Trony, Panowania, Księstwa,Cnoty, Potęgi! Słuchajcie dekretu,
Na wszystkie czasy nieodwołalnego.Dzisiaj zrodziłem Tego, i ogłaszamTeraz, że moim jest jedynym Synem;Na tej Go świętej górze namaściłem,Siadł po prawicy mojej: Głową wasząNaznaczam Jego: a też poprzysiągłemPrzez się Samego, że przed nim się skłoniWszelkie kolano w Niebie, zwąc go Panem.Pod jego rządem bądźcie zjednoczeni,Jak jedna dusza, i wiecznie szczęśliwi.Kto nieposłuszny Jemu, mnie nie słucha,Ten zrywa związek, i od tejże chwiliZ przed obliczności Bożej odrzucony,Spada w ciemności całkowitej głębię,Gdzie niema końca kary, ni zbawienia.««»Rzekł Wszechmogący, zdało się, że wszystkichUradowały jego słowa, aleZdało się tylko, lecz inaczej było.Jako zazwyczaj w uroczyste święta,I ten dzień przeszedł na śpiewie i tańcuDo koła góry świętej, pląs mistycznyNajpodobniejszy temu, jaki tocząW całym rozpędzie planet}^ z gwiazdamiStałemi: wiry wewnętrzne, zewnętrzne,Splątane z sobą, najnieprawidłowszeNa pozór, chociaż w pełni prawidłowe;A przy tych pląsach symfonia boskaTak czarująca, że samemu BoguRozkosz przynosi. Już się wieczór zbliżał(Bo i my mamy wieczory i ranki
Dla przyjemności naszej, nie potrzeby),Żwawo od tańca do miłej biesiadyPrzechodzą: między wirujące kręgiStanęły stoły, a na nich obficiePokarm anielski; nektar rubinowyZ winogron w Niebie wzrosłych wyciśniętyPienistą falą błyszczał w szczerozłotych,Dyamentowych i perłowych czaszach.Na kwiatach i kwiatami uwieńczeni,Jedzą i piją; w Szczytnem zjednoczeniuPoją się szczęściem i nieśmiertelnością;Od nadużycia bezpieczni zupełnie,Gdzie pełna miara od nadmiaru broni,Wobec dobrego Króla, który szczodrzeSypie im dary, ciesząc się ich szczęściem.Noc ambrozyjska wysnuła obłokiZ wysokiej góry Bożej, gdzie zarównoI cień i światło źródło swoje mają,Twarz Nieba miłym okryła się zmrokiem(Tam Noc w zasłonie czarnej nie przychodzi),Różana rosa do snu wszystkich oczyUsposobiła, oprócz Boskich, któreNie zasypiają nigdy. Na równinieRozległej, większej daleko niż całaTa ziemska kula, gdyby ją w płaszczyznęRozwinąć, w wielkim tym dziedzińcu Bożym,Tłumy aniołów w gromadach, szeregach,Stawią swój obóz, jak żyjące rzekiPośród drzew życia; nagle więc się wznosząLiczne namioty, anielskie przybytki.
Tam przy powiewie chłodzących zefirówSpali, prócz gromad, co w swojej koleiDokoła tronu boskiego śpiewaliNoc całą hymny cudnie melodyjne.»Lecz nie spał Szatan, tak obecnie zwany,Gdy pierwsze jego imię starte w Niebie.On, jeden z pierwszych, chociaż nie najpierwszy,Archanioł wielki potęgą i łaskąI stopniem, ale dręczony zawiściąPrzeciw Bożemu Synowi — któregoW dniu tym uwielbił wielki jego OjciecI Messyaszem, Królem namaszczonymOgłosił — nie mógł znieść tego widoku,I w dumie swojej czuł się znieważonym.Knując złośliwe plany, gniewem zdjęty.Chce b północy mglistej, a przyjaznejSpaniu i ciszy, wraz z legionamiSwemi wyruszyć bez oddania hołduTronowi, z wzgardą i nieposłuszeństwemW piersi; i budząc najpierwszego swegoPodkomendnego, tak doń mówi zcicha:»»Czy śpisz, kolego drogi? Czyliż możeSen zamknąć twoje powieki, gdy wspomniszNa tak niesłuszne Wszechmocnego w NiebiePostanowienie wczorajsze? Tyś zwykleDzielił się ze mną myślami swojemi,Jak ja mojemi z tobą; gdy w czuwaniuTak zjednoczeni, czyżby teraz sen twójMiał nas rozdzielić? Nowe prawa, widzisz,
Nam nałożono; od panującegoWydane nowe prawa mogą budzićW nas, którzy służym, nowe myśli, — noweRady i nowe rozważania tego,Co się wątpliwem wydaje; lecz więcejW tem miejscu mówić nie można: zbierz wodzówMiryad, które są w naszej komendzie,Powiedz, że rozkaz jest, abym pośpiesznie,Wprzód nim Noc ciemna pościąga obłoki,Wraz z tymi, których chorągwie są moje,Wyruszył śpiesznym pochodem do kwaterZwyczajnych naszych na Północy, abyTam przygotować wszystko na przyjęcieGodne naszego Króla, MessyaszaWielkiego, jak i wysłuchania jegoNowych rozkazów, albowiem zamierzaTryumfująco wszystkie hierarchieNiebieskie przejrzeć i stanowić prawa!««»Tak rzekł obłudnik i zły wpływ zaszczepiłW nieprzezornego towarzysza sercu,Który bezzwłocznie z osobna zwołujeKażdego z władców, swoich podkomendnych,I tak im mówi, jak mu powiedziano,Że z Najwyższego rozkazu, nim nocneOsłony z Nieba opadną, chorągiewHierarchiczna, wielka, podniesionaZostanie; powód słyszany powtarza,Rzucając słówka dwuznaczne, zazdrosne,Nieskazitelność badając, lub plamiąc;
Lecz usłuchali danego sygnałuI przeważnego głosu swego wodzaWszyscy, bo wielkie było jego imię,Wysoka ranga w Niebie. Jak porannaGwiazda, wiodąca stada gwiazd, tak jegoWyniosła postać ich skupiła: kłamstwemPowiódł za sobą trzecią część wojsk Nieba.Tymczasem Władca Przedwieczny, widzącyNajskrytsze myśli, ze swej świętej góryI z po za złotych lamp, co nocną porąPrzed nim się palą, ujrzał tam, gdzie światłoLamp nie dosięga, bunt wznoszący głowę,Kto go roznieca wśród synów poranku,I jakie tłumy łączą się, by stawićOpór wyrokom jego, i z uśmiechemRzecze do Syna swego jedynego:»»Synu, w którym się cała moja chwiałaOdbija w pełni, Dziedzicu mej mocy,Pilnie potrzebne jest zabezpieczenieNaszej wszechmocy, pomyśl jaką broniąMamy ocalić nasze stare prawoBoskości, czyli panowania; takiWróg się podnosi, co tron swój zamierzaStawić na równi naszemu w rozległychStronach Północy; nie dosyć mu na tem;Chce wypróbować w bitwie naszej mocy,Albo naszego prawa. Trzeba temuZaradzić, zebrać siły pozostałe,Użyć ich w naszej obronie, ażeby
Nie stracić nagle tego stanowiskaNaszego, naszej świątnicy i góry.««»Syn na to, z wzrokiem spokojnym i jasnymLśniącym niezmienną pogodą boskości,Rzecze: »»Potężny Ojcze! słusznie w pośmiewiskoObracasz marne twoich nieprzyjaciółZamysły, śmieszne i czcze ich rozruchy;One posłużą tylko do mej chwały,A ich nienawiść mojem uwielbieniemBędzie, gdy ujrzą potęgę królewską,Daną mi na to, abym skarcił pychę,Abym okazał czynem, że potrafięZnieść buntowników.««»Tak mówił Syn Boży.Tymczasem Szatan ze swemi KsiążętyPędził, pośpiesznie rozwijając skrzydła,Za nim gromady wojsk nieprzeliczonych,Jak gwiazdy nocy, lub te drugie gwiazdyPoranku, krople rosy, które słońceNa każdym liściu i na każdym kwiecieW perłę zamienia. Mijali okręgiPotężnych władców na potrójnych tronach,Państwa, do których twe władztwo, Adamie,Ma się jak ogród ten do całej ziemiWraz z morzem, gdyby rozciągnąć na długośćCałą tę kulę. Przybyli nareszcieDo granic kraju Północy, a SzatanDo swej królewskiej stolicy, na wzgórzuWysokiem, zdala świecącej jak góraNa górze, zdobnej w piramidy, wieże,
Z dyamentowych bloków i skał złota.Pałac wielkiego Lucyfera (takąArchitektura ta nazwę mieć może,Na język ludzki wyłożona); wkrótce,Gdy Czart we wszystkiem udawał równegoBogu, wzór biorąc z owej góry świętej,Na której w obec Nieba ogłoszonyZostał Messyasz, on tę swoję nazwałKongregacyjną górą, gdyż tu zbierałWszystkich stronników, niby na narady,Jak godnie przyjąć zapowiedzianegoWielkiego Króla; tak oszczerczą sztukąZdobywał posłuch pozorami prawdy.»»Trony, Mocarstwa, Księstwa, Cnoty, Siły!O ile takie wspaniałe tytułyNie są czczym dźwiękiem teraz, gdy dekretemBoskim kto inny wziął wszelką potęgęzaćmiłI zaćmił chwałę nasze nazwą KrólaNamaszczonego; z jego to powoduPochód tak prędki o północnej porzeI to zebranie, mające obmyślićNowe honory dla nadchodzącego,Hołdy na klęczkach, nigdy niebywałe,Upokorzenie haniebne! zbyt wielkieWzględem jednego, jakże je ponosićPodwójnie, przed nim i przed owym drugim,Którego nazwał swoim wizerunkiem?A gdyby lepszy nam do głowy pomysłPrzyszedł zrzucenia jarzma? Chcecież schylaćPokorne karki, giąć gibkie kolana?
Wiem, że nie chcecie, znam was, i wy sami,Jeśli pomnicie, że zrodzeni w NiebieDziećmiście Nieba, którego przed wamiNikt nie posiadał; że chociaż nierówni,Wszyscyście wolni, wolni jednakowo;Bo rangi, stopnie, w niczem nie ujmująWolności, tkwią w niej. Któż więc może z prawaI ze słuszności władzę monarchicznąPrzywłaszczać sobie nad tymi, co żyjąJak równi jemu z prawa, choć potęgąI blaskiem mniejsi, wolnością jednacy?Lub czyliż może wprowadzać ustawyAlbo edykta nam, co i bez ustawNie błądziliśmy? A tem mniej ustawę,Która nam króla daje i nakładaAdoracyę z uszczerbkiem tytułówNaszych królewskich: z nich przecie wynika,Że nam w udziale rządy a nie służba!««»Zuchwałej mowy słuchano w milczeniuAż Abdiel z pośród Serafinów grona,Do najżarliwszych czcicieli BoskościI najwierniejszych sług jej należący,Wstał, i gorejąc płomieniami gniewu,Tak wstrzymał potok wściekłości Szatana:»»Bluźniercza mowa, fałszywa i pyszna!Słów takich w Niebie nikt się nie spodziewałSłyszeć, a najmniej z ust twych, niewdzięczniku,Coś tak wysoko wzniesion ponad Książąt.Czyż możesz mową bezbożną naganiaćBoga wielkiego dekret sprawiedliwy,
Kiedy ogłosił i przysięgą stwierdził,Że przed Jedynym Synem Jego, prawnieKrólewskiem berłem obdarzonym, zginaćKolano będzie wszelka dusza w Niebie,Jako przed swoim Królem prawowitym?Niesprawiedliwie, powiadasz, krępowaćUstawą wolnych, oddawać równemuRząd nad równymi, stałe panowanieJednemu z równych nad wszystkimi? ChceszżeBogu dyktować prawa? Spór z nim toczyć?Wolność określać? Z nim, co cie utworzyłTakim, jak jesteś, a Potęgi NiebaTak ukształtował i takie graniceIm nadał, jakie mu się podobało?I z doświadczenia znamy, jak jest dobry,Jaki troskliwy o nas i o naszeDobro i godność, daleki od myśliIch uszczuplenia, przychyla się raczejDo podwyższenia stanu szczęśliwościNaszej, gdy jeszcze ściślej nas jednoczyPod jedną Głową. Choćby nawet przyznaćSłuszność twierdzeniu, że krzywda, gdy równyRządzi równymi królami. Czyż i ty,Chociaż tak wielki i tak pełen chwały,Czy nawet cała natura anielskaW jedno złączona, może się z Nim równać,Z Jednorodzonym Synem? Wszak przez Niego,Jako przez swoje Słowo, wszystkie rzeczyStworzył potężny Ojciec, ciebie takżeI wszystkie duchy Nieba różnych stopni
I blasku — stworzył i uwieńczył chwałą.Zowiąc je: Trony, Panowania, Księstwa,Cnoty, Potęgi, jako główne siły.Ni ich zaćmiewa jego królowanie,Owszem, dodaje blasku, gdy On, Głowa,Tak się zniżając w waszem gronie staje;Jego ustawy są naszemi; wszelkiJemu czyniony zaszczyt na nas spada.Zatem zaniechaj tego bezbożnegoSzaleństwa, i tych nie kuś, lecz najśpieszniejOjca i Syna zagniewanych błagaj,Bo przebaczenie możesz jeszcze znaleść,Jeśli dość wcześnie będziesz o nie prosił.««»Tak mówił Anioł żarliwy, nikt jednakNie poparł jego słów, które się zdałyNieobmyślane, dziwne, nierozważne.Ucieszył się więc odstępca, i rzeczeJeszcze wynioślej: »»Jesteśmy stworzeni,Powiadasz, dziełem drugiej ręki, któreOjciec powierzył Synowi! TwierdzenieTo osobliwe a nowe. Skąd źródłoTakiej teorji chcielibyśmy wiedzieć?Kto widział owo tworzenie? Czy pomniszSwoje stworzenie, gdy cię Twórca życiemNadał? Czasu nie znamy, w którymbyśmyInsi niż teraz byli, i nikogo.Coby przed nami istniał: spłodziliśmySiebie i własną wznieśliśmy się siłąOżywiającą, gdy bieg losu zamknąłSwój okres i nas, eterycznych synów
Jak płód dojrzały Niebo wyłoniło.Potęgę sami z siebie posiadamy;Największych przewag nas własna prawicaNauczy, kiedy próby przekonają,Kto naszym równym; a wtedy zobaczysz,Czy z suplikami stanąć zamierzamy?Czy Tron Wszechmocny otoczym błaganiem,Czy oblężeniem? Takie wiadomościNamaszczonemu poniesiesz Królowi;A śpiesz, nim zguba nie przetnie ci drogi.««»Rzekł, i jak szumy morza wzburzonego,Pomruk chrapliwy przywtórzył uznaniemZ nieprzeliczonych szeregów; lecz Seraf,Chociaż sam jeden, chociaż otoczonyNieprzyjaciółmi, śmiało odpowiada:»»Odstępco Boga i wszelkiego dobra,Duchu przeklęty! A więc twój upadekSpełnia się, i twe roty nieszczęśliweDo zdradzieckiego czynu zaciągnięte,Już zarażone twą zbrodnią i karą!Nie troszcz się odtąd, jak otrząsnąć jarzmoBoskiego Syna, Messyasza; odtądNie będzie spływać na cię dobrotliweTo prawo; inne wydano na ciebieWyroki, nigdy nie cofnione; berłoZłote, któregoś nie chciał znosić, terazStaje się drągiem żelaznym, łamiącymI w pył kruszącym twe nieposłuszeństwo.Wprawdzie ostrzegłeś mnie, abym uciekał,Ale nie dla tej rady, czy też groźby,
Uciekam od tych namiotów bezbożnych,Na zatracenie skazanych, bo możePomsta straszliwa, wisząca nad niemi,Nagłym buchając płomieniem nie zrobiŻadnych wyjątków. Niebawem uczujeszGrom jego na swej głowie, ognia żary;Wtedy biadając poznasz, że kto stworzył,Ten i zniweczyć może.«« Tak rzekł SerafAbdiel, wierny pośród wiarołomnych,Jeden wśród tłumów zdradzieckich niezmienny,Nieporuszony i nieprzestraszony.Nie dał się uwieść, miłość swą zachował,I swą gorliwość; ni liczba ni przykładNie potrafiły go odwieść od prawdy,Ani umysłu stałego poruszyć,Choć był sam jeden. Z pośród ciżby wrogówOdchodził znosząc śmiało i z godnościąSzyderstwa, ani gwałtu się nie bojąc.Z wzajemną wzgardą zawrócił od wieżycDumnych, skazanych na rychłą zagubę.«
»NieustraszouyNieustraszony Anioł, nieścigany,Noc całą dążył przez rozległe Nieba,Nareszcie ranek, zbudzony przez lotneGodziny, ręką różaną otworzyłWierzeje światła. Jest u góry BożejPieczara, blisko Jego Tronu, w którejŚwiatło i ciemność w ciągłym są obrocie:Kolejno wchodzą, znikają, krążeniemTem pożądaną czyniąc w Niebie zmianęNakształt dnia z nocą: gdy światło wypływa,To przez drzwi drugie wchodzi ciemność cichaI czeka chwili osłonięcia Nieba;Ciemność ta raczej zmierzchem tu się zowie.Teraz poranek nadszedł taki jasny,Jak na wyżynach Nieba tylko bywa,Cały przybrany w złoto empirejskie;Jego promieńmi przeszyta noc znikła,A na równinie błyszczące szwadronyW szyku bojowym, broń promieniejąca,
Wozy wojenne, ogniste rumakiI blask za blaskiem w odbiciach bez końcaNaraz olśniły oczy Abdiela.Pojął, że wojna — wojna w gotowości;I że wiadoma już nowina, z którąPośpieszał; zatem w hufce bratnieWkroczył wesoło, przyjęty radośnymHucznym okrzykiem, że powrócił jeden,Z tylu miryad upadłych on jedenNieutracony! Głośno wysławiającDo świętej góry wiedli go, stawiliPrzed Najwyższego Tronem, tam z złocistejChmury usłyszał taki głos łagodny:»»Dobrześ postąpił, sługo Boży, chlubnieStoczyłeś lepszą walkę, sam naprzeciwWzburzonych tłumów śmiało broniąc prawdy,Silniejszy w słowach, niż oni w orężu.A za świadectwo prawdzie ponosiłeśWszystkich obelgi, daleko przykrzejszeNiż rany. Całem twem staraniem byłoW obliczu Boga przenieść twardą próbę,Choć takie tłumy przewrotnym cię zwały.Teraz łatwiejszy bój ci pozostaje:Wespół z tem wojskiem, tchnącem jednym duchemWrócisz do wrogów z tym większym zaszczytem,Im z większem od nich szedłeś poniżeniem;Poskromisz siłą tych, którzy nie chcieliRozumu uznać za swoję ustawę: —Ani rozumu prostego przepisówUznać nie chcieli, ani Messyasza
Za Króla, który z prawa swych przymiotówKróluje. Idź więc, Michale, zastępówNiebieskich wodzu, i ty, Gabryelu,Dzielnością jemu najbliższy; prowadźcieDo boju synów mych niezwyciężonych,Świętych pod bronią tysiące, miliony,W szeregach, równych liczbą buntownikomZuchwałym. Śmiało napadnijcie,Ogniem i bronią walczcie i ścigajcieDo krańców Nieba; odpędźcie od BogaI od błogości, aż do miejsca kary,W przepaść Tartaru, w płomienie chaosuZgotowanego do ich pochłonięcia.««»Głos Najwyższego ucichł i wnet chmuryŚciemniały w koło wzgórza, dym zatoczyłCzarniawe kłęby z ogniem przemieszane;Znak to był gniewu bliskiego wybuchu;Niemniejszym strachem przejęły trąb dźwiękiRozgłośne, z wyższych sfer Nieba płynące.Na tę komendę, wojska zgromadzoneW obronie Niebios w potężny czworobokSzyk sformowały; złączone jednościąNiepokonaną, ruszyły wT milczeniuIch legiony przy dźwięku muzykiInstrumentalnej, pełnej harmonii,Budzącej zapał do dzieł bohaterskich.Przez wodzów bogom podobnych wiedzione,Za sprawę Boga i za MessyaszaJego ruszają w niezłomnych szeregach.Ni spotykane wzgórza, ni doliny
Wąskie, ni lasy, ni rzeki nie łamiąDoskonałego szyku, bo ten pochódWysoko ponad gruntem się odbywał,A kroków szybkich uległe powietrzeNie tamowało. Jak kiedy ród ptakówCały, na skrzydłach, szeregami mknący,Wezwany przybył ponad Eden, abyOtrzymał nazwy z ust twoich, tak oniPrzez okolice szli mnogie i krajeDziesięciokrotnie dłuższe od powierzchniZiemi. Nakoniec, daleko na północ,Tam gdzie widnokrąg się skłania, ujrzeliDługim ciągnące się pasem obszaryOgniste, jakby wojskowe kolumny;Bliżej widziane jeżyły się one,Jak promieniami, nieprzeliczonemiLancami; niżej ciżba hełmów,I różne tarcze, chełpliwemi godłyPomalowane: to nagromadzoneWojska Szatana śpieszyły pochodemSzalonym, sądząc, że jeszcze dnia tegoRozprawą, albo podejściem zdobędąWyżynę Boga, i na jego tronie1 Osadzą tego, który mu zazdrości,Pysznego Ducha, lecz się przekonaliJuż na pół drogi, że próżne i głupieByły ich myśli. Dziwnem nam się zdałoZ początku, wojnę toczyć AniołowiZ Aniołem, w srogiej z nim walce potykać,Cośmy zwyczajni byli raczej wspólnie
Obchodzić święta miłości, wesela,Zgodnie, jak dzieci wielkiego Rodzica,Śpiewając hymny na cześć jego; nagleRozległ się okrzyk wojenny i wrzawaBitwy stłumiła czucia łagodniejsze.»W środku swych hufców, wysoko wzniesiony,W rydwanie słońca blask naśladującymSiedział Odstępca, jak Bóg, majestatuBoskiego pozór, w koło płomienisteStały Cheruby, dzierżąc tarcze złote.Wysiadł ze swego wspaniałego tronu,Bo tylko wąski przedział dzielił szykiNieprzyjacielskie, — straszliwy to przedział —W którym naprzeciw stanęły linieOkropnie długie. Nim się rozpoczęłoStarcie, w szeregach najbardziej zbliżonych.Gdzie przednie straże, jak chmury się kłębią,Odstępca pobiegł tam dumnemi kroki,Podobny wieży, strojny w dyamentyI złoto. Tego widoku znieść nie mógłAbdiel, co stał między potężnymiWojownikami, wielkich czynów żądny,I w dzielnem sercu tak sobie rozważał:»»O Nieba, mogłoż takie podobieństwoDo Najwyższego pozostać, gdy znikłyWiara i prawda? Dlaczegóż potęgaI siła trwa tam, gdzie cnota upadła?Może też słabszym okaże się pyszny.Chociaż ma pozór niezwyciężonego.Ufając w pomoc Najwyższego Pana
Zmierzę się z owym, którego zepsucieI fałsz umysłu niedawno poznałem;Słusznie też, by ten, kto w ustnej rozprawieDowiedzie prawdy, poparł ją orężem,I odniósł w obu rozprawach zwycięstwo.Dzika to wprawdzie i haniebna takaWalka rozumu z siłą, lecz tem większyNakaz rozumu, by rozum zwyciężył.«««Tak ważąc w myśli, i od uzbrojonychSwych towarzyszów naprzód krocząc, spotkałW pół drogi swego zawziętego wroga;Tą gotowością bardziej zapalony,Takie mu, pewny siebie, śle wyzwanie:»»Zuchwalcze! Ciebież spotykam? Sądziłeś,Że bez oporu dotrzesz swego celu,I niestrzeżony tron Boski napadniesz;Że go opuszczą wszyscy przerażeniTwoją potęgą ręki, lub języka.Tak więc, szaleńcze, nie przyszło ci na myśl,Że próżno walczyć przeciw Wszechmocnemu,Co z najdrobniejszej rzeczy każdej chwiliMoże bez końca wyprowadzać wojskaKu poskromieniu zamysłów szalonych;Albo też własną ręką, która wszędzieDosięgnie, mógłby jednem uderzeniemTwój byt zakończyć, twoje legionyPowalić. Ale, jak widzisz, nie wszyscyIdą twym torem: dużo wiernych Bogu,Dużo miłuje Go, choć nie widziałeśIch liczby wtedy, kiedy ja sam jeden
W twoim fałszywym świecie stałem wierny.Patrz, jednej myśli ze mną te szeregi;Choć późno, dowiedz się, że czasemNiewielu prawdę zna, błądzą tysiące.««»Wzgardliwie patrząc, ArcynieprzyjacielTak mu odpowie: »»Na twoje nieszczęście,Lecz w pożądanej dla mnie zemsty porze,Wracasz z ucieczki, Duchu buntowniczy,Któregom szukał, aby mu wymierzyćTak zasłużoną nagrodę, cios pierwszyZ tej tu prawicy, za to, że językiemPełnym sprzeczności śmiałeś się opieraćSam jeden trzeciej części bogów, którzyPostanowili stwierdzić boskość swoję.Gdy bowiem czują siłę boską w sobie,Nie mogą przyznać nikomu wszechmocy.Lecz dobrze, że wprzód niż twoi wspólnicyPrzychodzisz z myślą zdobycia piór kilkuNa mnie, i z tego powodzenia wróżyćO zgubie reszty; abyś się nie chlubiłMojem milczeniem, skorzystam z tej chwili,I dam odpowiedź. Myślałem z początkuŻe dla niebiańskich dusz wolność i NieboJest jedną sprawą, ale teraz widzęŻe jest najwięcej leniwych, co woląSłużbę swą pełnić w festynach i pieśniach,Jak niewolnicy; takich uzbroiłeśRybałtów Nieba — aby służalczościąWolność porażać, jak to porównanieCzynów obydwóch stron dzisiaj okaże.««
»Krótko mu na to i ostro odpowieAbdiel: »»Błądzisz ciągle, Apostato,I końca twego błądzenia nie będzie,Gdyś zeszedł z drogi prawdy, gdy niesłuszniePiętnujesz nazwą niewoli służenie,A służyć każe i Bóg i natura;Bóg i natura równie zalecająAby panował ten, kto najgodniejszy,Kto przymiotami przewyższa rządzonych.Niewola to jest służba u głupiego,Lub u takiego, co wzniósł hasło buntuPrzeciwko temu, kto godniejszy władzy;Posłuszni tobie są w takiej niewoli,I ty nie jesteś wolny, boś poddanySamego siebie, i jeszcze wszetecznieŚmiesz lżyć nas za to, że służymy Bogu!Rządź w swem królestwie — w Piekle; niech ja służęW Niebie u Boga błogosławionegoWiecznie, niech spełniam jego święte prawa,Jak najgodniejsze posłuchu. TymczasemKajdan oczekuj w Piekle, nie królestwa.Teraz, gdym wrócił, jak rzekłeś, z ucieczki,To powitanie przyjm na czub bezbożny.««»Tak mówiąc, tęgi cios, nagły jak piorun,Spuszcza na pyszną głowę Apostaty,Taki, iż ani wzrok, ani myśl szybka,Ani go tarcza nie mogła uprzedzić.O dziesięć wielkich kroków się zatoczyłCzart, przy dziesiątym przyklęknął, opartyNa swoim wielkim oszczepie; jak gdyby
Na ziemi wichry, albo wody, drogąTorując sobie, górę pchnęły z miejsca,Tak, iż z sosnami swemi wpół zapadła.Przestrach ogarnął Książąt zbuntowanych,I jeszcze większa wściekłość, gdy ujrzeliCiężki upadek najpotężniejszegoZ ich grona; nasi okrzyki radościWydali, widząc w tem wróżbę zwycięstwa,Pałając żądzą spotkania; więc MichałKazał uderzyć w trąbę archanielską:Huknęły dźwięki przez Nieba przestrzenie,W szeregach wiernych rozbrzmiał śpiew HosannaLecz i przeciwne wojska nie czekałyBezczynnie: nagle zwarcie nastąpiłoOkropne; wściekła podniosła się wrzawa,Jakiej aż dotąd Nieba nie słyszały.Oręż o zbroję szczęk wydaje ostry,Wozów miedzianych z szalonym rozpędemToczą się koła; zgiełk walki, złowrogiŚwist strzał płomiennych, rojami lecącychNad głową, jakby sklepienie ognistePonad wojskami. Pod taką pokrywąŻarzącą, obie niezmierne armieZ zaciętym gniewem runęły na siebie,Niosąc zagubę; odbił się po NiebieOdgłos natarcia tego: gdyby ZiemiaNatenczas była, wstrząsłaby się całaDo środka. Nie dziw, kiedy milionyAniołów, strasznym zapalonych gniewem,Walczyły z sobą, a najmniej znaczący
Z ich liczby łatwo żywiołami temiMógł władać i ich siłą się uzbroić,O ileż większą potęgą władałyTe niezliczone dwie armie wrogie,By walkę strasznym otoczyć pożarem,I swą szczęśliwą siedzibę rodzinnąZaburzyć, kiedy nie mogli zniweczyć,Gdyby Wszechmocny, wiecznie królujący,Ze swego tronu mocnego na NiebieNie ograniczył ich mocy i władzy;Choć liczni byli, tak, że hufiec każdyMógł się wydawać armią potężną,A każda zbrojna ręka legionem;Prosty bojownik, wiedziony do walkiZdawał się każdy doświadczonym wodzem!Kiedy iść, — naprzód wiedział, kiedy stanąć,Kiedy odmienić stanowisko w bitwie,Kiedy rozsunąć szeregi walczących,Kiedy je zemknąć. Nikomu do głowyNie przyszła chętka ucieczki, cofania;Żaden czyn płochy nie świadczył o strachu;Każdy na siebie tylko liczył, jakbyZwycięstwo tylko od siły ramieniaI męstwa jego jednego zawisło.Spełnionych przewag sławy wiekopomnejTrudno wyliczyć, bo szeroką przestrzeńObejmowała bitwa, w rożny sposóbToczona: czasem stojących na gruncie,A czasem w górze, na potężnych skrzydłach,Rozbijających powietrze dokoła,
Które walczącym ogniem się wydało.Bez rozstrzygnięcia długo walka trwała,Nakoniec Szatan, co dnia tego siłęDziwną okazał, i w robieniu broniąRównego sobie nie napotkał jeszcze,Torując sobie drogę przez tłum zbitySerafów, szturmem idących do boju,Ujrzał Michała Archanioła, któryGdzie mieczem zmierzył, tam całe szeregiPadały: głownia, oburącz wznoszonaI opuszczana z rozmachem potężnym,Siała zniszczenie. By temu zapobiedzPośpiesza Szatan z swą tarczą skalistą,Dziesięciokrotnym dyamentem krytą,Ogromny obwód. Widząc jego bliskośćMichał Archanioł, wstrzymał trud wojenny,Rad i nadzieję mając, że zakończyWojnę domową w Niebie, gdy głównegoNieprzyjaciela na miejscu pokonaI pojmanego w łańcuchach powiedzie;Z wzrokiem surowym, z twarzą pałającąGniewem, takiemi przemawia słowami:»»Twórco Zła, dotąd nieznanego w Niebie,Niemającego nazwy przed twym buntem,Teraz, jak widzisz, obficie się jawiWobmierzłych dziełach wojny, wstrętnej wszystkim,Ale najcięższej, według słusznej miary,lobie i twoim tłumom. — Jakżeś zmąciłBłogosławiony pokój Nieba, jakżejakążW łono Natury wprowadziłeś nędzę,
Nieznaną przed twym buntem, niestworzoną!Takżeś zaszczepił złość swoję tysiącomNiegdyś uczciwym i wiernym, a terazPopadłym w kłamstwo! Lecz nie myśl, że zdołaszZburzyć tu święty spokój: oto NieboZe wszystkich swoich granic cię wyrzuca,Siedlisko szczęścia nie znosi dzieł gwałtuI wojny. Precz stąd! I niech idzie z tobąTwój pomiot, Złe, do miejsca Zła, do Piekła.Ty i twa niecna horda, tam knujcie powstania,Dopóki ten miecz mściciel nie nakreśliTwego wyroku, lub póki nie spadnieZemsta od Boga i zwiększy twą karę.««»Tak mówił Książę Aniołów, któremuSzatan odrzecze: »»Nie myśl, iż czczem słowemGróźb, na powietrze rzucanych, zastraszysz,Kiedy czynami nie możesz. Czyś zmusiłUciekać kogo z tych najmniejszych moich,Co choć padają, niebawem powstająNiezwyciężeni? Czy myślisz, że ze mnąŁatwiej traktować, i z góry groźbamiWypędzić? Nie myśl, że w ten sposób możeSkończyć się bitwa, którą ty nazywaszZłem, my zaś bitwą sławy, którą wygraćMamy nadzieję, lub Niebo zamienićW Piekło, o którem prawisz baśni; zresztąTu chcemy mieszkać, jeśli nie panować.Tymczasem, choćbyś zebrał wszystkie siłyTwoje, i wezwał do pomocy tego,Którego zowiesz Wszechmocnym, nie myślę
Uciekać; wszak cię szukałem dalekoI blisko!«« Zmilkli, zaczynając walkęNiewysłowioną, bo któż, choć ustamiAnioła, może opowiedzieć, alboDo jakich rzeczy na ziemi porównać,Albo jak podnieść ludzką wyobraźnięDo wysokości takiej, równej bogomPotęgi? Bo też podobni do bogówZdali się, czy to stojąc, czy też idąc,W postawie, ruchu, w świetnym blasku broni,Mając rozstrzygać, kto w Niebios przestworachPanować będzie. Wznieśli broń ognistą,Kreśląc w powietrzu okropne obwody;Tarcze naprzeciw siebie dwie błyszczałyJak wielkie słońca dwa, a w koło wszyscy,W oczekiwaniu drżąc, stali; z stron obuWnet wycofały się ze zgiełku pułki,Szerokie, puste zostawiając pole,Bo niebezpiecznie było stać za bliskoTakiego, jak to wstrząśnienia. JeżeliMożna objaśniać wielką rzecz przez małą,Gdyby zerwała się zgoda w Naturze,Wojnę wydały sobie gwiazdozbiory,I dwie planety, złością pałające,Pędziły przeciw sobie, by wśród niebaBój stoczyć, zmieszać trzaskające koła:Taki ta walka widok przedstawiała.Groźne ramiona wznieśli jednocześnieObadwa, pragnąc jednem uderzeniemCel swój osiągnąć, i nie potrzebować
Powtarzać ciosu niedostatecznego.Równie wydali się silni i żwawi,Ale Michała miecz z zbrojowni BogaZahartowany był tak, że nie byłoNic tak ostrego i nic tak twardego,Coby cios jego wytrzymać zdołało.Spadając z góry, spotkał miecz Szatana,I przeciął go na poły; wraz odmachemDrugim bok prawy rozpłatał mu ciężko.Pierwszy raz Szatan poznał, co ból znaczy;Wił się i tarzał, tak bolesną ranę,Na wskroś otwartą, zadał mu miecz ostry.Lecz eteryczny pierwiastek nie znosiDługich rozerwań, zamknął ją, a z bliznyCiecz wypłynęła subtelna, krew Duchów,Plamiąc tak jasną dotąd jego zbroję.Natychmiast ze wszech stron z pomocą biegliLiczni i silni anieli, z nich jedniW jego obronie, inni go ponieśliNa tarczach po za linię bojowąI do rydwanu własnego złożyli.Tam strachem, wstydem i żalem przejęty,Zgrzytał zębami, że nie był jak sądził,Niepokonanym, i że jego dumaUpokorzona srodze takim ciosem,Gdy mniemał, że moc jego równa Boskiej.Ale wyzdrowiał prędko, bowiem duchy,Żywotną siłą żyjąc w każdym członku,(Nie tak, jak słaby człowiek, we wnętrznościach,Sercu lub głowie, wątrobie lub nerkach),
Nie umierają, — tylko znicestwienieMoże je życia pozbawić: ich tkankiPłynne nie mogą otrzymać śmiertelnejRany, zarówno jak ranić nie możnaPowietrza: cali są sercem i głową,Okiem i uchem, rozumem, uczuciem,I zmysłem; mogą według woli zmienićBarwę, kształt, wielkość swoich członków, albo,Gdy się podoba, gęstnąć, lub też rzednąć.»Ale i w innych stronach placu bojuDziały się godne pamięci przewagi:Tam wwiódł Gabryel swoje nieprzeparteChorągwie w środek głębokiej kolumnyMolocha, króla złego, co go wyzwałNa rękę, grożąc, że przywiązanegoDo kół swojego wozu go powlecze.Dotknął też swoim bluźnierczym językiemI Najświętszego Pana Niebios Imię;Wkrótce przecięty z góry aż do pasa,Z bronią strzaskaną, znosząc ból okrutny,Rycząc uciekał. Na dwóch skrzydłach wojskaRafael z jednej, a ze strony drugiejUryel pobił chełpliwych olbrzymów,W dyamentowe skały uzbrojonych,Adramelecha i Asmodeusza,Króle potężne, co godności boskiejŻądali, lecz się wkrótce nauczyliSkromnie o sobie myśleć, uciekającPokaleczeni okropnie, pomimoPancerzy, kolczug. Nie stał też bezczynnie
Abdiel, karat bezbożne zagonyCiężkiemi ciosy: zgromił AryelaI Aryocha, i obu obalił.Ogniem poskromił butność Ramiela.Mógłbym tysiączne przewagi przytoczyćI tu na ziemi uwiecznić ich dzieje,Ale wybrani Anieli swą sławąZadawalają się w Niebie, i ludzkichPochwał nie pragną; ci znów z drugiej strony,Choć dziwnie byli i silni i dzielni,Chociaż pragnęli chluby, gdy wyrokiemSą wykreśleni z Niebios i z pamięciŚwiętej, niech znikną w nocy zapomnienia.Siła w rozwodzie z prawdą i słusznościąGodna nie chwały ale potępieniaI hańby; sławę chce czczą chełpliwościąZdobywać, szuka czci przez bezeceństwo,Niech więc milczenie wieczne ją pochłonie.»Gdy poskromiono tak najpotężniejszychI w kilku szturmach rozbito szeregi,Bitwa zwolniała; wkradł się nieporządek,W niesfornych kupach uchodzili zdrajcy,Pozostawiając pole pełne zbroiStrzaskanych, a na stosach stosyPoprzewracanych wozów z woźnicamiI spienionemi końmi ognistemi.Co jeszcze mogło trzymać się na nogachSzło wyczerpane za wojskiem SzatanaOsłabłem, ledwie mogącem się bronić;Lub bladym strachem zdjęci (po raz pierwszy
Wtedy poznali, co strach i ból znaczy)Zbiegli haniebnie — do tak złego stanuIch doprowadził grzech nieposłuszeństwa:Strach, ból, ucieczka aż dotąd nie miałyWładzy nad nimi. O, jakże inaczejŚwięte zastępy szły w gęstych sześciennychFalangach, w zbrojach niedopuszczającychRany! Tak wielką przewagę niewinnośćIm nadawała nad nieprzyjaciółmi;Jako bezgrzeszni i posłuszni BoguNieutrudzenie stali w ciężkim boju,Od ran i bólów zupełnie bezpieczni:Tylko zepchnięci mogli być z miejsc swoich.»Noc rozpoczęła bieg swój, i nad NiebemNawodząc cienie, błogi nałożyłaRozejm i ciszę po ohydnej wrzawieWojennej: pod jej obłoczne pokrycieOdszedł zwycięzca, odszedł zwyciężony;Tylko pozostał na pobojowiskuMichał ze swoich Aniołów orszakiem;Rozstawia warty dokoła Cherubów,Powiewających płomieniami. Z stronyPrzeciwnej Szatan z buntowniczą zgrająUmknął daleko w ciemność, niepokojemDręczony, zebrał w nocy na naradęSwych Potentatów, i wśród nich stanąwszy,Nie rozpaczając taką miał przemowę:»»Wypróbowani w tem niebezpieczeństwie,I doświadczywszy, że niezwyciężeniJesteście w boju, drodzy towarzysze,
Nietylko godni wolności, to mało:Dla nas zaszczytów trzeba, chluby, sławy,Gdyśmy wytrwali jeden dzień w tej bitwieNierozstrzygniętej (a jeśli dzień jeden,Czyżby nie można i przez wieczność całą?).Pan Niebios zesłał całą swą potęgęNa nas, i sądził, że jest dostateczną,By nas do swojej woli upokorzył:Tak się nie stało, więc nadal możemySądzić, że błędom podlega, choć dotądMniemano o nim, że wszystkowiedzący.Niedostatecznie wprawdzie uzbrojeni,Strat ponieśliśmy dużo, ból cierpieli,Nieznany dotąd, poznany dopieroPo zapadnięciu na nas potępienia.Teraz, gdy wiemy, że te nasze kształtyNiebiańskie, ciosom śmierci nieuległe,Nie mogą ginąć, choć od ran dziurawe,Prędko się goją siłą przyrodzoną:Ból złem niewielkiem, a lekarstwo łatwe.W przyszłem spotkaniu może bron silniejszaAlbo gwałtowniej działająca, lepiejNam służyć będzie, a gorszą dla wrogówTak, że wyrówna naszę niższość, którejW naturze nie ma. Jeśli może skrytePrzyczyny dają im przewagę, łatwoTo wskaże ścisłe śledztwo i narada,Byleśmy tylko zachować umieliUmysł niezłomny, sąd o rzeczach trzeźwy.««
»Siadł, po nim zaraz powstał w zgromadzeniuNisroch, największy między książętami,Wyglądał, jakby tylko wrócił z boju,Znękany bólem, z ramionami ciężkoPosiekanemi, chmurno spoglądając,I odpowiedział: »»OswobodzicieluOd nowych panów, ty, co nas prowadziszDo należnego praw boskich użytku,Praw naszych; chociaż bogami jesteśmy,Ciężko nierówną walczyć bronią, cierpieć,Kiedy przeciwnik nie doznaje bólu.Stąd zguba: bowiem co wskóra odwagaLub siła, choćby nie mająca równych,Kiedy ją zgnębi ból, któremu wszystkoUlegać musi? I najmocniejszemuMuszą opadać ręce. MożebyśmyMogli się wyrzec uczucia rozkoszy,Nawet nie czując po niem żalu, żyjącZadowoleni, co pewno jest życiemNajspokojniejszem; ale ból jest nędząZupełną, jest złem najgorszem; nadmiernyWszelką cierpliwość wyczerpywać może.Ktoby wymyślił zatem oręż taki,Którym by można ranić wroga, dotądNietykalnego, albo taki, cobyNas od ran bronił, temu będziem dłużniWdzięczność niemniejszą, jak za wybawienie.««»Na to mu Szatan spokojnie odpowie:»»Wynalezione to, co słusznie sądzisz,Że ma zapewnić nasze powodzenie.
Oto jest. Kto z nas, patrząc na tę jasnąPowierzchnię gruntu, na którym stoimy,Ten eteryczny ląd przestronnych Niebios,Zdobny w rośliny, owoce i kwiatyAmbrozyańskie, złoto i kamienieDrogie — chociażby spoglądał pobieżnie —Nie zwróci myśli, że tych wszystkich rzeczyRosną pod ziemią głęboko suroweMateryały, duchowe, ogniste;Aż tknięte Niebios ożywczym promieniemUkształtowane przezeń, pędzą w górę,Tak piękne w świetle, które je otacza?Głębia dostarczy nam owych pierwiastkówZ ciemności łona, zapłodnionych ogniemPiekielnym, te gdy włożym w ruręDługą, okrągłą, i przybijem mocno,Dotknięte ogniem od drugiego końca,Rozpościerając się gwałtownie, z trzaskiemGromu wyrzucą na nieprzyjacielaZgubne pociski, te porozrywająNa sztuki wszystko, co spotkają w drodze.Zlękną się tamci, żeśmy rozbroiliIm Gromowładcę ze strasznych strzał jego.Praca niedługa, nim zorza porannaZabłyśnie, skutek odpowie życzeniu.Ufajcie zatem i zbądźcie się strachu,Gdy moc i rozum ściśle się zespolą,Niema trudności, a tym mniej powoduDo rozpaczania.«« Skończył, słowa jegoDodały ducha pognębionym tłumom
I ożywiły je nową nadzieją.A wynalazek uwielbiali wszyscy;Każdy się dziwił, że sam nie wynalazłTak łatwej rzeczy, choć gdyby nie byłaWynaleziona, wszystkimby się zdałaNajniemożliwszą. Może kto z plemieniaTwego w dniach przyszłych, jeśli zbyt obficieZłość się rozpleni, w niegodziwym celu,Albo natchniony radą dyabelską,Wynajdzie przyrząd podobny do tegoKu udręczeniu grzesznych synów człeka,Skłonnych do wojny i rzezi wzajemnej.»Z obrad do czynu wnet się obrócili.Były gotowe niezliczone ręce,Które rozwarły do głębi grunt NiebaI tam znalazły zarody naturyW ich pierwiastkowem poczęciu: siarczanąI saletrzaną massę; tę zmieszawszyI podegrzawszy, umiejętnie starłszy,Czarne ziarenka otrzymali, temiSwe napełnili składy. Inni znowuŻyły ukryte kruszcowe kopali(Takie wnętrzności ziemia też posiada);Inni broń palną lali i pociski,Posłańce zguby; inni gromadziliTrzcinę na lonty, łatwo chwytająceI przenoszące ogień. Tak, noc mającZa świadka, wprzód nim zabłysła jutrzenka,Tajemną swoję skończyli robotę,Oględnie, cicho, niepodpatrywani.
Gdy świeży ranek zawitał na wschodzie,Zbudził zastępy zwycięskie Aniołów;Na głos pobudki stanęli pod broniąW złocistych zbrojach; wnet się sformowałyŚwietlane szyki; niektórzy na wzgórkach,Już rannem słońcem rozwidnionych, w kołoBadawczem okiem się rozpatrywali,Lub w lekkiej zbroi biegli w różne strony,Aby wyśledzić w jakiej odległościJest nieprzyjaciel, czy ucieka, czyliZamierza bić się, czy w marszu, czy stoi?Wkrótce ujrzeli go blisko; powoli,Lecz w gęstych massach, posuwał się naprzódZ rozwiniętemi chorągwiami. ZarazNajszybszy w locie z Cherubów, Zofiel,Pędzi i jeszcze w biegu tak ogłasza:»»Do broni, bracia, do broni, już bliskoÓw wróg, o którym było domniemanie,Że uciekł, widać chce nam dziś oszczędzićDługiej pogoni; teraz nie ucieknie.Nadchodzą gęstą chmurą, a w ich twarzachWidzę odwagę i pewność zwycięstwa.Niech każdy dobrze opasze swój pancerzDyamentowy, i hełm mocno przypnie;Tarczę okrągłą, wysoko czy płaskoNoszoną, chwyćcie mocno, bo, jak sądzę,Dzień nadchodzący nie drobnym deszczykiemObdarzy nas, lecz burzą strzał ognistych.««Tak ich ostrzegał, choć się strzegli sami,Wkrótce stanęli w szyku bez przeszkody,
I nieprzyjaciel w liczbie niezmierzonejZbliżał się krokiem ciężkim, wolnym, wlokącW rurach drążonych przyrząd dyabelski,Poosłaniany z dwu stron oddziałamiGęstemi, które kryły podstęp. StałyNaprzeciw siebie dwa wojska czas jakiś,Nagle przed frontem pojawił się Szatan,I tak donośnie zakomenderował:»»Straż przednia zwiń się na lewo i prawo!Niech ujrzą wszyscy, co nas nienawidzą,Jak pojednania szukamy i miru,Jak z odsłoniętą piersią chcemy przyjąćTych, co nasz projekt zgody oceniają,Nie odwracając się od nas zawzięcie.Pewnie odwrócą się, lecz Niebo świadkiemSzczerości naszej, że teraz spełniamyChętnie, co od nas zależy. WystąpcieKtórym zlecono, i wyłóżcie zwięźleNasze ugodę; głośno, by słyszeli.««»Tak szydził w słowach chytrych i dwuznacznychA ledwie skończył, na prawo i lewoRozeszła się straż przednia na dwa flanki,I naszym oczom przedstawił się nowy,Szczególny widok: piętrami trzy rzędyKolumn na kołach (bo nam się wydałyJakby kolumny, albo wydrążoneKłody dębowe, jodłowe, obcięteZ gałęzi, w lasach i górach spuszczone):Spiżowe, albo żelazne, kamienne,Stały na prost nas, szerząc rozdziawione
Wielkie otwory, zwiastuny rozejmuOszukańczego. Za każdą stał SerafZ trzciną, wiewając końcem zapalonym.W oczekiwaniu staliśmy czas jakiśUważni, trochę w myśli rozśmieszeni;Nagle i naraz wszyscy przyłożyliLeciuchno końce trzcin do szparek w onychKolumnach. Niebo stanęło w płomieniach,I zaraz potem oblokło się dymemRzygniętym z gardzioł tych maszyn głębokich.Ryk ich powietrzem wstrząsnął, jednocześnieZionęły straszne dyabelskie gromy,Łańcuchy spięte i grad kul żelaznych,W wojsko zwycięskie padających z takąSzaloną siłą, że kogo trafiłyNie mógł na nogach ustać, chociaż zwykleStał jako skała; tysiącami wtedyPadli Anieli i Archaniołowie:Ci w ciężkich zbrojach najpierwsi; łatwiejbyBez broi, jako duchy, szybkim zwrotem,Albo się kurcząc, uniknęli ciosu.Teraz porażka nastąpiła ciężka,Nieunikniona ucieczka. ChoćbyśmyZluźnili swoje ścieśnione szeregi,Na co się przyda? Ponowi się bitwa,Z nią nowa klęska, zdwojona: tym większąŚciągnęlibyśmy wzgardę, pośmiewiskoNieprzyjaciela, bo już wprost przed namiStał drugi szereg Serafów, gotowyDo powtórnego rzucenia piorunu.
Więc zrzekliśmy się nowego ataku.Szatan, spostrzegłszy nasze położenie,Szyderczo do swych kompanów tak rzecze:»»Cóż, bracia, czemuż ci dumni zwycięzcyNie idą do nas? Niedawno szli butnie;A gdyśmy grzecznie przyjęli ich, czołoI pierś odkryli (czegóż więcej trzeba?),Podając dobre warunki ugody,Raptem zmienili zamiar, uciekająJakby w dziwacznym szale, jakby chcieliTańcować, ale taniec osobliwyI dziki nieco: może tak się cieszą,Że proponuję im pokój, lecz sądzę,Że gdy powtórzym im warunki naszePrędko gotowi będą do odwrotu.««»Równe szyderstwo Belial dorzuci:»»Wodzu, warunki posłaliśmy ważne,I ścisłej treści, silnie przenikliwe,Jak widzieliśmy, mogły oszołomićI z nóg zbić wielu; kto je dobrze pojął,Od stóp do głów je pojąć był powinien:Widać, że naszych wniosków nie pojęto,Gdy nieprzyjaciel nasz nie chodzi prosto.««»Pełni humoru, żarty i konceptaPuszczali, mając za rzecz najpewniejsząPrzyszłe zwycięstwo; ze swym wynalazkiemMieli nadzieję, że narówni stanąZ Przedwieczną Mocą, że mogą pogardzaćJej piorunami, jej wojsko wyśmiewać,Gdy rozproszeniu chwilowo uległo.
Lecz to niedługo trwało: gniew pobudziłDo czynu, znalazł sposób na piekielnyÓw wynalazek. Taką doskonałośćI siłę nadał Bóg swoim Aniołom!Zrzucili zbroje, i do wzgórzy biegną,Bo Ziemia na wzór Nieba otrzymałaSwą rozmaitość miłą wzgórz i dolin, —Jak błyskawica jednym lekkim migiemBiegną i z posad wyrywają góryZ całym ciężarem skał, lasów i wody,Za najeżone szczyty je chwytają,Wznoszą nad siebie. Podziwem, przestrachemStała przejęta zgraja buntowników,Widzi, jak idą, niosąc góry w ręku,Podstawą ku nim zwrócone: ciężaremTych gór maszyny swe kilkopiętrowe,Już zasypane widzą — a wraz z niemiPewność zwycięstwa stracona. W tej chwiliNastąpił atak, niejeden przylądekSpadł na ich głowy, cień naprzód rzucając,I przyciskając całe zbrojne pułki.Zbroja ich klęskę jeszcze powiększyła,Bo pokruszone odłamy wnikałyW ich eteryczną substancyę, czyniącBól niesłychany. Jęcząc rozpaczliwie,Musieli długo szamotać się, zanimZdołali wyrwać się z tego więzienia,Chociaż to duchy z światła najczystszegoByły stworzone, lecz ich grzech obciążył.Stosując przykład, sami się rzucili
Do równej broni, rwali okoliczneGór szczyty, które, potężnym rozmachemRzucane, z obu stron się spotykały;Pod niemi, w głębi, pod ich strasznym cieniem,Walczyło wojsko z wojskiem, huk piekielny!Wobec tej wrzawy każda inna wojnaWydałaby się igraszką, rosł zamętPrzerażający, zamęt na zamęcie.Zapadłoby się Niebo, ruinamiNapełniłoby wkrótce, ale Wszechmogący,Zasiadający bezpiecznie w przybytkuSwoim niebieskim, zważył ściśle sprawę,Przewidział zgiełk ten; zezwolił na wszystko,Aby się spełnił jego wielki zamiar,Namaszczonego Syna uwielbienie,Przez jego ręce ukaranie wrogów,I ogłoszenie, jako wszelka władzaI moc na niego przelana została.»Zatem do Syna, co obok na tronieZasiadał, rzecze: »»Synu ukochany!Wypływie chwały mej, w którego twarzyCo niewidzialne widocznem się staje,Czem, jako Boskość, ja jestem; któregoRęką wypełniam to, co postanowię,Ty, Wszechmocności druga, upłynęłyDwa dni — tak jak się liczą dni w Niebiesiech, —Odkąd wyruszył Michał z wojskiem swojemDla uśmierzenia nieposłusznych; bitwaUparta była, to rzecz naturalna,Gdy się dwa takie wojska potykają,
Bo zostawiłem ich własnym ich siłom.Jak wiesz, równymim ich stworzył, tę równośćZniweczył grzech, lecz dotąd niewyraźnąSprawił różnicę, bom odwlókł ich zgubę,Musi więc ciągła walka trwać bez końca,Bez rozwiązania. Wojna uciążliwaZrobiła to, co wojna może zrobić,Puściła cugle wściekłemu gniewowi,Góry za oręż do rąk dała; NieboPustoszy dziko, zagraża całości;Dwa dni minęło, niech trzeci Twój będzie;Tobiem zostawił go. Czekałem dotąd,Abyś miał chwałę zakończenia wielkiejTej wojny: Ty ją tylko skończyć możesz.Moc taką wielką, nieograniczoną,W Ciebie przelałem, by wiedzieli wszyscyW Niebie i w Piekle, że jest niezrównaną.Okropną walkę tę pokierowałemW ten sposób, iżby jawnie okazałaŻeś najgodniejszy być Panem i KrólemWszystkiego, jako Dziedzic, Król i Władca,I z namaszczenia i z słusznego prawa.Idź, Przepotężny, z Twego Ojca mocą,Wsiądź do rydwanu mego, szparkie kołaKieruj, aż zadrżą Niebios fundamenta,Przypasz wszelaką broń moje, łuk, piorun,Tę broń Wszechmocy, i miecz do biodr krzepkich;Poskrom tych synów ciemności i wypędźPo za granice Nieba do otchłani,
Tam niech się uczą, ile chcą, lżyć BogaI Messyasza, Jego Pomazańca.««»Rzekł i do Syna zwrócił się w promieniachPrzejasnych: Syna twarz odblaskiem lśniłaNajzupełniejszym, niewypowiedzianym;Na słowa Ojca Bóg Syn tak odrzecze:»»Ojcze, Najwyższy na Niebiosach Panie!Pierwszy, Najświętszy, Największy w DobrociI Najwznioślejszy! Zawsze na pamięciMasz Syna swego chwałę; ja mam Twoje,Jako rzecz słuszna, w niej jest moja chwała,Najwyższa rozkosz i zamiłowanie.Oświadczasz, jako spełnia się Twa wolaWe mnie, a spełniać ją to moje szczęścieJedyne. Berło, władzę obejmuję,Aby je kiedyś jeszcze chętniej zwrócić,Gdy ostatecznie Ty wszystko we wszystkiemBędziesz, ja w Tobie na zawsze, a we mnieWszyscy ci, których kochasz. Lecz tych, którychTy nienawidzisz i ja nienawidzę.Mogę przyoblec na się Twoje grozę,Jak Twą łaskawość przyoblekłem wprzódy,Twój obraz w każdej sprawie, uzbrojonyTwoją potęgą, wkrótce oswobodzęOd buntowników Niebo, zapędzającW przygotowane dla nich miejsce kaźni,W więzy ciemności wiecznej, do robakaCo nie umiera; za to, że się mogliZbuntować przeciw słusznej władzy Tego,Którego słuchać jest szczęściem zupełnem.
Wtedy wybrani wszyscy Twoi ŚwięciTwą świętą górę otoczą śpiewamiNiekłamanego hymnu aleluja,A pośród nich ja będę przewodnikiem.««»Tak rzekł, nad berłem swojem pochylony,Wstał od prawicy Chwały, gdzie zasiadał:A trzeci ranek święty począł świtaćPo całem Niebie. Z trzaskiem huraganuPomknął się rydwan Bóstwa ojcowskiego,Błyskając gęstym płomieniem, a kołaPrzejęte siłą ducha, jedno w drugie,Szły same z siebie, tylko w otoczeniuCzterech postaci, jakby Cherubinów.A każdy z nich miał dziwne cztery twarze,Całe ich ciało i skrzydła oczamiZasiane były, jak niebo gwiazdami.I koła berylowe miały oczy,Między któremi ognie przeświecały,Gdy wóz był w biegu. Po nad ich głowamiBył kryształowy firmament, a na nimTron szafirowy, cały wykładanyAmbrą najczystszą i barwami tęczy.W zbroi niebieskiej, w promienistem Urim,Dziełem rąk boskich, On stanął w rydwanie;Tuż po prawicy z orlemi skrzydłamiSiadło Zwycięstwo, zwieszał się u bokuŁuk wraz z kołczanem, opatrzonym w piorunTrójdzielny, w koło wił się dym obfity,Połyskał płomień i żarzące iskry.Szły do okoła tysiące tysięcy
Świętych; na przedzie On, świecąc z daleka,Za nim dwadzieścia tysięcy rydwanówBożych pędziło, — słyszałamsłyszałem tę liczbę, —Na każdą stronę równo podzielonych;On na Cheruba skrzydłach leciał, górnieNa firmamencie kryształowym płynął,W dal i wszerz świecąc, — ale na początkuTylko przez swoich widziany. RadościąNiespodziewaną przejął ich olbrzymi,Błyszczący w górze, sztandar Messyasza,Jego na Niebie znamię — przez AniołówNiesione. Pod nim natychmiast zgromadziłMichał swe wojsko, z dwóch dalekich flankówW jednę kolumnę, pod jednego wodza.Potęga Boska torowała drogi,Na jego rozkaz zrywały się wzgórzaI usuwały, każde w swoję stronę;Głos jego słysząc, wypełniały wolę.Niebo przybrało zwykłą swoję postać,Kwiatami błysły wzgórza i doliny.Widziały zmianę wrogi zatracone,Ale szaleńcy zacięci w uporzeDo walki z Bogiem sprawiali swe siły,Czerpiąc nadzieję w rozpaczy! Jak mogłaTaka przewrotność zamieszkać w Aniołach?Lecz czyż zdołają jakie znaki NiebaPrzekonać pysznych? jakie cuda skruszyćZakamieniałych? Coby ich najprędzejPowinno było nawrócić, to jeszczeUporniejszymi czyniło: ich martwił
Blask Jego chwały, zazdrość ich przejęła,Do wysokości równej wznieść się chcieli.A więc się w nowe sformowali szyki,Sądząc, że siłą lub zdradą przemogąPotęgę Boga-Syna, Messyasza,Lub wreszcie padną w powszechnej ruinie;.Gardząc ucieczką, lub podłym odwrotem,Szli do ostatniej walki, wtedy wielkiSyn Boży, do swych wojsk, nagromadzonychPo obu stronach, przemówił w te słowa:»»Stójcie, wy Święci, w szyku promienistym,Stójcie tu, zbrojni Anieli! po walkachDzień odpoczynku. Wasze wierne bojeBóg przyjął mile. W Jego słusznej sprawieBeztrwoźni, wszystko, co wam polecono,Niezwyciężeni, spełniliście. AleKara przeklętych do innej należyRęki; zemsta jest Jego, albo Tego,Komu ją zleci. Do dzisiejszej sprawyNie trzeba tłumów: pozostańcie w szyku,I oglądajcie, jak gniew WszechmocnegoNa tych bezbożnych spadnie z mojej ręki.Mnie znieważyli, nie was, mnie zazdroszczą,Na mnie ich wściekłość się zwraca, bo Ojciec,Którego w Niebie królestwo najwyższeI moc i chwała, według swojej woliMnie uczcił, mnie też sąd zlecił nad nimi.Niech otrzymają, co chcą, niech doświadczą,Kto z nas silniejszy w bitwie: oni wszyscy,Czy ja sam przeciw; bo gdy wszystko mierzą
Siłą, o inne nie dbając zalety,Ani o tego, który w nich góruje;Niegodni, bym im inną wydał walkę.««»Tak mówił Syn, i twarz mu się zmieniłaStraszliwie; patrzeć w nią nie można było:Tak pełen gniewu zwrócił się do wrogów.Cztery Cheruby naraz rozwinęłyGwiaździste skrzydła, a te się stykając,Przerażający cień rozpościerały;Koła rydwanu wartko się toczyłyZ hukiem potoku górskiego, lub wojskaW pochodzie. Leciał on na nieprzyjaciółBezbożnych, jak noc posępny: pod jegoPłomienistemi kołami posadyCałego Nieba drżały, oprócz tronuSamego Boga. W jedno mgnienie wkroczyłMiędzy nich, dzierżąc w prawicy piorunówDziesięć tysięcy, rzucając na zdrajców,Tak, by ich dusze przeszywały męki.Więc osłupiali, wszelkiego oporuNiechając, chęć już i męstwo stracili;Niepożyteczną swą broń porzucali.Po tarczach, hełmach, i po głowach w hełmachKsiążąt potężnych, Serafów upadłychJechał, a oni żałośnie pragnęli,Aby znów góry na nich porzucono,Jako osłonę przed straszliwym gniewem.Na obie strony padały pociski,Z natarczywością słane przez CherubówCzterotwarzowych z licznemi oczami,
I przez żyjące koła, oczu pełne.Jeden duch niemi rządził; każde okoPrzenikającym wzrokiem ogień słałoMiędzy przeklętych, od którego więdłyIch siły zwykłe: zeschli, wyczerpani,Bezdusznie, marnie padali znękani.Lecz on zaledwie część użył swej siły,Zatrzymał piorun w połowie rozpędu,Bo nie chciał niszczyć ich, tylko wyrzucićZ Nieba. Podnosił leżących i spędzałW gromadę, niby stado kóz trwożliwych;Gnał je strzałami gromu, trwogą bladąI przerażeniem, aż do kryształowychMurów granicznych Nieba: te szerokoRozwarły szranki i wnątrz usunęły,Pozostawiając przepaść czczą, bezdenną.Zgrozą przejęci cofają się, aleTem natarczywsza zgroza gna ich z tyłu.Spadają głową na dół, z zrębu Nieba;Wieczny gniew płonie za nimi głęboko,Aż do otchłani nie mającej brzegu.»Piekło słyszało huk nieznośny w Niebie,Widziało Niebo spadające z Nieba,I przerażone byłoby uciekło,Lecz przeznaczenie niezmienne zbyt mocnoI zbyt głęboko osadziło jegoCzarne posady. Dziewięć dni padali.Ryczał struchlały Chaos, zamieszanieDziesięciokrotne mając w ich upadkuPo przez bezładne jego państwo, teraz
Pełne ruiny. Nakoniec, rozwarłszyPaszczęki, wszystkich pochłonęło Piekło,I zwarło się nad nimi im należneOdtąd mieszkanie, zapełnione ogniemNieugaszonym, dom smutku i męki.Niebo zwolnione zabrzmiało radością,Wnet zagładzając wyłom w murze, któryWrócił na miejsce. Jedyny zwycięzca,Messyasz, swoich wypędziwszy wrogów,Wóz tryumfalny skierował z powrotemKu swoim Świętym, którzy milczącymiByli świadkami jego wszechmocności.Teraz szli naprzód, radością przejęci,Niosąc nad sobą gałązki palmowe,A każdy szereg jaśniejący śpiewałPieśń tryumfalną na cześć zwycięskiegoKróla, Dziedzica, i Syna, i Pana,Któremu dano panowanie, jakoNajgodniejszemu. Jechał uwielbiony,Tryumfujący przez Niebo do dworówI do świątyni, gdzie Wszechmocny OjciecNa wysokości tronował. PrzyjętyPrzezeń do chwały, siedzi na prawicyWiecznego szczęścia.»Tak sprawy niebieskieMiarą spraw ziemskich masz opowiedziane,Jako żądałeś, i aby ci przeszłośćByła nauką, czego masz unikać,Opowiedziałem ci to, co inaczejPewno na zawsze byłoby ukryte
Przed wiadomością plemienia ludzkiego:Niezgodę zaszłą w Niebie, potem wojnęMiędzy wojskami Aniołów, głębokiUpadek pysznych, co się zbuntowaliZ Szatanem — jego teraźniejszą zazdrośćTwojego stanu i knowanie środków,Jakiemi mógłby skusić także ciebieDo grzechu, abyś, szczęścia pozbawiony,Z nim dzielił karę, niedolę wieczystą.To ma być jego jedyną pociechąI zemstą, kiedy sprzeciwi się Bogu,I z ciebie z czasem zyska towarzyszaSwej męki. Ale nie słuchaj pokusy,I słabszej woli swoję towarzyszkęOstrzegaj. Niech ci na pożytek idzieOkropny przykład, zysk nieposłuszeństwa:Mogli stać mocno, a jednak upadli.Pamiętaj o tem! Bój się przekroczenia!«
Zstąp do mnie z Nieba, Uranio, jeśliTakie istotnie twe imię; za głosemTwym boskim idąc, wzniosłem się nad szczytyOlimpu, wyżej niż skrzydła PegazaUnoszą. Wzywam istoty, nie nazwy.Boś nie z dziewięciu Muz, nie zamieszkujeszOlimpu: w Niebie urodzona, wprzódyNim się zjawiły góry, nim spłynęłyŹródła, tyś Wiecznej Mądrości słuchała.Mądrość twą siostrą, z nią razem śpiewałaśPieśni przed Ojcem Przedwiecznym, któregoUpodobanie zyskały. Przez ciebie,Gość ziemski do sfer niebieskich wzniesiony,Empiryjskiemi powiewami śmiałemOddychać; tyś je dla mnie łagodziła.Sprowadź mnie teraz z równem bezpieczeństwaDo przyrodzonych mi ziemskich żywiołów,Abym, jak niegdyś Bellerofon śmiały,(Chociaż on z niższych sfer Nieba) nie zleciał
Ze skrzydlatego dzikiego rumakaNa Alejańskie pola, by się błąkaćTam opuszczony. Tylko mi połowaNiedośpiewana została, lecz w węższychGranicach dziennej i widomej sfery;Stojąc na ziemi, nie ponad biegunyUniesion, pewniej głosem śmiertelnikaBędę opiewał, nie niemiejąc, aniNie chrzypnąc, choć mi tu śpiewać przychodziW złych czasach i wśród języków złośliwych.Gdym ociemniały, zewsząd otoczonyNiebezpieczeństwem, samotnością, jednakNie sam, bo ty mnie w nocnych snach nawiedzasz,Lub gdy poranek barwi wschód purpurą.Kieruj mym śpiewem nadal, Uranio!I daj słuchaczów godnych, choć niewielu;Ale odemnie oddal barbarzyńskąWrzawę Bachusa i jego czcicieli,Potomstwo owej zgrai, co rozdarłaPiewcę trackiego w Rodopie:tam lasyI skały, zdjęte zachwytem, słuchały,Dopóki hałas dziki nie zagłuszyłHarfy i śpiewu; nawet nie zdołałaMuza obronić swego syna. Ty więcNie opuść tego, co cię czci i wzywa,Boś ty niebiańska, a tamta czczą marą.Opowiedz, boska, dalszy przebieg rzeczy,Kiedy Rafael, uprzejmy Archanioł,Ostrzegł Adama, by go straszny przykładNauczył, jak się chronić przeniewierstwa,
Aby, co w Niebie odstępców spotkało,Nie spadło w Raju na Adama, alboNa jego plemię, gdyby przekroczyliJedyny nakaz: nietykanie drzewaWyłączonego. A to posłuszeństwoTak łatwe pośród tylu rozmaitychOwoców smacznych, które mogą nawetNajwybredniejsze gusta zadowolić!Adam i jego towarzyszka EwaZ wielką uwagą, podziwem, zadumąOpowiadania słuchali o rzeczachTak osobliwych a tak wzniosłych, któreIch wyobraźni siłę przechodziło:Nienawiść w Niebie i wojna toczonaTak blisko miru Bożego i wiecznejBłogości! Lecz złe niebawem wyparte,Jak potop spadło na tych, z których wyszło,Nie mogąc mieszać się ze szczęściem wiecznem.Wkrótce więc stłumił Adam niepokoje,Jakie mu wzrosły w duszy, i bezgrzesznyZapragnął poznać to, co bliżej mogłoJego dotyczyć: jaki tego świata,Nieba i ziemi początek? dla czego,Kiedy i z czego stworzony? co byłoW Edenie, co za granicami jegoWprzód nim zasięga swą pamięcią Adam?Jak ten, co ledwo ugasił pragnienie,Już na bieżący strumień zwraca oczy,Szmer jego nowe w nim pragnienia budzi —.Tak Adam znowu gościa zaczął pytać:
»Wielkie i w naszych uszach pełne cudówOpowiedziałeś sprawy, bardzo różneOd spraw naszego świata, z Nieba danyNauczycielu, byś nas ostrzegł wcześniePrzed tem, co mogło stać się zgubą nasząPrzez niewiadomość, bo umysł człowiekaNigdyby tego osiągnąć nie zdołał.Bezgranicznemu Dobru wielkie dziękiWinniśmy za to; Jego ostrzeżenieWdzięcznie przyjmujem z uroczystym ślubemNiezmiennie pełnić Jego świętą wolę,Jako cel życia. Lecz gdy już raczyłeśNam ku nauce łaskawie udzielićTych wiadomości o rzeczach nadziemskich,Które choć w części wiedzieć powinniśmy,Gdy się tak Boskiej Mądrości wydało,Zechciej na teraz zstąpić nieco niżej,I opowiedzieć rzeczy, których wiedza,Być może, równą korzyść nam przyniesie.Jaki początek Nieba wysokiego,Ozdobionego temi ruchomemiNiezliczonemi ogniami, i tegoPowietrza, które, lekkie, wszędzie wnika,Kwitnącą ziemię zewsząd obejmuje?Co Stworzyciela w jego świętym bycie,W spokoju poprzez wieczność nieskończoną,Skłoniło do tak późnego stwarzaniaW Chaosie? A gdy zaczął budowanie,W jakim dokonał go czasie? JeżeliWolno to wiedzieć, racz nam wytłómaczyć.
Pytamy nie dla śledzenia tajemnicJego wiecznego państwa, ale raczejDla tem większego wielbienia dzieł boskich,Gdy je dokładniej poznamy. A wielkieŚwiatło na niebie ma jeszcze przed sobąZnaczny tor, chociaż już się na dół chyli;Wstrzymaj je swoim dzielnym głosem, możeUsłyszy, zwolni bieg swój, by z ust twoichDowiedzieć się o swojem pochodzeniu,I o Natury całej narodzinachZ niewidzialnego Chaosu. Lub jeśliGwiazda wieczorna i księżyc pośpieszą,Noc przyprowadzi Ciszę, by cię słyszeć,Sen się czuwaniem stanie, lub wygnanyBędzie, dopóki nie ukończysz pieśni,Lub póki cię świt ranny nie odwoła.«Tak Adam błagał dostojnego gościa,A Anioł boski odrzekł mu łagodnie:«I tej twej prośbie, tak skromnie stawionej,Zadość uczynię; choć, by opowiedziećDzieła Wszechmocnej ręki, czy wystarczyMowa Serafa, czy ją umysł ludzkiOgarnąć zdoła? Ale ci udzielęTakich objaśnień, jakie pojąć zdołasz,A ja słowami określić potrafięNa chwałę Stwórcy i na powiększenieSzczęścia twojego; takie polecenieDano mi z góry, bym w pewnych granicachCzynił zadosyć twojemu pragnieniuWiedzy; poza tem, co powiem, nie pytaj
I nie przypuszczaj, ażebyś własnemiMógł pomysłami odkryć tajemnice,Które Pan świata Wszechwiedny, Wszechmocny,Osłonił nocą, jakiej nikt na ziemi,Ni w Niebie, nigdy przeniknąć nie zdoła.Ale i tak wam dość się pozostajeDo poznawania. Wiedza jest jak pokarm:Z umiarkowaniem jeść trzeba, a wiedzyZasięgać tyle, ile umysł zniesie:Przeładowanie natychmiast zamieniaMądrość na głupstwo, jak pokarm w zgniliznę.«Wiedz zatem, że gdy spadł z Nieba Lucyfer(Tak zwany niegdyś, że wśród wojsk AniołówJaśniejszem światłem błyszczał, niźli gwiazda,Co nosi jego imię wśród gwiazd grona),Z płomieniącemi legiami swemiRunął przez otchłań do Piekła, a wielkiSyn Boży wrócił zwycięski, na czeleAniołów, Ojciec Wszechmocny PrzedwiecznyZe swego tronu, ujrzawszy ich tłumy,Takiemi słowy przemówił do Syna:««Nakoniec zwiódł się wróg zazdrością zdjęty;Sądząc, że wszyscy jak on buntownicy,Chciał z ich pomocą nas pozbawić tronu,Pochlebiał sobie, że siłą zdobędzieTę niedostępną, wysoką warownię,Stolicę Bóstwa Najwyższego: wieluOszukał; dla nich już tu miejsca niema,Ale daleko większa część, jak widzę,Została wierną. Niebo, jeszcze ludne,
Może zapełnić swe obszerne państwa,A tej świątyni wysokiej należnąZapewnić służbę i święte obrzędy.By nieprzyjaciel jednak się nie cieszyłUjmą spełnioną, i głupio nie mniemałŻe mi zaszkodził i wyludnił Niebo,Mogę nagrodzić stratę poniesioną,Jeśli jest stratą ten, co się sam stracił,W tej chwili stworzę świat inny, z jednegoCzłowieka całe plemię niezliczone,Tam będą mieszkać, nie tu, aż stopniamiZasługi sami sobie do sfer NiebaOtworzą drogę, długiem posłuszeństwemWypróbowani; i stanie się ZiemiaNiebem, a Niebo Ziemią, naszem państwemJednem, radością i zgodą bez końca.Teraz, Potęgi niebiańskie, użyjcieSwobody, wczasu, a Ty, moje Słowo,Jednorodzony Synu, przez któregoWszystko to sprawię, rzeknij, wraz się stanie!Z tobą posyłam moc swoję i Ducha,Co wszystko garnie pod cień swej opieki.Idź! rozkaż głębi; niech będą graniceUstanowione dla nieba i ziemi;Głębia bez granic, bo ja jestem, którySam nieskończoność zapełniam; a przestrzeńNie pusta, chociaż nieograniczony,Jam się usunął bez aktu dobroci,Która dowoli stwarza, lub nie stwarza.
Traf i konieczność nie mają przystępuDo mnie: co ja chcę, to jest przeznaczeniem.»»«Tak rzekł Wszechmocny, i wraz Jego Słowo,Synowska Boskość czynem zamieniła.Bo czyny boskie są natychmiastowe,Prędsze niżeli czas, ruch, lecz dla człekaPotrzebna czynność mówienia z tą miarą,By je pojęcie ziemskie mogło schwytać.«Wielki był tryumf i wesele w Niebie,Gdy usłyszano taki dekret boski,Śpiewano głośno chwałę Najwyższemu,A ludziom przyszłym pokój, dobrą wolę.««Chwała niech będzie Temu, co karzącąPrawicą słusznie wypędził bezbożnychZ przed swoich oczu i z mieszkania świętych.Chwała niech będzie i cześć Temu, któryW mądrości swojej zarządził, by dobroZe zła wzrastało, a gdy na wygnanieSkazał szkodliwe duchy, lepszym rodemZapełni pustą przestrzeń, aby stamtądRozpostrzeć dobroć swoję na bezmiaryŚwiatów bez końca i wieków bez końca!»»«Tak chór Aniołów. Tymczasem Syn BoskiDo swego dzieła wielkiego przystąpił,W wszechmoc odziany, w promiennej koronieNieskończonego majestatu Boga,Świecąc mądrością, miłością niezmierną,I pełnym Ojca swojego obrazem.Dokoła jego rydwanu stanęłyTłumy Cherubów, Serafów, Niebieskich
Potęg i Książąt, Cnót, Duchów skrzydlatych,Wozów skrzydlatych ze zbrojowni Boga.Tam ich od wieków stoją miryadyMiędzy górami dwiema śpiżowemi,Pojazdy zdobne, w zaprzęgu, gotoweNa uroczysty dzień w Niebie, a terazPrzybyły same z siebie, w nich był żywyDuch na usługi Panu swemu. NieboSzeroko bramę wieczną otworzyło,Złote zawiasy harmonijnym dźwiękiemRozbrzmiały w koło, czyniąc wolne przejścieKrólowi Chwały, co szedł w swem potężnemSłowie i Duchu nowe stwarzać światy.Stali na krańcu Nieba, i widzieliNiezmierną, pustą i głęboką przepaść.Wrzącą jak morze, ciemną, czczą i dziką;Szalone wichry wznosiły bałwanyWielkie jak góry, szturmujące Niebo,Jak gdyby biegun z środkiem zmieszać chciały.««Wy, zapienione fale! ucichnijcie,I ty, Otchłani, zamilcz!»» rzekło SłowoWszechtwórcze, ««koniec tej rozterce!»»I uniesiony na Cherubów skrzydłachW blasku Ojcowskim zstąpił do Chaosu.Do świata, który postanowił stworzyć.Chaos usłuchał rozkazu: za Słowem’Postępowali Anieli w świetlanymPochodzie, pragnąc oglądać tworzenieI cuda jego potęgi. StanęłyWartkie rydwanu koła; On wziął w rękę
Cyrkiel złocisty, w skarbcu bożym wiecznymPrzygotowany do mierzenia świataI wszystkich rzeczy stworzonych na świecie,Postawił jedne nogę cyrkla w środku,Drugą obrócił wkoło czarnej głębiOgromnej, i rzekł: ««Dotąd, nowy świecie,Rozciągaj szranki, to są twe granice.Twój obwód!«« Tak Bóg tworzył Niebo,Tak ziemię, puste, niekształtne tworzywo.Gęste ciemności okrywały przepaść,Lecz nad wodami rozpostarł Duch BożyZapładniające skrzydła, tchnął ożywcząSiłę i ciepło życia w płynną massę,Osadził na dno piekielne zaczyny,Czarne i zimne, nieprzyjazne życiu;Tworzył i łączył jednorodne ciała,Inne rozdzielił w rozmaite miejsca,A między niemi rozciągnął powietrze,I ziemię na jej środku w równowadzeStałej zawiesił. ««Niech się stanie światło!««Rzekł Bóg, i zaraz światło eteryczne,Najpierwsze z rzeczy, ich treść jasna, czysta,Wynikło z głębi, z rodzinnego wschodu,Przez mgłę powietrzną przenikać zaczęłoZ promieniącego obłoku, bo słońcaNie było jeszcze; przebywało wtedyW namiocie chmury. I ujrzał Bóg światłość,Że była dobra. I światłość przedzieliłWedług półkuli od ciemności: światłoDniem nazwał, ciemność Nocą. Stał się wieczór
Stał się zaranek, dzień jeden. Nie minąłBez uroczystych obchodów i śpiewówChórów anielskich, gdy od wschodu pierwszeŚwiatło ujrzeli, mrok rozpraszające:Nieba i Ziemi urodziny. OkrzykRadości wzniósł się w próżnym kręgu świata,Rozbrzmiały harfy złote, z niemi hymny,Wielbiące Boga w jego dziełach. StwórcyChwałę śpiewali w ten wieczór i ranek.«I rzekł Bóg: ««Niech się stanie utwierdzenieMiędzy wodami, i niechaj przedzieliWody od wód!«« I Bóg uczynił przedział,Przestwór płynnego, czystego eteruRozpostartego w koło aż do sklepieńKręgu wszechświata — przedział stały, pewny,Wód w głębi od tych, co są w górnych sferach;Bo jako ziemię zbudował, tak całyŚwiat: wodą cichą, płynącą otoczył,Ogromnem morzem kryształowem, jasnem,Odpierającem burzliwe napaściChaosu, aby wciąż spotykanemiPrzeciwnościami rozżarty, nie zniszczyłCałej budowy: i to utwierdzenieBóg nazwał Niebem. Tak wieczór i ranek,Dzień wtóry witał śpiewem chór Aniołów.« Ziemia stworzona była, ale jeszczeW łonie wód, jako owoc niedojrzały,Ukryta; nad jej powierzchnią ogromnyOcean toczył fale; nie napróżno,Bo płodotworną, ciepłą wilgocią rozmiękczał
Krąg ziemi, wielką matkę nasycającZapładniającym rozczynem. I rzekł Bóg:««Niechaj się zbiorą teraz wody wszystkie,Które pod niebem są, na jedno miejsce,A niech się sucha ukaże!«« NatychmiastWyrosły z ziemi góry, jak olbrzymy,Karki szerokie i nagie wznosząceW chmury, szczytami sięgające nieba.A jak wysoko wzdęły się gór grzbiety,Tak nisko dno wód szerokie, głębokie,Opadło, tworząc łożysko dla morza.Tam wody biegły z wesołym pośpiechem,Wijąc się w kule, nakształt kropli wodnych,Kiedy się toczą po spylonej ziemi;A inne rosły w kryształowe mury,Z pośpiechu, albo w filary, bo szparkimFalom pośpieszać zlecił rozkaz Boży.Jak na głos trąby wojska (bo o wojskachSłyszałeś) biegną pod znane sztandary.Tak wód gromady, bałwan za bałwanem,Szukały drogi, spadając szalenieZ opok, łagodnie spływając w równinach.Ni im się skała, ni góra oparła:Wody pod ziemią znajdowały drogę,Lub wężowato obchodząc dokoła,Lub w mokrym szlamie żłobiąc łatwo noweŁożyska, nim Bóg kazał oschnąć ziemiWszystkiej, prócz owej, która wybrzeżamiDotyka rzek, z nich czerpiąc wilgoć stałą.Nazwał Bóg suchą Ziemią, a zebranie
Wód nazwał Morzem. I widział, że byłoDobre. I rzekł Bóg: ««Niechaj zrodzi ZiemiaZiele zielone, dające nasienie,I drzewo owoc czyniące, a wedługRodzaju swego mające nasienieNa ziemi w sobie samem.»» Ledwie wyrzekł,Ziemia, aż dotąd pusta, nieozdobna,Puściła miękką trawę i zieleniąMiłą okryła swą powierzchnię; wkrótceWyrosły zioła z rozmaitym liściem,I wraz zakwitły, zdobiąc ziemi łonoW przeróżne barwy, i roniąc woń słodką.Ledwie przekwitły, już krzew winny dźwigaGron brzemię, wonny zatacza się melon,Źdźbła zboża stoją natłoczone w polu;Krzaki plątają kędzierzawe włosy,Wreszcie, jak w tańcu, drzewa okazałePowstały, szerząc dokoła gałęziePełne owoców, albo nasadzanePączkami kwiatów, jakby klejnotami.Wysokie drzewa uwieńczyły wzgórza,Krzewy pokryły zaciszne doliny,Obręby źródeł i długie rzek brzegi.Ziemia podobną się stała do Nieba,Mogły w niej mieszkać bogi, lub ją zwiedzać,Chętnie przebywać w poświęconych gajach.Choć Bóg nie spuścił dotąd jeszcze deszczuNa Ziemię, ani do uprawy człekaNie było, jednak mgła wilgotna staleZ gruntu wznosiła się i napawała
Ziemię i każdą na polu roślinę,Które Bóg stworzył wprzód nim były w ziemi,I każde ziele wprzód nim na łodydzeWyrosło. Widział Bóg, że było dobre.Wieczór i ranek wielbiły Dzień trzeci.I rzekł Wszechmocny: ««Niech się staną światłaNa rozpostarciu Nieba, niech przedzieląOd nocy dzienną porę, niechaj będąNa znak pór roku, zmiany dni i lata;Aby jaśniały, jako przykazałem,Na utwierdzeniu Nieba, oświecającZiemię!»» Stało się tak, i Bóg uczyniłDwa wielkie światła (wielkie swym pożytkiemDla ludzi), światło większe, by rządziłoDzień, a mniejsze noc, na przemiany; stworzyłGwiazdy, umieścił je na utwierdzeniuNieba, ażeby świeciły nad ziemią,Żeby rządziły dzień i noc, ciemnościOdgraniczały od światła. Widział Bog,Gdy rozpatrywał swoje wielkie dzieło,Że było dobre. Z ciał bowiem niebieskichPierwsze utworzył słońce, wielką kulę,Ciemną z początku, choć z eterycznegoPierwiastku, potem ukształtował księżycKulisty, gwiazdy rozlicznej wielkościI niemi obsiał niebo, jakby ziarnem pole.Światła część większą przeniósł ze skarbnicySwojej obłocznej, i umieścił w tarczySłonecznej, którą zrobił porowatą.Ta nasiąknęła owem płynnem światłem,
Massę promieni zebrawszy, stała sięWielkim pałacem światła. Jak do źródłaTu wszystkie inne gwiazdy wciąż przychodzą,I w złote swoje urny biorą światło;Tu złoci ranna planeta swe rogi;A ubarwianiem lub odbiciem wszystkieZwiększają szczupły zasób swej jasności,Co jeszcze mniejszym przez to wam się zdaje,Że nań patrzycie z dalekiej przestrzeni.Naprzód na wschodzie zjawił się krąg świetny,Władca dnia, zaraz horyzont dokołaUbrał w promienie jasne, i ochoczoRozpoczął drogę przez niebios sklepienie;O szarym świcie zatańczyły przed nimPlejady, roniąc wpływ słodki. Naprzeciw,Z zachodu, z mniejszym blaskiem wpłynął księżycZwierciadło słońca, pełną tarczą czerpałOd niego światło, w takiem położeniuNie potrzebując innego, i zawszeTak pozostając do nocy, z koleiŚwieci od wschodu, zwraca się na osiWielkiej niebieskiej, i wespół z tysiącemTysięcy innych mniejszych gwiazd, królujeNa półokręgu nieba. Gdy raz pierwszyIch jasne światła wzeszły na sklep niebaI po raz pierwszy zaszły, uroczyścieWieczór i ranek wieńczyły Dzień czwarty.Rzekł też Bóg: ««Niechaj płaz wywiodą wodyObficie płodny, żyjące stworzenie;Ptactwo nad ziemią niech rozwija skrzydła
Pod wolnem, jasnem nieba utwierdzeniem,I stworzył też Bóg wieloryba, wszystkieStworzenia, co się czołgają, pływają,Co woda rodzi według ich rodzajuI wszelkie ptactwo, w przeróżnych rodzajach.Widział, że było dobre. BłogosławiłMówiąc im: ««Rośćcie i rozmnażajcie się,Mórz, rzek i jezior wody napełniajcie,I ptactwo niechaj się mnoży na ziemi!»»Natychmiast morza, cieśniny, zatokiNieprzeliczonym zarybkiem się roją,Z płetwami, w łusce błyszczącej pływająW falach zielonych tak gromadnie czasem,Że tworzą ławy i tamy wśród morza.Czasem samotne, znów inne paramiPasą się trawą morską, mknąc przez lasyKorali. Inne w wesołej igraszceZabłysną w słońcu ubiorem złocistym,A jeszcze inne w perłowej pokrywieCzekają na karm mokrą, lub pod skałąW pancerzu z łuski na swój łup czyhają.Na brzegu morskim igrają delfinyZwinne i foki. Znów inne, budowyPotężnej, ciężko się toczą przy brzegu,Albo ocean wzburzają swym ruchem.Tam lewiatan, największe z żyjącychStworzeń, na falach leży rozciągnięty,Niby przylądek, a gdy płynie, zda sięRuchomym lądem, skrzelami pochłaniaI paszczą zionie całe morze wody.
Ciepłe jaskinie, mokradła, wybrzeżaLiczne stworzenia wylęgają z jajek,Które pęknięciem lekkiem uwalniająNieopierzone pisklęta; te wkrótcePorosłszy w pierze i zdobywszy skrzydła,Wzgardzają ziemią, i z śpiewem radośnymWzlatują śmiało w podobłoczne szlaki.Orzeł i bocian zakładają gniazdaNa skałach, albo na cedrów wierzchołkach;Ów rodzaj błąka się po okolicy,Inne, zmyślniejsze, formują się w kliny,Świadome pory roku, drogę górnąTorują sobie ponad morza, lądy;Miejsce zmęczonych zastępują inne,Mocniejsze w skrzydłach. Tak żóraw roztropnyCo rok w podróży, wiatrami niesiony.Tam gdzie ich klucze kierują lot chyży,Od ruchu licznych skrzydeł wiatr się zrywa.Drobniejsze ptaki skaczą po gałęziach,Radują lasy rozkosznem śpiewaniem,Migając barwnem skrzydłem aż do zmroku.Cichną natenczas: jeden tylko słowikUrocze pienia szerzy przez noc całą.Inne na rzekach i jeziorach srebrnychKąpią puszyste piersi; dumny łabądźZgiąwszy w łuk szyję, skrzydłami białemiWpół otulony jak płaszczem, z godnościąPłynie po falach wiosłowatą nogą.Czasem porzuca wody i w przestrzenieŚrednie powietrza mknie silnemi skrzydły.
Inne po ziemi chodzą: grzebieniastyKogut, którego pianie, jak głos trąbki,Przerywa nocną ciszę, ówdzie drugi,Z gwiaździstem okiem, ma ogon wzorzystyZ barwami tęczy. Tak wody rybami,Powietrze ptactwem, gdy się napełniły,Wieczór i ranek wielbiły Dzień piąty.«Szósty, ostatni nastał Dzień Stworzenia,Witany dźwiękiem harf rano i wieczór:Rzekł Bóg: ««Niech zrodzi ziemia duszę żywą,Bydło, zwierzęta nieme i pełzaczeWedług rodzaju swego.»» I natychmiastPosłuszna Ziemia płodorodne łonoOtwarła i świat cały napełniłaNiezliczonemi żywemi tworamiW kształcie i członkach już doskonałemi,Wzrostu pełnego. Wyszedł z niej zwierz dzikiJak z legowiska swego; jedne z boru,Inne z zarośli, krzaków, jaskiń, stepu,Jak ich obyczaj; parami szło dalejBydło na pola i łąki zielone,Lub pojedynkiem, lub pasło się w stadach.Obfitowały w strawę płodne niwy.Nawpół wysunął się z ziemi lew płowy:Drapie przedniemi łapami, by tylnąCzęść oswobodzić: jednym rzutem skacze,Jakby się urwał z więzów, pełza,Pstrą potrząsając grzywą. Lampart, tygrys,I ryś, jak krety, kopiąc się, z wzruszonejZiemi sypały wzgórki, jeleń szybki
Wysuwał z ziemi gałęziste czoło;Największy z zwierząt lądowych, behemot,Z trudem dobywał na wierzch ciężkie członki;Becząc wełniaste trzody wyrastałyJak zielsko; wespół ląd i wodęZamieszkujące: koń morski, krokodyl,Łuską okryty; nareszcie wypełzłyZ ziemi owady i robaki wszystkie.Te szybko trzęsą wachlarzykowateSkrzydełka, a ich drobne członki strojnePrzepychem lata, suknią nakrapianąZłotem, purpurą, błękitem, zielenią;Te jak linie, wyciągnięte, pełznąc,Siad zostawiają falisty na piasku.Nie wszystkie małe; z wężowatych roduNiektóre dziwnie długie i rozrosłe,Zaopatrzone w pierścienie do chodu,W skrzydła do lotu. Tam oszczędna mrówkaLezie, o przyszłość zabiegliwa, w szczupłemCiele ukrywa wielkie serce, możeZa wzór równości sprawiedliwej służyć,Gdy jej plemiona w gminy się połączą.Tu się pojawia pszczoła wyrojona,Co leniwego swego męża żywi,Z wosku buduje komory i miodemZapełnia. Reszta niezliczone tłumy;Znasz ich naturę, dałeś im nazwiska,Nie potrzebuję ich teraz przytaczać;Znany ci także wąż, najprzebieglejszyZe wszystkich zwierząt w polu, bywa czasem
Wielki rozmiarem, z wejrzeniem spiżowemI grzywą straszną, ale nieszkodliwyTobie, przeciwnie, rozkazu usłucha.«Teraz jaśniało niebo w pełnym blasku,Tocząc się trybem pierwotnie nadanymRęką wielkiego Stwórcy. Ziemia strojna,Lśniła weselem; powietrze i wodyI lądy pełne ptactwa, ryb i zwierząt,A wszystko lata, pływa, kroczy. JednakCoś brakowało jeszcze na dzień szósty:Celu wszystkiego brakło, arcydzieła;Istoty, coby niezgięta ku ziemiI nie zwierzęca, jak inne stworzenia,Lecz uświęcona rozumem, postawyPodniosłej, prostej, z czołem rozjaśnionem,Rządziła resztą z samowiedzą, godnaPrzez swą szlachetność obcowania z Niebem,Ale i wdzięcznie uznająca źródłoObdarowania swego, tam zwróconaGłosem, oczami, czcią i pobożnością,Wielbiąca Boga Najwyższego, któryZrobił ją panem wszystkich tworów swoich.Zatem Wszechmocny Wieczny Ojciec, wszędzieObecny, tak rzekł w głos do Syna swego:««Uczyńmy człeka na wyobrażenieI podobieństwo nasze, przełożonyNiech będzie rybom, ptactwu i zwierzętom,W morzu, w powietrzu i na wszystkiej ziemi,Nad wszelkim płazem, który na niej pełza.»»To rzekłszy stworzył ciebie, o Człowieku!
Ciebie Adamie, z mułu ziemi, tchnąwszyW oblicze twoje dech żywota, ciebieNa podobieństwo własne stworzył, to jest,Na podobieństwo Boga, i zostałeśDuszą żyjącą. Stworzył cię mężczyzną,Za towarzyszkę dał niewiastę, abyRód wasz się krzewił. I pobłogosławiłBóg rodzajowi ludzkiemu, i mówił:««Rośćcie, mnóżcie się, napełniajcie ziemię,Czyńcie ją sobie poddaną, panujcieI nad rybami morza, i nad ptactwemPowietrznem, i nad wszystkiemi zwierzęty,Co się ruszają naziemi!»» GdziekolwiekBóg cię tak stworzył (nazwa nie oznaczyMiejsca), przeniósł cię stamtąd, jak wiesz dobrze,Do rozkosznego tego gaju, tegoOgrodu, w którym rosną posadzonePrzez Boga drzewa, wzrok i smak nęcące.Wszystek ten piękny owoc oddał szczodrzeNa żywność tobie; są wszelkie gatunki,Jakie wydaje ziemia, rozmaitośćBez końca; tylko nie macie jeść z drzewaKtórego owoc spożyty podajeWiedzę dobrego i złego; w dniu, w którymBędziesz jadł z niego, umrzesz: kara śmierciJest oznaczona. Strzeż się więc, i panujNad twojąswoją żądzą, niech cię nie podejdzieGrzech i śmierć, jego czarna służebnica.«Na tem ukończył Bóg dzieło stworzenia,A obejrzawszy, widział, że jest dobre;
Wieczór i ranek spełniły Dzień szósty.Teraz przestawszy tworzyć, choć bynajmniejNie doznający zmęczenia, powróciłDo Nieba Niebios, swej górnej stolicy,Aby spoglądać z wysokości tronuNa świat, dodatek do swego mocarstwa,Czy dobry, piękny, odpowiadającyWielkości jego pomysłu. W wyżynyWchodził, a wszędzie mu towarzyszyłyOkrzyki szczęścia, dźwięki jednozgodneHarf stutysięcznych, i śpiewów anielskich.Ziemia, powietrze ich odgłos rozniosły(Pamiętasz, boś je słyszał sam); niebiosaI wszystkie gwiazdy chórem odbrzmiewały;Stały planety w miejscu zasłuchane,Gdy tryumfalny ten zastęp szedł w górę.««Otwórzcie się, wy, wrota wiekuiste,»»Śpiewano: ««I wy, niebiosa, otwórzcieŻyjące bramy, wpuśćcie Stworzyciela,Wracającego od wielkiego czynuStworzenia świata w sześć dni! Otwórzcie sięI często nadal otwierajcie, częstoBóg chce nawiedzać mieszkania swych miłych,Swych sprawiedliwych ludzi, równie liczniePosyłać będzie skrzydlatych swych gońców,Zwiastunów łaski niebieskiej.»» Tak śpiewałWznosząc się w górę orszak promienisty.Niebo otwarło świetlane wierzeje,Do dworu Boga wiecznego wiodąceSzeroką drogą, której pył ze złota,
Bruk z gwiazd, jak gwiazdy drogi mlecznej lśniących,Którą dostrzegasz w nocy, nakształt pasa,Obsypanego gwiazdami. Na ziemi,Teraz w Edenie, nastał wieczór siódmy,Bo słońce zaszło, mrok, poprzednik nocy,Szedł z wschodniej strony, gdy na świętą góręNa szczyt wysoki Nieba, gdzie tron wiecznyKrólującego Boga niewzruszony,Przybył Wszechmocny Syn, i z Wielkim OjcemZasiadł, bo chociaż Ten mu niewidzialnymBył towarzyszem, był jednak na tronie(Taki przywilej jest Wszechobecności);Dziełem stworzenia kierował, bo On jestWszystkiego w świecie początek i koniec.Teraz wypoczął od dzieła tworzeniaI błogosławiąc poświęcił Dzień siódmy.Lecz nie milczeniem dzień ten obchodzono:Bez przerwy brzmiały harfy, flet poważny,Lutnie, organów melodyjne tony,Lub z strun, lub z złotych drutów dobywane,Złączone z śpiewem uroczystym chórów.Z złotych kadzielnic szły wonne obłokiI osłaniały całą Górę. ChóryTworzenia sześć dni opiewały:««Jehowo! wielkie Twe dzieła, potęgaTwa nieskończona! Czy myśl jaka możeObjąć Cię, język jaki wypowiedzieć?Twój powrót teraz większy, niż po starciuWrogich Aniołów: wtedy Twe piorunyGłosiły wielkość Twoję, ale stwarzać
Większem jest dziełem niż niszczyć stworzone.Kto zrówna Tobie, o Królu potężny?Kto ograniczy Twe państwo? Z łatwościąOdparłeś pychą natchnione zamachyDuchów odstępców i ich próżne rady,Kiedy bezbożnie Twej ujmy pragnęliI odciągnięcia wielu od czci Twojej.Kto chce Cię zmniejszyć, wbrew swoim zamiarom,Służy do większej Twej mocy objawu:Ich zła użyłeś na to, by wytworzyćZ niego zwiększone dobro. ŚwiadkiemNowostworzony świat, to drugie Niebo,Blisko niebieskiej bramy założoneNa szklistem morzu czystego kryształu,Wielkości prawie bez miary, z licznemiGwiazdami, z których może każda światemDo zamieszkania przeznaczonym, aleTy wiesz każdego świata czas i porę.Pomiędzy niemi siedlisko człowieka,Ziemia, dokoła morzem opasana,Jego rozkoszne mieszkanie. Po trzykroćSzczęśliwi ludzie i synowie ludziKtórych Bóg wybrał, na swój obraz stworzył,By tu mieszkali, by go czcili; abyW nagrodę za to mieli panowanieNad jego dziełmi na ziemi, w powietrzu,Na morzu; aby mnożyli na ziemiRód sprawiedliwych i świętych czcicieli:Trzykroć szczęśliwi, jeżeli poznają,Jak są szczęśliwi, i wytrwają w dobrem.»»
«Tak Aniołowie śpiewali, a NieboOdbrzmiało głośnem Aleluja. SabatTak obchodzono. Spełniłem twą prośbę,Gdy chciałeś wiedzieć, jak ten świat stworzono,Jaki początek rzeczy, co się działoWprzód nim twa pamięć sięga, by potomnośćMogła to z twoich ust słyszeć. JeżeliJeszcze co wiedzieć chcesz, o ile miaryPojęć to ludzkich nie przekracza, pytaj.»
Skończył rzecz swoję Anioł, a głos jegoTak czarująco brzmiał w uszach Adama,Że przez czas jakiś sądził, iż go jeszczeSłyszy, i słuchał w skupieniu, aż wreszcie,Jak obudzony ze snu, odpowiada:«Jakie wystarczą dzięki, i nagrodęJakąbym mógł ci złożyć wzamian, boskiOpowiadaczu, coś moje pragnienieWiedzy tak szczodrze raczył zaspokoić,Po przyjacielsku objaśniając rzeczy,Których istoty nigdy w inny sposóbDojśćbym nie zdołał, a teraz słuchałemPełen podziwu, zachwytu, zdumienia,Składając Stwórcy winną cześć i chwałę.Jeszcze mi pewna wątpliwość została,Którą mi tylko twa łaska rozwiąże.Gdy się przyglądam tej pięknej budowieŚwiata, co z nieba i ziemi się składa,I porównywam wielkość ich obojga,
Wydaje mi się ziemia grudką, ziarnkiem,Pyłkiem, atomem w porównaniu z niebemPełnem gwiazd, co się zdają toczyć w przestrzeńNie do pojęcia wielką (bo tak możnaZ ich odległości wnosić i z dziennegoPowrotu), na to, aby do okołaTej Ziemi ciemnej, i małej jak kropka,Rozsiewać światło to dzienne, to nocne.Bezużyteczne zresztą w całym biegu,Takim dalekim. Często rozmyślającDziwię się czemu Przyroda tak mądra,I tak oszczędna w całem swem działaniuNierównomierność taką spełniać może:Rozrzutną ręką tyle szlachetniejszychI w różnym stopniu większych ciał stworzyłaTylko na taki użytek, by codzieńPowtarzający się obieg spełniały,Podczas gdy Ziemia (coby łatwiej mogłaPo znacznie mniejszym toczyć się obwodzie),Lepsze od siebie mając na posługi,Cel swój osiąga, pozostając w miejscu;W dań otrzymuje podróże codzienneZ pośpiechem ducha niosące jej światłoI ciepło; z taką służące szybkością,Na określenie której liczby niema.«Tak nasz praojciec rzekł, a twarz świadczyłaŻe pragnie zgłębiać ciemne i zakrytePrzed wzrokiem ludzkim rzeczy. To spostrzegłszyEwa, siedząca opodal, powstałaZ majestatyczną pokorą i wdziękiem,
Który w patrzących mógł budzić życzenieŻeby została. Poszła, by owoceI kwiaty swoje obejrzeć w ogródku,Pąki i kwiecie, czy rosną szczęśliwie?Za jej zbliżeniem otwierały kwiatyWonne kielichy i weselej rosłyPod jej troskliwej ręki hodowaniem;Odeszła jednak nie dla tego, iżbyTaka rozmowa jej nie zajmowała,Albo jej umysł treści tak wysokiejNie zdołał pojąć: wolała zachowaćSobie na później przyjemność, gdy AdamJej opowiadać będzie, a jedynąSłuchaczką ona. Opowieści mężaWolała słuchać raczej niż AniołaSamego, jego więc postanowiłaPytać; wiedziała, że w naukę wplecieSłowa miłości, a zakończy wykładSłodką pieszczotą małżeńską; z ust jegoNie same słowa jej się podobały.Gdzie teraz szukać par takich, złączonychPoszanowaniem i wspólną miłością? —Odeszła z ruchem bogini, z orszakiem,Bo jak królowe otaczał ją przepychObsługujących gracyi, co w kołoDo oczu wszystkich posyłały grotyPragnienia, by ją módz oglądać jeszcze.Na wątpliwości, jakie Adam stawił,Anioł Rafael uprzejmie, łagodnieOdrzekł w te słowa: «Nie ganię, ze pytasz
I badasz. Niebo jest jak rozłożonaPrzed tobą księga Boga, abyś czytałCudowne Jego dzieła, byś poznawałW niej pory roku, godziny, miesiące,Lub lata. Byłeś dokładnie rachował,Wszystko ci jedno, czy niebo, czy ziemiaJest w ruchu. Wielki Budowniczy świataResztę skrył mądrze przed okiem człowieka,Albo Anioła; i tajemnic swoichNie chciał objawić, aby nie szperaliLudzie, lecz raczej, by je uwielbiali.Gdy więc z wysiłkiem tworzą przypuszczenia,Bóg o swych dziełach rozpraw im nie broni,Może, by śmiać się z dziwacznych poglądów,Gdy układają plan nieba, i biegiGwiazd naznaczają; jak wtedy pochopniDo kierowania potężnym wszechświatem!Przebudowują go wciąż i planująNa nowo, aby pozory ratować.Na nieba planie kreślą dośrodkoweI odśrodkowe linie, okręgi,Koła, a na ich obwodzie okręgiI koła w kołach. Jak z rozumowaniaTwojego widzę, kierowniku rodu,Przypuszczasz, jako ciała te jaśniejszeI większe służyć nie powinny mniejszym,Ani ciemniejszym, ni też gwiazdy niebaTakich wędrówek odprawiać, gdy ziemiaSpoczywa i z ich zabiegów korzysta.Rozważ to naprzód, że wielkość lub jasność
Doskonałości jeszcze nie stanowią;Choć w porównaniu z innemi gwiazdamiZiemia jest mała, nie połyska, jednakMoże zawierać więcej istotnegoDobra, niż słońce, które samo pusteNie użytkuje ze światła swojego,Lecz urodzajna ziemia, bo promienieJego, aż dotąd bezczynne, dopieroTu zatrzymane odzyskują siłę.Lecz nie dla ziemi są te świetelniki,Tylko dla ciebie, coś jest jej mieszkańcem,A co do nieba niezmiernych przestrzeni,Niech rozpowiada wysoka wspaniałośćIch Stworzyciela, który je tak wielkieZbudował, swoje granice zakreśliłAż tak daleko, aby wiedział człowiek,Że nie w swym własnym gmachu ma mieszkanie,Zawielkim, aby zdołał go zapełnić;Szczupłą w nim cząstkę zamieszkuje, resztaSłuży do celów Bogu tylko znanych.Tych ciał niebieskich szybkość bezgranicznąJego wszechmocy przypisz, która nawetBryłom nadała pęd prawie duchowy.Za powolnego mnie nie weźmiesz, jeśliW rannej godzinie z Nieba, gdzie Bóg mieszkaZeszedłszy, jeszcze przed południem byłemW Edenie; liczbą nie da się wyrazićTaka odległość. Przytaczam to tylko,By, przypuściwszy ruchy ciał niebieskich,Wnet ci okazać, jak słabe pobudki
Twych wątpliwości. Nie twierdzę, że tak jest,Choć tobie, co tu mieszkasz, tak się zdaje.Bóg, aby dróg swych pod zmysły człowiekaNie poddać, niebo umieścił od ziemiW tej odległości, iż łudzi wzrok ziemski,Który sięgając rzeczy za wysokich,I zabłąkany w marnych domniemaniach,Napróżno niemi się dręczy. Cóż jeśliSłońce jest środkiem świata, jeśli inneCiała niebieskie, pobudzone jegoPrzyciągającą siłą i swą własną,Tańczą dokoła niego w różne kręgi?W sześciu planetach widzisz obrót zmiennyWysoko, to znów nisko, naprzód idą,To się cofają, to stają, to kryją;A jeśli siódma w ich gronie, ta Ziemia,Która tak stałą wydaje się tobie,Nieznacznie ruchem trojakim się toczy?Jużbyś natenczas nieregularnościNie potrzebował odnosić do różnychSfer w ruch wprawionych w przeciwnych kierunkachI krzyżujących się skośnie; co właśnieMusisz przypuszczać, jeśli według ciebieSłońce jest w ruchu, a poruszającaWszystko sprężyna wielka, niewidzialna,Po za gwiazdami, koło, co sprowadzaDzień i w kolei noc swoim obrotem.Nie potrzebujesz tego przypuszczenia,Jeżeli ziemia skrzętna sama z siebieTocząc się na wschód, bierze dzień, a stroną
Nieoświeconą promieniami słońcaWtedy spotyka noc, gdy pierwsza stronaBłyszczy słonecznem światłem. Cóż jeżeliZiemia, co światło śle w strzeń przezroczystąTowarzyszowi swemu, księżycowi,Wyda się gwiazdą, co mu w dzień tak świeci,Jak on jej w nocy? Jeśli tam są kraje,Pola, mieszkańcy? Plamy na nim widzisz,Jak chmury, z chmur deszcz pada, z miękkiej ziemiDeszcz wywołuje owoce i życie.Może odkryjesz kiedy inne słońcaZ ich księżycami, wciąż rozsiewająceMęski i żeńskie światło (bo te wielkieDwa działy płciowe dają życie światu);Może na każdem z owych ciał niebieskichMieszczą się jakie żyjące istoty?By takich wielkich w przyrodzie przestrzeniNie zamieszkała żadna żywa dusza,By puste były, przeznaczone tylkoNa to, by świecić, aby każda gwiazdaLedwie światełko słabe posyłałaDalekiej ziemi, zamieszkałej, któraInnym je zwraca — o tem wątpić można.Lecz czy te sprawy są takie, czy inne,Czy panujące na niebiosach słońceDokoła ziemi się toczy, czy onaDokoła słońca; czy ono od wschoduW drogę ognistą wstępuje, czy onaZ zachodu cichy bieg posuwa, krokiemŁagodnym, sennym, na wirowej osi
Niesie cię miękko wraz z lekkiem powietrzemNie dręcz umysłu tem, co jest zakryte,Zostaw to Bogu i służ mu z bojaźnią.Inne istoty niech według swej woliUmieszcza tam, gdzie uzna za stosowne:Ty ciesz się tem, co tobie i twej EwieDaje — tym Rajem; Niebo zawysokoByś mógł przeniknąć to, co się tam dzieje.Pokorną mądrość obierz, o tem tylkoMyśl, co się tyczy ciebie, twego bytu;Nie marz o innych światach, ani o tem,Jakie stworzenia tam mieszkają, jakiIch stan, warunki życia, albo stopień;Tem się kontentuj, co ci objawionoNietylko ze spraw ziemi, lecz i nieba.»Na to mu Adam, zbywszy wątpliwości,Odrzeknie: «W pełni mnie zaspokoiłeś,Duchu niebieski, Aniele przejasny.Zwolniłeś od czczych błąkań, nauczyłeśNajprostszej drogi życia, bez szperaniaBałamutnego, które całą słodyczŻycia odbiera. A Bóg je osłoniłOd trosk wszelakich, bylebyśmy samiNie sprowadzali ich próżnem myśleniemI dociekaniem. Wprawdzie umysł ludzkiLub wyobraźnia do urojeń skore,Mogłyby roić bez końca, bez granic,Ale przestroga, albo doświadczenieUczą, że mądrość najwyższa polegaNie na tem, żeby dokładnie znać rzeczy
Zastosowania niemające, skryte,Subtelne, ale znać to, co nam życieDzienne przynosi; reszta próżnym dymem,Lub uroszczeniem niedorzecznem, któreDo spraw potrzebnych niezdolnymi czyni,Niepraktycznymi i niegotowymi,Tylko w szperaniu wciąż zatopionymi.Zstąpmy więc z tego wysokiego szczytuI niższym lotem, o rzeczach najbliższychA pożytecznych mówmy: tu niejednoBędę mógł zadać pytanie stosowne,Gdy mi twa dobroć i łaska dozwoli.Z ust twych słyszałem o tem, co się działoWprzód nim pamięcią zasięgam; wysłuchajNawzajem mojej historyi, możeJej nie znasz, dzień zaś jeszcze nie tak prędkoSkończy się. Widzisz, jakie wynajdujęSposoby, pragnąc cię zatrzymać; dziejeSwoje opowiem, aby tylko słyszećOdpowiedź twoje. Gdy tu siedzę z tobą,Zda mi się, żem jest w Niebie, twoja mowaJest dla mnie słodsza, niżeli owocePalmy wysmukłej, które uśmierzająGłód i pragnienie, gdy się posilamyPo pracy dziennej: przesycają skoro,Chociaż przyjemne; ale twoje słowaTchną łaską boską, nigdy nie nasycą.»Rafael na to z anielską dobrociąTak mu odpowie: «Wdzięczne twoje wargi,I język biegły, o praojcze ludzi;
Bo Bóg na ciebie obfite wewnętrzneJak i zewnętrzne spuścił dary, jakoNa podobieństwo swoje; czy więc mówisz,Czy milczysz, zawsze cię otacza powab,Przy każdem słowie i przy każdym ruchu.W Niebie też mamy cię za towarzyszaZiemskiego w służbie bożej, i z radościąBadamy drogi Boga względem ciebie;Bo, jak widzimy, Bóg czcią cię ozdobiłI równą objął miłością. Mów zatem,Bo nieobecny byłem dnia owego;Obowiązany do podróży ciężkiejA nadzwyczajnej, bo aż do bram Piekła.Uformowani w legion, mieliśmyRozkaz nie puszczać z Piekła szpiega, aniZbrojnego wroga, podczas gdy Bóg stwarzał,By rozgniewany taką zuchwałością,Do dzieł twórczości nie wmieszał zniszczenia.Wprawdzie bez jego dopuszczenia nigdyNa czyn podobny nie ważyliby się,Ale wysyła nas w ważniejszych sprawachJak panujący, by nas przyzwyczaićDo posłuszeństwa. Straszna brama byłaMocno zamknięta, zatarasowana,Ale już zdala, nim się zbliżyliśmy,Z poza niej szum szedł wcale nie taneczny,Nie śpiewy, ale biadania rozgłośneI krzyki wściekłe. Radzi wróciliśmyKu okolicom światła w Sabbat wieczór,Jak polecone było. Ale teraz
Ty opowiadaj, bo mi twoje słowaRównie są miłe, jako moje tobie.»Tak mówił Anioł, na to nasz prarodzic:«Życia swojego skreślić pierwocinyTrudno dla człeka. Kto zna swój początek?Tylko mnie nęci do opowiadaniaŻądza rozmowy z tobą. Gdym się ocknąłZ snu głębokiego, spostrzegłem, że leżęNa trawie kwietnej, w balsamicznych potach,Które niebawem osuszyło słońcePromienne, chłonąc wilgoć parującą.Zwróciłem w niebo zadziwione oczyI przez czas jakiś patrzałem na jegoPrzestrzeń rozległą; nagłym pobudzonyInstynktem, dążąc ku górze, skoczyłem,Stając na nogi. Ujrzałem dokołaWzgórza, doliny i cieniste lasy,Słoneczne pola, przezroczyste wodyRzeki, toczące z miłym szumem fale,Stworzeń żyjących kręcące się tłumy,Biegną, latają, śpiewają w zieleni,Wszystko się do mnie uśmiecha; powietrzePełne zapachu; serce przepełnioneRadością. Siebie samego oglądamCzłonek po członku, to idę, to biegnęRączemi kroki, niesion siłą życia.Lecz kto ja? gdzie ja? i z jakiej przyczyny?Nic nie wiedziałem. Spróbowałem mówić,I przemówiłem natychmiast: posłusznyJęzyk nazywał wszystko, na com spojrzał.
««Ty słońce, rzekłem, piękne światło, i ty,Ziemio, tak świeża, hoża, w blasku światła,Wy wzgórza, pola, rzeki, lasy, niwy,Wy, co żyjecie, krążycie swobodnie,Mówcie, gdy wiecie, jak się stałem taki?Jak tu przybyłem? Nie sam z siebie; zatemJakiś potężny Twórca z swej dobrociI z bezgranicznej potęgi mnie zrobił.Powiedzcie, jakbym mógł go poznać, jakbymMógł cześć mu oddać za ten ruch i życie,Za szczęście większe, niż sam wiedzieć mogę?»»Gdy tak wołałem, błąkając się z miejsca,Gdzie odetchnąłem pierwszy raz i pierwszeUjrzałem światło błogie, a nie dawałNikt odpowiedzi, na darniowej ławie,Kwiatami tkanej, siadłem zamyślony.Tu po raz pierwszy objął mnie sen słodki,Miękkim naciskiem przytłumił me zmysły,Niezamącony, choć, zdało się, wracamDo poprzedniego stanu nieczułościI do niebytu, gdy naraz u głowyMojej stanęło zjawisko; w mej duszyWewnętrzny pojaw jego wzniecił czucieBytu i życia. Ktoś, jak mi się zdało,Postaci boskiej nadszedł i powiedział:««Czeka cię twoja dziedzina, Adamie,Pierwszy człowieku, na pierwszego ojcaNiezmiernej liczby ludzi przeznaczony,Wstań, otom przyszedł, bym cię poprowadziłDo rozkosznego ogrodu, siedziby
Przygotowanej dla ciebie.»» To mówiącWziął mnie za rękę i wiódł nad polamiI nad wodami, lekko, przez powietrzeJakbym się ślizgał, nie stąpając, w końcuNa szczycie góry lesistej mnie stawił,Której wierzchołek stanowił obszernąI ogrodzoną płaszczyznę, drzewamiNajpiękniejszemi zasadzoną, pełnąDróżek i altan; com widział poprzednioNa ziemi, teraz się zdało już prawieNieładne; każde tu drzewo wspaniałymObładowane owocem: wisiały,Wzrok kusząc, nagłą wzbudzając oskomę.Wtem się ocknąłem, i w rzeczywistościWzrok mój napotkał wszystko, co tak żywoSen mi przedstawiał. Tu znów byłbym począłKrążyć bez celu, gdyby pod drzewamiTen się nie zjawił, co mię tu sprowadził.Obecność Boska! Z radością i trwogą,Z czcią i pokorą padłem do stóp jego,A On podniósłszy mnie, rzekł słodko: ««JestemTen, kogo szukasz, Stworzyciel wszystkiego,Co widzisz w koło, w górze i na dole.Raj ten ci daję: miej go na swą własność,Dzierż i uprawiaj, i z wesołem sercemJedz owoc z wszelkich drzew, które tu rosną,Nigdy się nie bój tu nieurodzaju,Lecz z drzewa, które świadomość dobregoI złego daje, które zasadziłem,Jako rękojmię twego posłuszeństwa
I twojej wiary, w pośrodku ogroduPrzy Drzewie Życia, ostrzegam, byś nie jadł.Miej ostrzeżenie moje na pamięci,Lękaj się gorzkich następstw, bo wiedz o temW dniu, w którym jeść zeń będziesz, w którym złamieszZakaz jedyny mój, niechybnie umrzesz;Będziesz od tego dnia śmiertelnym, straciszSwój stan szczęśliwy, będziesz wypędzonyStąd w świat boleści i smutku.»» SurowoWyrzekł tę groźną zapowiedź, brzmi onaDotąd straszliwie w mem uchu, choć nigdyJej nie podpadnę. Ale wkrótce przybrałŁagodny wyraz twarzy i łaskawieCel swój objaśnił: ««Nietylko ten Eden,Lecz całą ziemię tobie i twojemuPlemieniu daję; wy bądźcie panamiJej i wszystkiego, co żyje na ziemi,W wodzie, w powietrzu — zwierząt, ryb i ptaków.W znak czego obejrz wszystkie ich rodzaje,Gdy je sprowadzę, nadaj im nazwiska,A one z hołdem przystępować będą,Jako poddane. To się też rozumieO rybach w wodnej ich siedzibie, któreTu nie przyzwane, bo swego żywiołuNie mogą zmienić, ni rzadszem powietrzemOddychać.»» Mówił tak, a każde zwierzęI ptak parami zbliżały się do mnie,Pierwsze schylone łasiły się mile,Ptaki na skrzydłach zlatały przedemnie,Gdy mnie mijały, nazwy im dawałem
Według natury ich, bo Bóg mnie naglePrzenikliwości zaopatrzył siłą.Ale to wszystko nie stłumiło we mniePoczucia braku pewnego, więc śmiałoDo niebiańskiego Zjawiska tak rzekę:««Jakiem imieniem — bo Ty nad to wszystko,Ponad ród ludzki i nad to, co wyższeNiż rodzaj ludzki, podniesiony jesteś,Przechodząc wszelkie moje mianowanie,— Jak mam Cię nazwać, jak czcić, Stwórco świata,I tego dobra wszelkiego dla człeka?Dla jego szczęścia wszystko tak obficieZaopatrzyłeś szczodrobliwą ręką,Ale nie widzę z kimbym mógł to dzielić,A co za szczęście czeka w samotności?Kto sam używać może? Lub kto w takiemUżyciu znajdzie ukontentowanie?»»«Tak ja zuchwale, a jasne ZjawiskoZ uśmiechem jeszcze bardziej jaśniejącymTak odpowiada: ««Cóż to za samotność?Pełna jest ziemia żywego stworzenia,Pełne powietrze, a wszystko na twojePrzyjdzie rozkazy, by igrać przed tobą.Czyż nie znasz mowy ich i obyczajów?I u nich rozum nie do pogardzenia.Z nimi czas spędzaj, rządź nimi, wszak twojeKrólestwo wielkie.»» Tak mówił Pan świata,Taki wydawał rozkaz, jakem sądził.Prosiłem kornie, by mi wolno byłoRzec jeszcze słowo, i tak powiedziałem:
««Niech moja śmiałość nie obraża Ciebie,Mocy Niebiańska, mój Stwórco, łaskawieSłów mych wysłuchaj. Wszakże uczyniłeśMnie tu zastępcą swoim, resztę stworzeń,Ze pośledniejsze, pod mą władzę dałeś?Jaka społeczność między nierównymi?I harmonia i rozkosz prawdziwa?Ta być wzajemną musi, stosunkowoBraną, dawaną; lecz przy nierównościGdzie silne z wątłem, tam niechęć wzajemnaWyniknie wkrótce. Pragnę towarzystwa,Któreby mogło brać udział we wszystkichUpodobaniach rozumnych, a zwierzęTakiej rozkoszy nie może podzielać;One weselą się z swymi równymi,Lew z lwicą; mądrość Twa ich połączyłaW pary: nie igra ptak ni z czworonogiem,Ni z rybą; ani też byk z małpą, tym mniejStosunek taki może łączyć człeka.»»«Na to Wszechmocny bez niechęci rzecze:««Wytworne szczęście obmyślasz, Adamie,Takim wyborem swego towarzystwa:Nawet rozkoszą otoczony nie chceszRozkoszy zażyć dopókiś samotny.Cóż zatem mniemasz o mnie i mym stanie?Czy dostatecznie szczęśliwym się zdaję?Ja sam przez całą wieczność, bo nikogoNie mam drugiego, ani podobnego,Tem mniej równego sobie. Z kimże zatemMam mieć zażyłość, oprócz tych com stworzył,
Co nieskończenie niżsi są odemnie,Niżeli inne stworzenia od ciebie?»»«Zamilkł, ja na to odrzekłem pokornie:««Dróg Twoich wiecznych wysokości, głębi,Nigdy myśl ludzka ogarnąć nie zdoła,Królu stworzenia! w sobie doskonały,I nigdy braku nie czujący w sobie;Lecz nie tak człowiek, czujący graniceW naturze swojej, i dlatego dążyDo obcowania z podobnymi sobie,Pomocy w trudach lub pociechy żądny.Nie masz potrzeby rozmnażania siebie,Gdyś nieskończony, i choć Jeden tylko,Nieprzeliczony, jako liczba; człowiekPrzeciwnie, musi liczbą zastępowaćNiedoskonałość jednostki, i płodzićPodobne sobie istoty z podobnych,Mnożyć swój obraz, w jednostce wadliwy,Trzeba mu zatem miłości wzajemnej,Przyjaźni czułej. Ty, choć w samotności,Masz doskonałe towarzystwo w sobie,Nie potrzebujesz społecznego życia,Chociaż, gdy zechcesz, możesz swe stworzenieDo zamierzonej wysokości wznosić,Do towarzystwa swego, do boskości;Ja tych schylonych nie mogę prostować,Ani podobać sobie w ich zwyczajach.»»Tak korzystając z danej mi wolności,Śmiało mówiłem, słuchany łaskawie,A w odpowiedzi taki był Głos Boski:
««Dotąd, Adamie, doświadczałem ciebie,I widzę, że znasz nietylko zwierzęta,Któreś właściwie nazwał, lecz i siebie,Wolnego swego wyrażając ducha.Mój wizerunek — żadnemu zwierzęciuNieudzielony: nie mogą być zatemTowarzyszami twymi. Bardzo słusznie,Że nie znalazłeś w nich upodobania,I tak sądź zawsze. Nim rzekłeś, wiedziałem,Że człowiekowi niedobrze samemu.Nie takiem wybrał tobie towarzystwo,Któreś tu widział zwołane na próbę,Byś sąd objawił o tem, co się godzi.Bądź pewien, że to, co wkrótce przywiodę,Spodoba ci się — twoje podobieństwo,Twoja najlepsza pomoc, ty sam drugi,Zupełnie według pragnień serca twego.»»«Umilkł, a może nie słyszałem więcej,Bo już ma ziemska istność przemożonaJego niebiańską, pod jej długim wpływem,Na szczytach takiej nadziemskiej rozmowy,Jak oślepiona, wyczerpana rzecząPrzewyższającą jej zmysły, opadła,We śnie szukając przywrócenia siły.Na głos natury przybiegł sen niebawem,Zamknął mi oczy, zamknął, lecz otworemZostawił celę wewnętrznego wzrokuImaginacyi, za jej pośrednictwem,Jak w zachwyceniu, śpiącemu, gdziem leżał,Tak się wydało, że widzę przejasną
Postać, przed którą stałem wprzód na jawie:Ta, przystąpiwszy, otwarła mój lewyBok, i wyjęła stamtąd żebro, życiemSerca ogrzane, krwią świeżą ociekłe.Szeroka była rana, ale prędkoZapełniła się ciałem i zgoiła.A postać w rękach urabiała żebro,Pod ich działaniem urosła istotaTaka, jak człowiek, tylko płci odrębnej,Tak piękna, że co tylko dotąd w świeciePięknem się zdało, teraz pospolitąPrzybrało cechę, lub się jednoczyłoW niej, w jej spojrzeniach, które odtąd lałyDo mego serca słodycz wprzód nieznaną.I wszystko w koło przy jej pojawieniuTchnęło miłością, rozkoszą kochania.Nagle zniknęła, ciemności zostały,Ze snum się zerwał, aby ją odnaleść,Albo jej stratę wiecznie opłakiwać,Do wszystkich innych rozkoszy wstręt czując,Gdy wbrew nadziei spostrzegłem w pobliżuTaką, jak we śnie widziałem, ozdobnąWszystkiem, co tylko i ziemia i NieboMogły dostarczyć godnego kochania.Szła, wiódł ją Stwórca, chociaż niewidziany,Głosu słuchała, świętości małżeństwaI obowiązków stanu już wiadoma.Wdzięk w każdym kroku był, niebo w spojrzeniu,Godność i miłość w każdym ruchu ciała.Radością zdjęty w cały głos krzyknąłem:
««Ten dar za wszystko stanie; obietnicęSpełniłeś, Stwórco dobry i łaskawy,Dawco wszelkiego piękna! A ze wszystkichTen najpiękniejszy dar twej szczodrej ręki!Kość z kości mojej, ciało z mego ciałaOglądam teraz, siebie mam przed sobą;Zwie się Niewiastą, wzięta jest z Mężczyzny,Który opuści i ojca i matkę,By się przyłączył do żony, i będąOboje jednem ciałem, sercem, duszą.»»«Słyszała mnie, i chociaż moc nadziemskaWiodła ją, jednak niewinność i skromnośćDziewicza, cnota, poczucie wartościWłasnej, o którą zabiegać należy,Która nie czyni sama pierwszych kroków,Ni się narzuca, lecz cofając właśnieTem pożądańszą się czyni, więc, słowem,Choć czysta była i bez grzesznej myśli,Samej natury podszeptu słuchając,Gdy mnie ujrzała, zawróciła z drogi.Pobiegłem za nią; hołd przyjęła mile,Z majestatyczną uległością słusznośćSłów mych uznając. Do weselnej chatyPoprowadziłem ją zarumienionąNakształt Jutrzenki. Niebo i przychylneGwiazdy wylały swe błogosławieństwo;Ziemia i wszystkie pagórki znakamiRóżnemi szczęścia życzyły; ptaszętaOkazywały radość; świeże, miłePowiewy szepcąc drzewom, rozigrane
Sypały róże, i z aromatycznychKrzewów zapachy roznosiły, wreszcieKochanek nocy, słowik, pieśń hymenuZaśpiewał, gwiazdę wieczorną znaglając,By prędzej biegła do swego zenituI zapaliła pochodnię weselną.«Opowiedziałem ci tu moje dziejeAż do tej chwili, w której największegoDoznałem szczęścia ziemskiego, a któremDotąd się cieszę; wyznać przytem muszę,Choć miłe są mi wszystkie inne rzeczy,Czy ich używam jednak, czy też niecham,To na mój umysł nie wpływa, nie budziPragnień gwałtownych — mówię o rozkoszachSmaku, zapachu, wzroku, o owocach,Ziołach i kwiatach, przechadzkach przy słodkiemŚpiewaniu ptaków; — ale tu inaczej:W zachwycie patrzę, dotknięcie zachwyca;Tu po raz pierwszy namiętność poczułem,Dziwne wstrząśnienie; przy innych uciechachJestem spokojny, panuję nad sobą,Tu słabnę wobec uroku piękności.Może Natura chybiła, i we mniePozostawiła pod tym względem stronęNie dość odporną, lub też odejmując,Może zabrała zawiele; przynajmniejJą opatrzyła w nadmierne ozdobyZewnętrzne, pozór wyrzeźbiła, aleWewnętrzne dary nie tak. Bo rozumiemDobrze, iż w planie Natury leżała
Jej umysłowa nizszość, niższe siłyDuchowe, które nad wszystkiem panują.Powierzchownością także mniej podobnaDo wizerunku Tego, Kto nas stworzył,I mniej wybitna u niej cecha władzyNad stworzeniami innemi nam danej,Lecz gdy rozważam jej nadobność, zda sięTak doskonałą i skończoną w sobie,Tak dobrze siebie znającą, iż wszystko,Co czyni, mówi, wyda się najmędrszem,Najroztropniejszem, doskonałej cnoty,Wreszcie najlepszem; wszelka wyższa wiedzaW jej obecności traci swe znaczenie;Mądrość w rozmowie z nią miesza się, plącze,Staje się głupstwem; powaga i rozumNa jej usług-ach; jakby w zamierzeniachTwórczych na pierwszym planie była ona,Nie zaś stworzona okolicznościowo.Streszczając wszystko: podniosłość umysłu,Szlachetność ducha w najwdzięczniejszy sposóbW niej zamieszkały, i ją otoczyłyUszanowaniem, jak strażą anielską.»Na to mu Anioł rzecze, brwi ściągając:«Nie skarż Natury, ona wypełniłaSwoje zadanie, ty wypełnij swoje.Nie podejrzywaj Mądrości, trwać będziePrzy tobie, póki jej sam nie odepchniesz,Gdy jej najbardziej będziesz potrzebował,Za dużą wagę wkładając na rzeczyMniej doskonałe, jak to sam spostrzegłeś.
Bo cóż podziwiasz? co cię tak unosi?Zewnętrzność — piękna, niewątpliwie godnaKochania twego, twej czci — nie poddaństwa.Zważ ją i siebie, i oszacuj. CzasemBardzo się przyda nam poszanowanieDla siebie samych, jeśli się opieraNa słusznej mierze; im lepiej posiądzieszTę umiejętność, tem więcej cię onaUzna swą głową, wyżej cenić będzieTę rzeczywistość, niż swoje zalety.Pięknością błyszczy ku twojej rozkoszy,Godnością, abyś szanował i kochałSwą towarzyszkę, która wnet spostrzeże.Gdy się mniej mądrym okażesz. Lecz jeśliTak ci się drogą wydaje ta rozkosz,Ku rozkrzewieniu ludzkości służąca,Gdy ją nad wszystko przenosisz, pamiętaj,Że i zwierzętom zmysł taki nadany:Pewnoby nie był tak rozpowszechnionyI pospolity, gdyby coś w nim byłoGodnego duszę człowieka podbijać,I żar w nim niecić. Co w jej towarzystwieZnajdziesz wyższego, pociągającego,Bardziej ludzkiego, rozumnego, — kochaj.Miłość przystoi tobie, nie namiętność,W której kochania prawdziwego niema.Miłość oczyszcza myśl, serce rozszerza,Miłość w rozumie ma swoje siedliskoI jest rozsądną drabiną, po którejMasz do miłości niebieskiej się wznosić,
A nie pogrążać się w rozkoszy ciała,Bo towarzyszkę masz nie z grona zwierząt.»Na to mu Adam, nieco zawstydzony:«Ani jej kształty tak piękne, ni wspólnyZe zwierzętami wszystkiemi zmysł ciała(Chociaż w godności mam łoże małżeńskieI tajemnicze dlań poszanowanie)Takiej rozkoszy nie wzbudzają we mnie,Jak wdzięk i skromność w tysiącznych drobiazgachCodzień płynące z jej ust i uczynków.Złączona z niemi uprzejmość i miłośćŚwiadczą, że łączy zgodność niekłamanaNasze umysły, jedna mieszka dusza;Ta harmonia w zaślubionej parzeMilsza niż dźwięki harmonijne uszom.To nie podbija jednak: WynurzyłemWszystkie uczucia me, lecz opanowaćMnie nie zdołają, bo spotykam wieleRóżnych przedmiotów, różny wpływ na umysłWywierających; zawsze jednak wolny,Obieram lepsze, i za tem, com obrał,Kroczę wytrwale. Miłości nie ganisz,Bo miłość, mówisz, do Nieba prowadzi,Jest przewodnikiem i drogą zarazem;Wybacz mi zatem, że pytać się ważę,Czy i niebieskie Duchy się kochają?I w jaki sposób objawiają miłość?Czy wzrokiem tylko? Czy też swe promienieBezpośredniemi tknięciami mieszają?»
Na to mu Anioł odrzecze z uśmiechem.A twarz mu różą Nieba pokraśniała,Barwą miłości: «Niech ci to wystarczy,Żeśmy szczęśliwi, i że niema szczęściaTam gdzie miłości niema. Rozkosz czystąKtórą ty, ciałem obdarzony, czujesz(A czystym stworzon byłeś), my czujemyTakże, lecz w wyższym stopniu, bo bez przeszkódTakich, jak skóra, stawy, mięśnie, członki.Łatwiej niż wichry mieszają się Duchy,Czyste z czystymi jednością pragnienia,Niekrępowane żadnem pośrednictwem,Nie tak jak ciało z ciałem, dusza z duszą.Lecz teraz dłużej nie mogę już bawić;Słońce zachodzi za ziemski PrzylądekZielony i za Wyspy Hesperyjskie;To dla mnie hasło odejścia. Bądź silny,Żyj szczęsny, kochaj! Ale przedewszystkiemTego, któremu miłość posłuszeństwemI zachowaniem przykazania okaż.Patrz, by namiętność nie wstrząsła twym sądem,I nie skłoniła do czynu, któregoNigdybyś wolną wolą nie zatwierdził.Twoje i wszystkich twych potomków szczęścieLub biada w twoich rękach leży. Strzeż się!Twoja wytrwałość we mnie i we wszystkichBłogosławionych wielką radość wzbudzi.Stój zatem mocno, od twego wyboruTylko zależy stać, albo też upaść.
Bądź doskonałym w sobie i nie szukajPomocy z zewnątrz, pokusę odpychaj.»To rzekłszy powstał. Adam, błogosławiąc,I dzięki czyniąc, szedł za nim: «PonieważCzas odejść, idź więc, gościu, posłannikuBoga, któremu ciągłą cześć oddaję.Łaskawem dla mnie i wyrozumiałemByło zniżenie twoje, i w pamięciWdzięcznej na zawsze zostanie, bądź dobryI przyjacielski zawsze dla rodzajuLudzkiego, często wracając na ziemię.»Tak się rozeszli, Anioł ku NiebiosomZ śród drzew cienistych, Adam do schroniska.
Już mi nie śpiewać o tych czasach błogich,Gdy Bóg lub anioł gościł u człowieka,Po przyjacielsku z nim i poufaleObcował, siedząc przy skromnym posiłku,I pobłażliwie dozwalając czasemRozmowy wolnej, ale nie nagannej.Teraz tragiczne muszę wzbudzić tony:Ze strony człeka nieufność haniebną,Nieposłuszeństwo, bunt, złamanie wiary;Ze strony Nieba już obrażonego,Zerwanie związku, słuszny gniew, wyrzuty,Za niemi wyrok, co na świat zgromadziłCały świat nieszczęść: Grzech i Śmierć, cień jego,I jej zwiastunkę, Nędzę. ObowiązekMój smutny, ale bardziej bohaterskaTreść taka, niż gniew srogiego Achilla,Który trzykrotnie w koło mury TroiObjechał, goniąc uciekającegoNieprzyjaciela; lub wściekłość Turnusa,
Gdy Lawinię kochaną mu wzięto;Lub gniew Neptuna, lub Junony, któryTak dręczył Greków i Cytery syna.Pieśń moja będzie bohaterską, jeśliTej miary stylem obdarzyć mnie raczyMoja patronka niebieska, co częstoI niewzywana schodzi do mnie w nocy,Sennemu szepce, lub czuwającemuPoddaje łatwo wiersz niewyszukany,Odkąd ten przedmiot pieśni bohaterskiejZnęcił mnie, odkąd po długim wyborzePóźnom rozpoczął. Nieskłonnym z naturyDo opiewania wojny, co jedynąTreść bohaterską dotąd stanowiła;Najwyższą sztuką liczyło się w długichI nudnych bitwach posiekać rycerzyZmyślonych, ale nikt nie wielbił w pieśniBohaterskiego znoszenia męczeństwa,Nikt cierpliwości wytrwałej: wołanoŚpiewać turnieje, igrzyska, rynsztunki,Tarcze, herbami i godłami zdobne,Dziwne znamiona, rumaki, dywdykiZe złotogłowu, rycerzy wspaniałychW szrankach kruszących kopie, a potemUczty z orszakiem marszałków, strukczaszych.Choć śpiew kunsztowny, ale przedmiot błahy!Ni rycerzowi takiemu, ni pieśniBohaterskości nazwa nie przystoi.Nie takie moje są upodobaniaI kunszt, zostaje mi przedmiot wznioślejszy,
Który sam z siebie tę nazwę zdobędzie,Jeśli wiek późny, lub klimat surowyWzbitych do lotu skrzydeł nie przygniecie;Co byćby mogło, gdyby wszystko moje,A nie tej było, która w nocnej porzeZstępuje z Nieba i do ucha szepce.Słońce zapadło, a za niem i gwiazdaWieczorna, której obowiązek każeRozjaśniać pomrok na ziemi, na krótkąPorę, pośrednią między dniem i nocą.Nocna półkula zasnuła widnokrągZ końca do końca, gdy Szatan, któremuNiedawno przyszło z Edenu uciekaćPrzed Gabryela groźbą, wzmógłszy siły,I obmyśliwszy złośliwe fortele —Do zguby człeka dążące, niebacznyNiebezpieczeństwa, jakie mu groziło,Wrócił beztrwożny. Noc była, gdy uciekł,Północ gdy wrócił, okrążywszy ziemię:Dnia się wystrzegał, odkąd rządca słońca,Uryel odkrył jego pojawienieI prędko ostrzegł straże Cherubinów.Wtedy ze strachu przez siedm nocy z rzęduBrodził w ciemności, trzy razy linięRównika obiegł, cztery razy przeciąłZbiór gwiazd, nazwany Wielką Niedźwiedzicą,Po przez zwrotniki oba, od biegunaBiegł do bieguna; ósmej nocy wrócił,I na wybrzeżu przeciwległem strażyCherubów znalazł dróżkę niestrzeżoną.
Tam było miejsce, które nie czas zmienił,Lecz grzech, gdzie Tygrys u stóp Raju wpadałW przepaść podziemną, potem rozdzielony,Wytryskał źródłem przy drzewie Żywota.Puścił się Szatan z prądem i wypłynąłWraz z nim, a potem w mgłę się otuliwszyNadwodną, myślał w czem się ukryć. PrzejrzałLądy i morza; z Edenu przez Pontus,Bagno Maeotis, w górę za Ob rzekę;A stamtąd na dół do PołudniowegoBieguna, znów wzdłuż na zachód od rzekiOrontu, aż do międzymorza Daryi,Stamtąd do kraju, gdzie Ganges i IndusToczą swe wody. Tak świat obiegając,Szukał starannie i głęboko badał,Które z pomiędzy wszystkich stworzeń zdołaNajlepiej jego knowaniom posłużyć?I znalazł, że wąż najchytrzejsze zwierzęZe wszystkich polnych. Po długiej rozwadze,Ważeniu myśli niezdecydowanych,Stanowczo wybrał go na swe narzędzieNajsposobniejsze do oszukiwania,W które gdy wejdzie, czarne swe zamysłyPrzed najbystrzejszym wzrokiem ukryć zdoła;Bo w czembykolwiek wąż chytrość okazał,W nikim nie wzbudzi jeszcze podejrzenia,Jako z natury przemyślny i chytry;W innych zwierzętach zwróciłaby bacznośćZbytnia przebiegłość, wzbudziłaby domysłWpływów piekielnych na zmysły zwierzęcia.
Tak postanowił, lecz wprzód ból wewnętrznyCo mu pierś wstrząsał, w takiej wylał skardze:«O Ziemio, jakżeś podobna do Nieba,Lub może raczej większe twe zalety,Godniejszaś Bogów siedziba, boś wedługDrugiego planu budowana; stareTu poprawiono błędy; Bógby przecieGorszych po lepszych nie budował rzeczy!O ziemskie Niebo, do okoła ciebieTańczą służebne inne Nieba: świecą,Ale przejasne te swoje płomienieŚwiatło za światłem, niosą tylko tobie;W tobie, podobno, gromadzą się wszystkieCenne promienie ich świętego wpływu!Jak Bóg na Niebie jako punkt środkowyOgarnia wszystko, tak i ty, środkowa,Przyjmujesz owych ciał niebieskich służbę.Cała ich siła nie w nich, ale w tobie,Jawi się czynna w roślinach, w murawie,I w szlachetniejszych tworach, ożywionychStopniowym wzrostem zmysłu i rozumu.A ich ostatniem uwieńczeniem człowiek.Z jakiem weselem stąpałbym po tobie,Gdyby mnie jeszcze mogło coś weselić!Rozmaitości luba wzgórz i dolin,Rzek, lasów, równin: to lądy, to morza,A brzeg wieńczony gajem, a jaskinie,Skały, pieczary; lecz w nich wszystkich dla mnieNiema schronienia, przytułku: im więcejWidzę wesela dokoła, tem większych
Cierpień doznaję, bo w tej nienawistnejMojej siedzibie wszystko jest przeciwnie.Trucizną wszelkie dobro mi się staje,I nawet w Niebie byłoby mi gorzej.Lecz nie chcę mieszkać ni tu, ni też w Niebie,Chybabym Pana Niebios opanował;Nie mam nadziei też, bym mojej nędzyUlżył w czemkolwiek, gdy swój cel osiągnę;Więc niechaj inni tacy jak ja będą!Choć wtedy jeszcze gorszy los mi grozi,Bo moim myślom, ciągle niespokojnym,Tylko niszczenie może przynieść ulgę.Jeżeli zniszczę tego, dla któregoWszystko stworzono tutaj, lub go skłonięDo czynu zgubę mu przynoszącego,To nieodzownie i wszystko stworzeniePrzepadnie, jako na dolę, niedolęZ człekiem złączone. A więc na niedolę!Panuj zniszczenie! Mnie z piekielnych PotęgSamemu chwała, żem w jeden dzień zepsuł,Co Wszechmogący, jak go zowią, stwarzałZ niemałym trudem sześć dni i sześć nocy,A może jeszcze długo naprzód planyObmyślał? Może tylko od tej chwili,W której przez jednę noc haniebne jarzmoZ nazwy anielskiej prawie że strząsnąłemI przerzedziłem tłum jego czcicieli.On, mszcząc się, i chcąc powetować straty(Czy w braku dawnej siły nie mógł więcejStwarzać aniołów, jeśli kiedy stwarzał,
Czy nam na wzgardę), dość, że postanowiłNa nasze miejsce wznieść istotę z ziemiStworzoną, którą, chociaż tak niskiegoRodu, opatrzył duchowemi daryZ nas zdobytemi. Postanowił, zrobił:Stworzył człowieka, dla niego zbudowałTen świat wspaniały, z Ziemią na mieszkanie;Panem mianował i, hańbo bez miary!Dał na usługi anioły skrzydlateI płomieniste, by go pilnowały.Ich to czujności się lękam, dla tegoW mgłę osłonięty czołgam się po nocy,Przetrząsam krzaki i chrósty, szukającWęża śpiącego, by w jego skłębionemCielsku skryć siebie i swoje zamiary.Straszny upadek! Ja, który niedawnoZ Bogami wiodłem spory o pierwszeństwo,Teraz do zwierza poniżam się, z jegoZwierzęcym śluzem, z jego cielskiem łączęTę istność, która do szczytów boskościRościła prawo; lecz do jakiej głębiTen się nie zniży, kto pragnie panowaćI mścić się! Musi tym niżej się zsunąć,Im wyżej dążył lotem; prędzej późniejPoddać się musi najpodlejszym rzeczom.Zemsta, z początku słodka, gorzknie z czasem,I odskakuje zwrotnie; o to mniejsza,Niech tylko dobrze trafi. Gdy nie mogęDosięgnąć wyżej, niech dosięgnę tegoCo wzniecił moję zazdrość — ulubieńca
Nieba, człowieka z gliny, dziecię gniewu,Które nam na złość Stwórca podniósł z pyłu:Zatem najlepiej złość złością zapłacić.»Tak mówiąc, jak mgła czarna wlókł się nisko,W każdej gęstwinie, wilgotnej lub suchej,W północnej dobie poszukując węża.Wkrótce go znalazł uśpionego mocno,W kłąb zwiniętego, z łbem w środek wsuniętym,Pełnym rozlicznych subtelnych przebiegów;Nie w ciemnym kącie, nie w smętnej pieczarze,Nic nieszkodliwy, leżał na darninieBez trwogi sam, i nie budzący trwogi.Przez gębę wszedł weń Czart i opanowałZmysły zwierzęce i serce i głowę,Tchnąc w nią rozumu siłę; lecz nie przerwałSnu jego, czekał nadejścia poranku.Gdy więc w Edenie brzask światła błogiegoPadł na wilgotne kwiaty, które woniePoranne niosły, gdy wszystko z wielkiegoOłtarza Ziemi słało Stwórcy w góręCiche wielbienie w zapachach dziękczynnych,Wyszła i para pierwszych ludzi łączyćSwój głos do chóru tych, którym brak głosu.Skończywszy modły napawali zmysłyPowietrzem ranka, świeżem, pełnem woni.Potem zaczęli radzić, w jaki sposóbNajlepiej pracę swą wykonać dzienną,Która w tak wielkim ogrodzie zbyt szybkoDwóch par rąk siły zaczęła przechodzić.
Najpierwsza Ewa rzecze do małżonka:«Adamie, chociaż tak pielęgnujemyTen ogród, zioła i kwiaty i drzewa,Hodując, jak nam to było zlecone,Dopóki więcej rąk nam nie pomoże,Usiłowania nasze wprost przeciwnyWytwarzać będą skutek: co w dnia ciąguJako przerosłe obetniem, podeprzem,Zwiążem, to przez noc, najwyżej dwie nocyBujnie wyrośnie, jakby z nas żartującI tworząc dziczki. Wymyśl jaki środek,Lub słuchaj mojej rady: lepiej pójdziePraca osobno; wybierz gdzie iść wolisz,Lub gdzie pilniejsza robota; powojeObwijaj w koło drzewa; bluszcz pokierujTam, gdzie mu łatwiej przyczepić swe łęty;Ja zaś w wiosennej róż i mirtów gęstwiZnajdę zajęcia dosyć do południa.Bo gdy tak codzień wespół pracujemy,Nie dziw, że nasze zbiegają się oczy,Płyną uśmiechy, jaki przedmiot nowyDo miłych rozmów wciąga nas powoli,Dzienna robota, choć wcześnie zaczęta,Małe postępy czyni, aż nadchodziPora wieczerzy niezapracowanej.»Adam jej na to łagodnie odrzecze:«Ewo, jedyna moja towarzyszko,Bez porównania droższa ponad wszystko,Co żyje w świecie. Dobrze, iż obmyślaszSposób najlepszy wykonania pracy,
Którą nam zlecił Bóg; godnaś wielbienia,Bo nic milszego w niewieście, jak pilneO gospodarstwo staranie, o sprawyDobre, mężowi pożytek niosące.Lecz nie tak ściśle pracę nam nałożyłPan Bóg, iżbyśmy pozbawiać się mieliWytchnienia, albo pokarmu, lub rozmów —Które dla ducha też pokarm stanowią —Tych miłych rozmów, spojrzeń i uśmiechów;Bo uśmiech płynie z rozumu; zwierzętomOn odmówiony: uśmiech żywi miłość —A miłość celem życia nienajniższym.Gdyż nie do ciężkiej pracy — do rozkoszyStworzył nas Pan Bóg, a rozkosz z rozumemZłączył. Bądź pewna, te dróżki, altany,Ile na nasze przechadzki potrzebaI na schronisko, wspólną naszą pracąŁatwo obronim od zdziczenia, pókiNie przyjdą młodsze ręce nam z pomocą.Lecz jeśli nadmiar rozmowy cię nuży,Mogę zezwolić na krótkie rozstanie;Czasem samotność najlepszym jest druhem,A oddalenie słodkim powrót czyni.Tylko wątpliwość przejmuje mnie inna:By cię co złego nie spotkało zdalaOdemnie; wszak wiesz, wszak nas ostrzeżono:Zły nieprzyjaciel jakiś, zrozpaczonyO własnem szczęściu, nam szczęścia zazdrości,Chytrością, zdradą, chce na nasze głowęZwalić nieszczęście i hańbę; zapewne
Gdzieś tu w pobliżu czyha, upatrującChciwie łatwiejszej sposobności, kiedyOsobno będziem, bo nie ma nadziei,By połączonych zdołał otumanić;Jedno drugiemu z pomocą w potrzebiePrędko podąży. Może chce nas skłonić,Byśmy złamali wierność Bogu, alboMiłość małżeńską naszę chce zakłócić,Która w nim pewno większą zazdrość budzi,Niż wszystkie inne zlane na nas dary.Tak czy inaczej, nie porzucaj bokuWiernego, który dał ci życie, któryNieustającą daje ci opiekę,Wszakże, gdy zguba albo hańba grozi,Miejsce dla żony jest przy boku męża,Który ją broni, lub z nią dolę znosi.»Na to mu Ewa z godnością dziewicy,Gdy kochającą przykre dotknie słowo,Z wielką powagą, lecz łagodnie, rzecze:«Potomku Nieba i Ziemi, i PanieTej Ziemi całej! Że mamy takiegoNieprzyjaciela, co chce naszej zguby,Wiem to od ciebie, a słyszałam także,Co mówił Anioł odchodzący, stałamZa wami w cieniu, właśnie powróciwszyOd kwiatów, które zamknęły kielichyNa noc. Lecz tego wcale się nie spodziewałam,Byś powątpiewać mógł chociaż na chwilęO mej stałości dla Boga i ciebie,Dla tego, że jest wróg mogący kusić.
Gwałt cię nie straszy; niepodlegli śmierci,Ani bólowi, doznać go nie możem,Albo możemy odeprzeć, a zatemLękasz się jego chytrości, w czem widzęRówną obawę twą, że moję wiernośćI miłość może jego chytrość wstrząsnąć,Lub uwieść. Mogłyż w twej piersi, Adamie,Powstać złe myśli o tej, którą kochasz?»Adam jej na to, łagodząc, tak rzecze:«O córo Boga i człowieka, Ewo,O nieśmiertelna, taką bowiem jesteś,Wolna zupełnie od grzechu i skazy;Nie z nieufności do ciebie odradzamRozłączną pracę, lecz dla uniknieniaNawet zamachu nieprzyjacielskiego.Chociaż kusiciel nie osiąganie celu,Zawsze splugawia honor kuszonego,Gdy w nim przypuszcza niezbyt silną wierność,Brak odporności dla pokus. I ciebieGniewem i wzgardą przejąłby sam projektHaniebny, chociaż nieuskuteczniony.Nie bierz więc za złe, że pragnę odwrócićPaką obelgę od ciebie samotnej,Bo nieprzyjaciel, jakkolwiek zuchwały,Na nas złączonych zaniecha napaści,Lub na mnie naprzód zamachy swe zwróci.Nie ceń zbyt lekko jego złośliwościI przewrotności — chytry ten być musiKto zdołał uwieść Aniołów — i nie gardźMoją pomocą. Mnie spojrzenie twoje
Ukrzepia w każdej cnocie, ja przy tobieCzuję się mędrszym, baczniejszym, silniejszym.Gdyby cielesnej siły trzeba było,Wstyd, bym w twych oczach nie był pokonany,Lub oszukany, podniósłby me siły;Dla czegóż równych uczuć nie doznajeszW mej obecności? dla czego na walkęChcesz się narażać nie przy mnie, przy świadkuNajlepszym twojej cnoty doświadczonej?«Tak mówił Adam, troskliwy małżonek,Miłości pełen, lecz Ewa, mniemając,Że niedowierza jeszcze jej wierności,Z wielką słodyczą odpowiedź ponawia:«Jeżeli taki los nasz, jeśli mamyW ciasnym obrębie mieszkać, przez chytregoCzy gwałtownego wroga oblężeni,Nieuzbrojeni dostatecznie, w razieGdy kto osobno spotka go w swej drodze,Jakież to będzie szczęście wciąż w obawieNieszczęścia, które przecie nie uprzedzaGrzechu? Ubliżyć mógłby wróg kuszącyLekceważeniem nieskazitelnościNaszej; ale nie na naszem czoleMyśl podła piętno zniewagi wyciśnie,To hańba jego. Czego zatem bać się,Czego unikać mamy? Wszak podwójnyZaszczyt zyskamy, jeśli się okażeZarozumiałość jego błędną w skutku?Wróci wewnętrzny pokój, łaska Niebios,Które świadkami będą naszej siły.
Czemże jest wiara, miłość, cnota, jeśliNie przeszły próby, jeśli nie walczyłyBez jakiej z zewnątrz pomocy? Nie sądźmy,Iżby Wszechmądry Stwórca szczęście naszeŹle obwarował, tak, że czy to razem,Czy pojedyńczo, zawsze bylibyśmyNiepewni siebie. Jeśli tak, to wątłeJest nasze szczęście, Eden nie Edenem,Gdy w nim zagraża wciąż niebezpieczeństwo.»Na to jej Adam z zapałem odpowie:«Niewiasto! Wszystko na świecie najlepiejJak Bóg urządził: jego twórcza rękaNie zostawiła niedoskonałegoNi wadliwego nic, tem mniej człowieka,Lub czegoś, co mu jego szczęście możeZapewnić, albo je z zewnątrz ochronić.Niebezpieczeństwo tkwi w nim samym, aleJest w jego mocy, bo bez jego woliŻadna nie dotknie go krzywda. Od BogaMa wolną wolę; Rozum wolność daje;Rozum uczynił Bóg prostym i prawym,Lecz mu nakazał ostrożność i czujność,By się nie uwiódł czczemi pozorami,By nie wnioskował fałszywie, nie skłaniałWoli do czynów, których Bóg zabronił.Nie zaufania brak, lecz miłość czułaKaże mi często cię ostrzegać; wzajemI ty ostrzegaj mnie; tak trwać będziemyNiezłomnie w dobrem; lecz błąd jest możliwy,Bo może stać się, że Rozum napotka
Jakąś zasadzkę upozorowanąPrzez wroga, popaść w nią niespodziewanie,Jeśli nie będzie bacznie trzymał strażyJuż ostrzeżony. Nie szukaj pokusy,Lepiej i pewniej jej unikniesz, jeśliBędziemy razem; przyjdzie nieszukana.Pragniesz stałości swojej dać dowody,Wprzód posłuszeństwo stwierdź swoje; o pierwszejKto może wiedzieć, jeśli nie był świadkiemJak cię kuszono? Ale jeśli mniemasz,Iż nieszukana pokusa nas dwojePewniej napotkać może, niż cię samą,Gdyś ostrzeżona, idź, bo poniewolnieZostając, bardziej będziesz nieobecną;Idź w niewinności wrodzonej, polegajNa swojej cnocie, spotęguj swe siły:Bóg spełnił wszystko, co był winien tobie,Spełń względem Boga wszystko, coś mu winna.»Tak patryarcha ludzi rzekł, a EwaTrwała w swej chęci, i chociaż pokornie,Lecz nie z poddaniem, tak odpowiedziała:«Więc z pozwoleniem twojem i przestrogąTem chętniej pójdę; sam to powiedziałeś,Że wtedy właśnie, gdy najmniej szukana,Pokusa może się zjawić i znaleśćNas dwoje właśnie nieprzygotowanych;Nie sądzę także, iżby nieprzyjaciel,Tak pyszny, pierwszą swą napaść skierowałKu stronie słabszej, a jeśli tak zrobi,Odparty, dozna tem większego wstydu.»
Tak mówiąc z ręki małżonka swą rękęZwolna cofnęła, i jak nimfa leśna,Jak Oreada, Dryada, lub z pocztuDyany, lekko szła do gaju, w chodzie,W postawie bardziej boska niż bogini,Choć w łuk i kołczan nie zbrojna, jak ona,Lecz w ogrodowe narzędzia, zrobioneKunsztem prostaczym, bez pomocy ognia,Lub przyniesione przez aniołów. W takimStroju podobna była do Palei,Bóstwa pasterzy, albo do Pomony,Gdy uciekała przed zmiennym Wertumnem,Lub do Cerery, nim ta sprawą ZeusaZostała matką Prozerpiny. DługoSpoglądał za nią Adam zachwycony,Pragnąc ją wzrokiem wstrzymać, powtarzającWciąż, aby rychło powracała. OnaOdpowiadała, że w samo południe,Jak zwykle, wróci do schroniska, wtedyWszystko gotowe będzie do obiaduI do spoczynku w godzinach upału.Jakżeś łudziła się, nieszczęsna Ewo!Jak inny miał być twój powrót! Zła dola!Już od tej chwili nigdy dla cię w RajuNie będzie słodkiej uczty ni spoczynku;Bo już zasadzka skryta w cieniu kwiatówOczekiwała cię z piekielną złością.Aby ci przeciąć drogę, lub zawrócićObdartą z wiary, niewinności, szczęścia!Bo teraz, i już od pierwszego świtu
Czółgał się Szatan, zwykły wąż z pozoru,I przepatrywał, gdzie najpewniej możeNapotkać łup swój zamierzony: ludzkąParę, jedyną, lecz zawierającąCały ród ludzki. W schronisku i w poluSzukał, gdzie tylko drzew kępa, lub ogródBył powabniejszy, uprawny ich ręką;Przy źródle, w cieniu nad strumykiem szukałObojga, ale nadewszystko pragnąłSpotkać osobno Ewę, pragnął, chociażNie liczył na tak rzadkie powodzenie.Niespodziewanie, tak jak życzył sobie,Ujrzał samotną Ewę, otoczonąObłokiem wonnym, tylko do połowyWidzialną, pośród krzaków różyCzerwonych; często schylała się, abyPodpierać kwiaty na wątłych łodygach;Ich główki, żywo barwione purpurą,Lazurem, złotem, pstro skropione, częstoZwisały na dół; tym przywiązywałaPodpory z mirtu, nie myśląc o sobie,Że najpiękniejszym jest kwiatem, niewspartym,Dalekim od swej najlepszej podpory,A burza blisko! Szatan się przysuwałPrzez różne ścieżki w cieniu cedrów, sosen,I palm wyniosłych; wijąc się zuchwale,To się pojawiał, to niknął w gęstwinie,Splątanych krzaków i kwiatów, któremiDwie strony ścieżki obsadziła Ewa:Miejsce piękniejsze, niż te wymarzone
Ogrody, w których powrócił do życiaAdonis, albo te Alkinousa,Co podejmował Ulissesa, alboÓw niezmyślony, w którym król SalomonZ oblubienicą, piękną Egipcyanką,Spędzał swobodne chwile. Wielbił SzatanMiejsce urocze, lecz więcej osobę.Jak ten, co długo w ludnem przebył mieście,Gdzie domy liczne i kanały psująPowietrze, jeśli w świeży letni ranekWyjdzie odetchnąć wśród wiosek i dworków,Cieszy się wszystkiem, co spotkać się zdarzy:Zapachem zboża, skoszonego siana,Krową, oborą, każdym wsi widokiemI każdym dźwiękiem wiejskim; a gdy spotkaPiękną dziewczynę, lekkim nimfy krokiemIdącą, wszystko, co dotąd uwielbiałJeszcze piękniejszem zda mu się, a onaW oczach swych wszystkie piękności jednoczy.Taką czuł radość wąż, patrząc na kwietnik,Ustronie Ewy; tak sama, tak wcześnie!Postać niebieskich Aniołów, lecz słodsza,kecz łagodniejsza — niewieścia. Prostota,Luba niewinność, wdzięczny wyraz twarzyI ruchów zmogły złośliwość Szatana,Zwolna stłumiły dzikość strasznych planów,Które go tutaj przywiodły. Przez chwilęStał Zły, jakoby swego zła pozbywszy,Był głupio dobry, rozbrojony z złości,Podstępu, zemsty, zazdrości, odwetu;
Lecz piekło, co w nim nieustannie gore,Choćby i w Niebie, skończyło niebawemJego zachwyty; i tem większe terazUczuł tortury, im większe rozkosze,A nie dla siebie, ujrzał zgotowane.Pali go dzika nienawiść; witającWspomnienie wszystkich klęsk swoich, tak duma:«Myśli me, dokąd mnie wiedziecie? jakąPodnietą słodką, aż do zapomnieniaPo com tu przyszedł? Nienawiść nie miłość!Ani w nadziei Raju zamiast Piekła,Ani w nadziei zażycia rozkoszy,Przyszedłem burzyć w świecie rozkosz wszelką:Oprócz jedynej rozkoszy burzenia,Już każda inna nie dla mnie. Nie stracęDogodnej pory, jaka się nastręcza:Kobieta sama, pokusić ją łatwo,Mąż jej daleko, bom patrzał dokoła;Bystrości jego rozumu się lękam,Siły, odwagi dumnej, i potężnejBudowy członków, choć na ziemską miarę.Nieprzyjaciela tego lekceważyćTrudno; nie można go ranić, mnie można;Tak mnie głęboko poniżyło Piekło!Tak siły dawne odjęła mi męka!Piękna, niebiańsko piękna, godna bogów,Ale nie budzi strachu, chociaż miłośćI piękność zwykle z strachem idą w parze,Póki nie przyjdzie silniejsza nienawiść,Gdy ustrojona w pozory miłości:
Tą drogą dążyć będę do jej zguby.»Tak nieprzyjaciel rodzaju ludzkiego,Schowany w wężu, zły jego domownik,Rzekł i ku Ewie pokierował drogę,Nie w zwykły sposób, czołganiem po ziemi,Ale ku górze zatoczył swe kłębyJedne nad drugie, zwijając pierścienieLabiryntowe; na łbie wielki grzebień,Oczy świeciły mu jak karbunkuły;Z pośród falistych zwojów na murawieSterczała szyja zielonawo-złota.Kształt miał przyjemny, miły, nigdy potemŻaden wąż nie był tak powabny; aniTe illyryjskie, w które HermionaI Kadmus byli przedzierzgnięci, ni teW które się zmienił bożek Epidauru,Jowisz Ammoński lub Kapitoliński,Pierwszy z powodu Olimpii, drugiDla bohaterskiej macierzy Scypiona,Ozdoby Rzymu. Naprzód mknął ukosemJakby się zbliżał, lecz nie śmiał przeszkadzać,I niby sunął dalej swoją drogą,Jak okręt, ręką zręcznego sternikaWiedziony, gdy wiatr często się wykręca,Do ujścia rzeki, albo do przylądka,Zawraca, znowu zmienia siłę żagli;Tak i wąż zmieniał swoję krętą drogę,Zwijając ogon w rozmaite węzły,Aby uwagę Ewy zwrócić na się.Zajęta, długo nie wznosiła oczu,
Słysząc szmer liści, bo zwyczajna byłaIgraszek zwierząt, gdy ją spotykały,A posłuszniejsze były jej skinieniu,Niźli Cyrcei stado przedzierzgnięte.Śmielszy już teraz, niewołany stanąłPrzed nią, podziwu pełen, zapatrzony,Często schylając grzebień wieżowatyI kark błyszcząco emaliowany,Łasząc się, liżąc ziemię, jej stóp ślady.Nareszcie jego nieme uwielbienieI zręczne ruchy zwróciły uwagęEwy, a Szatan, językiem śpiczastymGłos urabiając, tak zaczął pokusę:«Niechaj się pani wszechwładna nie dziwi,Jeśli co dziwić cię może, coś samaJedynym dziwem! Tem mniej nie uzbrajajWzgardą twych oczu, w których całe nieboDobroci, jeśliś o to obrażona,Żem się tak zbliżył i nienasyceniePatrzę. Sam jeden, jednak się nie zląkłemTwojego czoła majestatu, któryW takiej samotni jest jeszcze wznioślejszy.Stwórcy pięknego piękny wizerunku!Tyś podziwieniem wszelkiemu stworzeniu,I wszystkie twory, dane tobie w darze,Wielbią twą piękność niebiańską z zachwytem,A tam najwięcej przyciągasz spojrzeniaGdzie podziwienie szersze kręgi chwyta;Nie tu w samotni dzikiej, pośród zwierząt,Brutalnych widzów, zbyt ograniczonych,
By choć w połowie zdołali ocenićTwoje powaby. Prócz jednego męża.Kto widzi ciebie? A cóż znaczy jeden?Ciebie, coś godna, aby cię widzianoBoginią pośród Bogów, aby hołdyI służbę dzienną nieśli ci Anieli.»Tak jej pochlebiał Kusiciel, tym wstępemTorując sobie do jej serca drogę,A głosem jego zadziwiona EwaZdumienie swoje w ten sposób wyraża:«Co się to znaczy? Ludzką mową władaJęzyk zwierzęcia, ludzkie myśli głosi?Sądziłam dotąd, że mowa zwierzętomNie dana, że je Stwórca w dniu stworzeniaUtworzył nieme, nieznające mowy;Czy bezrozumne, nie miałam pewności,Bo w ich spojrzeniach i czynach tak częstoRozum widoczny. I o tobie, wężu,Wiedziałam, żeś z nich wszystkich najchytrzejszy,Lecz mowy ludzkiej nie posiadasz; terazPonownym cudem objaśnij mnie, powiedz,Jak będąc niemym, doszedłeś do głosu?I skąd ci taka przyjaźń dla mnie wzrosłaWiększa, niż zwierząt codzień spotykanych?Cud ten objaśnij, bo godny uwagi.»Na to podstępny Kusiciel odpowie:«Królowo tego rozkosznego świata,Przejasna Ewo, łatwo cię posłuchaćI opowiedzieć wszystko, co rozkażesz!Jak wszystkich tworów, co się żywią zielem
I moich myśli bieg był bardzo niskiI podły, równy mojej nędznej strawie:Oprócz pokarmu lub płci, nie zdołałemWięcej niczego odróżniać, niczegoWyższego nad to pojęcia nie miałem.Aż dnia pewnego, włócząc się po polach,Spostrzegłem w dali drzewo rozłożyste,Pełne owoców najpiękniejszej barwy,Złotych, czerwonych; aby się przypatrzećPodpełzłem bliżej, aż tu powiał na mnieZapach owoców, budzący oskomę,Dla powonienia mego rozkoszniejszyNiż kmin, lub wymię owcy, albo kozy,Sączące krople mleka, gdy wieczoremJagnię lub koźlę nie ssie rozigrane;Tak silną czułem żądzę skosztowaniaTych pięknych jabłek, że postanowiłemNie zwlekać próby; głód też i pragnienieMiały wymowę, drażnił zapach miły:Więc owinąłem w koło pień omszonyBowiem gałęzie daleko od ziemi,Mogłaby dostać do nich tylko twojaAlbo Adama ręka. Stały w kołoRóżne zwierzęta, patrząc z upragnieniem,Z zazdrością, ale nie mogły dosięgnąć.Gdy się dostałem pomiędzy gałęzie,Między owoce wiszące obficie,Rwałem i jadłem, nie żałując sobie,Bo nigdy przedtem podobnej uciechyNie doświadczyłem w jedzeniu lub piciu.
Gdym się nasycił, wkrótce czuć zacząłemNajosobliwszą zmianę w sobie: rozumStopniami we mnie rosł, i zdolność mowyPojawiła się wkrótce, chociaż postaćMoja zewnętrzna nie uległa zmianie.Odtąd zwróciłem umysł do głębokichI szczytnych badań, jąłem bystrą myśląRozważać wszelkie zjawiska niebieskie,Ziemskie, powietrzne, wszystkie rzeczy piękneI dobre; ale to piękno i dobroWidzę złączone w wizerunku bóstwa,Jakim ty jesteś w blasku swej pięknościNiebiańskiej; nic ci nie dorówna wdziękiem,Równać się nie da nawet w przybliżeniu.Chociaż to może natręctwo, nie mogłemOprzeć się chęci, przyjść tu i spoglądać,I wielbić ciebie, słusznie ogłoszonąKrólową stworzeń i panią wszechświata!»Wąż zły, przebiegły, tak mówił, a EwaBardziej zdziwiona, rzekła nieroztropnie:«O wężu, twoje przesadne pochwałyKażą mi wątpić o skutkach owocu,Które się w tobie pierwszym okazały.Lecz powiedz, gdzie to drzewo? jak daleko?Dużo jest w Raju rosnących drzew Bożych,Których nie znamy, i z ich obfitościWybór czynimy; większa część owocówNietknięta wisi na gałęziach, czeka,Nie ulegając zepsuciu, aż ludzie
Urosną do tych.zapasów, i więcejRąk oswobodzi przyrodę z ciężaru.»Na to wąż chytry wesoło odrzecze:«Królowo, droga łatwa i niedługa:Po za szeregiem mirtów stoi drzewoPrzy samem źródle, na równinie, pośródKwitnących krzaków mirtu i balsamin.Jeśli pozwolisz, wnet cię doprowadzę.»«Prowadź więc,» rzekła Ewa. Ten natychmiastTo w kłąb się zwija, to na prost wydłuża,Spiesząc do zbrodni. Nadzieja i radośćWzdyma mu grzebień. Jako ognik błędny,Powstały z tłustych wyziewów, zgęszczonyWpływami nocy, w zimnej atmosferze,Ruchem przeciągłym rozdmuchany w płomień,Któremu, mówią, zły duch towarzyszy,Błąka się, błyszczy światełkiem zwodniczem,I podróżnika nocnego sprowadzaZ drogi, w kałuże, bagna i topiele,By tam zatonął, nie mając ratunku:Tak wąż straszliwy błyskał, i oszustwemWiódł Ewę, naszę matkę łatwowierną,Do wzbronionego drzewa, wkrótce źródłaNiedoli naszej — które, gdy ujrzała,Do przewodnika swego Ewa rzecze:«Mogliśmy sobie oszczędzić tej drogi,Niepożytecznej dla mnie; wprawdzie mnóstwoOwoców, ale czy ich wpływ cudowny,O tem ty możesz świadczyć, wężu, dla nasTo zakazany owoc z Boskiej woli.
Takie jedyne dał nam przykazanie;Po za tem sami sobie prawa dajem.Rozum nam prawem.» A kusiciel na toPodstępnie pyta: «Tak Bóg zapowiedziałW istocie? Byście nie z wszystkich drzew RajuOwoce jedli, a przecież wyraźnieOświadczył, żeście panami wszystkiego,Co daje ziemia i sfery powietrzne.»Jeszcze bezgrzeszna Ewa na to rzecze:«Z każdego drzewa owoc w tym ogrodzieSpożywać możem, prócz owocu z tegoPięknego drzewa, co w środku ogrodu.Bóg tak powiedział: ««Nie jedzcie go, aniNie dotykajcie, byście nie pomarli.»»Ledwie wyrzekła, kusiciel, już terazZuchwalszy, ale z pozorem miłościI żarliwości dla człowieka, nibyTą wyrządzoną krzywdą oburzony,W nowy przemawia sposób: gniewem zdjęty,Zakłopotany, waha się, nareszcieWznosi łeb z miną poufną, przychylną,Jak ten, co ważne ma objawić rzeczy.Tak mówca sławny w starożytnych czasach,W Atenach, albo w wolnym Rzymie, kiedyKwitła wymowa — oniemiała później —Gdy chciał o jakiej wielkiej mówić sprawie,Stał zatopiony w myślach, lecz postawąI gestem każdym, nim jeszcze przemówił,Skłaniał słuchaczów serca: nagle górnemSłowem wybuchał, jakby jego zapał
Dla słusznej sprawy nie wymagał wstępu.Tak stojąc, w górę wznosząc się i kręcąc,Kusiciel zaczął mówić z uniesieniem:«O święta, mądra i dająca mądrośćRoślino! matko wiedzy, teraz jasnoCzuję potęgę twoje w sobie, dajeszNietylko możność poznawania przyczynWszelakich rzeczy, ale i kreśleniaDrogi najwyższych działaczy, chociażbyZa najmądrzejszych uważani byli!Królowo świata! Nie bierz tak dosłownieOwych gróźb śmierci; nie umrzecie. Przez co?Czy przez ten owoc? Lecz on daje życieI wiedzę. Może przez tego, co grozi?Spójrz na mnie, którym się dotknął owocuI który jadłem, przecież nie umarłem,Lecz doskonalsze osiągnąłem życie,Niż w zamierzeniu mego losu było,Bom był odważny. Czyżby dla człowiekaZamknięte było to, co dla zwierzęciaStoi otworem? Albo czyżby zarazGniewem zapałał Bóg za przekroczenieTak małe? Raczej możeby pochwaliłCnotę odwagi, której nie odstraszaNawet pogróżka śmierci (czembykolwiekOwa śmierć była) od spełnienia tego,Co może życie szczęśliwszem uczynić,Co daje wiedzę Dobrego i Złego?Dobrego, bardzo słusznie; złego — jeśliZłe rzeczywiście istnieje — dla czego
Nie poznać? Łatwiej uniknąć go można.Więc Bóg nie może karać nas, jeżeliJest sprawiedliwy — jeśli nie jest taki,To nie Bóg; wtedy ni się go obawiać,Ni słuchać jego rozkazów nie trzeba.Sam strach przed śmiercią usuwa strach wszelki.Na cóż ten zakaz? Czy nie na to tylkoBy was w bojaźni trzymać, w poniżeniu,W nieświadomości, jako swych czcicieli?Wie on, że w owym dniu, gdy owoc zjecie,Tak czyste oczy wasze, a w mgle jednak,Wnet się rozjaśnią, otworzą zupełnie,Będziecie jako bogowie, jak oniZnający dobro i zło. Jak bogowieBędziecie, gdy ja jestem jako człowiek,Człowiek wewnętrzny; biorąc stosunkowo:Ja z zwierza człowiek, a wy z ludzi bogi.Choćbyście wtedy umarli: zwlec z siebieCo ludzkie, przywdziać boskie, czyż śmierć takaNie pożądana? Cóż nad to gorszegoTa groźba sprawić może? Czemże bogi,Iżby człek nie mógł być takim, jak oni,Spożywszy pokarm boski? Oni pierwsiNa świecie byli, i korzystać z tegoChcą, w nas wmawiając, że wszystko pochodziOd nich. Ja wątpię: widzę, że tę ziemięPiękną ogrzewa słońce i wytwarzaPrzeróżne rzeczy — słońce, lecz nie oni.Jeżeli oni twórcami wszystkiego,
Kto w tem tu drzewie wiedzę zła i dobraZawarł, ażeby spożywca owocuZdobywał mądrość bez ich pozwolenia?W czem leży wina, gdy człowiek w ten sposóbOsiągnie wiedzę? Czyż ta wasza wiedzaMoże go krzywdzić? Lub czyż drzewo wiedzyWbrew jego woli udziela, gdy wszystkoJego? Jestże to zazdrość? Lecz, czy możeZazdrość w niebiańskiej piersi przemieszkiwać?Takie i inne rozliczne przyczynyCzynią ten owoc dla was nieodzownym.Bogini w ludzkim kształcie, sięgaj śmiało,Sięgaj, spożywaj do woli, do smaku!»Skończył, a słowa te, pełne obłudy,Wstęp do jej serca zbyt łatwy znalazłby.Wlepiła oczy w owoc, już sam widokMógł skusić, w uszach jej brzmiał jeszcze odgłosJego namowy, w jej mniemaniu, pełnejRozumu, tchnącej prawdą niekłamaną.A już się także przybliżała poraPołudnia, głód się wzmagał wciąż ostrzejszy,Zwiększał go zapach wyborny owocu.Coraz to z większem pożądaniem EwaPatrzała, pragnąc dotknąć lub skosztować,Lecz się wstrzymując jeszcze, tak dumała:«Wielka potęga twoja, niewątpliwie,Ze wszech owoców najlepszy; jakkolwiekLudziom wzbroniony, godzien uwielbienia.Pokosztowany, od pierwszego razu
Nieme stworzenie obdarzyłeś mową,Tak, iż pochwały twoje głosi językNieutworzony przedtem do mówienia!I ten, co wzbronił nam pożywać ciebieNie taił wcale twej wielkiej zalety,Dając ci nazwę Drzewa wiadomościTego, co dobre i co złe. ZabroniłPożywać ciebie, lecz sam zakaz takiJest zaleceniem, bo świadczy o dobru,Które udzielasz, którego nie mamy;Nie mamy dobra, jeśli go nie znamy,A chociaż mamy, jeśli nam nieznane,To tak, jakbyśmy wcale go nie mieli.Słowem, jeżeli wzbrania wiadomości,Wzbrania nam dobra, wzbrania być mądrymi.Zakaz podobny nie obowiązuje.Jeśli w następstwie śmierć, to na co zda sięWolność wewnętrzna? W dniu, w którym spożyjemTen owoc piękny, śmiercią umrzeć mamy.Wąż czy umiera? Przecie jadł i żyje,Ma wiedzę, mówi, rozumuje jasno,Rozróżnia, on, wprzód nierozumne zwierzę!Dla nas jedynie śmierć wynaleziono?Czyżby nam tylko zakazano wiedzę,A zachowano dla zwierząt? Podobno.Że jednak pierwsze zwierzę, skosztowawszyOwocu, zalet jego nie ukryłoZawistnie, owszem, radośnie odkryciemSwojem się dzieli, dowód, że jest szczere,Niepodejrzane, przychylne dla człeka,
Dalekie kłamstwa i wszelkiej obłudy.Czegóż się lękam? Raczej czyż wiem czegoLękać się trzeba w tej nieznajomościDobra, zła, Boga, śmierci, prawa, kary?Oto na wszystko lekarstwo tu rośnie,Owoc niebiański, rozkoszny dla oka,Nęci do jadła, mądrością obdarza;Cóż mnie wstrzymuje, dla czegóż nie sięgnąć?Nakarmić ciało i umysł zarazem?»Tak mówiąc, w chwili złej, rękę zuchwałąŚciągnęła; owoc zerwała i jadła!Ziemia uczuła ranę, a przyrodaPrzez wszelkie swoje twory śląc westchnienia,Bólem świadczyła, że wszystko stracone.Spełniwszy zbrodnię, wąż wsunął się chyłkiemW gęste zarośla, co mu łatwo przyszło,Gdyż Ewa całkiem zajęta jedzeniem,O niczem innem nie myślała wtedy.Zdawało jej się, że tak rozkosznegoSmaku w owocu żadnym nie doznałaDo tego czasu. Czyli tak istotnie?Czy w wyobraźni było, pobudzonejOczekiwaniem nadzwyczajnej wiedzy?Bliską boskości już się w myślach czuła.Chciwie łykała owoc smakowity,Że śmierć połyka nie wiedząc, aż syta,Jakoby winem podniecona, rześka,Rozweselona, tak mówi do siebie:«O drzewo szczytne, ze wszystkich drzew RajuNajwyborniejsze! błogie, dzielne w skutkach!
Dające mądrość, twój owoc, tak piękny,Wzgardzony dotąd, zwieszał się nietknięty,Jakby bez celu stworzony; lecz odtądJa cię otoczę opieką, co ranoPrzyjdę, by śpiewać należną ci chwałę,I pielęgnując cię zdejmować brzemięZ twoich gałęzi, szczodrych dla każdego;Karmić się póty, aż na twym pokarmieDojrzeję wiedzą, wzorem bogów, którzyWszystkie na świecie rzeczy znają, chociażZazdroszczą innym, czego dać nie mogą:Bo gdyby to był ich dar, tuby nie rosł.A naprzód tobie winnam doświadczenie,Które najlepiej wiedzie; gdyby nie ty,Jeszczebym dotąd nieświadomą była.Otwierasz drogi mądrości, ty dajeszPrzystęp do tajni, gdzie ona się skrywa.Może i ja już tutaj utajona?Niebo wysoko i bardzo daleko,Nie można stamtąd wszystkiego na ziemiWidzieć dokładnie; może swą troskliwośćGdzieindziej zwrócił wielki Prawodawca?Wraz z całą rzeszą swoich wywiadowcówPrzestał nad nami czuwać ustawicznie?Lecz w jaki sposób stanąć przed Adamem?Czy zawiadomić go o mej przemianie,Aby wziął udział w pełnej szczęśliwości?Czy też przewagę wiedzy mam zachowaćDla siebie samej bez współuczestnika?Tak uzupełnić płci niedostateczność,
By zwiękczyćzwiększyć jego miłość, by się zbliżyćZ nim do równości, a może i czasemTrochę przewagi mieć — rzecz pożądana!Kto niższy nigdy nie zazna wolności.Jakby to dobrze było! Lecz cóż będzie,Jeśli Bóg widział? jeśli śmierć nastąpi?Przestanę istnieć, Adam inną EwęWeźmie za żonę, żyć będzie szczęśliwieZ nią wtedy, gdy ja w niwecz się obrócę —Sama ta myśl jest śmiercią! Więc stanowczoAdam niech ze mną złe i dobre dzieli:Tak go serdecznie kocham, że z nim chętnieWszelką śmierć zniosę, bez niego żyć nie chcę»Tak mówiąc kroki zwróciła od drzewa,Wprzód mu głęboki ukłon czyniąc, jakoMieszkaniu Siły, która tę roślinęObdarowała sokiem wiadomości,Nektarem z bogów napoju czerpanym.Tymczasem Adam, czekając stęsknionyPowrotu Ewy, wił girlandę z kwiatówNajwyszukańszych, aby nią ozdobićKędziory Ewy i uwieńczyć sielskieJej prace, jak to ze swą przodownicąPrzy końcu żniwa zwykli żeńcy czynić.Z pomysłu tego wielką miał mieć radośćI za spóźniony powrót pocieszenie.Jednak chwilami serce mu ściskałyPrzeczucia czegoś złego; niespokojny,Na jej spotkanie szedł w kierunku, któryObrała rano, gdy się rozstawali,
Musiał iść mimo Drzewa Wiadomości:Tam ją napotkał, zwracającą kroki,Z gałązką w ręku, tylko co urwaną,Pełną owoców przepysznych, soczystych,I ambrozyjski zapach wydających.Biegła naprzeciw; już sam wyraz twarzyBył przeproszenia wstępem, które samoW słowach pochlebstwa pełnych wyraziła.«Bardzoś się dziwił, Adamie, tak długiejNieobecności mojej? I mnie tęsknoByło bez ciebie; nigdy jeszcze takichNie uczuwałam udręczeń miłości.Już się ta nigdy nie powtórzy próba,Którą zbyt nagle podjęłam, nieznającCiężaru, co jest, być zdala od ciebie;Lecz osobliwa i cudownie brzmiącaByła przyczyna mego opóźnienia.To drzewo nie jest, jak nam powiadano,Groźnem dla tych, co owoc jego jedzą,Złu nieznanemu nie otwiera drogi,Owoc ma boski wpływ, otwiera oczy,Bogami czyni tych, co go spożyją.Rzecz doświadczona. Wąż mądry, albo teżNieskrępowany, tak jak my, zakazem,Lub nieposłuszny, jadł owoc, a jednakNie popadł śmierci, jak nam zagrożono,Lecz odtąd ludzkim głosem i rozumemObdarowany, zadziwił mnie swojemRozumowaniem, skłonił swą wymową,Że jadłam także, skutek odpowiedni
Na sobie czując: dotąd zaciemnione,Lepiej się moje otworzyły oczy.Rozszerzył umysł i serce podniosłoDążeniem stałem do wyżyn boskości,Której z powodu ciebie głównie pragnę;Bez ciebie łatwo mogłabym nią wzgardzić.Szczęście dzielone z tobą szczęściem mojem,Niepodzielane z tobą dla mnie wstrętne,Więc i ty spożyj, aby los jednaki,Jednakie szczęście, jednakowa miłośćNas jednoczyły; gdybyś nie skosztował,Różnica stanu rozdziałby sprawiła,A mnie zapóźno już przez wzgląd na ciebieZrzec się boskości, los już nie pozwoli.»Tak Ewa rzecz swą wesoło wygłasza,Lecz jej policzki chorobliwie płoną.Z swej strony Adam, jak tylko usłyszałO tak złowrogiem przekroczeniu Ewy,Stał osłupiały, blady, a strach zimnyObiegał jego żyły, słabił członki.Z obwisłej ręki wypadła girlandaZwita dla Ewy, powiędłe już różeZasnuły ziemię. Stał niemy i blady,Aż w końcu przemógł wewnętrzną niemotę,I tak rozmyślał: «Najpiękniejsze z stworzeń,Z dzieł Bożych wszystkich ostatnie, najlepsze,Istoto, w której wszystko się jednoczy,Co i dla wzroku i dla myśli święte,Co boskie, dobre, lube i powabne,Jakżeś zgubiona, jak nagle zgubiona!
Skażona, hańby pastwą, jeńcem śmierci!O, jakżeś mogła złamać zakaz ścisły,Zbezcześcić owoc święty, zabroniony?Jakąż przeklętą zdradą nieprzyjacielNieznany zwiódł cię i pogrążył w zgubę?Ciebie i mnie też, bo postanowiłemUmrzeć wraz z tobą. Mogęż żyć bez ciebie?Mogęż zapomnieć twej słodkiej rozmowy,Twojej miłości serdecznej, by znowuSam pędzić życie w tych lasach zapadłych?Choćby Bóg stworzył inną Ewę, choćbymDrugiego żebra udzielił, twej stratyNigdy by serce moje nie przeniosło!Nie, nigdy, czuję, że związek naturyCiągnie mnie; tyś jest ciało z mego ciała,Kością z mej kości, i od twego losuNigdy mojego nie odłączę, z tobąChętnie podzielę dobrą i złą dolę!»To rzekłszy sobie, jak ten, co się budzącZ ciężkiej rozpaczy, po myślach zbłąkanychPodda się temu, co nieuniknione,W spokojnym tonie tak rzecze do Ewy:«Zuchwały czyn twój, lekkomyślna Ewo,Niebezpieczeństwem wielkiem grozi, śmiałaśNietylko oczy pożądliwe zwrócićNa owoc święty, dla nas nietykalny,Pod zagrożeniem przekleństwa, lecz nawetJadłaś go. Ale, co przeszło, nie wróci,Nikt nie odrobi tego, co się stało,Ni Przeznaczenie, ni też Bóg Wszechmocny.
Może nie umrzesz jednak, twój czyn możeNie tak straszliwy; gdy owoc był wprzódyJuż pozbawiony świętości przez Węża,Powszednim stał się, nim ust naszych doszedł.Dla niego nie był śmiertelnym, on żyje,Powiadasz, wyższem życiem, jakby człowiek;Możemy wnosić, że owocu dzielnośćI nas na wyższy stopień stosunkowoPodniesie: w bogów, w aniołów przemieni.Trudno mi także pojąć, iżby Pan Bóg,Stwórca najmędrszy, choć groził, naprawdęZniszczył istoty, pierwsze tak wysokoObdarowane, które ponad wszystkieSwe dzieła wyniósł; te, dla nas stworzone,Z nami w łączności, padłyby wraz z nami;Tak Bógby tworzył na to, żeby niszczył,I znów odrabiał, próżne mając trudy.Nie można Boga pojmować w ten sposób,Bo On, choć mocen powtórzyć stworzenie,Niechętnieby nas niweczył, by nie rzekłTryumfujący nieprzyjaciel: ZmiennyLos tego, komu Bóg najbardziej sprzyja!Któż może długo przetrwać w jego łasce?Wprzód mnie obalił, teraz ludzkie plemię.Na kogo kolej? Takiego powoduDo szyderstw nie da nieprzyjacielowi.Cokolwiek będzie, los mój wspólny z twoim,Gdy umrę z tobą, śmierć mi będzie życiem.Tak silnie czuję w sercu tę potęgę,Którą przyroda związała mnie z tobą,
Jak z sobą drugim, bo to czem ty jesteś,Jest mojem: nasza istność nierozdzielna;Jednem jesteśmy ciałem: stracę ciebie.To będzie także i moją zatratą.»Tak mówił Adam, Ewa na to rzecze:«O, świetna próbo miłości bez miary!Wzniosłe świadectwo, potężny przykładzie,Z którym ja także chcę stanąć w zawody.Ale czy zdołam, gdy doskonałościTwej nie posiadam, Adamie? PochodzęZ twojego boku, i to moją chlubą.Z rozkoszą słucham, kiedy o jednościNaszej wspominasz: jedno serce, jednaDusza w obojgu, o czem dzień dzisiejszyNajlepiej świadczy, twe postanowienieRaczej podzielić moje winę, zbrodnię,Jeżeli zbrodnią jest spożycie tegoOwocu, niżby nas, tak zjednoczonychWielką miłością, miała śmierć rozłączyć,Lub coś od śmierci samej straszliwszego.Wszakże od dobra tylko dobro płynie;Dzielność owocu już się pokazała,Gdy wyjawiła moc twojej miłości.Którejbym może nigdy taką wzniosłąNie zobaczyła. Gdybym przypuszczała,Że przekroczenie moje śmierć pociągaChętniebym zniosła wszystko, co najgorsze,Zmarła samotnie, a nie namawiałaCiebie do czynu, któryby zakłóciłTwój spoóoj, sama o tak niezrównanej
Miłości szczerej, wiernej, upewniona;Ale zupełnie inne wpływy czuję.Nie śmierć, lecz życie wzmożone: wzrok jasny,Nowe nadzieje i radości nowe,A smak tak boski, że wszystko, co dotądSłodkiem dla zmysłów moich się wydało,Stało się teraz niesmacznem i szorstkiem.Oprzyj się na mem doświadczeniu, skosztuj,Adamie, śmierci próżno się nie lękaj!»Do słów tych uścisk dołączyła słodki,Płacząc z radości i cała w zachwycie,Że uszlachetnił tak wielce swą miłość,Dla niej się ważąc na śmierć i gniew boski.W nagrodę (taka szkaradna uległośćTakiej też godna nagrody) z gałązkiOwoc ponętny dała szczodrą dłonią.Jadł bez skrupułu, wbrew głosowi duszy;Nie w omamieniu, ale przemożonyWdziękiem kochanej kobiety. ZadrżałyGłębiny ziemi, jakby w nowych bólach,Jękła Przyroda po raz drugi, NieboZasnute chmurą, groźnym mrukło grzmotem,Roniąc deszcz, smutny jak łzy, nad spełnieniemPierwszego grzechu śmiertelnego; AdamNie zwracał na nic uwagi, jadł chciwie,I Ewa obok bez strachu ponawiaPrzestępstwo, aby swojem towarzystwemMężowi sprawić przyjemność. Wraz, jakbyNadmiarem wina pijani oboje,Rozweseleni, już im się wydaje,
Że im boskości wyrastają skrzydła,Że mogą gardzić ziemią. Ale inneZdradliwy owoc w nich wytwarzał skutki,Chucią cielesną, dziką, zapalając.Lubieżnym wzrokiem on patrzy na Ewę,Ona mu równem odpłaca spojrzeniem.Żądza ich pali; aż nareszcie AdamTak ją do pieszczot pociągać zaczyna:»Widzę ja teraz, Ewo, jak wykwintnymGustem, powabem jakim i mądrościąTyś obdarzona, bo do każdej myśliGust przynależy; podniebienie takżeMa swój rozsądek. Tobie cześć oddajęBoś dzień dzisiejszy dobrze opatrzyła.Dużo rozkoszy straciliśmy na temTak wybornego owocu nie jedząc,Prawdziwej w smaku nie znając uciechy.Jeśli tak miłe rzeczy zakazane,Możnaby pragnąć, by zamiast jednegoDziesięć drzew było dla nas zakazanych.Tak pokrzepieni pójdźmy na pieszczoty,Jako się godzi po uczcie tak świetnej.Od chwili, gdym cię ujrzał po raz pierwszy,Gdym cię poślubił, nigdy piękność twoja.Doskonałością wszelką ozdobiona,Nie zapaliła mnie takim płomieniemI pożądaniem, gdyś jeszcze piękniejsza,Dzięki przymiotom cudnym tego drzewa!«Z słowami łączył namiętne spojrzeniaCzułe pieszczoty, bardzo zrozumiałe
Dla Ewy, której oczy takim samymŻarem płonęły. Uchwycił jej rękę,Do cienistego wzgórka poprowadził,Pod dach zieleni gęstej; a wiódł chętną.Kwiaty im łożem: fijołki i bratkiI hiacynty i zawojki złote. —Zakątek chłodny, najmilszy na świecie.Tam dali folgę miłości bezmiernejI uniesieniom miłosnej rozkoszy:Pieczęć ich winy, pociecha po grzechu;Wreszcie znużonych objął sen głęboki.Ale niebawem wywietrzała siłaZdradna owocu, rozweselającaI tumaniąca oparem rozkoszy.A gdy sen ciężki, złośliwej mgły skutek,Sprawca mar grzesznych, opuścił ich w końcu,Powstali z łoża jak niewypoczęci.Kiedy po sobie spojrzeli, spostrzegli,Że otworzone mieli oczy, aleUmysł ściemniony. Zginęła niewinność,Co jak zasłona kryła przed ich wzrokiemWiadomość złego; słuszna ufność w sobie,Wrodzona prawość i godność zniknęła,Nagich oddając winnemu wstydowi,Co się osłania, lecz go ta osłonaOdkrywa jeszcze bardziej. Tak Danita,Olbrzymiej siły Samson, z wszetecznegoŁona Dalili filistyńskiej ze snuPowstał z obciętą siłą; równie oni,Ogołoceni i wyzuci z cnoty,
Siedzieli długo milczący i smutni,Jakby niemotą dotknięci, aż Adam,Choć niemniej od swej żony zawstydzony,Z wysiłkiem w takie odezwał się słowa:»O Ewo, dałaś posłuch w złej godzinieTemu płazowi fałszywemu, nie wiemKto go głos ludzki udawać nauczył,Ale upadek nasz jest niewątpliwy,A obietnica wyższości zawiodła,Bo oczy nasze otwarte zaiste,I znamy dobro i zło, ale dobroDla nas stracone, zło w nabytku mamy.Zły wiadomości owoc, jeśli onaNas pozostawia nagimi, bezeczci,Bez niewinności, wierności, czystości.Co było naszą zwyczajną ozdobą,Teraz skalane, a i w twarzach naszychWidoczne ślady wyuzdanych chuci,Z których pochodzi zło, a i wstyd takżeIdący za niem, jako jego świadek.Jakże mam teraz spoglądać w twarz Boga,Albo Aniołów, w które spoglądałemDotąd z radością taką i z zachwytem?Teraz postaci te niebiańskie, boskie,Razić nas będą jasnością, dla ziemianNie do zniesienia. O, wolałbym raczejŻyć tu samotnie, dziko, w leśnej ciszy,Gdzieby wysokie drzewa, nie puszczałyŚwiatła gwiazd ani słońca, zmierzch wieczornyWciąż utrzymując. O, wy jodły, cedry,
Niezliczonemi swemi gałęziamiOkryjcie mnie, i tak ukryjcie, abymNigdy nie widział światła!... Ale terazTrzeba obmyślić, w tym złym będąc stanie,Jak skryć przed sobą wzajem owe członki,Które wstyd każe skrywać? Jakieś drzewoDa nam szerokich, miękkich liści, któreZłączywszy z sobą, opaszemy biodraI okryjemy środkową część ciałaAby nie siedział tam wstyd, przybysz nowyI nie wyrzucał nam, żeśmy nieczyści!«Tak radził. Szli więc oboje w gąszcz leśną,Wkrótce wybrali tam drzewo figowe;Nie ten gatunek sławiony z owocu,Lecz owo znane i dziś IndyanomDekanu albo Malabaru, któreSzeroko długie rozciąga konary,Aż opuszczone do ziemi gałązkiWydają nowe korzenie, i wkołoRosną, jak córki przy drzewie macierzy;Kolumny, w górze złączone sklepieniem,Tworzą podsienie, w których błądzi echo.Tam często pasterz indyjski się chroniPrzed spieką słońca w chłodzie, a doglądaTrzody przez okna wycięte w zieleni.Te sobie liście obrali szerokie,Jak Amazonek tarcze, a niemałejMusieli użyć zręczności, by złożyćDo swoich bioder opaski. Napróżno:Grzechu i wstydu nic już nie osłoni!
Jakże dalecy od dawnego blaskuSwojej nagości! Takich niegdyś KolumbAmerykanów znalazł, opasanychPierzastym pasem, zresztą nagich, dzikich,Między drzewami wysp i na wybrzeżach.Tak przysłonięci i, jak im się zdało,Z okrytym w części sromem, niespokojni,Bez ulgi w sercu, siedli i płakali.Nie tylko łzy im cieką, gorsze faleW ich sercu huczą: wichry namiętności,Gniew i nienawiść, nieufność, niezgoda,Teraz wstrząsają boleśnie ich umysł,W którym wprzód taka panowała ciszaI pokój, teraz burzy zawierucha.Rozsądek przestał rządzić, nie słuchałaSwych obowiązków Wola, już obojePod jarzmem Żądzy zmysłowej, co zniskaOpanowała nawet władczy Rozum.Z tak rozstrojonej piersi, z błędnym wzrokiem,Głosem zmienionym, urywaną mową,Adam do Ewy gorzkie śle wyrzuty:»Obyś słów moich była posłuchała,I błagań, obyś pozostała przy mnie,Kiedy owego nieszczęsnego ranaNie wiem skąd przyszła ci dziwaczna chętkaWędrówki! Dotąd pozostalibyśmySzczęśliwi, nie tak jak teraz, wyzuciZ wszystkiego, nadzy, nędzni, pełni wstydu.Niech odtąd próżno nikt swojej wierności
Próby nie szuka; jeśli kto naprawdęChce jej dowodzić, widać że się chwieje.»Ewa dotknięta wymówką, odpowie:«Mógłżeś to wyrzec, Adamie surowy?Mnie przypisujesz wszystko, co się stało,Czy też mej chętce wędrówek, jak mówisz;Czyżby to samo nie mogło się zdarzyćNam dwojgu razem, lub samemu tobie?O, gdybyś był tam, lub słyszał pokusę,Nie byłbyś dostrzegł oszukaństwa węża,Tak był wymowny, a do nieprzyjaźniDla nas żadnego nie mógł mieć powodu.Czemużby miał być złym on, chcieć mi szkodzić?Miałamże zawsze tkwić przy twoim boku?To wszystko jedno, co pozostać żebremNieożywionem. Gdym jest tem, czem jestem,Czemuś mi, jako głowa, nie zabroniłStanowczo iść na takie, jak powiadasz,Niebezpieczeństwo? Zbyt pobłażający,Czyś się opierał długo? pozwoliłeś,Słusznem uznałeś, puściłeś uprzejmie;Gdybyś był stale trwał w swojej odmowie,Ni jabym grzeszną była, ni ty ze mną.»Pierwszy raz gniewny, na to Adam rzecze:«Takaż to miłość, takaż to nagroda,Niewdzięczna, mojej ku tobie miłości,Którą wyznałem niezmienną i wtedy,Kiedyś zgubioną już była, lecz nie ja?Mogłem żyć, szczęścia wiecznego używać,A dobrowolnie śmierć obrałem z tobą;
Teraz mi zarzut czynisz, żem jest winienTwojego grzechu, że niedość stanowczyByłem w odmowie. Com więcej miał czynić?Napominałem, ostrzegałem, groźneNiebezpieczeństwo ci przepowiadałem,Czyhającego wroga. Cóż ponad toPozostawało? Przymus. Lecz przymuszaćTwej wolnej woli — to się nie godziło.Gnała cię w drogę ufność w samej sobie,Pewność, że albo nie spotkasz przygody,Albo w niej znajdziesz łatwość chlubnej próby.A może ja też błądziłem niebaczny?Tak wszystko w tobie widząc doskonałem,Nie przypuszczałem, aby kiedy mogłoZłe znaleść przystęp do ciebie, a terazŻałuję błędu, w którego następstwieJestem zbrodniarzem, ty oskarżycielką.Tak będzie z każdym, który przeceniającWartość kobiety, dozwoli jej rządzić;Ta żadnych nie chce znosić ograniczeń,A gdy czynnością swoją złe następstwaSprowadzi, męża przedewszystkiem winiO pobłażanie.» Tak na oskarżeniachWzajemnych szły im bezpłodne godziny;Na siebie żadne z nich winy nie brało,I puste spory toczyli bez końca.
Tymczasem w Niebie wnet się stał wiadomySzatana w Raju czyn chytry i niecny,Jak kształt przybrawszy węża, skusił Ewę,Ona Adama, aby jedli owocZgubny. Cóż bowiem ujść może przed okiemTego, kto wszystko widzi? cóż zwieść serceWszystko wiedzące? Bóg, Najwyższa MądrośćI Sprawiedliwość, dopuścił, by SzatanKusił Człowieka, a temu dał siłęWystarczającą, przytem wolną wolę,Do odsłonięcia i odparcia matactwWroga jawnego lub w szatach przyjaźni.Wiedzieli ludzie i powinni byliCiągle pamiętać o wielkim nakazie:Nie jeść owocu, ktobykolwiek kusił.Nie posłuchawszy, podpadli pod karęNieuniknioną, a grzech mnożąc jeszcze,Doprowadzili siebie do upadku.
W górę, do Nieba, spiesznie straż anielskaWzniosła się w smutnem milczeniu, już wiedzącO nowym stanie Człowieka; zdziwionaJakim sposobem chytry NieprzyjacielNiepostrzeżenie wemknął się do Raju.Jak tylko doszła zła wieść do bram NiebaWielką w Aniołach obudziła żałość;Smutek zaciemnił niebiańskie oblicza,Lecz, że się łączył z litością, nie skaziłSzczęścia Aniołów. Naprzeciw przybyłychWyszły gromady Niebian i pytały,Jak się to stało? Ci przed NajwyższegoTron pośpieszali, aby dowodamiSłusznemi swoję czujność wykazali.Łatwo dowiedli jej, a WszechmogącyOdwieczny Ojciec, ukryty w obłoku,Tak się odezwał piorunowym głosem:«Wy, Aniołowie zgromadzeni tutaj,Potęgi, coście wróciły z wyprawyBez powodzenia, niechaj was nie smucąI nie mieszają te nowiny z Ziemi.Najszczersze wasze starania nie mogłyZapobiedz temu, co przepowiedziałem.Jak tylko wyszedł z piekielnej przestrzeniKusiciel, rzekłem, że mu się powiedzie,Że pochlebstwami nakłoni człowieka,By wierzył kłamstwom, nawet przeciw StwórcyRzucanym. Dekret mój był tu zbyteczny:Sam swój upadek sprowadził, bynajmniejNa jego wolną wolę nie wpływałem,
Pozostawiłem mu ją w równowadze:Upadł, a teraz, cóż mi pozostaje,Jak wydać na grzech jego wyrok śmierciZapowiedziany. Taką groźbę śmierciZa czczą i błahą ma teraz, gdy widzi,Że nie nastąpił cios natychmiastowy,Jak się obawiał; wkrótce się przekona,Nim dzień się skończy, że zwłoka nie znaczyUniewinnienia, i że sprawiedliwośćNie wraca śladem dobroci wzgardzonej.Lecz kogóż posłać, by ich sądził, kogóżJeśli nie Ciebie, Synu, co masz zdanąWładzę Sędziego na Niebie i ZiemiI w Piekle. Niechaj to będzie widoczne,Że sprawiedliwość ma iść z łaską w parze,Kiedy posyłam Ciebie, przyjacielaCzłowieka, jego Pośrednika, okup,I Zbawcę z własnej chęci, a w przyszłościCzłowieka, na sąd grzesznego Człowieka.»Tak mówił Ojciec, i rozpościerającKu swej prawicy swą chwałę na Syna,Objął go Bóstwa blaskiem bezobłocznym;Odźwierciadlając Syn w pełni blask Ojca,Bosko łagodnie tak mu odpowiada:«Ojcze mój wieczny, Twoja rzecz stanowić,Moja wypełniać na Niebie i ZiemiNajwyższą Twoje wolę, abyś we mnie,Twym ukochanym Synu, odpoczywałZ upodobaniem. Idę sądzić owychNa ziemi prawa Twojego przestępców;
Ale wiesz dobrze, choć oni podlegnąSądowi, na mnie najgorsza część spadnie,Gdy czas nadejdzie; bo gdy w obec CiebieNa siebie wziąłem, i, czego mi nie żal,Zyskałem prawo, by na nich zapadłyWyrok, swe ostrze, kiedyś na mnie zwrócił,Tak chcę połączyć sprawiedliwość z łaską,Aby zupełnie i jednej i drugiejZadość uczynić i przejednać Ciebie.Nie potrzebuję orszaku, bo tylkoDwoje sądzonych ma słuchać wyroku;Trzeciego sama ucieczka potępia,Zbiegostwo i bunt świadczą przeciw niemu,Na Węża świadectw żadnych nie potrzeba.»Z promienistego tronu od prawicyRównego blasku Boga Ojca powstał;Trony, Potęgi, Księstwa, PanowaniaTowarzyszyły mu do bram niebieskich,Z których widoczny Eden i kraj bliski.Zstąpił niebawem. Szybkości tej boskiejNie zdoła zmierzyć czas, choćby na skrzydłachNajszybszych minut. Już się przechylałoKu zachodowi słońce, powstawałyWietrzyki lekkie, by obdarzyć ziemięWieczornym chłodem, gdy jeszcze chłodniejszy,Bo gniewny, przyszedł On, łagodny SędziaI Pojednawca, by sądził Człowieka.Głos usłyszeli Boga, chodzącego,Lekkie powiewy głos ten do nich niosły,A dzień się chylił; słysząc, ukryli się
Pomiędzy drzewa rajskie, mąż wraz z żona.Gdy się Bóg zbliżył, zawołał: «Adamie,Gdzie jesteś? Zwykle na moje spotkanieSzedłeś z radością, widząc mnie zdaleka.Brak mi tu ciebie! Źle, że mnie unikasz,Kiedy niedawno jeszcze niewołanySłużby swe niosłeś. Może z mniejszym blaskiemDziś się pojawiam? Jakaż nagła zmianaTrzyma cię zdala, lub przypadek? Pójdźże!»Wyszedł, z nim Ewa, zwlekając, choć pierwszaByła do grzechu; oboje zmieszaniI zawstydzeni. Nie było w ich wzrokuMiłości Boga, ani też wzajemnej,Ale widoczna wina, wstyd i trwoga,Gniew i zawziętość, nienawiść i zdrada.Adam, po długiem jąkaniu, tak rzecze:«Głos Twój w ogrodzie słyszałem, i zlękłySkryłem się, przeto, żem jest nagi.» Na toSędzia łagodny, nie łając, odpowie:«Często słyszałeś mój głos bez obawy,Owszem, z radością, dla czegóż ci terazStał się tak strasznym? Kto ci rzekł, żeś nagi?Czy jadłeś z drzewa, z którego owocuJeść ci wzbroniłem?» Adam na to rzeczeSmutkiem przejęty: «0 Nieba, w jak trudnemDziś położeniu jestem przed mym Sędzią!Albo na siebie przyjmę całą winę,Albo oskarżę mą drugą połowę,Mojego życia towarzyszkę, której,Wierność na względzie mając, powinienem
Błąd ukryć, skargą moją nie wystawiaćJej na naganę; lecz zmusza konieczność,By grzech i kara, jakkolwiek straszliwa,Nie cała na mą stoczyła się głowę.A choćbym milczał, Ty odkryłbyś łatwoCobym zataił. Ta, którą mi dałeśZa towarzyszkę niewiasta, ta pomoc,Dar doskonały, tak dobra, stosowna,Tak pożądana, boska, że z jej rękiNiczego złego przypuszczać nie mogłem,Ze każdą czynność, czembykolwiek była,Już przez to samo, że ona ją spełnia,Miałem za dobrą, dała mi z owegoDrzewa, i jadłem.» Sędzia boski rzecze:«Czyż była twoim Bogiem, że jej głosuWięcej słuchałeś, niźli głosu Boga?Czy przewodnikiem twoim i zwierzchnikiemJą uczyniono? Czy choć równą była,Żeś dla niej zrzekł się męskości, i miejsca,Na którem Bóg cię ponad nią umieścił?Stworzoną z ciebie i dla ciebie, któryśDoskonałością, godnością prawdziwąTak ją przewyższał? Była pełną krasyI miłą, aby mogła zyskać miłość,Lecz nie poddanie twoje; jej przymiotyTego rodzaju były, że pod rządemBłyszczały świetnie, lecz się nie nadałyDo prowadzenia rządów, które tylkoTwojej osoby miały być udziałem,Gdybyś był dobrze znał samego siebie.»
Po tej naganie rzekł krótko do Ewy:«Powiedz, Niewiasto, cóżeś uczyniła?»Na to mu Ewa smutna, z wstydu prawieUpadająca, wyznając odrazuWobec Sędziego trwożna, niewymowna,Tak odpowiada: «Wąż mnie zwiódł i jadłam.»To usłyszawszy, Pan Bóg bez odwłokiOskarżonego Węża sądził sprawę,Chociaż to było zwierzę, i nie mogłoNa tego zrzucić swego przewinienia,Kto za narzędzie swej zbrodni je użył,I oplugawił przy samym początkuStworzenia; słusznie był jednak przeklęty,Jako uległy skażeniu. Po nad toNie należało więcej człowiekowiWiedzieć, ponieważ jego przenikliwośćJuż nie sięgała dalej, coby niczemTeż nie wpłynęło na zmniejszenie winy.Jeszcze Bóg wydał wyrok na Szatana,Pierwszego w grzechu, ale w tajemniczychWyrazach — widać uznał je za lepsze —I takie rzucił przekleństwo na Węża:«Żeś to uczynił, przeklętyś jest terazMiędzy wszystkiemi zwierzętami ziemi,Na brzuchu czołgać się będziesz, jeść będzieszZiemię po wszystkie dni twego żywota;Nieprzyjaźń między Niewiastą a tobąPołożę, jak i między jej nasieniemI twojem: Ona zetrze twoje głowę,Ty na jej piętę skrycie czyhać będziesz.»
Tak brzmi wyrocznia, spełniona w przyszłości,Gdy Syn Maryi, drugiej Ewy, JezusWidział Szatana, nakształt błyskawicySpadającego z Nieba; potem, z grobuPowstawszy, zniszczył potęgę szatańską,Okrył się blaskiem tryumfu, i w NieboWstępując, powiódł pojmaną NiewolęPo przez powietrze, które swem królestwemTak długo zwać śmiał Szatan przywłaszczyciel.Jego On kiedyś nam pod stopy wdepcze,On, który teraz w Raju przyszłość głosi,I taki wyrok Niewieście stanowi:«Rozmnożę nędze twoje przez poczęciaTwoje: z boleścią rodzić będziesz dziatki,Pod władzą będziesz mężową, on będziePanował tobie.» W końcu na AdamaSyn Boży taki wyrok postanowił:«Iżeś usłuchał głosu żony twojejI jadłeś z drzewa, z któregom ci wzbronił,Mówiąc, byś nie jadł z niego, będzie ziemiaPrzeklęta z twojej winy; w pracy będzieszZ niej jadł po wszystkie dni żywota twego:Ciernie i osty będzie ci rodziła,A ziele będziesz jadł polne, i w pocieOblicza twego jadł chleb, aż się wróciszDo ziemi, z którejś wzięty, z którejś rodem,Bo prochem jesteś i w proch się obrócisz.»Taki sąd wydał na człowieka, jakoSędzia zarazem i Zbawca zesłany.Cios śmierci, na ten dzień zapowiedziany,
Na czas odroczył dalszy; i litośnie,Widząc przed sobą nagich, wystawionychNa wpływ powietrza, odtąd podległegoZmianom, nie wzgardził zatrudnieniem sługi;Jak później sług swych umył nogi, terazOjcowską ręką okrył nagość dzieciSkórami zwierząt, zabitych, lub takich,Co nakształt węża skórę swą zrzucają:Tak nieprzyjaciół swoich sam ubierał.Nietylko ciało ich odział skórami,Lecz i wewnętrzną nagość, haniebniejszą,Odział w prawości suknię przed obliczemOjca Swojego, do którego terazPowrócił szybkim lotem, by, jak dawniejNa jego błogiem łonie spocząć w chwale;Przebłaganemu, wiedzącemu wszystko,Co się z człowiekiem stało, opowiedział,Łącząc do tego swoje wstawiennictwo.Tymczasem, zanim na ziemi zgrzeszono,Nim się sąd odbył, Grzech i Śmierć siedziałyNaprzeciw siebie przy wrotach piekielnych,Teraz otwartych i ziejących strasznymŻarem daleko w głąb Chaosu, odkądCzart niemi wyszedł, gdy je Grzech otworzył.A Grzech do Śmierci w te słowa poczyna:«Synu, cóż mamy tutaj próżno siedzieć,Patrząc na siebie, gdy nasz rodzic wielki,Szatan, na innych światach szczęścia szuka,Lepszych miejsc dla nas, swoich latorośli?Z pewnością doznał powodzenia, jużby
W przeciwnym razie wrócił, gnany gniewemSwych nieprzyjaciół, bo innego miejscaNa wymiar jego kary, lub ich zemsty,Odpowiedniego niema. Zdaje mi się,Że czuję siły wstępujące we mnie,Że skrzydła rosną mi. że po za głębiąBędzie mi dane rozległe królestwo;Coś mnie tam ciągnie, czy współczucie, czy teżJakiś wrodzony popęd, z odległości,Choćby najdalszej, tajemnemi ścieżkiŁączący w przyjaźń rzeczy jednorodne.Ty, nierozdzielny mój cieniu, pójdź ze mną:Bo nic na świecie oddzielić nie może vŚmierci od Grzechu. By go jednak trudnośćPowrotu przez te niedostępne głębie,Przez te bezdroża nie zatrzymywała,Spróbujmy rzeczy zuchwałej, lecz siłomTwoim i moim wcale odpowiedniej:Zbudujmy drogę z Piekła nad przepaściąDo nowych światów, tam gdzie rządzi Szatan.Będzie to pomnik niemałej zasługi,Ułatwi tłumom piekielnym podróżeW jednę i drugą stronę, albo nawetI przesiedlenie, jeśli tak los zdarzy.Drogi nie chybię, tak silnie przyciągaMnie jakiś popęd, jakieś czucie nowe.«Na to jej chudy Cień żwawo odpowie:«Idź, gdzie cię twoja skłonność, czy los, wiedzie;Ja się nie będę ociągał, ni błąkał,Jeśli ty będziesz prowadzić. Już wietrzę
Woń mięsa, łupy niezliczone, przedsmakŚmierci wszystkiego, co tylko tam żyje.Przy twej robocie mnie też brak nie będzie,Owszem, nieść pomoc tobie zawszem gotów.»Z rozkoszą wciągał w siebie przy tych słowachOdór śmiertelnej zmiany w bycie ziemi.Jak stado ptaków drapieżnych, choć zdalaLeci do pola bitwy o mil wiele,Do wojsk obozem rozłożonych, czującWoń ciał żyjących, które w dniu następnymW krwawem spotkaniu śmierci uledz mają:Tak straszne Widmo, rozwierając nozdrzaSzeroko w mętne przestworza, zdalekaWietrzyło łupy, jakie posiąść miało.Więc od bram Piekła osobno lecieliW rozległy, mglisty i zaćmiony BezrządChaosu, silnie (byli bardzo silni),Ponad wodami się unosząc, stałeAlbo szlamiste rzeczy, przemieszaneI natłoczone, jak w wściekłej topieli,Z obu stron pchali do paszczęki Piekła:Jako dwa wiatry z pod bieguna dmąceZ dwu stron przeciwnych na Chronijskiem morzuPędzą lodowe góry, zamykającPo za Pieczorą przypuszczalną drogęNa Wschód do brzegów bogatych Kathaju.Zgęstniałe błoto ubiła do suchaŚmierć skamieniałą ciężką swą maczugąJakby trójzębem, wyspę pływającąTworząc, jak Delos niegdyś: resztę wzmacnia
Smołą ziemistą, i unieruchomiąWzrokiem groźniejszym od wejrzeń Gorgony.Na wrot szerokość, głęboko do posadPiekielnych brzegi umocnili, groblęSklepioną, wielką, wznieśli ponad głębią,Jak most potwornej wielkości, złączonyZ potężnym murem świata bezbronnego,Już teraz na łup śmierci wydanego.Już z niego teraz szeroka, wygodna,Gładka i równa jest droga do Piekła.Tak, jeśli wielkie z małem równać można;Xerxes, chcąc wolność grecką uciemiężyć,Z Suzy, z pałacu swego memnońskiego,Przybył nad morze, i nad HellespontemMost przerzuciwszy, Azyę z EuropąZłączył, a fale rozdąsane skarciłLicznemi plagi. Teraz wznieśli dziełoZadziwiającym kunsztem budowniczym;Skalisty, długi pomost zawieszonyNad udręczoną głębią: idąc ciągleŚladem Szatana, aż do tego miejsca,W którem opuścił po raz pierwszy skrzydłaI wylądował bezpieczny z Chaosu.Oparli drugi koniec o pustynnąPowierzchnię kręgu świata. ŁańcuchamiTu i czopami dyamentowemiUmocowali: zbyt mocno, zbyt trwale!Teraz już byli blisko granic NiebaEmpirejskiego, blisko tego świataGranic: na lewo pozostało Piekło
Bardzo odległe. Trzy drogi stąd wiodłyDo trzech tak różnych miejsc! Odkryli terazDrogę do Ziemi, i dążyli naprzódDo Raju, a w tem ujrzeli Szatana.Przybrał pozory jasnego Anioła,Między Centaurem a Niedźwiadkiem dążyłJuż do zenitu, podczas kiedy SłońceW znak wstępowało Barana. PrzebranyBył, lecz poznały drogie dzieci ojcaSwojego. Szatan, oszukawszy Ewę,Niepostrzeżony wymknął się w las bliski;Tam kształt zmieniwszy, baczył, co nastąpi;Widział, jak Ewa, chociaż nieświadomie,W jego zasadzkę męża swego wwiodła,Widział, jak wstydem przejęci, szukaliMarnej osłony, ale kiedy spostrzegłSyna Bożego, że na sąd zstępuje,Uciekł przeklęty, choć się nie spodziewałUniknąć kary, lecz przed gniewem BożymNatychmiastowym pragnął się uchronić:Gdy się sąd skończył, powrócił wieczoremI podsłuchiwał, jak nieszczęsna paraSmutki i żale swoje rozwodziła,Wtedy dowiedział się o swym wyroku,Jako nie zaraz będzie wykonany,Lecz kiedyś później; więc rozradowanyWracał do Piekła, niosąc wiadomości,Aż na pobrzeżu Chaosu, u samychStóp cudownego mostu, spotkał drogieDzieci, idące na jego spotkanie.
Z wielką radością witał, większą jeszczeSprawił mu widok arcydzieła — mostu;Stał w podziwieniu długo, aż Grzech — córkaCzarownie piękna, tak przerwie milczenie:«Rodzicu, twoje to wspaniałe czyny,Twoje trofea, choć na nie spoglądaszJakby na cudze; tyś jest ich autorem,Tyś budowniczym głównym: gdy me serce,Co zawsze z twojem w łączności tajemnej,Odgadło, że ci się wiedzie na ziemi,Jak wzrok twój stwierdza, w tejże samej chwili,Chociaż nas światów dzieliły przestrzenie,Uczułam pociąg nieprzeparty, wespółZ twym synem dążę w ślad twój; tak nas trojeŁączy konieczność niezłomna. Nie mogłoNas dłużej trzymać Piekło w swych granicach,Ni ta bezdrożna, ciemna przepaść odwieśćOd pójścia twoim, pełnym sławy, torem.Nas, których dotąd strzegły bramy Piekła,Ty obdarzyłeś wolnością i mocąTak dalekiego się obwarowaniaI przerzucenia potężnego mostuPo nad otchłanią czarną. Świat ten całyTwój teraz, twoja to dzielność zdobyła,To czego ręce twe nie zbudowały.Twój dowcip z zyskiem powetował straty,Jakie nam wojna zadała, i pomściłZupełnie klęskę poniesioną w Niebie.Będziesz panował tutaj jak monarcha,Tam nim nie byłeś. Tam niech On panuje,
Jako zwycięzca, lecz z nowego świataNiechaj ustąpi, gdy własnym wyrokiemJuż się go wyrzekł; odtąd z tobą dzieliWładzę nad wszystkiem; granicami NiebaEmpirejskiego oddziela przestworyWyższe od niższych, swój świat kwadratowyOd kulistego, który ma być twoim:Albo mu wydaj walkę, teraz jeszczeNiebezpieczniejszą dla jego stolicy.»Książę Ciemności rad na to odpowie:«Piękna ma córo i ty, synu — wnuku,Najlepszy dowód daliście mi teraz,Że pochodzicie odemnie, Szatana,(Bo tem imieniem szczycę się i jestemNieprzyjacielem Wszechmocnego KrólaNa Niebie); wielkie są wasze zasługiMnie i całemu państwu piekielnemu,Żeście tak blisko bram niebieskich tryumfWasz do mojego tryumfu dodali,I sprawiliście, że Piekło z tym światemStanowią jedno królestwo, ląd jedenZ łatwym przejazdem. Zatem, gdy ja zstąpięWygodnie drogą waszą przez ten pomrokDo sprzymierzeńców moich, by ogłosićSkutek wyprawy i z nimi się cieszyć,Wy tą tu drogą, przez te liczne kręgi,Wszystkie już wasze, dążcie wprost do Raju;Tam zamieszkajcie i rządźcie szczęśliwie.Stamtąd rozszerzcie swą władzę na ziemięI na powietrze, a głównie na Człeka,
Co mianowany jest jedynym panemWszystkiego; naprzód sobie zapewnijcieJego niewolę, w końcu go zniweczcie.Jako zastępców swoich was posyłam,Pełnomocnictwo daję wam na ziemi,Z nieporównanej mej idące mocy.Teraz od waszych wspólnych sił zależy,Bym się utrzymał w tem nowem królestwie,Którem uczynił przez Grzech łupem Śmierci.Gdy tam przemogą rządy wasze, PiekłoStrat nie poniesie. Idźcie, bądźcie silni!»Rzekł i odprawił ich; z pośpiechem biegliPrzez gwiazd gromady, zionąc jadem wkoło;Pobladły gwiazdy, planety zdrętwiałeRzeczywistemu zaćmieniu uległy.Szatan się puścił inną drogą, bitą,Do wrót piekielnych; przedzielony mostemChaos wył strasznie, i wciąż odtrącaneMiotał bałwany na skalistą tamę,Drwiącą z wściekłości jego. Przez otwartąNa oścież bramę niestrzeżoną SzatanPrzeszedł i znalazł pustkę do okoła.Bo ci, co tutaj na straży być mieli,Swój obowiązek opuścili, zbiegliDo wyższych światów; reszta się cofnęłaDo wnętrza kraju pod Pandemonium,Miasto i pyszny zamek Lucypera,Nazwę tej świetnej gwiazdy noszącego,Którą do niego ongi porównano.Tam legiony straż utrzymywały,
Podczas, gdy starsi, zebrani na radę,Zastanawiali się, jaki przypadekMógł wstrzymać powrót władcy: tak polecił,Gdy się oddalał, i tak też czynili.Tłuszcza, niedawno z Nieba wypędzona,Pozostawiła pustką krańce Piekła.A zgromadziła się wkoło stolicy,Z każdą godziną czekając powrotuAwanturnika, który poszedł obcePrzeglądać światy. On niepostrzenie,Na pozór Anioł pośledniego rzędu,Wojskowy, przeszedł wśród nich, i od bramyOwej Plutońskiej sali, niewidzialnyWstąpił na tron swój, z królewskim przepychem,Pod baldachimem z tkani drogocennej.Patrząc dokoła, tam siedział czas jakiś,Wreszcie, jak z chmury, swą błyszczącą głowęZjawił, i postać gwiaździstą, lub bardziejOd gwiazd świecącą, bo mu po upadkuPozostawiono jeszcze resztki blaskuDawnego, — może tylko błyskotliwość.Duchów stygijskich zadziwione rzeszeWzrok swój zwróciły ku nagłemu światłu,I powrót swego wodza potężnegoGłośnym okrzykiem przyjęły; pośpiesznieZ miejsc swych powstali członkowie DywanuI szli radośnie ku niemu, witającI pozdrawiając: on skinieniem rękiSprowadził ciszę, a słowy uwagę:«Trony, Mocarstwa, Księstwa, i Potęgi,
Nietylko z prawa, lecz i z posiadania!Was zawiadamiam teraz, żem powróciłZ nadspodziewanem powodzeniem, abyTryumfująco wywieść was z tej noryPiekielnej, wstrętnej, z mieszkania boleści,Z turmy naszego tyrana; już terazJak władcy bierzcie świat nowy, obszerny,Od rodzinnego Nieba mało mniejszy.Z niebezpieczeństwem wielkiem go zdobyłem.Długo byłoby opowiadać o tem,Czegom dokonał, com ucierpiał, z jakimTrudem przebyłem głębię chaotyczną,Straszną, bez granic, czczą, a teraz nad niąGrzech i Śmierć drogę bitą i szeroką| Wybrukowały, by wasz pochód chlubnyPrzyśpieszyć. Nie tak ja, co z wielką pracąUtorowałem sobie ciężkie przejściePrzez niedostępne przepaści, przez łonoOdwiecznej Nocy, dzikiego Chaosu,Który, w obawie o swe tajemnice,Srogo się mojej podróży opierał,I z wielką wrzawą powołał się nawetNa Przeznaczenie. Ujrzałem nareszcieNowostworzony świat, o którym w NiebieDługo już naprzód chodziły pogłoski;Budowa dziwna, doskonała, w którejCzłowiek umieszczon w Raju, przez wygnanieNasze szczęśliwy. Namową podstępnąZdołałem odwieść go od jego Stwórcy,I ku większemu waszemu zdziwieniu
Jabłkiem. A Jego tak to rozgniewało,(Rzecz godna śmiechu), że wydał CzłowiekaUkochanego i świat ten swój całyNa pastwę Grzechu i Śmierci, — nam zatem.Bez narażenia się więc i bez pracyTam mieszkać będziem i gospodarować,A nad Człowiekiem panować w tej mierze,Tak on nad wszystkiem w świecie miał mieć władzęCo prawda, na mnie także wyrok wydał,Raczej nie na mnie, lecz na zwierzę węża,W którego kształcie uwiodłem Człowieka:Kładzie nienawiść między mną a ludzkimRodzajem; ja mam godzić w piętę Człeka,Jego nasienie — ma zetrzeć mą głowę,Lecz niewiadomo kiedy. Ale któżbyNie kupił świata za starcie, lub jakąChoć boleśniejszą ranę? Macie zdanąSprawę z działania mego, o bogowie,Cóż pozostaje, jak iść i używać?»To powiedziawszy, stał chwilę, czekającWrzawy radosnej, oklasków powszechnych,Aż w tem, przeciwnie, ze wszech stron do uszuJego dochodzą od kroci językówSzkaradne syki, dźwięk ogólnej wzgardy.Dziwi się, ale niewiele mu czasuNa to zostało, bo samemu sobieMusiał się dziwić: twarz mu się wydłużaI zwęża, ręce zrastają z żebrami,Nogi się z sobą w jeden kłąb splatają,Aż upadł plackiem, jako wąż potworny,
Próżno stawiając opór; większa terazNim rozrządziła potęga karząca,Według wyroku, w takim kształcie, w jakimZgrzeszył. Chciał mówić, lecz język widlastySykiem za syki językom widlastymŚle odpowiedzi, bo takiej przemianieWszyscy ulegli, jako uczestnicyJego rokoszu zuchwałego. StrasznyŚwist się rozlegał w sali zarojonejPoplątanemi z sobą potworami,Tu łeb, tu ogon: niedźwiadki i żmije,Ohydne węże dwugłowe, rogate,Hydry, padalce, żmijki jadowite.Nie tak się gęsto niegdyś zaroiłaPłazami ziemia zlana krwią Gorgony,Lub Ophiusa wyspa; a w pośrodkuNajwiększy urósł do rozmiarów smoka.Aniby zrównał się z nim ów, któregoZ bagna spłodziło słońce na pytyjskiemBłoniu, olbrzymi Pyton. Niemniej zdał sięPrzewagę swoję zachowywać: wszystkieSzły za nim węże na otwarte pole,Gdzie zbuntowanych duchów, spadłych z Nieba,Reszta pod bronią stała w słusznym szykuDumnie czekając, rychło wyjdzie do nichTryumfujący wódz. Lecz widok innyNastąpił: sunie wstrętnych wężów kupa.Zgrozą przejęci i strasznem współczuciem,Bo czują w sobie tę samę przemianę:Broń im wypada z rąk, dzidy i tarcze,
I oni sami nagle upadają,Syczą straszliwie, chwyta ich zarazaOkropnych kształtów: mają udział w karze,Jak mieli w zbrodni. Tak okrzyk pochwalnyStał się szyderczym świstem, tryumf hańbą.Którą im własny ich język ogłosił.Wpodle stał gaik, podczas ich przemianyWyrosły nagle, według woli Bożej.A na ich większą karę, obciążonyOwocem pięknym, podobnym do owychRajskich, któremi Szatan skusił Ewę.Ten dziwny widok ściągnął wszystkich oczy,Wyobrazili sobie, że za jednoWzbronione drzewo rośnie teraz mnóstwoKu ich boleści większej, lub wstydowi;Lecz schnąc z pragnienia, głodem udręceniudręczeni,Chociaż na złudę był owoc przysłany,Szli go próbować. Więc wiją się w kupy,Lezą na drzewa i wiszą tam gęściej,Niżeli sploty wężowe Megery;Chciwie rwą owoc, piękny na spojrzenie,Podobny do tych, co nad morzem MartwemBlisko Sodomy gorejącej rosły;Tamte łudziły dotyk, te smak zwiodły.Głupio mniemali, że głód zaspokoją,Bo miast owocu jedli popiół gorzki,Wraz go zwracając z obrzydłym hałasem.Gnębieni głodem i pragnieniem, częstoWznawiali próby, ale równie częstoSkręcały się ich paszczęki ze wstrętem
I obrzydzeniem, zionąc pył i sadze,Ciągle w to samo wpadali złudzenie,Nie tak, jak Człowiek, raz jeden upadły,Przedmiot ich szyderstw. Tak byli dręczeniGłodem i świstem, aż im przywróconaZostała postać dawna; lecz corocznie,Według podania, muszą przez dni kilkaPonosić takie powściągnięcie pychyI wesołości z upadku Człowieka.Mimo, że byli tak upokorzeni,O swem zwycięstwie baśni rozpuszczaliMiędzy pogany, jakoby wąż OphionWraz z Eurynomą (podobieństwem Ewy),Pierwszy Olimpem rządził, nim go wygnałSaturn z małżonką, i nim się narodziłJowisz Kreteński..Tymczasem do RajuSzybko, niestety, wpadły dwie poczwaryPiekielne; Grzech, co dotąd wpływał zdala.Teraz mieszkaniec stały! I Śmierć za nimPostępowała krok za krokiem, jeszczeNie na swym śniadym koniu. Grzech jej rzecze:«O Śmierci, wtóry potomku Szatana,Ty wszechzwycięska, co myślisz o nowemKrólestwie naszem? choć zdobyte z trudem,Czyż nie o wiele nam w niem teraz lepiej,Niźli siedzącym bezczynnie u progaCzarnego Piekła na straży, nieznani,Niegroźni — a ty prawie zagłodzony?»Żwawo odpowie na to dziecię Grzechu:
«Dla mnie com wiecznym udręczony głodem,Wszystko to jedno, Piekło, Raj, czy Niebo.Mnie lepiej tam, gdzie większy łup, a tutajChociaż obfity, zbyt małym się zdajeDo zapełnienia wciąż głodnej gardzieli,I obszernego a pustego brzucha.»Na to mu znowu macierz kazirodna:«Tymczasem paś się na tych ziołach, kwiatach,Owocach; potem na zwierzętach, rybachI ptactwie — kąski to niezłe; pochłaniajWszystko, cokolwiek zetnie kosa Czasu;A ja tymczasem, mieszkając w człowieku,Zarażę w całych pokoleniach myśli,Spojrzenia, słowa, czyny, i nakoniecZ niego ci zrobię najsmaczniejszą strawę.»Po tej rozmowie każde inną drogąPoszło wszelakie istoty niweczyćLub nieśmiertelność im odbierać, zgubęSposobiąc na czas bliższy albo dalszy.Wszechmocny, widząc to z górnego tronu,Tak do swych jasnych zastępów przemawia:«Patrzcie, jak śpieszą chciwie psy piekielneNiszczyć i łupić ów świat, którym stworzyłPięknym i dobrym, i takim go dotądByłbym zachował, lecz szaleństwo ludzkieWpuściło owe potwory zniszczenia,Które mi teraz zarzucają czynySzalone (mniema tak piekielny książęI jego zgraja), dla tego, że znoszęCierpliwie najście ich i zawładnięcie
Miejscem tak pięknem, niebiańskiem, jakobymPobłażał hardym mym nieprzyjaciołom;Szydzą, iż niby gniewem uniesiony,Wszystko oddałem na ich rząd i nierząd;Ale nie wiedzą, że ja sam przyzwałemMe psy piekielne, aby pochłonęłyBłoto i brudy, przez winę człowiekaRozlane na tem, com utworzył czystem;Gdy się przejedzą prawie do pęknięciaPochłanianemi odpadkami, wtedyZa jednem cięciem twej, synu jedyny,Zwycięskiej ręki, Grzech, Śmierć, a za niemiGrób rozwarty wyrzucisz przez Chaos,Zamkniesz na zawsze piekielne czeluście,Zapieczętujesz Piekła chciwą paszczę;Niebo i Ziemia odnowione, czyste,Będą bez skazy aż do uświęcenia;Lecz nim to przyjdzie, na jednem i drugiemWyrok przekleństwa ciążyć nie przestanie.»Umilkł, Aniołów rzesze wielkim głosem,Jako szum morza wzniosły Alleluja:«Słuszne są Twoje drogi, sprawiedliweWyroki wszystkie. Któżby cię śmiał ganić?»Potem wielbili Syna, Zbawcę ludzi,Którego sprawą Niebiosa i ZiemiaWzniosą się nowe, albo zstąpią z Nieba.Takie wznosili śpiewy; Stwórca wtedyWzywał przed siebie Aniołów MocarzyImiennie, dając każdemu zlecenie,Jakiego nowy porządek wymagał.
Najpierwej słońce rozkaz otrzymałoJakie odbywać ruchy i jak świecić,By ziemię darzyć trudnem do zniesieniaZimnem i ciepłem; jak z północy przyzwaćZgrzybiałą zimę, a z południa upałDługich dni lata. Bladego księżycaUrząd otrzymał ścisłe określenie,Równie jak ruchy pięciu innych planet,Ich połączenia i wpływy na ludzi,Czy w szóstej, czwartej, trzeciej części koła,Czy przeciwległe szkodliwie, i kiedySchodzić się mają w konjunkcyę groźną.Stałe też gwiazdy nauczono, kiedyZły wpływ wywierać: czy przy wschodzie słońca,Czy przy zachodzie burzę zapowiadać.Wiatrom wytknięto miejsca, skąd z łoskotemWypadać mają, w zamieszanie wprawiaćMorza, powietrze, i brzegi i lądy;Kiedy ma piorun groźnie się potoczyćPrzez zaciemnione powietrzne przestwory.Mówią, że wtedy rozkazał AniołomStwórca, by ziemi bieguny zwróciliOd osi słońca pochyło o stopniDwukrotnie dziesięć i z nadmiarem nawet;Mozolnie pchali na skos kulę ziemską,Dotąd centralną. Inni znów mniemają,Że rozkazano słońcu zwrócić z drogiSwej równonocnej, jednako odległejOd Byka, z siedmiu nadatlantyckiemiSiostrami i od Bliźniąt z Sparty rodem,
Aż do zwrotnika Raka, stamtąd na dół,Zniżając się przez Lwa, Pannę i Wagi,Do Koziorożca, by wprowadzić zmianęPór roku, każdej strefie odopowiedniąodpowiednią.Inaczej, wieczna wiosna, strojna w kwiaty,Trwałaby, równe mając dni i noce,Oprócz stron poza kołem biegunowemJednem i drugiem; dla nich dzieńby świeciłBez nocy, wzamian za większą odległośćWynagradzając ciągłem nieschodzeniemZ ich widnokręgu, wschodu i zachoduNie znając. Toby chroniło od śniegówZimny kraj Estów, jak i południoweZiemie poniżej cieśnin Magellana.Ale od czasu gdy owoc spożyto,Słońce, jak później kiedyś od TyestaUczty, ze zwykłej swej zeszło kolei:Inaczej czyżby mógł świat zaludniony,Chociaż bezgrzeszny, łatwiej niźli terazZnosić mróz ostry i znojne upały?Takie na niebie zmiany, choć powolne,Spowodowały podobne na morzuJak i na ziemi, i gwiazd wpływ szkodliwy;Mgły i wyziewy zepsute, zjadliwe.Teraz z północy, z swych więzień spiżowych,Od Norumbegi, z kraju Samojedów,Zbrojny w lód, śnieg, grad, zawieje, orkany,Wypadł Boreasz, Cecyasz, Argestes,Trascyasz, łamiąc lasy, burząc morza;Od Serraliona z południa, naprzeciw
Notus i Afer dmą niepowstrzymanie,Spowici w czarne, piorunowe chmury;Wpoprzek im z wschodu i zachodu wichryOkrutne, Eurus i Zefir, a z bokuHuczą szalenie Sirokko, Libekkio.Tak wszczęły walkę istoty bez życiaNiezgoda bowiem, jako córka Grzechu,Już wprowadziła śmierć wśród bezrozumnychTworów, nienawiść budząc między niemi.Zwierzę z zwierzęciem rozpoczęło wojnę,Wpadał na ptaka ptak, ryba na rybę;Już zaniechały trawy, między sobąSię pożerają; przestają czcić Człeka,I uciekają przed nim, albo srogoPatrzą zdaleka na przechodzącego.Tak się mnożyła zewnętrzna niedola,Widział ją w części Adam, choć w zakątkuCiemnym ukryty, pogrążony w smutku,Gorszą czuł w sobie. Na wzburzonem morzuSwych namiętności szukał ulgi w skargachPełnych boleści: «W jakąż wpadłem nędzęZ takiego szczęścia! Na takiż to koniecPrzyszło nowemu światu i mnie, któryJeszcze niedawno chwałąm był tej chwały?Teraz przeklęty z błogosławionego,Staram się ukryć przed Boskiem obliczem,Które oglądać było dla mnie szczytemBłogości! Teraz byłoby już dobrze,Gdyby się nędza moja tem kończyła.Jak zasłużyłem znosiłbym swe winy;
Ale to próżno: wszystko, co spożyję,Wszystko, co spłodzę, rozkrzewi przekleństwo!O głosie, niegdyś z zachwytem słuchany:«Mnóżcie się, Rośćcie!» brzmisz mi jak śmierć teraz!W co mogę wzrastać, co pomnażać, opróczPrzekleństw na swoję głowę? w przyszłych wiekachKażdy z poczucia zła, którem na niegoŚciągnął, z przekleństwem wspominać mnie będzie.«Źle zrobił Adam, nasz przodek skażony,Jemu za wszystko podziękować trzeba.»A takie dzięki to nowe przekleństwa,Więc oprócz tego, które na mnie spadło,Wszystkie się zbierać będą na mą głowię,Odbiciem wracać do swego ogniska,I choć należne, przytłoczą ciężarem.O zbiegłe Raju rozkosze! jak drogoNieustającym bólem okupione!O Stwórco, czym Cię prosił, byś mnie czyniłCzłowiekiem z prochu ziemi? Czym Cię błagał,Byś mnie wynosił z ciemności wieczystych,I w tym rozkosznym ogrodzie sadowił?A że mam byt nie z własnej swojej woli,Byłoby słusznem znów w proch mnie obrócić,Gdy pragnę zrzec się i zwrócić, com dostał,Nie mogąc spełnić zbyt twardych warunków,Na jakich miałem posiadać te dary,O które nigdy nie czyniłem starań.Już ich utrata dostateczną karą,Czemuż ją zwiększasz uczuciem cierpieniaNieskończonego? Nie mogę zrozumieć
Sprawiedliwości Twojej, lecz zapóźnoTeraz spór o nią toczyć, należałoWtedy nie przyjąć warunków, gdy byłyStawiane: mamże teraz, gdym je przyjął,Używać daru a ganić warunki?Gdy Bóg mnie stwarzał, nie pytał mej woli;Tak samo syn mój kiedyś nieposłusznyI ukarany, mógłby odpowiedzieć:«Czemuś mnie spłodził? Nie prosiłem o to!»Czyżbym dopuścił, by mi odpowiadałZ taką pogardą? Życiem go obdarzyłNie wybór mój, lecz popęd przyrodzony.Jedynie z własnej woli Bóg mię stworzyłZ samego siebie na to, bym mu służył.Obdarowanie było jego łaską,A karząc prawo swoje wykonywa;Więc się poddaję, wyrok sprawiedliwy,Że prochem jestem i w proch się obrócę.O błoga Chwilo, zawsze pożądana,Przychodź! Dla czego ręka Jego zwleka,Z tem, co na dzisiaj wyrok postanowił?Po co ja żyję? Czemu śmierć szyderczaPrzedłuża męki, które skończyć winna?Z jakąż rozkoszą spotkam nakaz śmierci,Bym został prochem bez czucia! Jak chętnieLegnę na ziemi, jak na matki łonie!Tam odpoczywać będę, spać bezpiecznie.Już głos straszliwy Jego w moich uszachNie zagrzmi; już mnie nie udręczą troski,Że się pogorszy los mój, lub mych dzieci.
Tylko mnie ściga jedno podejrzenie:Może nie umrę wszystek? może owoNajczystsze tchnienie życia, Duch Człowieka,Od Boga Aa.ny, nie ulega śmierciWespół z cielesną powłoką? a wtedyW grobie, lub w jakiem innem strasznem miejscu,Możebym jeszcze konał żywą śmiercią?Okropne myśli, jeśli tak! Lecz za co?Zgrzeszyło tylko tchnienie życia; konaTo tylko, co ma życie i co grzeszy:Ciało właściwie ni żyje, ni grzeszy,Umrę więc wszystek, milczcie wątpliwości!Dalej już wiedza ludzka nie dosięga.Pan Nieba wieczny, czyż gniew Jego takżeTrwać będzie wiecznie? Chociażby tak było,Człowiek śmiertelny jest, na śmierć skazany;Możeż Bóg gniew swój wywierać bez końcaNa człeka, który śmierci uledz musi?Czy może śmierci nadać nieśmiertelność?Dziwna byłaby sprzeczność, dowodzącaRaczej słabości niż siły; o BoguTego przypuszczać się nie da. A możeZechce skończoność do nieskończonościPrzedłużać w gniewie, aby zaspokoićSurowość, nigdy nie zaspokojoną?Lecz taki Jego wyrok przekraczałbyWłaściwość prochu i prawo Natury,Według którego wszelakie czynnikiMają na względzie nie swoje zakresy,Ale przedmiotu, na który działają.
Cóż jednak, jeśli, wbrew memu mniemaniu,Śmierć nie jest ciosem, co pozbawia czucia,Ale początkiem cierpień nieskończonych,Które uczuwam w sobie i spostrzegamWkoło? Biada mi! Obawa wiecznościWciąż grzmiąco wraca na bezbronną głowę!Śmierć i ja wieczni i wiecznie złączeni!Nie sam ja jeden, we mnie i potomnośćStoi w przekleństwie. Ładną ojcowiznęMuszę zostawić wam, synowie moi!O, gdybym mógł ją sam roztrwonić, abyNic nie zostało wam! WydziedziczeniBłogosławionym mniebyście nazwali,Teraz przeklętym! Ach, czemuż za winęJednego cały rodzaj ludzki podpadłKarze bez winy? Czy tylko bez winy?Wszystko zepsute, co ze mnie pochodzi:Umysł i dusza, nietylko nakłonneDo czynów, ale i do woli takiejJak moja. Jakże przed obliczem BogaMogą bez winy stanąć? OstatecznieMuszę odwołać zarzuty czynioneJemu, bo wszystko to marne wykręty,I choć z manowców przeciwko mnie świadczą.Tak czy inaczej, na mnie, tylko na mnie,Com jest wszystkiego zepsucia początkiem,I źródłem, spada cały ciężar winy.Niech więc i cały gniew na mnie się zwróci!Głupie życzenie! Czyż mógłbym udźwignąćBrzemię niż ziemia cięższe, niż świat cały,
Choćby dzielone z współwinną niewiastą?Tak czego pragniesz i czego się boiszZarówno twoje rozwiewa nadzieje,I takie nędzy twej stawia świadectwo,Jakiej ni przeszłość, ni przyszłość nie jawi;Podobnyś tylko do Szatana zbrodniąI karą. W jakież, o sumienie, wiedzieszOdmęty strachów i grozy? nie zdołamZ nich się wydostać: tonę coraz głębiej!»Tak Adam w głośnych rozwodził się żalachWśród nocy cichej, nie takiej jak wprzódy,Orzeźwiającej, świeżej i łagodnej:Teraz czarnemi mgłami osłonięta,Posępna, straszna, w jego złem sumieniuJeszcze straszniejszem wszystko przedstawiała.Leżał na zimnej ziemi rozciągnięty,Klnąc swe stworzenie i wciąż śmierci łając,Ze się opóźnia, gdy zapowiedzianaW dniu jego grzechu. «Czemu nie przychodzisz»,Rzecze, «by ciosem trzykroć pożądanymByt mój zakończyć? Czy nie może PrawdaDotrzymać słowa? Czy sprawiedliwościBoskiej nie pilno zostać sprawiedliwą?Ale nie przyjdzie Śmierć na zawołanieI Sprawiedliwość nie przyśpieszy krokuDla próśb i żalów. O lasy, o wody,Wzgórza, doliny, jakże inne echaJeszcze niedawno z was wywoływałem,Jak inną pieśnią uczyłem rozbrzmiewać!»Tak znękanego widząc smutna Ewa,
W odosobnieniu siedząca, powstała,I przystąpiwszy, łagodnemi słowyChciała powściągnąć jego uniesienia,Lecz on odegnał ją srogiem spojrzeniem:«Precz z moich oczu, wężu! Taka nazwaPrzystoi tobie, coś z nim w lidze była,Równie fałszywa, równie nienawistna.Brakuje tylko, aby kształt i barwaŚwiadczyły o twej wężowej naturzeKu bezpieczeństwu wszelkiego stworzenia;By nie łudziła ich ta boska postać,Pokrywająca piekielną obłudę!Szczęśliwym zawsze byłbym, gdyby nie ty,Gdyby nie twoja pycha, pewność siebie,Za nic mająca moje ostrzeżenia,Kiedy groziło nam niebezpieczeństwo.Gniewał cię wtedy mój brak zaufania,Chciałaś, by widział cię ktoś inny przecie —Choćby sam Szatan — myślałaś chytrościąWziąć nad nim górę, lecz w pierwszem spotkaniuWąż cię oszukał; on ciebie a ty mnie.Gdym w zaufaniu odejść ci pozwolił,Sądziłem, żeś jest roztropną, niezłomną,Że każdą napaść odeprzeć potrafisz;Nie przypuszczałem, że to wszystko pozór,Nie rzeczywista cnota, że to tylkoZebro, z natury krzywe, ze mnie wzięte,A jak się teraz jasno okazujeWięcej ku lewej stronie się kłoniące;Lepiej je było, jako nadliczbowe,
Zaraz wyrzucić. O, czemuż Bóg Stwórca,Co w swej mądrości Duchami męskimiZaludnił Niebo, obdarował ZiemięTaką nowością, tą piękną przywarąNatury? czemu nie zapełnił świataOdrazu męskim rodem, jak Aniołów?Albo innego nie obrał sposobuKrzewienia rodu ludzkiego? WtedybyNie wydarzyło się takie nieszczęście,I większe jeszcze, które czas przyniesie,Nieprzeliczone na ziemi rozterkiWskutek fortelów żeńskich i miłości.Albo mężczyzna godnej towarzyszkiNie znajdzie, tylko tę, co mu zła dolaAlbo omyłka podsunie, albo teżTej, której pragnie, nie pozyska nigdy,I ujrzy zmienną w objęciach innegoO wiele mniejszej wartości; lub jeśliI Zyska jej miłość, nie dadzą rodzice,Albo zapóźno napotka wybraną,Już ślubnym węzłem związany z złą jędzą,Co mu nienawiść i hańbę przynosi.To w życiu ludzkiem nędzę niezmierzonąSprawi i pokój domowy zakłóci.»Zamilkł i od niej odwrócił się; Ewa,Tem niezrażona, płacząc nieustannie,Z rozwianym włosem, do nóg mu upadłaI przepraszała, tak zawodząc żale:«O, nie odtrącaj mnie, mężu. Bóg świadkiem,Że miłość szczerą i cześć żywię w sercu
Dla ciebie, i że tylko nieświadomieSkrzywdziłam ciebie, oszukana samaW nieszczęsnej chwili! Z pokorą, u nóg twychBłagam, abyś mnie nie pozbawiał tego,Co moje życie stanowi, twych spojrzeńŁagodnych, twojej pomocy i rady,Jedynej mojej siły i oparciaW tej ostatecznej niedoli. Gdzie pójdę,Gdy mnie odpychasz? Gdzie mam pozostawać?Póki żyjemy jeszcze — może tylkoGodzinę krótką — niech pokój zupełnyNastąpi między nami. Jak nieszczęścieWspólne nam było, tak niech nas połączyWspólna nienawiść do nieprzyjaciela,Którego jasno nam wyrok wskazuje,Strasznego Węża. Na mnie, już straconą,Nie zwracaj gniewu za to, co się stało,Bom nieszczęśliwsza od ciebie: obojeGrzeszni jesteśmy, lecz ty przeciw Bogu,Ja przeciw Bogu i tobie. O, wrócęDo miejsca sądu, tam szlochaniem głośnemDopóty będę naprzykrzać się Niebu,Aż zdejmie wyrok z twej głowy i włożyNa moję, bom jest źródłem twej niedoli,Na moję, słuszny przedmiot Jego gniewu!»Płacz stłumił słowa; jej postawa kornaI nieruchoma, jej oczekiwanieBy jej przebaczył winę już wyznaną,Wzbudziły litość i żałość Adama.Ta, co niedawno życiem jego była,
Jego rozkoszą jedyną, pokornieLeżała u stóp jego, bolejąca;Tak piękna, teraz błaga pojednania,Rady, pomocy od obrażonego.Więc rozbrojony, pozbywszy się gniewu,W te słowa do niej przemówił łagodnie:«O, nierozsądna, jak przedtem tak teraz,Pożądająca tego, czego nie znasz!Chcesz, aby na cię spadła cała kara:A przedewszystkiem znoś swą własną: otoJego pełnego gniewu małej cząstkiI mej niechęci udźwignąć nie możesz!Gdyby gorące modły wyrok NiebaOdmienić mogły, uprzedziłbym ciebieDo miejsca sądu, i głośniejbym błagał,By na mą głowę cała wina spadła;A przebaczono twej płci, kruchszej, słabszej.Mnieś powierzona, przezemnie na zgubęZbyt nieostrożnie wystawiona. TerazWstań, rzućmy waśni, nagany wzajemne,Dosyć ganieni gdzieindziej; wymianąUsług życzliwych niech jedno drugiemuPomaga dźwigać ciężar nałożony,Bo śmierć, na dzień ten naznaczona, ponoNie spadnie nagle, ale wolnym krokiem.Zbliżać się będzie, jakoby konanieDługiego dnia, by zwiększyć nasze mękę,I nieszczesnego naszego plemienia.»Ewa nabrawszy ducha, rzecze na to:«Adamie, po tak smutnem doświadczeniu,
Gdy takie błędne były moje słowa,Wiem, że mieć muszą teraz małą wagęU ciebie, niemniej, gdym już w twojej łasce,Chociaż niegodna, spodziewam się twojeOdzyskać miłość, mej duszy pociechę.Czy żyć, czy umrzeć mamy, odkryć muszę,Co mi się w sercu niespokojnem roi,A co ma nasze nieszczęścia złagodzić,Albo zakończyć: środek twardy, smutny,Lecz w nędzy znośny, do wyboru łatwy.Największą naszą troską los potomków,Którzy przychodzić będą na świat po to,By cierpieć, póki śmierć ich nie pochłonie.— Bolesne to być sprawcą czyjej nędzy;I swemi dziećmi, własnych lędźwi płodemZapełniać świat ten przeklęty, ażebyPo życiu pełnem nędzy szły na pastwęZłego potworu; — ale w twojej mocyGdy nie poczęte zapobiedz poczęciuNieszczęsnych istot: nie masz teraz dzieci,Nie miej ich nigdy. Śmierć dozna zawodu,Żarłoczna paszcza jej poprzestać musiNa nas obojgu. Lub, gdy ci się zdajePrzykrą i trudną rzeczą, by rozmawiać,Spoglądać, kochać, a odmawiać sobiePraw przynależnych miłości, uściskówSłodkich, małżeńskich; bez nadziei pragnąćWobec przedmiotu miłości, jednakiemGorejącego pragnieniem; że mękaByłaby niemniej ciężka, niźli owe,
Co strach w nas budzą: by więc nas obojeI nasze plemię za jednym zamachemOd groźnych dla nas następstw oswobodzić,Szukajmy śmierci, lub, gdy nie znajdziemy,Własnemi dłońmi spełnijmy jej urządNa sobie samych. Czegóż dłużej mamyDrżyć pośród strachów, które śmierć ma skończyć?Mamy najkrótszej do niej wybór drogi:Zniszczeniem można zniweczyć zniszczenie.»Przestała mówić, bo wybuch rozpaczyStłumił jej słowa; zbladłe miała licaOd ciągłej myśli o śmierci. Lecz Adam,Bynajmniej takiej rady nie przyjmując,Bystrzejszy umysł do lepszych nadzieiKłonił, i taką dał Ewie odpowiedź:«Twoja pogarda życia i rozkoszyZda się czemś wzniosłem, doskonalszem niźliUciechy życia, ale tej mniemanejWzniosłości przeczy zamysł samobójczy,Bo nie o wzgardzie świadczy, lecz o strachuI żalu życia z rozkoszami jego,Zbyt cenionemi. Gdy chcesz śmierci, jakoOstatecznego końca cierpień ciężkich,Sposobu ujścia kary naznaczonej,Bądź pewna, że Bóg przemądrze uzbroiłSwą dłoń karzącą, i wymknąć się nie da.Raczej tak mniemam, że śmierć samowolnaNie wyswobodzi nas od kary, którąWyrok naznacza: może upór takiPobudzić Boga, by rozkazał śmierci
Żyć nieustannie w nas; więc upatrujmyPewniejszej drogi, i, jak mi się zdaje,Już ją spostrzegam: przypominam sobieTakie w wyroku naszym wyrażenie:«Twoje nasienie zetrze głowę węża.»Odwet to lichy, chyba że tu idzie,Jak ja przypuszczam, o nieprzyjacielaTakiej wielkości jak Szatan, co wężaKształty przejąwszy, oszukać nas zdołał.Zaiste, gdyby jego zdeptać głowę,Byłby nielada odwet, lecz straconyBędzie, jeżeli sami sobie życieOdbierzem, albo według twego wniosku,Bezdzietnie dni swych dokonamy; wtedyWróg nasz uniknie kary nałożonej,A my zdwoimy ją na nasze głowy.Niech już nie będzie mowy między namiO srogiem sobie odebraniu życia,Lub bezpłodności umyślnej; jużbyśmyOstatnią sobie odjęli nadzieję,I tchnęłoby to zawziętością, pychą,Niecierpliwością, wzgardą i oporemBogu i jarzmu, jakie sprawiedliwieNa nasze karki włożył. Wspomnij sobie,Jak nas łagodnie, łaskawie, bez gniewuSłuchał i sądził. OczekiwaliśmyNatychmiastowej zagłady, mniemając,Że śmierć za chwilę przyjdzie, gdy tymczasemTobie objawił jedynie, że w bóluBędziesz rodziła dzieci, lecz niebawem
Doznasz radości, skoro ujrzysz owocŻywota twego; a przekleństwo mojeSpadło na ziemię prosto: w pocie czołaChleb mam pożywać! Cóż tak bardzo złego?Gorsze byłoby próżnowanie; pracaDa utrzymanie. By zimno lub upałNam nie szkodziły, już Sędzia litośnyOkrył niegodnych nas, choć nie proszony;Jeśli będziemy prosili, tymbardziejWysłucha, serce do litości skłoni,Nauczy, jak się mamy zabezpieczaćOd nieprzyjaznych pór roku, od deszczu,Lodu i śniegu. Już się pokazujeZmiana na niebie, już od gór dmą wiatryWilgotne, ostre, zrywają powabneKędziory drzew, tak pięknie rozłożystych.To napomnienie, abyśmy szukaliLepszej ochrony, jeśli chcemy rozgrzaćSkrzepnięte członki, nim ta gwiazda dziennaOdchodząc, zimną noc zostawi; możeUdałoby się odbite promienieZgromadzić i czemś suchem żywić snadnie?Lub dwóch ciał tarciem ściśnięte powietrzeW ogień zamienić, jak niedawno chmuryPędzone wiatrem, gdy się ostro starły,Błysły ukośnie zygzakiem płomiennym,Spadł ogień, jodły czy też sosny koręŻywiczną zażegł, i zdaleka szerzyłPrzyjemne ciepło, mogące zastąpićPromienie słońca. Jak takiego ognia
Używać, i jak wielu innych rzeczy,Mogących przynieść ulgę tej niedoli,Którą złe czyny nasze sprowadziły,On nas nauczy, gdy prosić będziemyO przebaczenie; nie trwóżmy się zatemNiewygód życia, On nas nie zostawiBez licznych pociech, aż się obrócimyW proch, nasz spoczynek wieczny, dom rodzinny;Najlepiej pójdźmy tam, gdzie On nas sądził,Padnijmy na twarz, wyznajmy pokornieSwe winy, prośmy, aby nam przebaczył,Łzami oblejmy ziemię, westchnieniamiZe skruszonego serca napełniajmyPowietrze na znak żalu i pokory;Z pewnością da się wzruszyć, gniew porzuci.W jego pogodnym wzroku, nawet wtedy,Gdy się najbardziej zdawał zagniewany,Jaśniała przecież łaska, miłosierdzie.»Tak mówił ojciec nasz, pokutujący,Niemniejszą Ewa uczuwała skruchę,Wrócili prędko tam, gdzie Bóg ich sądził;Upadli na twarz, wyznali pokornieSwe winy, prosząc, aby im przebaczył,Łzami obleli ziemię, westchnieniamiZe skruszonego serca napełniliPowietrze na znak żalu i pokory.
Tak żałujący, w pokornej postawieWznosili modły, bo już promień łaskiUprzedzającej z tronu miłosierdziaPadł i usunął z ich serc skamieniałość,W tem miejscu ciało wytwarzając nowe.Słali westchnienia w Niebo nieustanne,Duchem modlitwy natchnione, te szybszymLotem szły w górę, niż najgłośniej brzmiąceDzieła wymowy. Znać było z postawyŻe niepośledni suplikanci: równejWagi ich prośba, jak tej starej pary,Niegdyś lecz później, według dawnej baśni,Deukaliona i Pyrry cnotliwej,Którzy, gdy potop zniszczył rodzaj ludzki,Jego odnowy pobożnie błagaliU stóp Temidy. Prarodziców modłyPłynęły w Niebo, niezwiane wiatramiNieprzychylnemi, ni spędzane z drogi;
Przez Niebios bramy przeszły bezcielesnePrzed ołtarz złoty, i z dymem kadzidełPrzenikły aż do tronu Przedwiecznego.Tam je radośnie Syn Boży przedstawił,I tak rozpoczął swoje wstawiennictwo:«Patrz, Ojcze, Ziemia podaje owocePierwsze Twej łaski, zaszczepionej w Człeku,Modły, westchnienia, które w kadzielnicyZłotej, z kadzidłem przynoszę przed Ciebie,Jako twój Kapłan: owoc Twego siewuWraz z skruchą w jego sercu, milszej woni,Niż wszystkie drzewa, któreby rękamiWłasnemi kiedyś wyhodował w RajuPrzed utraceniem niewinności. TerazDo jego modlitw skłoń łaskawe ucho,Usłysz westchnienia bez słów, bo on nie wie,Jak swoję prośbę złożyć, niech ja będęJego tłómaczem, adwokatem sprawyI przejednawcą. Wszystkie jego czyny,Dobre, niedobre, złóż na moję głowę:Co dobre moja podwyższy zasługa,Co złe śmierć moja w przyszłości okupi;Przyjm mnie, a we mnie od nich woń przymierzaZ ludzkim rodzajem. Teraz przejednany,Zostaw im życie przed Twojem obliczem,Albo przynajmniej dni im naznaczone,Choć smutne, póki śmierć, według wyroku(Który złagodzić pragnę, nie obalić)Nie wwiedzie ich do szczęśliwszego życia.Gdzie ze mną mieszkać będą odkupieni
Wszyscy w weselu i błogości, ze mnąJedność stanowiąc, jak ja z Tobą jedno.»Na to mu Ojciec pogodnie odpowie:«Prośbę Twą spełnię, Synu ukochany,Zgodna z wyrokiem moim; ale nadalNie mogą mieszkać w Raju; to byłobyWbrew prawom, jakie przyrodzie nadałem.Żywioły Raju czyste, nieśmiertelne,Nie znoszą grubych i nieharmonijnychDomieszań: wygnaj teraz splamionego,Odłącz go, jako skazę; pospolitszyNiech w pospolitszem powietrzu zamieszka,I grubszą strawą się żywi, to będziePrzysposobieniem najlepszem do śmierci,Którą mu wszczepił grzech, psujący wszystko.Stwarzając, dwoma go uposażyłemDarami: szczęściem i nieśmiertelnością,Gdy nieroztropnie pierwsze z nich utracił,Drugaby tylko wiecznemi czyniłaJego cierpienia, więc śmierć powołałem,Ona lekarstwem jego ostatecznem:Gdy przejdzie życie w ciężkich doświadczeniach,Oczyszczonego wiarą, uczynkamiDobremi, śmierć go do drugiego życiaPrzeniesie, w którem wszyscy sprawiedliwiZbudzą się, aby, wraz z odnowionemiZiemią i Niebem, pełnić wolę Bożą.Ale tu wszystkich niebian powołajmy,Aż od najdalszych krańców empiryjskich;Nie chcę przed nimi taić swych wyroków:
Jak osądziłem upadłych AniołówWidzieli, teraz mój sąd na CzłowiekaNiech widzą, aby, choć są niezachwiani,I nadal równie niezachwiani byli.»Umilkł, Syn skinął, a wnet promienistyAnioł, pełniący służbę, zadął w trąbę,Słyszaną może później na Horebie,Kiedy zstępował Bóg, i może jeszczeZagrzmi raz na sąd ostateczny. Dźwięk tenZapełnił całe niebieskie przestwory:Z niewiędniejących cienistych ustroni,Od źródeł wody życia, gdzie anielskoBiesiadowali, Synowie Światłości,Słysząc wezwanie do swych miejsc śpieszyli,Az wysokiego tronu WszechmogącyTaką ogłosił światowładną wolę:«Synowie, Człowiek stał się nam podobnym,Znającym dobre i złe od tej chwili,Gdy zakazany owoc spożył; alePróżno się szczyci z wiadomości dobra,Które utracił, i zła, które nabył:Szczęśliwszy, gdyby się był ograniczyłNa znaniu dobra, jak jest samo w sobie,A złaby lepiej nie był poznał wcale.Teraz się smuci, modli się skruszonyZa pobudzeniem mojem. Ale zdawnaZnam jego serce, jak zmienne i próżne,Gdy zostawione sobie: by więc terazZuchwalszą ręką nie zerwał owocuZ Drzewa Żywota i nie zdobył życia
Wiecznego, wreszcie, by o niem nie marzył,Postanowiłem wygnać go z Edenu.Niechaj uprawia ziemię, z której wzięty,Która dla niego najodpowiedniejsza.Michale, oto rozkaz masz wykonać:Wybierz z pomiędzy Cherubinów orszakPłomiennych wojów, aby NieprzyjacielNie wszczął ponownych zamieszek, jakobyBroniąc Człowieka, lub w chęci wkroczeniaDo niezajętej posiadłości. Śpiesz się,I bez wahania wygnaj grzeszną paręZ Bożego Raju, z uświęconej ziemiWydal nieświętych; im i ich potomstwuZapowiedz odtąd wygnanie wieczyste,Lecz, by surowe spełnienie wyrokuNiezbyt zgnębiło strapionych, jak widzę,Opłakujących winę, nie strasz zbytnio.Jeśli z poddaniem przyjmą twe rozkazy,Nie pozostawiaj ich bez słów pociechy:Przyszłych dni losy odkryj Adamowi;Ja ci natchnienie ześlę. Przytocz nowePrzymierze moje z plemieniem niewiasty.Niech idą wprawdzie smutni, lecz w pokoju.A wschodniej strony Edenu, gdzie dostępJest najłatwiejszy, niech strzeże Cherubin,Niech strach rozsiewa mieczem płomienistym,I broni przejścia do Drzewa Żywota,By Raj nie stał się przytułkiem złych duchów,Ich łupem wszystkie me drzewa, a owocSkradziony nowem Człowieka mamidłem».
Rzekł, a Archanioł spiesznie się kierujeDo nizin ziemskich, z nim zastęp CherubówCzujnych: a każdy miał cztery oblicza,Jakby podwójny Janus, postać całaPełna błyszczących ócz, liczniejszych niźliByły Argusa: ni flet arkadyjskiNie uśpiłby ich, ni różdżka Hermesa.Tymczasem, aby na nowo powitaćŚwiat błogiem światłem, wstała LeukoteaI świeżej rosy balsamiczną woniąRzeźwiła ziemię. Prarodzice nasi,Skończywszy modły, czuli nowe siły,Zesłane z góry, i nową nadziejęW miejsce rozpaczy; radość połączonąZ bojaźnią. Adam przyjaznemi słowyStan swojej duszy tak wyraził Ewie:«Łatwo uwierzyć, że wszystko, co dobre,Z Nieba nam schodzi, lecz trudniej dać wiarę,Iż od nas może coś wznieść się do Nieba,I tak przeważnie wpłynąć na myśl Boga,Iż wolę Jego nakłania, a jednakTo czynią modły, albo jedno krótkieWestchnienie z ludzkiej piersi podniesioneDo tronu Jego; bo odkąd modlitwąPragnę przebłagać Bóstwo obrażone,Na klęczkach przed niem serce upokarzam,Wraz mi się zdaje, widzę Go przed sobąPrzejednanego, pełnego dobroci;Mam przekonanie, że On mnie łaskawieWysłuchał, pokój wrócił do mej duszy,
A do pamięci swoję obietnicę,Że twe nasienie zetrze głowę wroga.Wtedy w przestrachu nie myślałem o tem,Lecz teraz daje mi to upewnienie,Że gorycz śmierci przeszła: żyć będziemy.Więc cię pozdrawiam, Ewo, słusznie zwanaMatką rodzaju ludzkiego, wszystkiegoCo żyje matką, bo tylko przez ciebieCzłowiek ma życie, a wszystko dokoła,Co żyje, żyje z powodu Człowieka.»Na to mu Ewa ze smutkiem odpowie:«Niegodna jestem takiego nazwiska;Zgrzeszyłam, ciebie wciągnęłam w zasadzkę,Ja, która miałam być tobie pomocą.Słuszniejsze dla mnie wyrzuty, nieufność;Ale mój Sędzia łaskawy bez granic,Mnie, która pierwsza przyniosłam śmierć wszystkim,Uczynił źródłem życia, i ty, dobry,Nazwę zaszczytną dajesz, gdy na innąZasługiwałam. Ale oczekujePole na pracę nasze, pot i trudy,Chociaż bezsenną noc przepędziliśmy.Oto poranek z różanym uśmiechemWstaje, niedbając o to, żeśmy senni.Pójdźmy, już nigdy od twojego bokuKrokiem nie ruszę, gdziekolwiek wypadnieNam praca dzienna, chociaż ma być odtądZnojna i długa do wieczornej zorzy.Ale dopóki tu nasze mieszkanie,Jakaż być może praca uciążliwą
Na tych rozkosznych błoniach? Tutaj żyjmyZadowoleni, choć w upadłym stanie.»Takie życzenia wynurzała EwaUpokorzona, lecz nie potwierdziłoIch Przeznaczenie. Zjawiały się znakiNaprzód w przyrodzie, w ptakach i zwierzętach.Po krótkim blasku porannym ściemniało;W jej oczach orzeł spadł z powietrznych szlaków,Pędząc przed sobą dwie ptaszyny krasne;Z wzgórza król kniei, najpierwszy myśliwy,ścigał rączego jelenia i łanię,Miluchną parę, ozdobę zarośli,Uciekającą do wschodnich wrót Raju.Adam, wpatrzony na to polowanieNie bez wzruszenia, tak mówił do Ewy:«O Ewo, dalsze zmiany nas czekają:Niebo je w niemych znakach zapowiada,Przyroda jego zamiarów zwiastunem.Może ostrzega, że kara nas czeka,Choć śmierć o kilka dni się opóźniła.Kto wie, jak długie i jakie wieść życieAż do tej pory mamy? Albo nawetNam przypomina, że prochem jesteśmy,W proch się obrócim i skończym istnienie?Bo cóż innego mogłaby oznaczaćTa w naszych oczach podwójna gonitwaW powietrzu i na ziemi jednocześnie?Czemu na wschodzie ściemniło się nagle,Choć jeszcze niema południa? A światłoPoranne w owym obłoku z zachodu
Sunie w promieniach białych po błękitnymPrzestworze, zniża się zwolna, jak gdybyCoś niebiańskiego w swych osłonach niosło?»Tak było; orszak niebiański zstępowałZ jaspisowego nieba w rajskie sfery,I zajął wzgórze. Świetne to zjawisko!Lecz Adamowi zwątpienie i bojaźńZaćmiły oczy. Nie większym zapewneBlaskiem jaśniało zjawienie AniołówW Mahanaimie, gdzie Jakób zobaczyłZajęte całe pole ich obozem;Ani gdy sługa Elizego w DathanUjrzał na górze płomiennej obozyPrzeciw królowi syryjskiemu, który,Aby uchwycić jednego człowieka,Zgromadził wojsko i zbójców przykłademRozpoczął wojnę bez wypowiedzenia.Książę Aniołów swemu orszakowiKazał obsadzić ogród, a sam poszedłDo miejsca, w którem Adam miał schronienie.Ten go niebawem spostrzegł i czekającJego nadejścia, tak mówił do Ewy:«Ewo, do ważnych wieści bądź gotowa,Może nam one wkrótce kres położą,Może zmienione będą nasze prawa;Oto z jasnego obłoku na wzgórzuIdzie ktoś ku nam z zastępów niebiańskich;Jak widać z ruchów i całej postawy,Nie do niskiego rzędu się zalicza:Któryś z Mocarzy, tron zasiadających,
Taki otacza go majestat, jednakNie tak straszliwy, iżby mnie przerażał,Ni też łagodny tak i towarzyski.Jak był Rafael, który ufność budził.Jest uroczysty i wzniosły; pośpieszęNaprzód z pokłonem, by go nie obrazić,A ty się usuń na bok.» Przestał mówić;Wkrótce się zbliżył Anioł, nie w postaciNiebiańskiej, ale ubrany jak człowiekSpotykający człowieka; na lśniącejZbroi wojskowa tunika z purpury,Piękniejszej niźli melibejska, niźliSarrajska, którą dawniej monarchowieI bohaterzy po trudach wojennychNosili; tęcza barwiła tkaninę.Z pod gwiaździstego hełmu twarz jaśniałaSiłą lat męskich przy końcu młodości;U boku wisiał na iskrzącym pasieMiecz, postrach czarta, — włócznię trzymał wSkłonił się Adam nisko, Zwiastun BożyW pełni powagi nie uchylił głowyI swego przyjścia cel oznajmił taki:«Adamie, rozkaz Nieba wysokiegoNie potrzebuje wstępu: dość, że modłyTwe wysłuchane. Śmierć, na którą wyrokZa grzech cię skazał, jeszcze na dni wieleZbędzie swojego łupu. Czas ten ŁaskaDaje ci, abyś w skruszeniu i żaluZły czyn wieloma dobremi nagrodził.Gdy czas ten przyjdzie Pan twój przejednany
Może cię zbawić od uroszczeń Śmierci,Lecz nie pozwala dłużej na mieszkanieW Raju: przychodzę, by cię wyprowadzićZ tego ogrodu, byś uprawiał ziemię,Z którejś jest wzięty, właściwszą dla ciebie.»Tu przestał mówić, bo na tę wiadomośćAdam rażony w serce, zimnym dreszczemPrzejęty, prawie zmysły stracił; Ewa,Choć niewidziana, wysłuchała wszystko,I narzekaniem głośnem wyjawiłaNiebawem miejsce swojego ukrycia.«O niespodziany ciosie, niż śmierć gorszy!Więc tak porzucić mam cię, Raju? ciebieRodzinne moje miejsce, błogie niwyI gaje, godne pomieszkania bogów?Miałam nadzieję, że w nich, chociaż smutne,Spokojne spędzę dni nam wyznaczone,Aż śmierć oboje zabierze. O kwiaty!Nie zakwitniecie nigdy w innej strefie!Do was najpierwej biegłam wczesnym rankiem,Do was ostatnie w wieczór moje kroki;Troskliwą ręką was od pierwszych pączkówWychowywałam, dawałam imiona.Teraz kto wasze główki zwracać będzieDo słońca, według gatunków rozdzielać?Kto skrapiać wodą z ambrozyjskich źródeł?I ty, weselna chato, ozdobionaWszystkiem, co nęci wzrok lub powonienie,Jak mi się rozstać z tobą i gdzie odejść?W jakiś świat niższy, ciemniejszy od tego
I dziki? Jak tam oddychać będziemyPowietrzem innem, mniej czystem, zwyczajniNieśmiertelności pożywać owoce?»Anioł jej skargi łagodnie przerywa:«Ewo, nie rozwódź żalów, lecz cierpliwieWyrzecz się tego, coś straciła słusznie,I nie przywiązuj się zbytnie do rzeczy,Które twojemi nie są: stąd odchodziszNie sama; z tobą idzie twój małżonek,Masz obowiązek jemu towarzyszyć:Gdzie on osiądzie, tam ojczyzna twoja.»Tu ochłonąwszy z osłupienia Adam,Zebrawszy ducha, pokornemi słowyDo Archanioła Michała tak rzecze:«Mieszkańcze Niebios! Alboś jeden z Władców,Albo najwyżej z pośród nich wzniesiony;Z postaci sądząc, Książę nad Książęty.Łagodnie pełnisz swoje posłannictwo,Kiedy surowem słowem mogłeś zranić,Surowym czynem zabić nas. Co tylkoSmutku, zgnębienia i rozpaczy możeWytrzymać nasza słabość, to nam niesieTwoja nowina. Porzucić więc mamyTo błogie miejsce, rozkoszne ustronieNasze, jedyną w niedoli pociechę?Tak do niej oczy nasze już przywykły!Tak każde inne, niegościnne, pusteWyda się miejsce! I nas nieznająceI nam nieznane. Gdyby nieustanneModlitwy mogły zmienić wolę Tego,
Co wszystko może, anibym na chwilęNie przestał nużyć Go mojem błaganiem,Lecz wobec Jego stanowczych wyrokówModlitwa znaczy tyle, co ust tchnieniePrzeciw wichrowi, który je wnet zwracaW te same usta: poddaję się zatemWoli Wszechmocnej. Najbardziej mnie martwi,Że gdy stąd wyjdę, będę jak ukrytyPrzed Boską twarzą; już błogosławionychLic jego więcej nie ujrzę: tu mógłbymZe czcią obchodzić miejsca uświęconeJego bytnością; mógłbym synom moimKiedyś powiadać: na tej się objawiłGórze, pod owem widziałem go drzewem,Z pośród tych sosen głos mnie doszedł Boski,A przy tem źródle rozmawiałem z Bogiem!Stawiłbym liczne dziękczynne ołtarzeZ darniny, z głazów wybranych z potoku,Odległym wiekom na pamiątkę; darySkładałbym z wonnej żywicy, z owocówI z kwiatów. Ale w owym dolnym świecieGdzież spotkam Jego zjawienie świetlane?Gdzie Jego stopy ślad? Bo choć przed gniewnymUciekłem, teraz znowu powołanyŻyć dłużej i być ojcem licznego plemienia,Radbym oglądał choć brzask Jego chwałyI czcił zdaleka ślady jego kroków.»Na to Archanioł z łaskawem spojrzeniem:«Adamie, wiesz, że Jego są NiebiosaI cała ziemia, nie ta skała tylko.
On wszechobecny, i pełne są JegoLądy i morza i powietrze: wszystko,Co żyje, wzbudza jego siła twórczaI grzeje. Tobie oddał całą ziemiąNa posiadanie i na panowanie.Dar to wspaniały. Nie przypuszczaj zatem,Że Bóg jest tylko w tych ciasnych granicachEdenu, albo Raju. Tutaj możeByłaby kiedyś twa główna stolicaZ niejby płynęły wszystkie pokolenia,Do niej wracały aż od krańców Ziemi,Aby ci, jako praojcowi swemuHołd składać, czcić cię; ale ten przywilejStraciłeś, teraz wraz z synami swymiPłaską zamieszkasz ziemię. Ale nie wątp,Że Bóg jest wszędzie, w dolinach, równinach,Tak, jak i tutaj: jego obecnościLiczne oznaki wciąż idą za tobą,On cię dobrocią, miłością ojcowskąCiągle otacza: twarz swoję objawia,Zostawia boskich swoich kroków ślady.Abyś w to wierzył, i nim stąd odejdziesz,W tej się umocnił wierze, jam przysłany,Bym ci obwieścił, jaka przyszłość czekaCiebie i twoje potomstwo. Bądź gotówUsłyszeć dobre i złe rzeczy: ŁaskęNadprzyrodzoną walczącą z grzesznościąCzłowieka; zatem ucz się cierpliwościPrawdziwej, rozkosz powściągaj bojaźniąI pobożnością; znoś z umiarkowaniem
Zarówno szczęście, jak przeciwne losy.Tak ocalejesz w życiu, i najlepiejPrzygotowany będziesz na cios śmierci,Gdy czas jej przyjdzie. Wejdź na owo wzgórze,Mech Ewa, której oczy obciążyłem,Śpi tu na dole, jak ty niegdyś spałeś,Gdy ją stwarzano; ty w jasnowidzeniuPrzyszłości czuwaj.» Na to mu z wdzięcznościąOdpowie Adam: «Przewódzco bezpieczny,Wstępuj, za tobą pójdę, gdzie powiedziesz.Karzącej ręce Boskiej się poddaję.Przeciw złej doli pierś swoję wystawię,Zbrojną cierpienia i wytrwania tarczą,A spokój pracą zdobywając, jeśliZdobyć go mogę.» Tak oba wstąpiliW krąg zjawisk Boskich. Była to największaGóra w obrębie Raju, z jej wierzchołkaPołowę ziemi jasno można byłoRozpatrzyć; jednak ani wyższa była,Ani widoku rozległość dawałaWiększą, niż owa, na którą Kusiciel,Z innych powodów, drugiego AdamaPrzeniósł z pustyni, aby mu okazaćWszystkie Królestwa Ziemi i ich chwałę.Oko Adama z miejsca w którem stanąłMogło oglądać miasta głośnej sławyW różnych epokach, stolice potężnychMocarstw, od murów Kambalu, siedliskaChana Kathaju, i od SamarkandyNad rzeką Oxus, gdzie tron Tamerlana,
Aż do Pekinu, królów chińskich miasta;A stąd do Agry, Mogoła wielkiegoLahory, dołem aż do ChersonezuZłotego, stąd wdali, gdzie perska stolica,Wprzód Ekbatana, a później Iszpahan;Moskwa, podległa ruskiemu carowi,I Bizancyum, stolica sułtana,Pochodzącego z Turkestanu. DalejWzrok jego spotkał cesarstwo NegusaZ najodleglejszym jego portem, zwanymErkoko, dalej inne mniejsze państwaPrzymorskie: Monbaz, Quiloa, Melinda,Sofala, miana za Ofir, nareszcieKu południowi Kongo i Angola.Stąd zaś, od Nigru rzeki do Atlasu,Ujrzał królestwa Almanzora, Fez, Sus,Marokko, Algier, Tremizen, stąd oczyNa Rzym obrócił i świat mu podległy,A może widział także w duchu MeksykBogaty, państwo króla Montezumy,I Kusko w Peru, bogatszą stolicęAtabalipy, i jeszcze nietkniętąGujanę, którą syny GeryonuZwą Eldoradem. Lecz do szlachetniejszychWidoków Michał zdjął z oczu AdamaŁuskę, owocu zwodniczego wytwór,Za obiecaną jasność — zaciemnienie.Poczem nerw oczu oczyścił świetliczkąI rutą, a że widzieć miał tak wieleTrzy krople wody życia wpuścił w oczy.
Dzielność tych środków tak mocno wniknęłaAż do siedliska wzroku duchowego,Że z zamkniętemi oczyma padł AdamJak odrętwiały. Anioł go łagodniePodniósł za rękę i przytomność wrócił:«Adamie, otwórz oczy i patrz naprzódNa skutki, jakie twój grzech pierworodnyW niektórych z twego pokolenia sprawi,Choć wzbronionego nie tknęli owocu,Z Wężem w umowy nie wchodzili, aniNie popełnili wcale twego grzechu,Ale zepsucie z niego pochodząceDo coraz gorszych pobudzi ich czynów.»Adam otworzył oczy i zobaczyłPole uprawne w części, na niej snopyŚwieżo skoszone dojrzałego zboża;Drugą część pola objęły pastwiska,W środku, jak kopiec graniczny, stał ołtarzZ darniny. Tutaj rolnik uznojonyNiósł na ofiarę pierwociny pracyDojrzałe snopy i zielone kłosy.Nie wyborowe, lecz jakie popadły;Z przeciwnej strony pasterz łagodniejszyNiesie jagnięta piękne pierworodne,Z trzody wybrane, i czyniąc ofiaręNa porąbane drzewo złożył trzewiaI tłuszcz, obsypał kadzidłem, i spełniłWszelkie obrządki: niebawem spadł z niebaOgień przychylny, pochłonął ofiarę,Wydając płomień jasny i dym wonny.
Nie zapłonęła ofiara drugiego,Jako nieszczera; uczuł zawiść w duszy,W kłótni z pasterzem rzucił weń kamieniem,Trafił go w piersi i życia pozbawił!Zbladł uderzony, upadł i z krwi strugąWyzionął ducha. Adam tym widokiemDo głębi serca wstrząśnięty, wybuchnąłTakiemi słowy bólu do Anioła:«Nauczycielu, straszna to jest krzywdaTak łagodnemu człowiekowi, temu,Co szczerą składał ofiarę; czyż takaNagroda cnoty, prawej pobożności?»Michał, wzruszony sam, na to odpowie:«To są dwaj bracia, Adamie, i z twoichZrodzą się lędźwi. Tak zabije kiedyśNiesprawiedliwy brat sprawiedliwego,Gnany zazdrością, że ofiarę brataNiebo przyjęło, ale zbrodnia krwawaBędzie pomszczona, a wiara drugiegoZnajdzie nagrodę, chociaż tu, jak widziszTarza się w prochu i krwi własnej strudze.»Na to praojciec nasz: «Biada czynowi,Biada pobudce! Ale czyż ja terazŚmierć oglądałem? Czy w taki sam sposóbW proch się obrócę? O straszny widoku,Co myśl przeraża, uczucia oburza!»Na to mu Michał: «Śmierć tu oglądałeś,Tak, jak się pierwszy raz na człeku zjawi;Ale różnemi drogami prowadziDo swej ponurej jamy; wszystkie straszne,
Choć okropniejsze u wejścia, niż wewnątrz.Niektórzy umrą od gwałtownych ciosów,Jak to widziałeś, lecz więcej od ognia,Wody i głodu; najwięcej zagarnieNiewstrzemięźliwość w jadle i napoju.Ona sprowadzi na ziemię choroby,Których potworny tłum stanie tu wkrótce,Byś widział, jaką nędzę na ród ludzkiNiepowściągliwość Ewy sprowadziła.»Niebawem wyrósł przed okiem AdamaBudynek smutny, wstrętny i ponury;Był to lazaret, w którym pomieszczonoTłumy, cierpieniem rożnem nawiedzone.Tu kurcz straszliwy, tu konanie ciężkie,Omdlenia, różne gorączki, ograżki,Epilepsye, choroba na kamień,Złośliwy katar, wrzody, opętanie;Melancholia tępa i szaleństwo,Kolki, puchlina, suchoty, zaraza,Mór, okolice mnogie pustoszący,Marazm, reumatyzm, podagra i astma.Wili się w bólach ludzie i jęczeli,Pielęgnowała ich rozpacz, od łożaDo łoża chodząc; w górze śmierć z tryumfemWstrząsała swoim oszczepem, cios zwłócząc,Choć gorącemi prośbami wzywana;Jako ich dobro główne i nadziejaOstatnia! Dłużej takiego widokuKamienne serce znieśćby suchem okiemNie mogło: nie mógł i Adam, zapłakał,
Choć nie z niewiasty zrodzon: litość zmogłaNajlepszą siłę męskości; nareszciePotęga myśli łzy ograniczyła,Wróciła mowę, takie budząc żale:«O, nieszczęśliwy rodzie ludzki, jakżeNisko upadłeś, do jak okropnegoStanu zostałeś zachowany! LepiejNie być na świecie. Czemu dano życie,By w taki sposób nam je wyrywano?Lub raczej czemu nam je narzucono?Każdy z nas wiedząc, co go tutaj czeka,Alboby życia nie przyjął, albobyJuż otrzymawszy, prosił, by najprędzejMógł go się pozbyć i odejść w pokoju.Możeż tak obraz Najwyższego w człeku,Co niegdyś stworzon pięknym i podniosłymChoć później winą zmazany, być pastwąTak szpetnych cierpień, tak okrutnej kary?Dlaczegóż człowiek, który jeszcze w częściZdołał zachować boskie podobieństwo,Nie jest zwolniony od tych potworności —Kiedy jest jeszcze Stwórcy wizerunkiem?A Michał na to: «Wizerunek StwórcyJuż ich opuścił, gdy się splugawiliRozkiełznanemi żądzami, przybrawszyObraz nowego pana — zwierzęcegoWystępku, który przeważnie ich kłoniłDo grzechu Ewy. Stąd tak wstrętna kara,Nie podobieństwo boskie kalecząca,Ale ich własne. Choćby jego obraz,
To go niweczą, odmieniając prawaCzystej Przyrody w straszliwe choroby;I słusznie cierpią, nie uszanowawszyW sobie obrazu swego Stworzyciela.»«Że sprawiedliwie, przyznaję, rzekł Adam,I z uległością się poddaję, aleCzyż niema teraz innej drogi, opróczTej ciężkiej, aby ze śmiercią się spotkać,I proch swój z prochem jednorodnym zmieszać?»«Jest, odrzekł Michał, jeżeli strzedz będzieszWstrzemięźliwości przepisu «nic nadto;»Jeśli jedzenie i picie dla ciebieBędzie pokarmem słusznym, nie łakomstwem,Może lat wiele spłynąć nad twą głową,Możesz żyć, póki, jak owoc dojrzały,Nie spadniesz na twej matki ziemi łono;Będziesz zebrany nie zerwany nagle;Dojrzeć dla śmierci, to się zowie starość.Ale przeminąć musi młodość, siłaI piękność twoja, zmienią się i zwiędną;Staniesz się słaby, siwy, zmysły twojeStępieją, muszą zrzekać się rozkoszy,Choćby nęciły w koło; po młodościNiefrasobliwej i pełnej nadzieiMelancholia krwią twoją owładnie,Zziębi, wysuszy twego ducha, w końcuPochłonie balsam życia.» Adam na to:«Odtąd nie będę uciekał przed śmiercią,Ani obmyślał, jak przedłużyć życie;Raczej do tego dążyć będę, aby
W najwygodniejszy i najlżejszy sposóbZnosić ten ciężar, aż do naznaczonejPory zwolnienia, i cierpliwie czekaćDnia rozwiązania.» Michał na to rzecze:«Życia nie kochaj, lecz i nienawiściNie miej dla niego, i żyj sprawiedliwie;Długo, czy krótko, to zostaw Niebiosom.Teraz bądź gotów ujrzeć inny widok.»Spojrzał, a przed nim rozległa płaszczyzna,Na niej namioty rozmaitej barwy,Przy jednych stada bydła na pastwisku,Z drugich dochodził odgłos instrumentów,Harf i organów, brzmiących melodyjnie.Widać też było tego, który strunyPoruszał, tłumił; dłoń jego biegałaWyżej i niżej, miarę zachowując,Płynęły w przestwór pełne życia fugi.Po drugiej stronie pracował przy kuźniCzłowiek nad stopem kawałów żelazaI miedzi, które ogień przypadkowy,Niszczący lasy w górach i dolinach,Spławił, dosięgłszy żyły metalicznej,I do jaskini wpędził płyn ognisty,Lub ją wypłukał z ziemi potok rwący.Kowal spław spuścił w formy wprzódy z glinyPrzygotowane; z niego tworzył pierwszeNarzędzia swoje, a następnie wszystkoCo się z metalu ulać lub rznąć daje.Po nich, z przeciwka, z sąsiedniego wzgórza,Odmienne plemię zeszło na dolinę.
Zdawali się być ludzie sprawiedliwi,O należytą chwałę Boga dbaliI o poznanie dzieł Jego nieskrytych;Wreszcie i o to, co wolność i pokójZapewnia ludziom. Szli niedługo owąRówniną, kiedy spostrzegli z namiotówWystępujące grono pięknych niewiast,W bogate szaty i drogie kamienieStrojnych: przy dźwięku arf śpiewały pieśniI rozpoczęły tańce. Choć poważni,Mężczyźni chętne rzucali spojrzenia,Coraz to większą folgę oczom dając,Aż pochwyceni silnie w sieć miłości,Poddali jej się: każdy wybrał lubąI o kochaniu gwarzył, aż wieczornaZabłysła gwiazda, posłanka miłości.Pochodnię ślubną wnet każdy zapalił,Wzywając Hymen w obrzędach weselnych;Wrzawą świąteczną i wesołem graniemBrzmiały namioty. Taki widok błogiSzczęśliwych dziejów miłości, młodościNiezmarnowanej, śpiewów, wieńców, kwiatów,Czarów muzycznych, tknął serce Adama,Uznającego chętnie, że przyrodaSama nakłania do rozkoszy: rzekł więc:«Błogosławiony Aniele, co oczyMoje otwierasz ku prawdzie, ten widokLepszy o wiele i wróży na przyszłośćWiększą nadzieję dni szczęścia, pokoju,Niż dwa poprzednie. Tam była nienawiść
I śmierć, lub wiele od niej gorsza męka;Tutaj przyroda zda się wszystkie swojeOsiągać cele.» A Michał mu na to:«Nie to najlepszem miej, co rozkosz budzi,Chociaż naturze zda się odpowiednie;Do wyższych celów, do czystych i świętychStworzony jesteś, wizerunku Boski.Piękne namioty, któreś widział, byłyBezbożnem gniazdem, skrywającem plemięTego, co zabił brata: wielbią nibyWytworną sztukę upiększania życiaI wynalazki, nie pomną na Stwórcę;Że ich nauczył Duch Jego tych darów,Nie chcą uznawać. Ale będzie piękneIch pokolenie: widziałeś kobiety,Zda się boginie, łagodne, wesołe,Lecz próżne dobra wszelkiego, na któremOparty niewiast domowitych honorI główna chwała. Wychowane tylkoDo wyuzdanych pożądań, do śpiewu,Tańca i strojów, do czczego świegotu,I przewracania oczu. A z plemieniaWstrzemięźliwego mężczyźni. BożymiSynami zwani dla swej pobożności,Im swoję cnotę i zaszczyt wydadzą,Za wdzięk i uśmiech bezecnych bezbożnic,Chociaż powabnych: opływają w szczęście,Wkrótce ich fale poniosą; śmieją się!Za śmiech ten wkrótce świat zapłaci łzami.»Krótkiej radości Adam pozbawiony,
Odrzecze: «Jakaż to nędza i hańba,Że ci, co życie dobrze rozpoczęli,Na boczne ścieżki teraz zawracają,Lub omdlewają i giną wpół drogi!Widzę i tutaj, że źródło niedoliLudzkiej z niewiasty swój początek bierze.»«Z niedołężności mężczyzny pochodzi;»Na to mu Anioł, «mógł swe stanowiskoSilniejszą ręką dzierżyć, gdy otrzymałMądrość i inne wysokie przymioty.Teraz bądź gotów do innych widoków.»Spojrzał, a przed nim rozległe przestrzenie:Wioski, uprawną rolą przedzielone,Miasta, w wysokie wieżyce i bramyZdobne, w nich tłumy zbrojne, groźne twarze,Olbrzymi wzrostem, umysłem zuchwali;Ci się ćwiczyli w użyciu oręża,Ci dosiadali rumaki spienione,Jazda, piechota, czasu nie tracili;Z furażowania jeden oddział wracał,Pędząc przed sobą zdobycz: stado bydła,Z soczystych pastwisk spędzonego, owceWełniste, przy nich beczące jagnięta;Pasterze ledwie ujść zdołali z życiem,Krzycząc ratunku. Wkrótce nastąpiłoDwu wojsk przeciwnych starcie, — krwi rozlanie;W okrutnym boju zmieszały się szyki:Pole, na którem przed chwilą się pasłySpokojne trzody, trupami i broniąZasiane, zlane krwią, opustoszałe.
Tu inny oddział wojowników szturmemChce zdobyć twierdzę, stawia baterye,Zakłada miny, pcha się z drabinami;Tamci się bronią, miotają pociski,Groty, kamienie i ogień siarczysty:Z obu stron czyny męstwa i rzeź krwawa.Na innem miejscu herold obwołujeZebranie rady w miejskiej bramie: wkrótceStarcy sędziwi i poważni wespółZ bojownikami schodzą się i radzą.Słychać przemowy, wkrótce wzrosły spory.Nareszcie powstał mąż średniego wieku,Roztropny, mówił o sprawiedliwości,Prawie i prawdzie, pokoju i wierze,O sądzie boskim, lecz starzy i młodziSzydzili z niego, i już go chwytaliW gwałtowne dłonie, wtem obłok spuszczonySkrył go i z tłumu wyprowadził cało.Tak panowała samowola, ucisk,I prawo miecza w całym kraju, nigdzieSchronienia przed niem. Adam, łzami zlany,Pełen żałości, swego przewodnikaZapyta: «Któż są owi słudzy śmierci?Nie ludzie, kiedy tak nieludzko siejąŚmierć między ludzi, i tysiącznie mnożąGrzech tego, który zabił swego brata;Bo ludzie ludzi, więc swych braci tępią.I któż to był ów człowiek sprawiedliwy,Który za swoję prawość byłby przepadł,Gdyby mu Niebo nie dało ratunku?»
Michał mu na to: «Takie są owoceTych, coś oglądał, małżeństw źle dobranych,Gdzie dobrzy z złymi łączą się bezmyślnie,Chociaż wzajemny wstręt ku sobie czują;Płodzą potwory ciałem albo duchem.Takimi byli ci Olbrzymi sławniW czasach, gdy tylko siłę uwielbiano,Zwąc ją dzielnością, bohaterską cnotą;Zwycięstwo w boju, podbicie narodów,Zdobycie łupów, rzeź ludzi niezmierną,Jako szczyt ludzkiej chwały uważano,Tryumfem było nazwać się zdobywcą,Władcą ludzkiego rodu, bóstwem, alboPotomkiem bogów: słuszniej zwać się mogliNiszczycielami, plagami ludzkości.Tak wzrasta rozgłos i chwała na ziemi,Cisza ukrywa prawdziwą zasługę.Ów mąż, coś widział, siódmy z twego rodu,Jedyny prawy wśród tłumów przewrotnych,Znienawidzony i nieprzyjaciółmiŚciśnięty za swą sprawiedliwość, za to,Że głosił wstrętną dla nich prawdę, przyjścieBoga w orszaku świętych na sąd świata,Z rozkazu Boga, na skrzydlatych koniach,W chmurze wonności, poniesion ku Niebu,By tam w błogości i w obliczu BogaChodził, prawami śmierci nieobjęty.Byś widział, jaka jest dobrych nagroda,A jaka innych oczekuje kara,Zwróć teraz oczy, zobaczysz tę drugą.»
Tu Adam ujrzał zupełną odmianę:Brązowa gardziel wojny grzmieć przestała,Wszędzie wesołość, zabawa, rozkosze,Zbytek, hulanka, biesiady i tańce;Żenią się, albo w luźne wchodzą związki,Gwałt, cudzołóztwo, jako się przydarzy,Lub jak pociągnie przelotna ponęta;A po kielichach rozterki i bitwy.Wreszcie pojawił się starzec poważny,Ich wyuzdanie surowo naganił,Przeciw ich drogom świadcząc; nawiedzającIch zgromadzenia, skażone rozpustą,Do nawrócenia skłaniał i pokutyTe ujarzmione dusze, które czekałNieunikniony sąd; lecz wszystko próżno.Widząc, że próżno, zaniechał upomnień,Daleko swoje odsunął namioty,I z gór potężne wyrąbując kloceZaczął budowę olbrzymiego statku.Rozmierzył długość, szerokość, wysokość,Dokoła cały wysmarował smołą,W drzwi zaopatrzył, i zapasy liczneZebrał dla ludzi i zwierząt. NiebawemCud stał się wielki, każdego zwierzęcia,Ptaka, owadu drobnego par siedemWeszło do arki, każde w swoje miejsce;Ostatni wszedł w nią starzec, trzej synowieJego, ich cztery żony, a drzwi zamknąłSam Bóg za nimi. Wnet wiatr południowy,Na czarnych skrzydłach ważąc się szeroko,
Napędzi! wszystkie chmury, jakie byłyPod niebiosami, jednocześnie wzgórzaŚlą swą daninę: mgły, pary, wyziewyCiemne a mokre zasłoniły niebo,Jak czarny pułap; lunął deszcz gwałtownyI nie poprzestał, aż zatopił ziemię.A korab płynął, wysoko wzniesiony,To w tę, to w ową stronę po przez fale,Lecz je przecinał ostrym jak dziób przodem.Inne budynki wszystkie skryła woda,W głębokich nurtach tocząc ich ozdoby;Morze tonęło w morzu, znikły brzegi:Tam gdzie niedawno przepych się roztaczał,W pałacach morskie legą się potwory;Cały ród ludzki, tak liczny niedawno,Na kilku deskach unosiły wody.Jakaż cię żałość nękała, Adamie,Gdy ci oglądać przyszło taki smutnyKoniec twojego rodu, zniweczenie!I ciebie zalał potop łez i smutku,I tyś w nim tonął, jak twe biedne dzieci,Aż tknięty ręką łagodną Anioła,Wstałeś, bez folgi w żalu, jako ojciec,Gdy w jego oczach giną jego dzieci.Ledwieś wyjąknąć zdołał taką skargę:«Straszne widzenie! Lepiejby mi byłoŻyć nieświadomy przyszłości! Mój udziałNiedoli sambym znosił, dość mi dźwigaćDnia utrapienie; teraz wielu wiekówCiężar odrazu spadł mi na ramiona.
Mą świadomością przedwcześnie zrodzone,Wprzód nim nastaną wieki dręczyć będąTem, że być muszą. Niechaj odtąd nigdyNikt się nie stara wiedzieć, co się stanieW przyszłości z jego dziećmi lub z nim samym;Złemu, co przyjść ma, zapobiedz nie zdoła,Choćby wprzód o niem wiedział, więc się trapiPodwójnie, myślą i rzeczywistością.Teraz już wszystko jedno, niema kogoOstrzegać, bo tych kilku ocalonychGłód i strach zmorzy na wodnej pustyni.Gdy gwałt i wojna ustały na ziemi,Miałem nadzieję na szczęście powszechneRodu ludzkiego pod tarczą pokoju:Złudzenie było, bo widzę, że pokójTak samo psuje, jak wojna pustoszy.Czem się to dzieje? I czy w taki sposób.Rodzaj człowieczy ma swój byt zakończyć?»Na to mu Michał: «Tych, którzy niedawnoTryumfowali w rozkoszy i zbytku,Widziałeś przedtem, jako dzielnych w bojuI spełniających świetne czyny, alePróżnych prawdziwej cnoty. WytoczyliStrumienie ludzkiej krwi, przeliczne ziemieOpustoszyli, podbili narody;Zdobyli przytem wysokie tytuły,Sławę po świecie i bogate łupy;Prędko zawrócą do zbytku, rozkoszy,Wygód, rozpusty, pijaństwa, próżniactwa;Wreszcie ich duma i do waśni zbudzi,
Do krwawych czynów, nawet wśród pokoju.Zawojowani niewolnicy takżeZ wolnością wszelkiej pozbędą się cnoty,Zrzekną się Boga, który ich nie wspomógłW stanowczej bitwie przeciw napastnikom,Bo ich udaną pobożnością wzgardził.Odtąd ostygnie tych ludzi gorliwość,Polubią życie bez troski, światoweI wyuzdane, czego im nie wzbroniąWładcy, a ziemia swych płodów z nadmiaremDostarczy, kusząc wstrzemięźliwość człeka.Tak zwyrodnieje, zepsuje się wszystko,I sprawiedliwość i umiarkowanie,Prawda i wierność pójdą w zapomnienie,A tylko jeden człowiek, syn jedynyŚwiatła w ciemnościach wieku, wytrwa w dobremWbrew złym przykładom, pokusom, zwyczajom;Wymówek, wzgardy, gwałtów się nie zlęknie,I napominać będzie ludzi grzesznych,Im ukazywać ścieżki prawdy, pokójI bezpieczeństwo dające. ZapowieRychły gniew Boży, jeżeli pokutąNie zgładzą grzechów: odejdzie wyśmiany,Ale Bóg uzna, że jeden z żyjącychOn sprawiedliwy. Z Boskiego rozkazuZbuduje arkę cudowną, coś widział,I z swą rodziną będzie ocalonyWśród skazanego na zagładę świata.Jak tylko człek ów, wraz ze zwierzętamiŻyć mającemi, umieści się w arce,
Wnet katarakty niebios się otworzą,Dzień i noc padać będzie deszcz na ziemię:Źródła wybuchną z głębokich pokładów,Podniosą morza, te zaleją brzegiI ziemię całą i najwyższe góry.Wtenczas i Górę Rajską bystre falePodniosą z miejsca, obnażą z zieleni,Rozniosą drzewa, ona sama prądemWielkim pognana, osiądzie w zatoce,Jako przesiąkła solą, pusta wyspa,Przytułek morskich zwierząt, mew wrzaskliwych,Aby wiedziano, że Bóg nie nadajeŚwiętości miejscu, jeśli jej nie wnosząLudzie, którzy tam wchodzą, lub mieszkają.A teraz zobacz, co nastąpi dalej.»Tu ujrzał Adam, że arką bujałyFale opadłe znacznie, chmury spędziłOstry północny wiatr suchy i marszczyłOblicze wody, jakby zestarzałe.Na jej zwierciadło spoglądało słońceJasno, gorąco, i jakby spragnione,Spijało chłodne szczuplejące fale;Stojące morza, w ruch wprawione, wolnoŚciekały w głębią, która swe upustyTeraz zamknęła, jak niebo swe okna.Arką już fale nie miotają, zda sięNa szczycie jakiejś góry mocno wsparta.I gór wierzchołki jawią się, jak skały,Z nich wypadają potoki, z łoskotemPędząc do morza, które wciąż opada.
Z arki najpierwszy kruk wyleciał, drugiPewniejszy poseł, gołąb, wypuszczony,Aby wyszukał ziemi lub gałązki,Na której mógłby począć, za powrotemDrugim gałązkę oliwną niósł w dziobie,Jako pokoju godło. Wraz się zjawiaGrunt suchy, z arki wyszedł człek sędziwyZ rodziną swoją i wszelakiem zwierzem.Gdy złożył ręce i wzniósł oczy w górę,Dziękując Niebu, ujrzał nad swą głowąChmurę rosistą, na niej łuk potężny,Ze trzech kolorów najżywszych pas świetny,Na znak pokoju i przymierza z Bogiem.Serce Adama, dotąd tak nękane.Uczuło radość, i tak ją wyraził:«O ty, co przyszłe życie możesz jawićJak teraźniejsze, mistrzu mój niebiański,Ostatni widok nowe wlał mi życie:Widzę, że człowiek i wszystko stworzenieŻyć będą, każde ze swego nasienia.Mniejszą mam żałość, że zginął świat całyZłych synów, w obec radości niezmiernej,Że znaleziony taki doskonałyI sprawiedliwy chociaż jeden człowiek.Iż Bóg świat nowy z niego wywieść raczy,A gniew swój cały porzuci w niepamięć.Ale co znaczy ta barwista wstęga,Ów łuk potężny, jak gdyby brew BogaPrzejednanego? Albo może to jestObrącz kwiecista, ściągająca brzegi
Chmury wilgotnej, aby po raz drugiW deszcz rozpłynięta nie zalała ziemi?»Na to mu Anioł: «Dobrze się domyślasz.Bo chętnie Bóg swój słuszny gniew porzuca,Chociaż żałował, że stworzył człowieka,Tak podległego zepsuciu; a w sercuBolał na widok ziemi pełnej gwałtówI porażone grzechem wszelkie ciało.Złych wytępiwszy, taką on jednemuSprawiedliwemu okaże łaskawość,Że nie zniweczy całego rodzaju,Raczej upewni przymierzem, iż nigdyNie zniszczy ziemi potopem, ni morzuPozwoli z brzegów wystąpić, ni deszczomZatopić ziemię z ludźmi i zwierzęty.A jeśli chmury pośle ponad ziemię,Położy na nich swój łuk trójbarwisty.Aby go widząc, twoje pokoleniePrzymierze boskie miało na pamięci.Dzień, noc, czas siewu lub żniwa, upałyI biała zima pójdą zwykłym torem,Aż ogień niebo i ziemię odnowi,Przyszłe mieszkanie wszystkich sprawiedliwych.»
Jako podróżny, wstrzymujący drogęW porze południa, choć mu spieszno dalej,Tak i Archanioł umilknął na chwilęMiędzy zniszczonym światem i wznowionym,Bacząc, czy Adam nie zapyta o co;Poczem łagodnym tonem tak tłómaczył.«Widziałeś świata początek i koniec,Jakby ród drugi człowieka w odnowie,Wiele masz jeszcze do ujrzenia, aleWiem, że już osłabł twój wzrok śmiertelnika.Przedmioty boskie muszą z koniecznościUmysł człowieka wyczerpywać, nużyć,Dlatego dalsze dzieje zawrę w słowach,A ty posłuchaj z należną uwagą.«Wtóre to plemię, dopóki nieliczne,Póki w pamięci nie zatrze obrazuStrasznego sądu, bać się będzie Boga,A zachowując w życiu pewną miarę
Sprawiedliwości, rozmnażać się szybko,Orając rolę, zbierając plon bujnyZboża, oliwy i wina, przynoszącCzęste ofiary z trzód swoich wybrane,Cielce, jagnięta, koźlęta, obficieSkrapiane winem; będą święcić święta,I dni swe pędzić w niewinnej radościPrzez długie lata pokoju, w rodzinachI pokoleniach, pod rządem ojcowskim,Aż się człek znajdzie żądny panowania,Piękną równością niezadowolony,Ani braterstwem; panowanie sobieNiezasłużone przywłaszczy nad braćmi,Zgodę i prawo Natury zupełnieWypędzi z ziemi. Polując podstępnieI jawnie (ludzie mu będą zwierzyną),Zgnębi tych, co się oprą jego władzyTyrańskiej. Zwany będzie łowcem wielkimPrzed Panem, jakby urągając Niebu,Lub też żądając z Nieba drugiej władzy,A od rokoszu swą władzę wywiedzie,Choć innym rokosz zarzuci. Gromada,Z nim albo pod nim pragnących panować,Pójdzie wędrówką na zachód Edenu,Znajdzie równinę, gdzie jak gardziel Piekła,Wre z głębi ziemi topiel czarnej smoły:Z niej i z palonej cegły zacznie wznosićMiasto i wieżę, coby sięgła niebaWierzchołkiem swoim, a im rozgłos dała,By nie zginęła o nich pamięć, sława,
Zła albo dobra, to im wszystko jedno.Lecz ich spostrzeże Bóg, co często schodziNawiedzać ludzi i ich pomieszkania,Sam niewidzialny: zbliży się do miastaWprzód nim ich wieża wzrośnie i dosięgnieWieżyc niebieskich, i na pośmiewiskoDuchem niezgody dotknie ich języki,Tak, iż rodzinnej zapomniawszy mowy,Słowa nieznane skrzeczeć będą; wkrótcePowstanie dziki skrzekot budowników,Jeden drugiego nie zrozumie, w końcuOchrypli, wściekli, pójdą w rozproszenie.Wielki śmiech będzie w Niebie, gdy AniołyNa dziwny taki zamęt patrzeć będą,Zgiełku słuchając. Tak śmiesznej budowiePrzylgnie na zawsze nazwa zamieszania.Adam w ojcowskiej markotności rzecze:«Obmierzły synu, przeczżeś wywyższeniaSzukał nad braci, przywłaszczając władzę,Której Bóg nie dał: nieograniczoneDał panowanie tylko nad zwierzęty,Ryby i ptaki; nam przyznał to prawo,Ale nad człekiem nie stanowił panemCzłowieka, tytuł ten sobie zachował!Człowieka wolnym stworzył pośród ludzi.Gwałcicielowi nie dość było władzyNad człekiem wziętej, wyzwał nawet Boga,Wieżą wysoką oblegając Niebo!Nędzny! Jakążby żywność podniósł w góręNa wyżywienie siebie i wojsk swoich?
Gdy rozrzedzone w wyżynach powietrzeWnętrznościby mu zepsuło, umarłbyJeśli nie z braku chleba, to powietrza.»Na to mu Michał: «Słusznie w obrzydzeniuMasz tego syna, który pokój ludziZamiesza w taki sposób, że skrępujeRozumną wolność, ale wiedz zarazem,Że po upadku twoim już straconaWolność prawdziwa, która zawsze żyjeW ścisłej z rozumem parze, a bez niegoŻadna istota nie może jej zyskać.Jeżeli rozum człowieka przyćmiony,Lub straci posłuch, wraz niesforne żądzeI namiętności na miejsce rozumuObejmą rządy, i odtąd wolnegoCzłowieka zrobią niewolnikiem; wtedyTę dobrowolną duchową niewolęBóg w słusznym sądzie karze nadesłaniemGwałtownych władców, którzy mu niegodnieZewnętrzną wolność często odbierają.Jest koniecznością tyrania, choć toNie uniewinnia bynajmniej tyrana.Czasem narody upadną tak nisko,Cnotę i rozum tracąc, że nie krzywda,Lecz sprawiedliwość i jakieś przekleństwoLosu zewnętrzną wolność im odbiera,Gdy utracili wewnętrzną; przykłademNieobyczajny syn człowieka, któryBudował arkę: za to, iż lżył ojca,
Przeklęty wraz z swem potomstwem skażonem,By niewolnikiem niewolników został.Tak świat późniejszy, równie jak poprzedni,Coraz gorszemu ulegnie zepsuciu,Aż rozgniewany tą niegodziwością,Bóg pozostawi ludzi na ich drogachSkalanych, od nich oczy swoje święteOdwróci, tylko jeden wybierającNaród, i jemu cześć swoję poruczy.Naród ten, plemię jednego wiernego,Co przedtem jeszcze nad brzegiem EufratuPrzebywał, a wzrósł pośród bałwochwalców.Czyż możesz wierzyć, iżby ludzi takaOpanowała głupota, gdy jeszczeŻył patryarcha ich, który ocalałZ potopu, — oni zapomnieli Boga,I czcić zaczęli swe własne utworyKamienne, albo drewniane, jak bogi!Lecz tego męża Bóg najwyższy raczyłW sennem widzeniu powołać, by z domuOjca, rodziny, od fałszywych bogówDo tego kraju szedł, który mu wskaże;Z niego potężny naród wyhoduje,Błogosławieństwem takiem go napełni,Iż wszystkie ziemi naród)’ w nim będąBłogosławione. Usłuchał natychmiast.Co za kraj nie wie, ale wierzy mocno.Ty go nie możesz widzieć, lecz ja widzę,Z jaką opuszcza wiarą swoje bogi,Przyjaciół, ziemię rodzinną, Chaldeę;
Jak się przeprawia przez Haranu wody,Za nim pakowny tabor, stada, trzodyI liczne sługi: idzie nie ubogi,Ale bogactwo wszystko swe oddajeW opiekę Bogu, który go powołałDo nieznanego kraju. Teraz wchodziDo Chanaanu: rozbite namiotyDokoła Sichem, na płaszczyźnie Moreh,Tam obietnicę otrzymał, że całyÓw kraj posiędzie jego pokolenie.Od północnego Hamath do PustyniKu południowi (zwę je po nazwisku,Chociaż obecnie żadnego nie mają),Na wschód Hermonu, do wielkiego morzaKu zachodowi. Góra Hermon, morze,Uważ te miejsca tam, gdzie je wskazuję.Nad brzegiem Karmel, góra, z niej wypływaJordan, z dwóch źródeł, prawdziwa granicaOd wschodu: tego męża potomkowieSeniru wzgórza kiedyś zamieszkają.Pomnij, że wszystkie narody na ziemiBłogosławione będą w jego rodzie,Z jego nasienia wielki Zbawca zetrzeWężową głowę; o czem objawienieZaraz otrzymasz szersze... PatryarchaÓw, «Abrahamem wiernym» będzie zwany,Zostawi syna i wnuka; ci w wierze,Mądrości, sławie, godni będą jego.Prawnuk z dwunastu synami swoimiOpuści ziemię Chanaanu, przejdzie
Do kraju, później zwanego Egiptem,Rzeką Nil na dwie części przedzielonym.Patrzaj, tu płynie, siedmioma ujściamiWpada do morza. W Egipcie ów prawnukOsiądzie w latach głodu, na wezwanieJednego z młodszych synów, który cnotąSwoją dostąpi najpierwszego stopniaPo Faraonie. Tam zakończy życie,A plemię jego wzrośnie w naród licznyI podejrzane będzie późniejszemuFaraonowi, bo obcy a liczniBędą przybysze; z gości zrobi sługi,Ich rozmnożeniu stawiać będzie tamy,Każe zabijać synów pierworodnychOwych przybyszów, aż przyjdą dwaj bracia(Mojżesz i Aaron będą ich imiona)Posłańcy Boga; z polecenia JegoNaród wybrany wywiodą z niewoliI doprowadzą ze sławą i łupemDo obiecanej ziemi. Ale wprzódyWiarołomnego tyrana, co twierdziłZe nie zna Boga ich, i rozkazaniaJego nie spełni, trzeba będzie skruszyćPrzez liczne cuda, plagi nadzwyczajne:Rzeki przemienią swe wody w krwi fale,Żaby, wszy, muchy, do obrzydliwościNapełnią jego pałac i kraj cały;Przepadnie bydło wszelkie od pomoru;Jego samego i lud jego wszystekPokryją wrzody i krosty; pioruny
Zmieszane z gradem, grad zmieszany z ogniemSpadną na Egipt z nieba i kraj zniszczą,A co zostanie traw, owocu, ziarna,Zjedzą szarańczy nieprzejrzane chmaryDo ostatniego szczątka zieloności.Ciemność zapadnie od granic do granic,Trzy dni trwać będzie ciemność namacalna,Wreszcie, o samej północy, śmierć spotkaWszystkich Egiptu pierworodnych synów.Tak poskromiony dziesięciu ranami,Ten potwór rzeczny poddaje się wreszcie,I gościom swoim dozwala wyruszyć,Lecz chociaż mięknie zatwardziałe serce,Znowu twardnieje, jak lód po roztopię:Zapamiętały, zapędzi się w pogońZa tymi, których tylko co uwolnił,Utonie w morzu wespół z wojskiem swojem,Gdy lud wybrany przejdzie suchą nogąPomiędzy dwoma ścianami z kryształu,Którym Mojżesza różczka tak stać każe,Aż ocaleni wyjdą na brzeg drugi.«Tak wielkiej władzy swojemu świętemuUdzieli Stwórca, choć za pośrednictwemSwego Anioła, który w dzień przed niemiJak obłok, w nocy jako słup ognistyIść będzie, drogę wskazując w pochodzieI od pościgu chroniąc; król ów bowiemUparty, gonić ich będzie noc całą,Lecz ciemna chmura zbliżyć mu się nie daAż do poranka: wtedy Bóg, spojrzawszy
Przez słup ognisty i przez słup obłoczny,Zmiesza mu szyki, wozy pogruchocze.Gdy Mojżesz dzielną swą laskę podniesieNad fale morskie — morze go posłucha,Zaleje zbrojne tłumy, — z niemi wojnę.Naród wybrany pójdzie z brzegów morskichPrzez dziką puszczę nie najkrótszą drogąDo Chanaanu, bo, niedoświadczonyW sztuce wojennej, nie zechce uwagiChananejczyków obracać na siebie;Strachby go zagnał znowu do Egiptu,Do haniebnego żywota w niewoli:Bo życie miłe i dzielnym i podłym,Póki nie wprawi ich przyzwyczajenie,Zastępujące odwagę szaloną.Ów długi pobyt w obszernej pustyniI tę im korzyść przyniesie, że sobieWładzę utworzą i senat wybiorąZ pośród dwunastu pokoleń, by rządziłWedług ustawy, jaka będzie dana,Gdy z góry Sinai, której szczyt omglonyWstrząśnie się, Pan Bóg zstąpi wśród błyskawic,Huku piorunów i trąby odgłosów,I nada prawa. Jedne z nich określąPorządek świecki, inne religijneSkładanie ofiar, które figuralnieI symbolicznie będą zapowiedziąTego, co kiedyś zetrze głowę węża,I tak dokona zbawienia ludzkości.Lecz dla śmiertelnych zbyt straszny głos Boga;
Wielki ten urząd Mojżesz teraz spełni,Przygotowując i przepowiadającPrzyjście większego odeń. I prorocyNastępnych czasów wielbić MessyaszaWielkiego będą. Bóg ustanowiwszyPrawa, obrzędy, tak spodoba sobieLudzi posłusznych Jego świętej woli,Że raczy wśród nich swój namiot umieścić,Najświętszy, mieszkać razem z śmiertelnymi.Z Jego rozkazu wzniesiony PrzybytekZ cedru i złota, w nim złożona skrzyniaZ świadectwem Jego przymierza z człowiekiem,A nad nim będzie złota Ubłagalnia,Między skrzydłami jasnych dwóch Cherubów,Przed nim wciąż palić się będzie lamp siedemJak Zodyaku siedem gwiazd niebieskich.Nad tym namiotem w dzień obłok się wzniesie,A w nocy smuga ognista wciąż błyskać,Wyjąwszy czasu podróży. Nakoniec,Tak prowadzeni przez Anioła, dojdąDo ziemi, którą Bóg obiecał nadaćAbrahamowi i jego potomstwu.Długo byłoby opowiadać dalszeWypadki, ile bitew stoczą, iluPobiją królow, ile królestw wezmą;Albo jak słońce stanie w środku nieba,Dzień cały przyjście nocy odwlekając,Na głos jednego człowieka: «Ty, słońcePrzeciw Gabaon nie ruszaj się, a ty,Księżycu, przeciw dolinie Aialon,
Póki Izrael nie przemoże wroga!»(Tak się zwie trzeci w rodzie AbrahamaSyn Izaaka, od jego imieniaPrzejdzie ta nazwa na całe potomstwoZdobywające ziemię Chanaanu.)»Tu przerwał Adam: «Wysłanniku Nieba,Co mnie ciemnego oświecasz, jak błogieOpowiedziałeś mi rzeczy! SzczególnieO Abrahamie i jego plemieniu.Teraz dopiero mam oczy otwarte,Zaspokojone serce, które przedtemJeszcze dręczyła troska, co się stanieZe mną i z całem ludzkiem pokoleniem,A teraz widzę przyjście Tego, w którymBłogosławione będą wszystkie ludy.Nie zasłużyłem wcale na tę łaskę,Zakazanemi środkami sięgałemPo zakazaną wiedzę. Jednej rzeczyNie mogę pojąć, że Bóg tym, wśród którychRaczył na ziemi zamieszkać, tak liczneI rozmaite prawa ustanowi;Czyżby tam grzechy równie liczne były?Czyż Bóg wśród takich grzesznych mieszkać może?Michał mu na to: «Grzech wśród nich z pewnościąPanować będzie, bo są twoim płodem;Dla tego tylko dane te zakony,By mieli dowód własnej ułomności,Bo grzech ich ciągle podnieca do walkiPrzeciwko prawu: gdy ujrzą, że prawoWykrywa grzechy, ale ich nie gładzi,
Dając zaledwie słabą, figuryczną,Expiacyę w krwi wołów i kozłów,Wtedy spostrzegą, iż drogocenniejsząKrwią trzeba spłacić za winy człowieka,Że sprawiedliwy niesprawiedliwegoWiny ma ponieść, by w sprawiedliwościTakiej przez wiarę i dobre uczynkiZnaleźli w Bogu usprawiedliwienie,W sumieniu pokój. Prawem przepisaneNie zaspokoją sumienia obrzędy;Człowiek sam z siebie nie mógłby wypełniaćWskazanych prawem przepisów moralnych;Nie wypełniając ich, traciłby życie,Więc nie wystarcza prawo, ono tylkoNa to nadane, by przygotowałoLepsze przymierze, gdy się spełnią czasy;By od nauki pod postacią danej,Przyszedł do prawdy, od ciała do ducha,Od nałożenia prawa surowegoDo swobodnego brania szczodrej łaski,Od niewolniczej do synowskiej trwogi,Od praw spełniania do uczynków wiary.I Mojżesz, choć tak od Boga kochany,Jest tylko sługą prawa, nie on zatemLud swój wprowadzi do ziemi Chanaan,Ale Jozue, którego poganieZowią Jezusem: on imię i urządPiastuje Tego, który zetrze Węża,I ludzi, długo po pustym świataBłądzących, wwiedzie do spoczynku Raju.
A ci tymczasem w ziemskim ChanaanieDługo zażywać będą pomyślności,Lecz grzechy ludu rwać będą ten pokój,Pobudzą Boga, że im wznieci wrogów,Pokutujących znów ratować będzie.Naprzód Sędziowie, potem będą rządySprawować Króle, z których drugi, sławnyI z pobożności i z przewag potężnych,Otrzyma boską obietnicę takąNieodwołalną, iż jego królewskiTron wiecznotrwały będzie; tak orzeknąWszystkie proroctwa, — że z plemienia królaDawida (takie jego imię) kiedyśSyn się narodzi, Nasienie NiewiastyPrzepowiedziane tobie, a następnieAbrahamowi, jako Zbawca, w którymWszystkie narody nadzieje swe złożą,Zapowiedziany królom, z nich ostatni,Bo wiecznie jego królestwo trwać będzie.Lecz wprzód przeminie długi szereg królów:Zaraz najpierwszy, syn Dawida, sławnyZ mądrości, z bogactw, dla arki PrzymierzaPrzechowywanej aż dotąd w namiotach,Wzniesie wspaniałą świątynię. NastąpiąBądź dobrzy, bądź źli królowie; złych więcej;Ich bałwochwalstwo i inne występkiI gromadzące się wciąż grzechy luduGniew Boga wzniecą tak, iż ich opuści:Ich kraj, stolicę i swoję świątynię,Arkę Przymierza i wszystkie świętości
Na pohańbienie wyda, łupem zrobiPysznego miasta, którego wieżyceWidziałeś dawniej opuszczone, zwaneBabilon, czyli zmieszanie języków.Tam ich w niewoli siedmdziesięcioletniejPan pozostawi, potem ich powróci,Na łaskę pomny swą, na przysiężonePrzymierze z królem Dawidem, tak stałeJak dni na Niebie stale następują.Wróciwszy z więzów Babilonu, naród,Królów, swych panów, mając pozwolenie,(A Bóg ich serca ku temu nachyli),Z żarliwą wiarą Dom Boży zbuduje,W swem poniżeniu mierny żywot spędzi,Aż wzrósłszy w liczbę i bogactwa, zacznieWojnę domową. Między kapłanamiNaprzód powstaną rozterki, wśród mężówCo u ołtarza służąc, powinnibySzanować pokój. Zatargi ich nawetŚwiątynię Pańską zbezczeszczą: nakoniecZa berło chwycą królewskie, nie baczącNa pozostałe potomstwo Dawida:W ręce obcego przejdzie panowanie,By pomazaniec, prawy król, Messyasz,Mógł się narodzić z praw swoich obdarty.Gwiazda na niebie dotąd niewidziana,Zwiastuje światu Jego narodzenie,Powiedzie mędrców Wschodu, szukającychGdzie się narodził, by mu w darze złożyćMirrę, kadzidło i złoto; to miejsce
Prostym pasterzom, trzód strzegącym w nocy,Ukaże Anioł; pośpieszą weseliI słyszeć będą Aniołów zastępy,Opiewające Jego chwałę. PannaJest Jego Matką, Ojciec Siła Boska,Na tron dziedziczny wstąpi i rozszerzySwe panowanie aż do krańców ziemi,A chwałę swoję aż do krańców Nieba.»Umilkł, spostrzegłszy, że Adam z radościŁez pełne oczy miał, jak w ciężkim żalu;Płakałby, gdyby nie dał sobie folgiW słowach, więc takie z piersi swej wydobył:«Proroku dobrej nowiny, twe słowaMe najszczytniejsze spełniają nadzieje,Teraz rozumiem jasno (czego wprzódyPróżno usilnem szukałem myśleniem),Dla czego wielki nasz OczekiwanyBędzie nazwany Nasieniem Niewiasty.Bądź pozdrowiona, o Dziewico Matko!Wielka miłością Nieba, ty z biodr moich,A z twego łona Syn Boga Wielkiego;Tak Bóg z człowiekiem połączyć się raczy.Teraz Wąż pewno starcia swojej głowyW śmiertelnym strachu czeka; powiedzGdzie, kiedy walkę stoczą, co uraziPiętę Zwycięzcy?» Michał na to rzecze:«Nie wyobrażaj sobie pojedynku,Ran w głowę albo w piętę. Nie dla tegoSyn Człowieczeństwo z Boskością połączył,By z wielką siłą zbić nieprzyjaciela;
Nie w taki sposób ma być pokonanySzatan, któremu straszniejsze skruszenie,Upadek z Nieba, zostawiło siłęZadania tobie śmiercionośnej rany,Którą On, Zbawca, przyjść mający, zgoi,Nie niszcząc Czarta, tylko jego dziełoW tobie i w twoim rodzie. To się możeStać nie inaczej, jak spełnieniem tegoW czem ty chybiłeś, posłuszeństwem prawuPod karą śmierci na cię włożonemu,I poniesieniem śmierci za twą winęI winę tych, co z ciebie się narodzą.Tak tylko można zadosyć uczynić.Sprawiedliwości. On to prawo boskiePrzez posłuszeństwo i miłość wypełni,Choć miłość sama już wypełnia prawo.I twoje karę On przyjmię na siebieObłócząc ciało, by żyć w poniżeniuI śmierć przeklętą ponieść, głosząc życieTym wszystkim, którzy uwierzą, że zbawi,Że posłuszeństwo Jego, przez ich wiarę,Im przyczytane będzie, wszystkimKtórzy uwierzą, jako do udziałuW chwale zasługi własne nie wystarczą,Chociażby prawu zadosyć czyniły,Bez Zbawiciela zasług nieskończonych.Dla tego będzie On znienawidzony,W życiu bluźniony, pojmany, sądzony,Skazany na śmierć haniebną, ohydną,Przez swoich ziomków przybity do krzyża,
Zabity za to, że życie przynosi.Ale do krzyża on twych nieprzyjaciółPrzybije, z nimi prawo przeciw tobie,Grzechy ludzkości całej ukrzyżuje,Że odtąd nigdy nie będą szkodziłyTym, co swą ufność w zadośćuczynieniuJego położą. Tak umrze, by zarazPowstać z umarłych. Śmierć tylko na krótkoNad nim mieć będzie władzę: nim powróciTrzecie świtanie, ujrzą gwiazdy rannePowstającego z grobu, jak jutrzenkaRzeźkiego; spłaci okup za człowieka,Wyzwoli z władzy śmierci. Tak ocaliKorzystających z tej łaski przez wiaręI połączone z nią dobre uczynki.To boskie dzieło unieważni wyrokDany na ciebie, abyś śmiercią umarł,W grzechu na zawsze pozbawiony życia;To dzieło zetrze głowę Czarta, skruszyMoc jego, zwalczy Grzech i Śmierć, dwa główneJego oręże, i głębiej pogrążyIch żądła w jego głowę, niż czasowaŚmierć, czyhająca na piętę Zwycięzcy.A wybawionych śmierć to jak sen cichy,Łagodne przejście do wiecznego życia.Po zmartwychwstaniu niedługo na ziemiPrzebywać będzie, tylko kilka razyZjawi się uczniom swym, co mu za życiaTowarzyszyli stale. Im poleci,Aby naukę i zbawienie Jego
Opowiadali wszystkim ludom świata;Tych, co uwierzą, aby chrzcili w rzekachNajbliższych, na znak obmycia ich z grzechuPierworodnego i przygotowaniaNa śmierć podobną śmierci Zbawiciela,Gdyby potrzeba zaszła. Uczyć będąWszystkie narody, bo już od dnia tegoNietylko dzieciom z lędźwi AbrahamaPrzepowiadane będzie wybawienie,Ale i dzieciom wiary AbrahamaNa całym świecie: tak wszystkie narodyBłogosławione będą w jego rodzie.Wtedy Pan wstąpi na Niebiosa Niebios,Tryumfujący nad nieprzyjaciółmiSwymi i twymi; pochwyci w przestworzuKsięcia powietrza, Węża, i w okowachPrzez całe jego królestwo powlecze,Tam go na pastwę rozpaczy porzuci.Wtedy do chwały wejdzie, po prawicyBoga zasiędzie, nad wszystkie imionaNiebieskie wyższy; a gdy świata tegoDojrzeje koniec, przyjdzie w blasku chwałyI mocy, sądzić żywych i umarłych.Niewiernych poda śmierci wiekuistej,Wiernych nagrodzi przyjęciem do chwałyNa ziemi, albo w Niebie; ziemia całaBędzie też Rajem naówczas, szczęśliwszymNiż Eden, i ze szczęśliwszemi dniami.»To rzekłszy Michał Archanioł umilknął,Do tak wielkiego doszedłszy okresu
Przeznaczeń świata; nasz wielki praojciecPełen radości i zachwytu rzecze:«O nieskończona, niezmierna Dobroci!Co tyle dobra ze zła wyprowadza,Złe nawet w dobre zamienia; cudniejsza,Niż kiedy światło z nicości wywiodłaW stworzeniu świata! Sam już teraz nie wiem,Czy mam żałować grzechu, jakim spełniłI spowodował, czy raczej się cieszyć,Że więcej dobra z niego się wytworzyBogu na chwałę, ludziom na pożytek;Nad gniewem łaska obfitować będzie.Lecz powiedz, gdy Nasz Zbawiciel do NiebaPowrócić musi, co spotka nielicznychWierzących w niego od tłumów niewiernychI nieprzyjaciół prawdy? Kto strzedz będzieLud Jego, kto go bronić? Czy nie zechcąGorzej ich krzywdzić, niż Jego samego?»«Z pewnością zechcą, rzekł Anioł, lecz z NiebaPocieszyciela on przyśle swym wiernym,Obiecanego przez Ojca. Duch JegoWśród nich zamieszka, i miłości sprawąW sercach ich kreślić będzie prawo wiary,Prowadzić drogą prawdy i okrywaćZbroją duchowną, aby się zdołaliOpierać szturmom Szatana i gasićJego ogniste groty. Tak wspierani,Będą niezłomni, nie zlękną się śmierci,Ani najsroższych tortur, nagrodzeniW sercu pociechą tak, iż w podziwienie
Wprawią najdzikszych swoich prześladowców.Bowiem Duch Święty naprzód się wylejeNa Apostołów, aby nauczaliWszystkie narody, a potem na wszystkichOchrzczonych spuści przecudowne dary:Wszystkiemi mówić będą językami,I czynić cuda, jak ich Mistrz przed nimi.Więc liczne rzesze ze wszystkich narodówZ radością przyjmą ich poselstwo z Nieba,W^ końcu spełniwszy służbę, dokonawszyDobrze zawodu, i pozostawiwszySpisaną swoję naukę i dzieje,Zakończą żywot, lecz, jak ostrzegali,Zjawiać się będą czasami w ich miejsce,Jako pasterze, wilki krwi niesyte,I wszystkie święte Nieba tajemniceNa swoję korzyść wyzyskiwać będąW celach ambitnych: zabobonem skażąPozostawioną prawdę w księgach świętych,Sobie przywłaszczać będą dostojeństwa,Miejsca wysokie, tytuły i władzę,Wciąż pod pozorem dążności duchownych.Ale to będą nowości bezbożne,Na które wielu odważy się; ciężkiePrześladowanie nastąpi tych wszystkich,Którzy wytrwale będą czcili BogaW duchu i w prawdzie: inni, w większej liczbie,Cześć religijną w zewnętrznych obrzędachI w formalnościach zawrą drobiazgowych;Prawda, strzałami potwarzy przeszyta,
Ścichnie, i rzadkie będą czyny wiary.Tak świat przeciwny dobrym, złym przychylny,Iść będzie, jęcząc pod własnem brzemieniem,Aż dzień się zbliży, w którym sprawiedliwyOdetchnie wolno, złego dotknie zemsta;Przyjdzie ów, tobie naprzód obiecanyNiejasno, jako Nasienie Niewiasty,Teraz wyraźniej, twój Pan i twój Zbawca;Przyjdzie w obłokach, w chwale Ojca swego,Skruszy Szatana, jego świat przewrotny;Z Nieba i Ziemi, oczyszczonych ogniem,Nowe Niebiosa, nową Ziemię stworzy,Wieki bez końca, oparte na cnocie,Pokojem tchnące, miłością, i zawszeOwocujące w radość i zbawienie!»Umilkł, a Adam tak mu w końcu rzecze:«Błogosławiony wieszczu, jakże szybkoTwoje wieszczenie zmierzyło znikomyŚwiat i bieg czasu, aż wstrzymany, stanie!Po za tem przepaść — wieczność, której końcaNigdy wzrok żaden nie dosięgnie. TerazOdchodzę z miejsc tych bardzo pouczony,Uspokojony w duszy, zbogaconyTą wiedzą, jaką mój umysł obejmie;Sięgać po więcej było głupstwem mojem;Teraz naukęm zyskaŁ-że najlepiejBoga jedynie słuchać, bać się, kochać,Każdy krok czynić, jakby w obec Niego;Zawsze Opatrzność Jego mieć w pamięci,W Nim tylko ufać, bo On miłosierny
Dla dzieł swej ręki; zawsze przezwyciężaDobrem złe; spełnia małemi środkamiWspaniałe rzeczy; tem, co według świataSłabe, obala potężnych na świecie,A mądrych świata wstydzi maluczkimi,Wiem, że cierpienie za prawdę jest męstwemDo najwyższego wiodącem zwycięstwa,I że dla wiernych śmierć jest bramą życia.Tak mnie naucza przykład mego Pana,Którego teraz uznaję za ZbawcęMego, na wieki błogosławionego.»Anioł mu na to rzecze raz ostatni:«Jeśliś się tego nauczył, dosiągłeśSzczytu mądrości, już się nie spodziewajWyżej postąpić, choćbyś wszystkie gwiazdyZnał po nazwisku, wszystkie Niebios siły,Skrytości głębin, Przyrody działanie,Lub sprawy Boga na niebie, w powietrzu,Ziemi i morzu; chociażbyś posiadałWszystkie bogactwa świata i sam jedenNad królestwami wszystkiemi panował.Dołączaj czyny do tej wszystkiej wiedzy,Ona na ciebie obowiązki wkłada;Dołączaj wiarę, cnotę i cierpliwość,Umiarkowanie i miłość, co kiedyśPrzybrawszy nazwę miłosierdzia, będzieWszystkich cnót duszą. Przestaniesz się martwićZ utraty Raju, bo wtedy posiędzieszRaj w duszy, większe szczęście przynoszący.Lecz zejdźmy z tego szczytu rozważania,
Bo już się rozstać będziemy musieli,Już oto straże, które tam na wzgórzumPostawił, hasła swego oczekują,A na ich czele oręż płomienistyNa znak odejścia groźne ruchy czyni.Nie możem być tu dłużej; obudź Ewę,I ją też słodkim snem, wieszczącym dobro,Uspokoiłem, i skłoniłem umysłDo pokornego przyjęcia swej doli.W stosownej porze powiedz jej to wszystkoCoś słyszał, głównie w przedmiocie jej wiary,Że z jej nasienia (Nasienia Niewiasty)Przyjdzie Zbawiciel rodzaju ludzkiego.Jeszcze wam długo żyć w wierze i zgodzie,Choć zasmuconym winą popełnioną,Lecz większą jeszcze budząc w sobie radośćSzczęsnego końca rozpamiętywaniem.»Umilkł, obadwa zstąpili ze wzgórza:Adam pośpieszył naprzód do schroniska,Gdzie snem zmorzoną pozostawił Ewę,Lecz obudzoną zastał i usłyszałTakie nie smutne wcale z ust jej słowa:«Wiem skąd powracasz, i gdzie idziesz teraz,Bo Bóg i we śnie wskazówek udziela;Kiedym znękana smutkiem w sen zapadła,Zesłał widzenie, szczęścia przepowiednie.Teraz mnie prowadź, zwłoki nie przyczynię.Dla mnie iść z tobą, jakby zostać w Raju,Samej tu zostać prawdziwe wygnanie.
Ty, co z mej winy stąd idziesz wygnany,Wszystkiem mi jesteś i za wszystko staniesz,Tę tylko pewną unoszę pociechę,Że choć przezemnie wszystko utracone,Niegodna takąm łaskę uzyskała,Że Odnowiciel przezemnie świat zbawi.»Tak rzekła matka nasza, Adam słuchałUradowany, lecz nie odpowiedział,Bo już Archanioł zbliżył się, a z wzgórzaPrzeciwległego hufiec CherubinówW błyszczącym szyku szedł na stanowisko.Jak meteory sunęli po ziemi,Jak mgła wieczorna, nad rzeką powstała,Gdy się prześlizga przez bagna i prawieZa piętę chwyta powracającego.Z pola rolnika. Przed nimi wysokoJasno migotał miecz ognisty Boga;Nakształt komety strasznej, co upałemSuchym, jak tchnienie libijskiej pustyni,Pożogę niesie urodzajnym niwom.Więc przyśpieszając, Anioł ujął ręceNaszych nieskorych prarodziców, powiódłProsto do bramy wschodniej, tam ze skały,Poprowadziwszy na płaszczyznę, zniknął;Spojrzą za siebie, a nad całą wschodniąGranicą Raju, ich jeszcze niedawnoBłogą siedzibą, wiewają płomienie;W bramie postaci groźne, broń ognista.Nie mogli łez powstrzymać, lecz je prędko
Obtarli; cały świat mieli przed sobą,Na wypoczynek miejsca do wyboru,Pod Opatrzności przewodem. PowolnymKrokiem wędrowca, ręka w rękę poszliPo przez Edenu samotne przestrzenie.
Comments
Loading comments…